Dubaj – światowa stolica luksusu jak z „Baśni z 1000 i jednej nocy”
Getty Images

Dubaj – światowa stolica luksusu jak z „Baśni z 1000 i jednej nocy”

Szeherezada opowiadałaby dziś swoje niesamowite historie sułtanowi Szachrijarowi tylko w takiej scenerii. Oaza luksusu, a w niej wszystko, co „naj”: najwyższy drapacz chmur, najdroższy hotel, najcenniejszy pierścionek, największe sztuczne wyspy. Dubaj jest obecnie światowym liderem ekskluzywności. Nową stolicą świata.
Magdalena Felis
19.06.2020

Baśniowy jest już widok z okna hotelu. Światła drapaczy chmur układają się dla przyjemności ludzkiego oka. Jak w utopii zaprojektowanej na odległej planecie. Niektórzy twierdzą, że Dubajczycy, zakładając metropolię na pustyni, przygotowują się do zasiedlania Marsa. I choć drapacze chmur wybudowane zostały za petrodolary, miasto nastawia się głównie na turystykę – ropa się skończy, a ludzie zawsze będą poszukiwać wrażeń. 

Burdż Chalifa

W Dubaju szybko zachodzi słońce – przez cały rok ok. 17.30. Za to ten sam zachód można zobaczyć dwa razy – jak mówi informacja na bilecie wstępu do Burdż Chalifa, wieżowca o wysokości 829 metrów, który w 2008 roku stał się najwyższą konstrukcją, jaką kiedykolwiek zbudował człowiek. Winda, którą jedziemy prawie na szczyt Burdż Chalifa, pokonuje dziewięć metrów w sekundę. Zatem jeśli z powierzchni ziemi obejrzymy zachodzące słońce, możemy je jeszcze dogonić na górze. Wystarczy wjechać na 163. piętro. Tarasy widokowe wieżowca to jedno z najczęściej oznaczanych na selfie miejsc świata, widać z nich wyraźną granicę między pustynią a szklanym miastem wypełnionym sztucznymi jeziorami i rzekami. Gdyby powierzchnię stali i szkła pokrywającą Burdż Chalifa rozprasować równo na ziemi, zajęłaby obszar 17 boisk piłkarskich. A woda, która skrapla się przez rok w wyniku działania klimatyzacji, mogłaby wypełnić 20 olimpijskich basenów. Dubaj jest przezorny – nie poprzestaje na 829 metrach, żeby nie stracić pozycji lidera. „Jak wrócicie tu w 2020 roku na EXPO, wtedy będzie gotowa kolejna wieża, kilometr w górę. Oczywiście najwyższa na świecie” – mówi nasz przewodnik Hamza. 

Muzeum Dubajskie w forcie Al-Fahidi

Dobrze jest jednak zacząć poznawanie historii miasta na dole. Muzeum Dubajskie, położone w najstarszym istniejącym budynku, forcie Al-Fahidi z 1787 roku, kiedyś służącym obronie przed koczowniczymi plemionami, to jedno z nielicznych miejsc, w którym uwaga skupiona jest na okresie sprzed odkrycia ropy w 1966 roku. Na ukrytych pod ziemią wystawach można zobaczyć, jak wyglądało tu życie między portem a pustynią, kiedy głównym źródłem utrzymania były: rybołówstwo, uprawa daktyli i najważniejsze, czyli poławianie pereł, którymi handlowano głównie z Chinami. Od końca XIX wieku w Dubaju obowiązuje polityka wolnego handlu, która wówczas przyciągnęła do miasta kupców z Indii, Pakistanu czy Iranu, co przyczyniło się do powstania największych targowisk w świecie arabskim. 

Dubaj – jak się ubierać i jak jeść?

Kupiecki charakter miasta wpływa na jego DNA – i nie chodzi tylko o brak podatków. W Dubaju nie czujemy presji z powodu europejskiego stroju czy braku nakrycia głowy, choć należy oczywiście ubierać się z szacunkiem dla obowiązujących zasad: zakryte kolana i ramiona. Jednak na plaży wystarczy bikini. 

„Na pustyni życie jest proste. Proste posiłki, prosty strój, proste zasady wzajemnego szacunku. Jeśli nauczysz się ich w domu, pozostaniesz dobrym człowiekiem” – przekonuje przewodnik po Centrum Kulturalnego Zrozumienia im. szejka Mohammeda. Siedzimy wokół rozstawionego na podłodze posiłku, rozłożonego w kilku metalowych misach, a wokół nas gromadzi się coraz więcej osób. Ryż z warzywami i mięsem, gulasz i minipączki z syropem z daktyli, a do tego kawa z przyprawami nalewana do maleńkich filiżanek i serwowana z daktylem zamiast cukru. „Na pewno słyszeliście, że Arabowie jedzą palcami. Otóż nie: jedzą całą dłonią” – mówi nasz gospodarz i pokazuje cały rytuał: od obmycia rąk (wyciera je w materiał ukryty pod wierzchnią szatą) aż do zagniatania ryżu w zgrabną kulkę, którą bez problemu można włożyć do ust. „A czym innym można jeść, kiedy koczujesz na pustyni?” – śmieje się. 

Centrum Kulturalnego Zrozumienia powstało, aby przybliżyć przyjezdnym kulturę gospodarzy – to ważne, bo na ponad 2,5 miliona mieszkańców miasta większość to cudzoziemcy. O tym, że agal, czyli czarny sznur, który przytrzymuje na głowie gutrę, tradycyjny welon noszony przez Arabów, w rzeczywistości służy do krępowania nóg wielbłąda, którego na pustyni nie ma do czego przywiązać, dowiadujemy się przy wspólnym posiłku. Jedzenie ze wspólnej misy dla Arabów ma znaczenie niemal sakramentu. „W naszej tradycji jeśli zjesz z tego samego naczynia nawet ze swoim wrogiem, stajecie się braćmi” – mówi przewodnik. 

Sztuczne wyspy, Burdż al-Arab, Złoty Suk

Żeby każdy, kto sobie tego życzy, mógł mieć pokój z widokiem na morze, Dubaj wydłużył swoją linię brzegową o... 600 kilometrów, budując największe na świecie sztuczne wyspy w kształcie liści palmy. Wyglądają jak z bajki, kiedy patrzy się na nie z hydroplanu, którym można przelecieć nad miastem. Na każdym „liściu” mieszczą się dwa rzędy budynków – prywatnych willi i hoteli – ale i tak najlepszy widok jest z Burdż al-Arab, najwyższego hotelu świata, w kształcie żagla, gdzie goście lądują na dachu helikopterem, najmniejsze apartamenty mają 169 metrów kwadratowych, a największe – 780. À propos rekordów – gdzie jest największy złoty pierścionek na świecie? To jasne: w stolicy handlu złotem, którego sercem jest bazar Złoty Suk gromadzący – podobno – 10 ton złota w postaci biżuterii, z czego 63 kilogramy można odjąć od razu na rzecz Naimat Taiba, pierścienia wykonanego z 58 kilogramów złota i pięciu kilogramów kamieni Swarovskiego. 

Pogoda w Dubaju

Brakuje mi wałęsania się po ulicach, zwyczajnego życia – w dubajskim Elizjum wszystko schowane jest w klimatyzowanych wnętrzach i nikt nie porusza się pieszo. Nawet do metra – najdłuższej na świecie bezobsługowej kolejki – można dojść klimatyzowanym korytarzem. Trudno się dziwić: latem temperatura sięga tu 50°C, dlatego idealna pora na wyjazd to jesień i zima, kiedy nie jest cieplej niż latem w Polsce.

Atrakcje: Legoland, Dubaj Eye, tetra La Perle

Na rodziny czekają parki tematyczne poza miastem, m.in. Legoland, i miejskie rozrywki, jak Dubaj Eye (takie jak w Londynie, ale oczywiście większe), gigantyczne akwaria w jednym z największych centrów handlowych świata Dubai Mall, w których mieszkają nie tylko ryby, ale również krokodyle i pingwiny (tak, pingwiny na pustyni), czy słynne tańczące fontanny. I największe dla mnie zaskoczenie: aquaakrobatyczny spektakl w specjalnie wybudowanym dla tego widowiska teatrze La Perle, którego szefem jest Franco Dragon odpowiedzialny m.in. za sukcesy Cirque du Soleil. Patrząc na akrobatów skaczących do sztucznego stawu na środku sceny z wysokości kilku pięter (robią to bez żadnego zabezpieczenia), otwierałam usta w osłupieniu podobnym zachwytowi dzieci, które pierwszy raz widzą kuglarzy i linoskoczków na rynku swojego miasteczka. Za to dziecięce zdumienie jestem Dubajowi wdzięczna. I za rudy piasek pustynny, który został mi w kieszeniach spodni.

***

Tekst ukazał się w „Urodzie Życia” 3/2018

1\7
Burdż Al-arab
Burdż Al-arab
Getty Images

Po wybudowaniu tego hotelu specjaliści z branży turystycznej zastanawiali się nad stworzeniem nowej, sześciogwiazdkowej kategorii hoteli (stanęło na 5* deluxe). Ceny: pokój jednoosobowy od 1300 dolarów USA za dobę; apartament dwupoziomowy – od 24 tys. dolarów za dobę. Ciekawostka: na jednego gościa przypada sześć osób personelu.

2\7
Żagiel
Żagiel
Sime/Free

321-metrowa wieżyca w kształcie żagla stoi na sztucznej wyspie.

3\7
Naimat Taiba
Naimat Taiba
BEW

Wartość tego pierścionka szacuje się na 3 mln USD, ale nie jest on na sprzedaż. Na suku można kupić pamiątkową miniaturkę za 500 USD.

4\7
Restauracja Al-mahara
Restauracja Al-mahara
Getty Images

Jest jedną z wielu atrakcji hotelu Burdż al-Arab. Znajduje się tu największe hotelowe morskie akwarium – wypełnia je 260 tys. galonów wody

 

5\7
Dubai Mall
Dubai Mall
Getty Images

Rekin rafowy (jeden z 400 w tym akwarium) nad głowami klientów największego centrum handlowego świata (112,4 hektarów). Takie rzeczy tylko w Dubaju. Ponad 1200 sklepów, 120 restauracji i 54 mln klientów w 2014 roku. W akwarium z 10 mln litrów wody jest ponad 30 tys. morskich zwierząt, są też m.in. pingwiny.

6\7
Wyścig wielbłądów
Wyścig wielbłądów
Sime/Free

Przejażdżki na wielbłądach to jedna z pustynnych atrakcji. Alternatywą są rajdy terenówkami po Ar-Rab al-Chali.

7\7
Dubajski przepych
Dubajski przepych
Sime/Free

Hol w hotelu Atlantis na sztucznej wyspie Dżumeirah.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Maroko, podróże, Atlas, Sahara
Sime/Free

Karawaną przez Maroko

Ten kraj mieni się jak misternie ułożona mozaika. Wybierz się w podróż szlakiem przez góry, doliny, oazy i pustynię który od wieków przemierzają objuczone wielbłądy.
Kamila Morgisz 
11.05.2020

Moje podróże do Maroka zaczynają się zwykle w Marrakeszu, zwanym Czerwonym Miastem od koloru murów obronnych. Miasto, choć zgiełkliwe i coraz liczniej zadeptywane przez jednodniowych turystów, zachowało swój czar. Trzeba tylko szybko uciec od tłumów, od straganów z chińszczyzną i marnym jedzeniem i zagubić się w labiryncie uliczek medyny , w zaułkach suków, w mellah, czyli dzielnicy żydowskiej. Tam, na dziedzińcach dawnych kupieckich zajazdów i składów, rzemieślnicy wciąż mozolnie kują ażurowe lampy, a szewcy szyją żółte babusze i pantofle z jedwabiu dla panny młodej. Objuczone świeżo wyprawioną skórą osiołki cierpliwie drepczą wąskimi uliczkami, a popędliwi tragarze rozganiają przechodniów donośnym „Balak!”. Marrakesz z jednej strony otoczony palmowymi i oliwnymi gajami, a z drugiej strzeżony przez ośnieżone góry Atlas to wrota do krainy pustynnych oaz i dolin, którymi karawany ciągnęły aż z Timbuktu. To brama Wielkiego Południa.  Północ kraju i Góry Atlas Droga wiedzie przez coraz suchsze tereny, czerwona ziemia kontrastuje z bielą szczytów potężniejących przed nami z każdą chwilą. Zaczynamy wspinać się najpierw wśród wzgórz, a potem serpentynami ku przełęczy Tizi n’Tichka, pokonując po drodze ponad 800 ostrych zakrętów. Późną jesienią i zimą drogę często zasypuje śnieg, więc warto przed podróżą sprawdzić, czy jest czynna. Mijamy małe wioski z przydrożnymi zajazdami, które kuszą zapachem baranich szaszłyków i smakowitych tadżinów – słynnych marokańskich dań jednogarnkowych w glinianych naczyniach o spiczastych pokrywach. Jeszcze przed przełęczą zatrzymujemy się w górskim miasteczku Taddert, słynącym z biżuterii ozdabianej ametystami,...

Czytaj dalej
Oceania
fot. Małgorzata Sobońska-Szylińska

Kiritimati – największy na świecie atol koralowy!

Byle cieplej, bardziej dziewiczo, ciekawie. Daleko od cywilizacji. Ale żeby było trochę swojsko. Czy można znaleźć miejsce, które spełnia te kryteria? Tak! To mało znana wyspa Kiritimati.
Małgorzata Sobońska-Szylińska
15.06.2020

Kiritimati jest największym na świecie atolem koralowym. Należy do państwa Kiribati , które składa się z 33 wysp i wysepek – skrawków lądu rozrzuconych w centralnej części Oceanu Spokojnego. To właśnie Republika Kiribati najwcześniej wita dzień. Każdego roku też, 31 grudnia, jej nazwa powtarzana jest w serwisach informacyjnych na całym świecie, bo jest pierwszym miejscem (obok Wysp Salomona), które świętuje nadejście Nowego Roku.   Wyspa Kiritimati Sama wyspa jest łatwa do zlokalizowania, leży bowiem niemal idealnie na przecięciu równika i linii zmiany daty (umownej granicy czasowej, po której przekroczeniu zyskujemy albo tracimy dobę). Nie zmienia to faktu, że aby tam dotrzeć, trzeba się nieźle nakombinować. Większość z nas zapewne nigdy nie słyszała o Wyspie Bożego Narodzenia (bo tak brzmi tłumaczenie mikronezyjskiej nazwy Kiritimati), nie mówiąc o tym, jak niewiele osób do niej kiedykolwiek dotarło. Sam archipelag został rozsławiony przez książkę „Życie seksualne kanibali” J. Marteena Troosta, przez wielu uważaną za najbardziej dowcipną pozycję literatury podróżniczej. Przeczytałam ją i od razu zapragnęłam tam polecieć. Pióropusz na oceanie Podróż jest wieloetapowa i zajmuje sporo czasu. Z Warszawy można tam dolecieć z przesiadkami w Singapurze i na Fidżi. Spędziłam w powietrzu 27 godzin, przelatując przy okazji przez różne strefy czasowe. Już samo lądowanie na prowizorycznym lotnisku w Kiritimati dostarcza nieziemskich widoków. Podziurawiony ląd o oczkach wypełnionych różnymi kolorami wody rozciąga się aż po zatopiony w błękicie horyzont. Ziemia tutaj wygląda jak pudełko z farbami, porośnięte pióropuszami wszechobecnych palm kokosowych. Dominuje turkus, ale zdarza się też granat, pomarańcz i róż. Wszystko otacza...

Czytaj dalej
sapieżanka
Fot. Adam Kozak

Pożegnanie z Afryką po polsku. Historia polskiej księżniczki Teresy Sapieżanki

„Rodzice nas uczyli, że trzeba sobie radzić wszędzie. Jak wierzysz, że sobie poradzisz, to ci się uda. Choćbyś stracił dużo, to się odbudujesz. Przetrwasz” – mówi urodzona w Kenii polska księżniczka Teresa Sapieżanka.
Emil Marat
25.06.2020

Teresa Sapieżanka urodziła się w 1948 roku w Kenii, ale pochodzi z jednego z największych polskich arystokratycznych rodów. Jej dziadek Eustachy Seweryn Sapieha był więźniem Gułagu w ZSRR, ojciec  - też Eustachy podporucznik kawalerii, brał udział w kampanii wrześniowej. Sapiehowie potracili w czasie wojny majątki, rodzice Teresy postanowili wyjechać z Europy, wybrali Nairobii. Sapiehowie przez lata związani byli z organizacją safari, od początku lat 70. – bezkrwawego. Do dzisiaj Teresa Sapieżanka jest jedną z najpopularniejszych kobiet w Kenii. Nie organizuje już safari, od lat jest członkiem komisji egzaminującej przewodników po Kenii, działa również w wielu organizacjach charytatywnych, m.in. zajmujących się ochroną zwierząt. Jej pasją były od zawsze rajdy samochodowe. Jest jedną z niewielu kobiet należących do Muthaiga Country Club, tego samego w którym bywała Karen Blixen. Emil Marat: Pierwsze wspomnienie? Teresa Sapieżanka: Nie wiem, które było pierwsze… Mieszają mi się kolejne domy, bo kiedy byłam mała, często się z rodzicami przeprowadzaliśmy: co rok, co dwa lata. Wszystko mi się połączyło: bieganie w ogrodzie, chodzenie po drzewach, gonitwy... Jak to dzieci. Sanki, śnieżki, lepienie bałwana… (śmiech) Nie. Węże! Bywało, że w okolicy były węże. Mogłyśmy z siostrami bawić się tylko w wydzielonej części trawnika. Znajdowało się te węże za szafą, pod schodami, bo jak to na wsi – dom był otwarty. Robiłyśmy wrzask, ktoś dorosły przychodził i wyrzucał drania. Miałam cztery, pięć lat… Do Afryki przyjechałam w brzuchu mamy. Rodzice zdecydowali się wyjechać z Europy. Na skutek wojny wszystko stracili, całe majątki ziemskie – większość na ziemiach zabranych przez Rosjan. Mieli w sumie chyba 10 dolarów na to nowe życie. W Afryce był już mój dziadek –...

Czytaj dalej
Polinezja Francuska
Getty Images

Polinezja Francuska – boskie miejsce na środku Pacyfiku

Błękit jest tutaj tak intensywny, że aż nierzeczywisty. Biel piasku – olśniewająca. Do tego rafy koralowe. Za te cuda natury trzeba słono zapłacić, ale Mooreę czy wyspę Bora-Bora warto chociaż raz odwiedzić.
Małgorzata Sobońska-Szylińska
01.06.2020

W połowie lat 80. wyczynem było prawie wszystko, co dziś wydaje się normą. Okazją do świętowania było nawet zdobycie paru bananów w sklepie. Pamiętam z dzieciństwa taki dzień, gdy właśnie jadłam tego drogocennego banana i przeglądałam przy tym miesięcznik „Poznaj Świat”. W środku była fotografia bajkowo błękitnego morza z wyłaniającymi się z niego górami, pokrytymi zielonym aksamitem, i domkami na palach. Raj na końcu świata . Od tamtej pory zaczęłam o nim marzyć. Niedługo potem obejrzałam film „Bunt na Bounty”, który nie tylko utrwalił te dziecięce marzenia, ale też prawdopodobnie sprawił, że w dorosłym życiu podróżowanie stało się moją drugą naturą. Kiedy wreszcie wybrałam się w podróż na Polinezję Francuską, przekonałam się, że to rzeczywiście jest najbardziej zachwycające miejsce na świecie. Do dziś jestem pod wrażeniem tej wyprawy i gdy ktoś mnie pyta: „Gdzie jest najpiękniej?”, odpowiadam bez namysłu, że właśnie tam.  Na Polinezję zaprowadziła mnie pasja nurkowa . Słyszałam legendy o ławicach rekinów, majestatycznych mantach i ogromnych rybach napoleonach mieszkających w tamtejszych głębinach – musiałam zobaczyć to wszystko na własne oczy. Odległość od Polski sprawiła, że sama wyprawa na wyspy zabrała nam kilka dni. Ale nawet, gdyby miała trwać dwa tygodnie, warto przynajmniej raz w życiu tam dotrzeć.  Tahiti Paula Gauguina i Moorea Lądowanie na lotnisku w Papeete na wyspie Tahiti nie było jednak obiecujące. Pamiętaliśmy wprawdzie, że uroki Tahiti docenił słynny francuski malarz Paul Gauguin (to tutaj powstał m.in. jego obraz „Kiedy mnie poślubisz?”, który kilka lat temu został sprzedany za astronomiczną cenę 300 mln dolarów, stając się tym samym drugim najdroższym obrazem świata), ale było to w drugiej połowie XIX...

Czytaj dalej