Dramatyczne opowieści kobiet po opinii TK: „Bycie matką niepełnosprawnych dzieci to wojna”
Kolaż

Dramatyczne opowieści kobiet po opinii TK: „Bycie matką niepełnosprawnych dzieci to wojna”

Po opinii Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji cały kraj protestuje. Przerażone i zbulwersowane są także znane Polki.
Sylwia Arlak
26.10.2020

Od czasu wydania przez Trybunał Konstytucyjny orzeczenia, zgodnie z którym aborcja przeprowadzana ze względu na nieodwracalne wady lub ciężką chorobę płodu, jest niezgodna z Konstytucją, Polki i Polacy wyszli na ulice. Swój sprzeciw przeciwko tej decyzji wyraziła m.in. Martyna Wojciechowska i Olga Tokarczuk. Część gwiazd podzieliła się własnymi, dramatycznymi opowieściami.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Agnieszka Chylińska, Agnieszka Szpila – o byciu matką

Agnieszka Chylińska rzadko opowiada o swoim życiu prywatnym. Tym razem jednak zrobiła wyjątek. W poruszającym nagraniu ujawniła, że jej dzieci wymagają specjalnej troski.

„Nie można nikogo do niczego zmuszać, nie można nikomu narzucać czegokolwiek, zakazywać czegokolwiek, to jest po prostu nieludzkie. Każda z nas jest inna, każda z nas ma prawo decydować o swoim życiu. Każda z nas ma zupełnie inną sytuację rodzinną, finansową, zdrowotną. Potem z naszą decyzją tak naprawdę zostajemy same i z tym żyjemy do końca naszych dni […] Nie przypominam sobie też, żeby ktoś mi w tym pomagał, wspierał, jeśli chodzi o tak zwane państwo. Dlatego szczególnie mnie, jako mamie, jest trudno na to wszystko patrzeć i znosić fakt, że nie dba się o dzieci i osoby niepełnosprawne w takim wymiarze, w jaki powinny być zaopiekowane” — wyznała Chylińska, której książki dla dzieci z serii „Zezia i Giler” opowiadają o temacie autyzmu.

W podobnym tonie wypowiedziała się pisarka Agnieszka Szpila, matka dwojga niepełnosprawnych dzieci. „Myślę, że bycie matką Milenki i Helenki zrobiło ze mnie przez 14 lat psychopatkę. Żyję na wojnie. Każdego dnia. Walczę o to, by przetrwał we mnie, choć maleńki fragment człowieczeństwa niedotknięty niepełnosprawnością córek. Tracę czas, by sobie i światu udowodnić, że prawie wcale się od Was nie różnię. A różnię. Mój mąż także – żyjemy zamknięciu nie zapraszając do domu przyjaciół by nie siadali na zasikanych meblach, sofach. By nie męczyć się udawaniem, że żyje nam się szczęśliwie i dobrze […] Bycie matką niepełnosprawnych dzieci to wojna non stop, a Polska tonie jest kraj dla delikatnych ludzi...” —

napisała Szpila.

 

Kobiety wsparła siostra Małgorzata Chmielewska. „Jestem przeciwna zabijaniu dzieci nienarodzonych, w tym niepełnosprawnych. Sama, jak wiadomo, wychowuję niepełnosprawnego, przybranego syna. Jednak są sytuacje, w których trzeba zostawić sumieniu kobiety-rodziców wybór. Do heroizmu nie można zmuszać. Walkę o życie trzeba zacząć od wsparcia tych, którzy ciężar takiego trudnego życia mają nieść. Wtedy wybór życia będzie łatwiejszy” — podkreślała siostra.

Wsparcie dla wszystkich kobiet: Wojciechowska, Rozenek, Boczarska…

Oburzenia decyzją TK nie kryła Martyna Wojciechowska.

„To, co się dziś stało to skazanie tysięcy kobiet na cierpienie. Zwracam się zatem zapytaniem do ludzi odpowiedzialnych za tę decyzję: Jak nasze państwo jest przygotowane do niesienia pomocy kobietom, które zmusi do urodzenia nieodwracalnie uszkodzonych płodów? Temat braku wystarczającej pomocy osobom niepełnosprawnym jest poruszany od lat. Protesty wspaniałych rodziców takich dzieci od lat spychane są na margines. Nie dostają odpowiedniej pomocy, wparcia, są zostawieni sami sobie. Po raz kolejny cały ciężar i odpowiedzialność została zrzucona na kobiety” — napisała podróżniczka, przez wiele lat samotna matka.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Prawa, o które tak długo walczyły kobiety są nam dziś odbierane krok po kroku. Jestem przerażona tym, jaki szykujemy świat dla naszych córek. I nie tylko ja, bo orzeczenie TK jest zadaniem mądrzejszych ode mnie ludzi POGWAŁCENIEM PRAW CZŁOWIEKA. „Tak zwane orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego stanowi bezprecedensowy atak na prawa kobiet, prawa rodziny i wolność jednostki od nieludzkiego i poniżającego traktowania. (…) Trybunał podjął próbę zmuszenia kobiet i ich rodzin do bohaterstwa i wyrzeczeń. Odmawiania kobietom prawa do decydowaniu o sobie, swojej rodzinie i jej losie. Narażania kobiet, ich rodzin oraz nienarodzonych dzieci na cierpienia psychiczne i fizyczny ból. Zmuszania dzieci do życia w cierpieniu i bólu oraz powolnego umierania w imię prymatu fundamentalizmu nad godnością drugiego człowieka. To jaskrawe naruszenie praw człowieka.” Tak brzmi komentarz FUNDACJI HELSIŃSKIEJ, dotyczący wczorajszej decyzji sędziów Trybunału Konstytucyjnego. A co Wy czujecie? M. PS. W całej Polsce organizowane są spontaniczne protesty, listę miast znajdziecie na instastory! 📸 @mariojaniszewski75

Post udostępniony przez Martyna Wojciechowska (@martyna.world)

Poruszona była Małgorzata Rozenek-Majdan, której zawdzięczamy zaistnienie w przestrzeni publicznej tematu zapłodnienia in vitro:

„To, co wydarzyło się wczoraj, jest naturalną konsekwencją tego, co działo się już wcześniej. Cofnięcie refundacji in vitro był jednym z przygotowawczych kroków. Kiedy PiS przeprowadzał zamach na Trybunał Konstytucyjny, wielu z was myślało: to mnie nie dotyczy. Wczoraj zobaczyliśmy, że dotyczy. Kraj, w którym 98% aborcji wykonuje się ze względu na ciężkie i nieodwracalne wady płodu, zabronił nawet tego, skazując kobiety na niewyobrażalne cierpienie” — czytamy w jej emocjonalnym wpisie.

Aktorka Magdalena Boczarska, matka zdrowego synka podkreśla, że dzisiaj nie zdecydowałaby się na powiększanie rodziny.

„Dosyć późno zaszłam w ciążę. W wieku 38 lat. Tak potoczyło mi się życie. Ciąża przebiegła podręcznikowo, a ja urodziłam ZDROWEGO chłopca. Dlaczego to piszę? Bo miałam cudowną opiekę lekarską (w tym wszystkie możliwe badania i testy prenatalne), ale przede wszystkim cholernie dużo szczęścia. Niestety nie wszystkim kobietom jest ono dane. Wiem jedno – gdybym miała zajść w ciążę teraz, zżarłby mnie strach i najpewniej nigdy bym się na nią nie zdecydowała” — napisała Boczarska.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

To zdjęcie powstało na dzień przed przyjściem na świat mojego syna. Nie jest najlepsze jakościowo, ale nie planowałam, że kiedykolwiek, czymś tak bardzo dla mnie intymnym, będę się dzielić. Dosyć późno zaszłam w ciążę. W wieku 38 lat. Tak potoczyło mi się życie. Ciąża przebiegła podręcznikowo, a ja urodziłam ZDROWEGO chłopca. Dlaczego to piszę? Bo miałam cudowną opiekę lekarską (w tym wszystkie możliwe badania i testy prenatalne), ale przede wszystkim cholernie dużo szczęścia. Niestety nie wszystkim kobietom jest ono dane. Wiem jedno - gdybym miała zajść w ciążę teraz, zżarłby mnie strach i najpewniej nigdy bym się na nią nie zdecydowała. Myślę o piekle i ogromnej tragedii czekających teraz na wiele kobiet. Jest mi tak strasznie przykro. I czuję się tak bardzo bezsilna. Licząc na resztki jakiejś ludzkiej empatii u osób, które są za to odpowiedzialne, zacytuję wypowiedź wybitnego polskiego neonatologa Riada Haidara: 98% aborcji w Polsce wykonywano w związku ze stwierdzeniem ciężkich i nieodwracalnych wad płodu, które były poważnym zagrożeniem dla kobiet w ciąży. Od dziś takiej aborcji wykonać nie można. Trybunał Konstytucyjny zabrał kobietom prawo decyzji. To wyrok polityczny przeciwko kobietom.

Post udostępniony przez Magdalena Boczarska (@magda_boczarska)

Aktorka Maja Bohosiewicz urodziła niedawno zdrowego chłopca. Wie, że mając warunki, świetnego lekarza i wsparcie męża jest na uprzywilejowywanej sytuacji. Wie, że nie każda z nas ma tyle szczęścia.

„Wiedziałam, że w moim brzuchu mieszka zdrowy dzidziuś. Wiedziałam, że mój mąż zarabia, mieszkałam w stolicy, miałam świetnego lekarza i byłam mamą niespełna rocznego wówczas chłopczyka. Co byłoby, gdyby się okazało (ptfu, ptfu), że moja ciąża jest zagrożona? Że moje dziecko może nie przeżyć po porodzie? Albo mój syn może stracić mamę? Wyjechałabym za granice zrobić to czego w naszym kraju nie można zrobić już legalnie. Ale wiem dobrze, że jestem uprzywilejowana; zarabiam, mam wsparcie, męża, rodzinę i możliwości” — podkreśliła.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

To ja dzień przed urodzeniem mojej córeczki Leoni. Wiedziałam, że w moim brzuchu mieszka zdrowy dzidziuś. Wiedziałam, że mój mąż zarabia, mieszkałam w stolicy, miałam świetnego lekarza i byłam mamą niespełna rocznego wówczas chłopczyka. Co byłoby gdyby się okazało ( ptfu ptfu) że moja ciąża jest zagrożona? Że moje dziecko może nie przeżyć po porodzie? Albo mój syn może stracić mamę? Wyjechałabym za granice zrobić to czego w naszym kraju nie można zrobić już legalnie. Ale wiem dobrze, że jestem uprzywilejowana; zarabiam, mam wsparcie, męża, rodzinę i możliwości. Dzisiaj rozmawiałam ze znajomą która jest prawniczką. Była w tej sytuacji jakiś czas temu i powiedziała mi, że i tak musiała wyjechać do Niemiec przerwać ciąże która zagrażała jej życiu. W Polsce była wysyłana od Annasza do Kajfasza bo nikt nie chciał wziąć odpowiedzialności za przerwanie ciąży. Na koniec dnia dostała opiekę psychologa, wspaniałych lekarzy i spory rachunek do opłacenia. Tylko, że ją było na to stać. Co z kobietami które nie są w tej uprzywilejowanej grupie?? Co ma się stać??? Wiecie co jest najgorsze, pomimo jej wykształcenia powiedziała że ta walka nie ma sensu. Te transparenty nic nie dają. I być może nasze córki będą żyły jako dorosłe kobiety w państwie totalitarnym. Chce mi się wyć. I strasznie mi przykro.

Post udostępniony przez Maja Bohosiewicz - Kwaśniewska (@majabohosiewicz)

O swoich doświadczeniach opowiedziała także aktorka Olga Frycz:

„Miałam możliwość wykonywania dodatkowych kontrolnych badań USG i płatnych genetycznych nieinwazyjnych badań prenatalnych, o których w Polsce kobiety często nawet nie wiedzą albo zaciągają na ich wykonanie kredyty (koszt to ok. 3 tys. zł). Współczuję ogromnie wszystkim tym kobietom, które dokonywać będą aborcji nielegalnie warunkach zagrażających ich życiu i zdrowiu. I współczuję tym dziewczynom, które już są mamami i które zachodząc w kolejną ciążę w przypadku ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia, płodu staną przed najcięższym wyborem”.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

A to ja. Dzień po przyjściu na świat mojej córeczki. Nigdy wcześniej nie byłam taka szczęśliwa. Zawsze bardzo chciałam być mamą. Nie miałam w życiu większego marzenia. Miałam 31 lat, chłopaka którego bardzo kochałam, pracę, byłam niezależna finansowo i miałam końskie zdrowie. Ciąża. Ogromne szczęście i lekki stres. Byłam pod opieką najlepszych lekarzy, miałam możliwość wykonywania dodatkowych kontrolnych badan usg i płatnych genetycznych nieinwazyjnych badań prenatalnych o których w Polsce kobiety często nawet nie wiedzą albo zaciągają na ich wykonanie kredyty (koszt to ok 3 tys). Badania te miały wykluczyć ryzyko m.in. zespołu Edwardsa (10% dzieci przeżywa rok, większość umiera w pierwszym miesiącu życiu). Zespół Pataua tzw. dziecko cyklop. Wąskie szpary oczowe lub tylko jedna szpara oczna, rozszczepienie wargi i podniebienia, wady rozwojowe kończyn, ubytek skóry skalpy. Ogromne ryzyko urodzenia martwego dziecka. Zespól DiGeorge’a, zespół Cri du Chat, zespół Wolfa-Hirchhorna czy zespół Pradera-Williego/Angelmana. Polecam zgooglować. Zwłaszcza dwa pierwsze. Obowiązująca od 1993 r. ustawa zezwalała na dokonanie aborcji w trzech przypadkach - gdy ciąża powstała w wyniku gwałtu, gdy ciąża stanowiła zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety, lub gdy było duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu. Nie wierzyłam do końca, że w środku okrutnej pandemii ktoś po cichu to zmieni. Że w ten sposób będzie znęcać się nad kobietami. Mając zdrową córkę, która na świat przyszła ze względu na jej i moje bezpieczeństwo poprzez cesarskie cięcie nie jestem w stanie pojąć jakim trzeba być potworem i sadystom, żeby zmuszać kobiety do porodu martwego dziecka ,żeby skazywać kobiety na traumę na całe życie, żeby kazać jej patrzeć na pozbawione organów, zdeformowane, martwe dziecko. Współczuje ogromnie wszystkim tym kobietom, które dokonywać będą aborcji nielegalnie w warunkach zagrażających ich życiu i zdrowiu. I współczuje tym dziewczynom, które już są mamami i które zachodząc w kolejną ciąże w przypadku ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu staną przed najcięższym wyborem.

Post udostępniony przez Olga Frycz (@tojafrycz)

Przeciwko opinii TK jest także głęboko wierząca Małgorzata Kożuchowska.

„Kiedy byłam w ciąży tak długo oczekiwanej, każdego dnia drżałam o zdrowie swojego dziecka. Aż do pierwszego badania mającego stwierdzić ewentualne wady. Trudno je było przeprowadzić, bo dziecko na skutek mojego stresu było bardzo ruchliwe. Przed badaniem rozmawialiśmy z mężem, że nawet gdyby coś było nie tak, to dziecko urodzę. Taka była nasza wspólna decyzja. I pamiętam jak dziś tę wielką ulgę, że dziecko jest zdrowe! […] Każda mama i tata chcą mieć zdrowe dziecko, dla każdego aborcja to ostateczność (wierzę, że tak jest) pozostawia wyrzuty sumienia na całe życie. Ale Bóg dał człowiekowi wolną wolę” — wyjaśniła aktorka.

Nie uczcie nas, jak mamy mówić! – Paulina Młynarska, Olga Tokarczuk

„Zrobili to. Następna stacja: zakaz aborcji po gwałcie, także na dziewczynce” — napisała Paulina Młynarska w jednym wpisie, a w kolejnym zaapelowała do mężczyzn: „Nie potrzebujemy waszych męskich porad, pouczeń i komentarzy do tego jak mamy protestować i jaki język jest dla was do przyjęcia. Te protesty nie są po to, żeby się Wam podobać! Potrzebne nam wsparcie. I jest bardzo prosty sposób na to aby ustalić jego właściwą formę. Otóż można zapytać: „Co byś chciała, abym zrobił?”. I zrobić to! No wiem, trochę szok, ale może spróbujesz?”. 

„Od dziś wszyscy jesteśmy wojowniczkami” — napisała z kolei Olga Tokarczuk. Zdaniem noblistki działania partii rządzącej to „kolejna odsłona wojny prowadzonej od wieków przez patriarchat przeciwko kobietom, tym razem pod pretekstem ochrony życia”. W swoim poście z 23 października pisała: „Obsesyjna nienawiść do kobiet, do ich ciała, kompulsywna potrzeba kontroli seksualności i rozrodczości, bierze się z przeczuwanej własnej słabości. Patriarchat to kolos na glinianych nogach […] Nie oszukujmy się – ten system cynicznie będzie wykorzystywał każdy moment kryzysu, wojny, epidemii, żeby cofnąć kobiety do kuchni, kościoła i kołyski. Prawa kobiet nie są dane raz na zawsze. Musimy ich strzec, jak każdej innej zdobyczy poszerzającej zakres swobód obywatelskich i ludzkiej godności”.

 

Ciąża nie zawsze wiąże się ze szczęściem

Cala sytuacja sprawiła, ze kobiety zaczęły dzielić się swoimi traumatycznymi przeżyciami.

„Mam dwoje dzieci, ale ciąż miałam osiem” — napisała Joanna Koroniewska, dodając: „Kobieta milczy. Często. Dusi ją. To stan nie do opisania. Takich historii ma wiele. I wciąż je tłumi. Bo cierpi. Ból nie do opanowania... Przez wiele lat nie mogłam o tym mówić. Nadal jest mi ciężko. To emocje nie do opisania. Za każdym razem czułam się gorsza. Czułam się z tym fatalnie, ja sama... A przecież moja tak głęboko skrywana historia i przeżycia są niczym wobec kobiet, które będą wiedzieć jaki los spotka ich dziecko. Nie jestem sobie w stanie tego wyobrazić. I szczerze?! Kiedy słyszę, że „miało być chore, a urodziło się zdrowe” to aż mnie krew zalewa. Graj w ruletkę. Próbuj. Ile wytrzymasz. NIKT NIE SIEDZI w naszych głowach. Nikt nie wie, ILE jesteśmy jeszcze w stanie udźwignąć”.

Także Aleksandra Żebrowska podzieliła się niedawno z fanami poruszającym wyznaniem. Żona Michała Żebrowskiego, z którym doczekała się trójki dzieci, poroniła czterokrotnie. Teraz komentując decyzję TK w sprawie zakazu aborcji, zauważyła, że to spowoduje traumę, z jaką wiele kobiet sobie nie poradzi. „Nie mam prawa nazywać ciąży kobiety płodem i kazać ją przerwać, tak samo, jak nie mam prawa kazać jej płód nazywać dzieckiem, które musi urodzić i patrzeć, jak cierpi. Być w ciąży to nie znaczy wesoło hasać z okrągłym brzuszkiem i najwyżej oddać albo pochować maleństwo tuż po porodzie” — dodała Żebrowska.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
dobre rady Miller
fot. iStock

Od nudnej pracy po zdradę. Ludzie piszą: Pani Kasiu, co robić gdy…. Katarzyna Miller odpowiada.

Co robić, gdy mąż ogląda porno, dzieci nawzajem sobie dokuczają, a w pracy jest toksycznie - Katarzyna Miller wnikliwie odpowiada na pytania ludzi, którzy szukają pomocy w mniej lub bardziej codziennych sprawach.
Agnieszka Dajbor
26.11.2020

W swojej nowej książce „Droga Kasiu,jak żyć lepiej?” Katarzyny Miller zaczyna się od wspomnienia jej najważniejszego listu w życiu. „Był to mój list do siebie samej, w którym zgodziłam się na siebie. Napisałam go w momencie, gdy odkryłam, jak potrzebne jest to, by stawać się coraz bardziej dorosłą i odpowiedzialną za siebie samą” – tłumaczy Katarzyna Miller. Do niej samej ludzie piszą zwykle o tym, co ich boli, z czym nie potrafią sobie poradzić. Historie są różne, ale nasze lęki, smutki i potrzeby podobne. Można się więc tymi listowną terapią inspirować. Zdrada w związku Mnóstwo tu tematów i wątków. Pierwszy z brzegu, zdrada. „Tydzień temu dowiedziałam się, że mąż mnie zdradza. Zawalił mi się świat –  pisze jedna z kobiet. I jak wiele z nas, które tego doświadczyłyśmy dodaje: Nie jem, nie śpię, nie mogę zajmować się córką. Poprosiłam o pomoc mamę, bo nie daję rady. W przypływie furii spakowałam jego rzeczy i poczułam, że wcale nie chcę , by się wyprowadzał. On najpierw próbował się wszystkiego wyprzeć, potem to umniejszał, twierdząc, że to nic nie znaczy (ale jak to może nic nie znaczyć?!), a potem wykrzyczał w nerwach, że to wszystko przeze mnie, i wyszedł z domu. Mama mi tego nie ułatwia. Jest załamana. Nie lubiła go nigdy, twierdzi, że powinien się wynieść z domu, abym mogła tę sytuację przemyśleć. Jestem jej mimo wszystko wdzięczna, że zajmuje się Julką. Wczoraj nie spałam całą noc. Pomyślałam, że go już nie chcę, że nie wyobrażam sobie, bym kiedykolwiek miała z nim pójść do łóżka, brzydzi mnie wszystko, co się z nim wiąże. Boję się o córkę. Ma tylko siedem lat, widzi, że dzieje się coś złego, martwi się. Wczoraj popłakała się bez powodu. Nie mogłam jej...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Kłótnia w związku – lepsza niż małe,codzienne sprzeczki

Kłótnia czasem pomaga lepiej się poznać. Zaakceptować nie tylko zalety, ale i wady partnera. Lepiej się nawykłócać, nagadać, niż tonąć w codziennym rozdrażnieniu.
redakcja „Uroda Życia”
13.07.2020

Kiedy się poznajemy wszystko jest cudowne. Ale po jakimś czasie bycia razem zaczynamy dostrzegać słabości i wady partnera, to co kiedyś wzruszało, drażni. Monika Janiszewska i Katarzyna Kucewicz w swojej nowej książce „Pięknie podzieleni. Jak uwolnić związek od codziennych sprzeczek i nieporozumień” piszą, że kobiety, kiedy przychodzą po poradę często wyznają, że marzy im się, by partner był taki „jak na początku”. A to przecież niemożliwe, bo pierwszy etap miłości ma swoje prawa i już do takiego stanu zauroczenia sobą nie wrócimy. Musimy w pewnym momencie zobaczyć naszego realnego partnera, a nie nasze wyobrażenie o nim. Poza tym wszyscy się zmieniamy. W pewnym sensie trzeba nauczyć się siebie od nowa czy też nauczyć się bycia ze sobą. Zaakceptować, że nasz partner to nie jest rycerz na koniu ani jakiś święty mikołaj, któremu podstawimy pod nos listę życzeń. Tylko nasz (nie)zwykły Wojtek, Grzesiek czy Błażej. Ze wszystkimi swoimi zaletami, ale i słabostkami - tłumaczą Monika Janiszewska i Katarzyna Kucewicz. Kłótnia w związku: nauczyć się bycia ze sobą Tracimy immunitet wyjątkowości. W głowie pojawiają się myśli: co się z nim dzieje?, co z nami jest nie tak? Partner już się nie stara. A po co? Wszak odbył już taniec godowy. Już ją zdobył. Zaklepał. Już jest jego na zawsze. Co się będzie dalej wydurniał i piórka stroszył. Ona z kolei staje się coraz bardziej roszczeniowa i zrzędliwa, bo to, na co zupełnie nie zwracała uwagi na etapie zauroczenia, najwyraźniej zaczyna ją mierzić - tłumaczą Monika Janiszewska i Katarzyna Kucewicz. Teraz trzeba usiąść, nagadać się, czasem nawykłócać, czasem pomilczeć. Spraw do przegadania będzie mnóstwo. Kto robi zakupy? Kto zajmuje się domowymi zwierzakami? Kto jest od sprawdzania szkolnych zeszytów, a kto zawozi dzieci na...

Czytaj dalej
hollis
Fot. iStock

Work-life balance? Nie istnieje, równowaga między pracą a życiem prywatnym to mit. I to szkodliwy

Praca i dom zawsze będą konkurencyjne.Będą kradły dla siebie nasz czas. Mówienie, że można harmonijnie łączyć wszystkie życiowe obowiązki wpędza nas tylko w poczucie winy.
redakcja „Uroda Życia”
17.10.2020

Domyślam się, że kwestia równowagi między domem a pracą spędza sen z powiek każdej pracującej mamie. Ktoś kiedyś wspomniał o istnieniu takiej możliwości – wyrażając w ten sposób swoją opinię – a media ochoczo podchwyciły temat. Gdy ktoś z trudem łączy różne życiowe obowiązki i stale ma poczucie braku równowagi, automatycznie zakładamy, że nie poradził sobie z właściwym wyważeniem składowych swojego życia. Lista macierzyńskich niepowodzeń, na której mamy już „niezbyt udaną fryzurę do szkoły” i nie ten jogurt, co trzeba, wydłuża się tym samym o kolejny punkt... Ech... Szczerze nie cierpię wszystkiego, od czego kobiety czują się gorzej i utwierdzają się w przekonaniu, że sobie z czymś nie radzą – mówi Rachel Hollis, pisarka, blogerka i mówca motywacyjny. Jej książki m.in. „Dziewczyno ogarnij się”, pisane zawsze z bardzo osobistej perspektywy trafiały na listę bestsellerów „New York Timesa”. W nowej książce „Dziewczyno, przestań ciągle przepraszać!” namawia kobiety, by nie przeglądały się stale w oczach partnerów, matek, dzieci, znajomych. Tylko realizowały siebie i swoje życiowe cele. Cóż to jest ta równowaga między życiem zawodowym a osobistym? Już sama nazwa sugeruje, że mamy do czynienia z dwoma harmonijnymi elementami, które da się równo rozłożyć na szalach życia - tłumaczy Racchel Hollis. Tymczasem moja praca i moje życie rodzinne nigdy, przenigdy nie znajdowały się w stanie równowagi, nawet gdy jako siedemnastolatka robiłam kanapki w Sub Station w moim rodzinnym mieście. Nawet wtedy zdarzało się bowiem, że z powodu jakiegoś ważnego projektu do szkoły musiałam ograniczyć liczbę godzin przeznaczonych na pracę. Zdarzało się też, że rezygnowałam ze spotkania z przyjaciółmi,...

Czytaj dalej
Rafał Zawierucha/ East News
Rafał Zawierucha/ East News

Rafał Zawierucha znów spotka się z ekipą filmu Quentina Tarantino. Tym razem… we własnym show!

Już w najbliższą niedzielę 17 maja ukaże się instagramowy program „Zawierucha filmowa”. Pomysłodawca i prowadzący, Rafał Zawierucha będzie zapraszał do niego znanych gości.
Sylwia Arlak
14.05.2020

Rafał Zawierucha zdradził na swoim profilu na Instagramie, że od dawna marzył o stworzeniu programu, w którym mógłby swobodnie rozmawiać o kinie. W programie nie zabraknie znanych gości. Już w pierwszym odcinku „Zawieruchy filmowej” zobaczymy twórców z ostatniej produkcji Quentina Tarantino „Pewnego razu... w Hollywood”. W instagramowej relacji na żywo, podczas której aktor rozmawiał z Magdaleną Steczkowską, powiedział jednak, że konkretna lista nazwisk to niespodzianka. Podczas tej samej rozmowy Rafał Zawierucha wyjaśnił, że pomysł na program powstał nie tylko z miłości do kina, ale także z potrzeby wspierania innych twórców, którzy nieraz są jeszcze na początkowym etapie swojej kariery: „Chciałbym, żeby osoby, które są już na innym pułapie, też nie bały się wciągania innych na pokład. To jest to, co powiedzieli mi kiedyś producenci »Żądła«: Musisz szanować każdego człowieka, nawet tego, co sprząta, bo nigdy nie wiesz, kiedy on cię przeskoczy i sobie o tobie przypomni” — powiedział Zawierucha. Rafał Zawierucha: pierwszy Polak u Tarantino  Aktor w swoim nowym projekcie będzie rozmawiał ze swoimi gośćmi o filmie, zabawnych sytuacjach z planu, przygotowaniach do roli, budowaniu postaci itd. Obiecał, że podczas każdego odcinka organizowany będzie konkurs. Internauci będą mogli wygrać autograf zaproszonego gościa, a także zadawać mu własne pytania.         Wyświetl ten post na Instagramie.                   Witajcie! Tak - to właśnie tutaj będziecie dowiadywać się więcej o #zawieruchafilmowa Rozmowy z wyjątkowymi gośćmi!...

Czytaj dalej