„Dym zasnuwał wszystko. Nic tam nie rosło, dzieci bawiły się w błocie. Gdy mdlały, myślałam, że z głodu”
Adobe Stock

„Dym zasnuwał wszystko. Nic tam nie rosło, dzieci bawiły się w błocie. Gdy mdlały, myślałam, że z głodu”

„Fakt, że dużo dzieci miało anemię, ale, wie pani, to były bardzo biedne dzieci, zaniedbane, myślałam, że z biedy są niedożywione. Mdlały, były słabe, miały bóle brzucha, biegunki, sczerniałe zęby. Ołowica daje takie objawy jak niedokrwistość. Działa też na centralny system nerwowy, skutkując obniżeniem intelektu – ale wtedy tego jeszcze nie wiedzieliśmy. Przepisywałam im witaminy.”
Maria Zawała
13.06.2020

Była połowa lat 70-tych, kiedy w małej przychodni na obrzeżach Katowic zaczęła się dziwna choroba dzieci. Mdlały, bolał ich brzuch, miały biegunki. Wyniki krwi – fatalne. Młoda lekarka na początku podejrzewała anemię, niedożywienie. Okazało się, że to o wiele groźniejsza, nawet śmiertelna choroba: ołowica. Zaczęła się walka z czasem – i komunistycznym rządem. 

„Ratowanie dzieci to był mój obowiązek. Zupełnie nie wyobrażam sobie, by lekarz mógł się zachować inaczej. Dzieci były chore, więc trzeba było działać”, mówi dziś dr Jolanta Wadowska-Król. Z wykształcenia i powołania jest pediatrą, w latach 70-tych uratowała kilka tysięcy katowickich dzieci z ołowicą. I chociaż nie trafiła do więzienia, to za ujawnienie choroby i przeciwstawienie się państwowym władzom zapłaciła wysoką cenę. Jej historia to właściwie gotowy materiał na film o kobiecie, która przeciwstawia się władzy  i lokalnym układom w imię zdrowia dzieci. Choć ona sama uważa, że nic wielkiego nie zrobiła.

Maria Zawała: Uratowała pani przed zachorowaniem na ołowicę albo kalectwem czy nawet śmiercią z jej powodu tysiące dzieci z Katowic. Mówili wtedy o pani: „Matka Boska Szopienicka”.

Dr Jolanta Wadowska-Król: Ale to było negatywne określenie mojej osoby! W komunie nie wszystkim się podobało, gdy głośno mówiłam, że mieszkańców Szopienic może ocalić tylko zamknięcie 150-letniej wówczas huty i przeoranie gruntu wokół niej. Ktoś mi opowiedział, że ówczesna dyrektorka sanepidu na jednym ze spotkań prychnęła: „Matka Boska Szopienicka się znalazła i miesza ludziom w głowach”. I tak to określenie do mnie przylgnęło. Pani dyrektor była członkiem Plenum KW PZPR, a w PRL-u nagłaśnianie tego, że dzieci masowo chorują na ołowicę, nie było władzom na rękę. Celem sanepidu było więc uciszyć mnie, skończyć sprawę, a najlepiej wysadzić mnie z Szopienic. Ale się nie udało, bo za dużo ludzi wiedziało, co się dzieje. Sprawę znali lekarze, rodzice dzieci.

Kiedy się pani zorientowała, że dzieci są zatrute ołowiem?

Zaczęło się w 1974 roku od chłopca z ulicy Westerplatte w Dąbrówce Małej, która była częścią Szopienic. Pracowałam tam jako pediatra w rejonowej przychodni. Chłopiec wciąż wracał do mnie z anemią, w końcu trafił do szpitala w Zabrzu, do prof. Bożeny Hager-Małeckiej, która była konsultantem wojewódzkim do spraw pediatrii.

I któregoś dnia, to był początek września, pani profesor przyjechała do mnie do przychodni, żeby mi osobiście powiedzieć, że to nie anemia, ale ołowica. Poprosiła, żebym sprawdziła warunki mieszkaniowe tego chłopca i dyskretnie zrobiła badania jeszcze innym dzieciom z okolicy. Wybrałam dziesięcioro dzieciaków z domów najbliżej huty. Na chybił trafił. Jak zobaczyłam pierwsze wyniki badań, to włosy stanęły mi dęba. Morfologia tragiczna!

Podejrzewała pani wcześniej, lecząc dzieci w przychodni, że to może być ołowica?

Czasami rzeczywiście myślałam, że huta może ją powodować. Fakt, że dużo dzieci miało anemię, ale, wie pani, to były bardzo biedne dzieci, zaniedbane, myślałam, że z biedy są niedożywione. Mdlały, były słabe, miały bóle brzucha, biegunki, sczerniałe zęby. Przepisywałam im witaminy. Ołowica daje takie objawy jak niedokrwistość, działa też na centralny system nerwowy, skutkując obniżeniem intelektu – ale wtedy tego jeszcze nie wiedzieliśmy. Kiedy po tamtych pierwszych badaniach zorientowałam się, z czym mamy do czynienia, od razu zadzwoniłam do prof. Hager-Małeckiej. Zgodziła się na to, żebym dalej badała dzieci, choć jednocześnie powiedziała mi, żebym uważała, bo to się władzom nie spodoba. Jak to usłyszałam, to pomyślałam, że muszę działać szybko. I zbadać jak najwięcej dzieci.

„Dym zasnuwał dzielnicę dniami i nocami”

Kto płacił za tamte badania?

Czekałam, aż pani o to zapyta, bo pani rozumuje jak dzisiejszy człowiek. A wtedy nikt nie rozmawiał o pieniądzach. Po prostu: pojechałam do laboratorium, powiedziałam, że kierownik mojej przychodni wyraził zgodę, i poprosiłam, żeby dziennie wykonywać jak najwięcej badań, bo prawdopodobnie dzieci są zatrute ołowiem.

Okazało się, że nie da się badać aż 50 dzieci dziennie, więc pojechałam jeszcze do dwóch laboratoriów w mieście. Załatwiłam, wróciłam i powiedziałam do mojej wspaniałej pielęgniarki Wiesi Wilczek: „Bierzemy się do roboty”. Wyciągnęłyśmy kartoteki i zaczęłyśmy robić listy dzieci do badań i wypisywać skierowania.

Jak wybierała pani dzieci?

Zadałyśmy sobie z Wiesią pytanie, jak daleko ten ołów może szkodzić i ustaliłyśmy, że wezwiemy na badania dzieci mieszkające w promieniu 400–450 metrów od huty. Nie miałam wątpliwości, że to wszystko przez tamten komin. Dym zasnuwał dzielnicę dniami i nocami, osadzał się, wszystko było pokryte czarną mazią. A familoki były budowane tuż za bramą zakładu, na skażonej ziemi. Nic tam nie rosło. Tylko dzieci, jak to dzieci, bawiły się na podwórkach.

Poszłyśmy na pocztę, by listonoszki pomogły roznosić skierowania, ale usłyszałyśmy, że dostarczenie ich tak szybko, jak chciałyśmy, jest absolutnie niemożliwe. To ja na to: „Pani Wiesiu, nie będziemy się prosić. Idziemy. Pani bierze jedną stronę ulicy, ja drugą”.

dr Jolanta Wadowska-Król
Anna Lewańska/agencja Gazeta

Fot. Dr Jolanta Wadowska-Król jest bohaterką muralu na kamienicy przy ul. Gliwickiej w Katowicach. Jego autorem jest Andrzej Wieteszka, Stoi na nim w otoczeniu dzieci, napis brzmi: „Kobiety wiedzą, co robią.” Ona wiedziała na pewno.

Naprawdę nikt nie pomógł?

W tych czasach nie to było ważne, że nie pomógł, ale to, że nie przeszkodził. Chcesz robić, to rób – taka wtedy była filozofia, kto się tam nami przejmował. Ale jedno chcę podkreślić. Cała służba zdrowia nas popierała.

Jak reagowali rodzice?

Wszyscy przyszli na badania. Bardzo mi ufali. Powiedziałam im tak: „Jeśli chcesz wiedzieć, jak bardzo jest chore twoje dziecko, musisz zgłosić się do laboratorium. Jak będzie chore, będziemy leczyć, wysyłać do sanatorium, proszę się nie martwić, nie robić buntów i najważniejsze: nie rozpowiadać wszędzie; musimy to zrobić szybko i po cichu, bo jak się sprawa wyda, na pewno nam tego władze zabronią”. Zaczął sie wyścig z czasem. Zarówno nam, jak i laborantkom groziło za to więzienie. Przecież nie mogło się wydać, że socjalistyczne huty niszczą środowisko i zdrowie tysięcy ludzi.

Dużo pani ryzykowała, mówiąc rzeczy „nie po linii”? Bała się pani?

O ryzyku nie myślałam, ale gdy zadzwoniłam do prof. Hager-Małeckiej i powiedziałam, że wzywam na badania po 50 dzieci dziennie i że wyniki są tragiczne, jeszcze raz usłyszałam od niej: „Uważaj, żeby cię nie zamknęli”. Jak ona mi to powiedziała, to ja dostałam jeszcze większego przyspieszenia. Prawie nie spałyśmy z Wiesią. Nocami tworzyłyśmy listy dzieci, a trzeba było gdzieś jeszcze wprowadzić wyniki badań i oznaczyć, co dalej z dzieckiem, jaki jest stopień zaawansowania jego choroby.

Czy było się czego bać, pyta pani? Cóż, niedawno w IPN znalazło się moje sprawozdanie z tamtych pierwszych badań. Wysłałam je do prof. Hager-Małeckiej, a ono od razu trafiło do Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Kto usłużny je tam dostarczył? Chyba się tego już nie dowiem. Ale to z tajnego protokołu spisanego wtedy dla KW w sprawie ołowicy w Szopienicach wynikło potem, że filtry w hucie były atrapą, a normy zapylenia były przekroczone ponad 1000 razy.

„Nic mi nie zrobicie!”

Ile dzieci udało się wam zbadać?

Nie było łatwo. W 1974 roku laborantka – żeby się zorientować, ile dziecko wydaliło ołowiu – musiała potrząsać probówką dwie godziny! W Dąbrówce było wtedy 2,5 tys., a w Szopienicach 3,5 tys. dzieci. W początkowym okresie przebadałyśmy jakieś półtora tysiąca. Familok za familokiem, ulica za ulicą. A co dziecko, to po badaniach adnotacja: szpital, szpital, szpital.

Do Zabrza trafiały w pierwszej kolejności te najciężej chore, wkrótce pani profesor zapełniła cały oddział. A nam w spisie dzieci przybywało, więc te następne posyłałyśmy do szpitali w Sosnowcu, potem do Katowic. Ciągle było za mało miejsc, więc upychałyśmy je, gdzie tylko było to możliwe. Dzwoniłam po ordynatorach z całego Śląska. Cała służba zdrowia współpracowała. Wszystkie szpitale wkrótce zapełniły się moimi dziećmi. I wtedy po raz pierwszy zapytałam panią profesor: „Co dalej? co robić? Przecież one do Szopienic nie mogą wrócić!”.

A huta dymiła w najlepsze...

Naturalnie, nikt się przecież nie przejmował. Myślę, że niektórzy rodzice nie zdawali sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Przecież w tej hucie pracowali. Z tej huty żyli. Ta huta to był ich jedyny chleb. Swoją drogą, w Wikipedii niedawno przeczytałam, że huta mi pomagała. No wolne żarty! Ten wpis mnie oburzył. Władze huty wiedziały o ołowicy, partia wiedziała, ludzie gadali, a my dalej same z Wiesią. Słałam wezwania na badanie i niczym się nie przejmowałam. Tak naprawdę jednak czekałam, że albo te badania wstrzymają, albo mnie zamkną. Ale pomyślałam sobie: „Jestem lekarzem. Dyplomu mi nie odbierzecie. To co wy mi możecie innego zrobić? Obym tylko jak najwięcej dzieci przebadała, zanim coś się stanie”

Prof. Hager-Małecka znała się z wojewodą Jerzym Ziętkiem, walczył razem z jej ojcem w powstaniu śląskim. Opowiedziała mu o sprawie. Tyle że w partii rządził Zdzisław Grudzień, więc wojewoda Ziętek niewiele mógł pomóc. Zasugerował jednak pani profesor, żeby spróbowała uderzyć do Gierka, I sekretarza KC PZPR, i przedstawiła mu sprawę, jak przyjedzie do Katowic. Tak zrobiła i całe szczęście, bo już się potem sprawy pod dywan nie dało zamieść. A wie pani, mówiono, że jak się Grudzień dowiedział, że jest ołowica, to dla swojego dziecka mleko kazał spod Tarnowskich Gór wozić, z Miasteczka Śląskiego. Śmiali się potem ludzie, że źle wybrał, bo tam też ołów był. I to jaki!

Ile trwały badania dzieci w Szopienicach?

Największe nasilenie badań trwało do marca 1975 roku. Dzieci ze szpitali przerzucaliśmy od razu do sanatoriów. Partia udawała, że nic się nie dzieje, a ja nie istnieję. Nie było tematu, ale coraz więcej ludzi zaczęło nam pomagać. Dyrektorka Wojewódzkiego Ośrodka Matki i Dziecka, dr Zofia Kajzerowa, dała nam pierwszy autokar. Wypisałam więc wnioski do sanatoriów, wsadziłam dzieci i pojechały.

A my z Wiesią siedziałyśmy i znów pisałyśmy wezwania do rodziców, tym razem, by ze szpitali nie zabierali dzieci do domów, bo one od razu jadą do sanatoriów. Zajęliśmy wszystkie placówki na Śląsku. W pewnym momencie w Szopienicach przy hucie nie było większości dzieci do 18. roku życia. Prawie wszystkie wywieźliśmy. Minął miesiąc, dwa, trzy. Rodzice zaczęli pytać...

Kiedy dzieci wrócą do domów?

No właśnie. A ja nie mogłam na to pozwolić. Więc zaczęłyśmy z prof. Hager-Małecką szukać dzieciom domów. Daleko od huty, która już zaczęła się sprawą interesować. Dyrektor do spraw socjalnych huty co prawda twierdził, że przeze mnie oszaleje, ale ludzie zaczęli się upominać o swoje. A jako że huta budowała bloki, to powiedziałam, żeby mieszkania przydzielić rodzinom ze strefy skażonej. Dyrektor się przeraził, bo sądził, że będą kolejki i dantejskie sceny. Znowu się wtrąciłam i zaproponowałam, że ja te mieszkania pomogę przydzielać, według stanu zdrowia dzieci. I znów zaczęła się robota. Tak więc to ja pomagałam hucie, a nie huta mnie, tak powinni napisać w Wikipedii. Huta dała część mieszkań, pani prof. Hager-Małecka sama znalazła jeszcze osiem lokali w Katowicach dla najtrudniejszych przypadków, już przeleczonych w szpitalu. Część rodzin trafiła do Siemianowic. Familoki przy hucie pustoszały jeden po drugim, aż w końcu postanowiono je zburzyć. Wysiedliliśmy ze strefy skażonej 621 rodzin. A, i jeszcze jedna moja wygrana: dzieci z Szopienic dostały obowiązkowo do picia mleko.

Dzieci zdrowiały, a ich rodzice? Nie byli chorzy?

Ależ byli! Tylko że dorosłych nikt nie badał ani nie leczył! A byli ciężko chorzy. Mówiono mi, że jak pracownik huty miał złe wyniki krwi, to go odstawiali na trzy miesiące na wydział kadmu, po trzech miesiącach wyniki mu się poprawiały i wracał na ołów. To było straszne, co robiono z ludźmi. Potem w dzień udawali, że nie dymią, a w nocy – na całego. Ludzie wszystko widzieli i mówili, ale przynajmniej przestano nas straszyć. Badaliśmy coraz więcej dzieci. Sanepid stworzył nawet specjalne laboratorium. Zaczęto porządkować nasze badania. W sumie zbadaliśmy ok. 5 tys. dzieci. Im dalej od huty mieszkały, tym były zdrowsze. Im lepsze warunki sanitarne miały w domach, tym było lepiej.

Co by się stało z dziećmi z Szopienic, gdyby nie zostały przeleczone, a ich rodziny nie dostały nowych mieszkań?

Trudno powiedzieć. Prawdopodobnie byłyby kalekami do końca życia. I tak wiele z nich trafiało do szkoły specjalnej. Niestety, ich sprawność intelektualna była już nie do uratowania. Można było tylko zatrzymać ten proces na tym etapie, na jakim był. Kiedy po jakimś czasie ponownie zbadaliśmy te dzieci, gdy już nie mieszkały pod hutą, ich wyniki krwi były dużo lepsze. Uczyliśmy też zachowań higienicznych. Wcześniej jak ojciec wracał z huty przy wytapianiu ołowiu i przynosił do domu brudne ubranie, to matka prała je razem z rzeczami dzieci. No i ten ołów był wszędzie. Dzieci bawiły się na podwórkach, a potem jadły obiad nieumytymi rękami. W wielu domach krany znajdowały się tylko na korytarzach. Dzieci myły się w miednicach. Straszne czasy.

„Nasza dochtorka kochana”

Władza pani nie zamknęła, ale nie odpuściła. Zemsta nadeszła?

Fakt. Zemścili się. Na okładce mojej rozprawy doktorskiejzobaczyłam dwie negatywne opinie. Po prostu napisano: „Negatywnie”. Nic więcej. Ani jednego słowa uzasadnienia. Nikt się pod tym nie podpisał. „Negatywnie” – czyli do kosza. Nie dano mi możliwości wytłumaczenia czegokolwiek. Przyznam szczerze: bardzo mi to „Negatywnie” podcięło skrzydła w tamtym czasie. Bardzo. Ale co miałam robić, zajęłam się swoją robotą. Los „ołowików”, jak pieszczotliwie nazywałam te dzieci, nie dawał mi jednak spokoju.

Dwa lata później wyjęłam stary notes, podkreśliłam cztery pierwsze nazwiska i postanowiłam sprawdzić, co z tymi moimi dziećmi się dzieje. Zaczęłam od rodziny Karola K., w której było dziewięcioro dzieci. Jak mnie zobaczyli, krzyknęli: „Nasza dochtorka kochana!”. 16-letni wówczas Karol, który był jednym z pierwszych dzieci z wykrytą ołowicą, siedział przy kuchennym stole. Chudy, z ziemistą cerą. Pamiętam ten jego „bociani” chód. Bo dzieci z ołowicą chodzą jak bociany. Ale żył i to było najważniejsze. Prawda jednak okazała się dla tych rodzin smutna. Tak naprawdę nikt im więcej nie pomógł. A i o mnie by nie pamiętano, gdyby nie moja wnuczka. W 2013 roku chciała zrobić film na licealny konkurs. Miał być o znanych ludziach, a ona przyszła do mnie i mówi: „Babciu, dla mnie ty jesteś bohaterką. O tobie zrobię” – no i nakręciła film „Matka Boska Szopienicka”. Wygrała konkurs. 

Przywróciła panią zbiorowej pamięci. Media podchwyciły temat. Reportaże, wywiady, a na końcu piękny mural. Tylko z tym doktoratem spotkało panią coś odwrotnego.

To nie tak, że wtedy chodziło mi o nagrodę – nigdy jej nie oczekiwałam, raczej uważałam, że taką naukową wiedzę należy po prostu upubliczniać. Tak się robi w medycynie na świecie.  Dokumenty, które mi zostały, wsadziłam do czarnego worka i zaniosłam na strych, tam sobie leżały całe lata. Ale jeszcze potem się przydały, kiedy niektórzy hutę skarżyli w sądzie i prosili mnie o potwierdzenie, że byli chorzy. Choć nie było to łatwe. Odszkodowania też marne dostawali.

Dlaczego, przecież chorowali?

Tylko że my nie wpisywaliśmy ołowicy w wynikach badań. Tak zdecydowała prof. Hager-Małecka, bo przeczuwała, że jeśli napiszemy: ołowica, to się w ten sposób ujawnimy i nie pozwolą nam leczyć. Ale  lekarze byli wtajemniczeni. Wykazaliśmy się sprytem.

Huty od dawna nie ma. Zagrożenie zniknęło. Gdyby wiedziała pani, że zapłaci za to zatrzymaniem naukowej kariery, zrobiłaby pani to wszystko raz jeszcze?

Oczywiście, nigdy tego nie żałowałam. Niektórzy myślą, że brak doktoratu złamał moją karierę naukową. Nieprawda, nie miałam takich planów. Lubiłam leczyć dzieci. Do południa w szpitalu, po południu w przychodni. I chociaż bardzo przeżyłam tamto odrzucenie, to gdybym jeszcze raz musiała walczyć o dzieci, nie wahałabym się ani chwili. Zresztą nawet dzisiaj też mam czasem ochotę postawić się światu.

„Smog mnie denerwuje, ale mówię sobie: odpuść”

Co panią tak denerwuje?

Smog, oczywiście! Te kominy dymiące z domów. Nie ma czym oddychać, ludzie byle czym palą, dzieci chorują, nikt się tym na poważnie nie zajmuje, wszyscy tylko mówią, że coś robią. Czasem mnie korci, żeby coś zrobić. Mam dopiero 80 lat. Od sześciu lat nie pracuję już w przychodni, ale mówię sobie: „Odpuść”. Mąż ma 83 lata, jest nefrologiem i jeszcze pracuje. Sam chce. Lekarzy brakuje, a on dobrze się czuje, jest świetnym specjalistą, po co ma siedzieć w domu.

A nie nudzi się pani na tej emeryturze?

Mam sześcioro wnuków. Jestem szczęśliwa, haftuję sobie. Proszę popatrzyć. Wszystkie portrety dzieci i wnuków, które tu wiszą, sama wyhaftowałam. A wie pani, że haft mnie po tym doktoracie nieszczęsnym uratował? Ukoił nerwy. Musiałam czymś się zająć, żeby nie myśleć. Krzyżyk za krzyżykiem i przychodziło ukojenie. Lepsze niż tabletki. Dziś powiem krótko: miałam i mam szczęśliwe życie. Bogu dziękuję i odpukuję w niemalowane, żeby nie zapeszyć.

Czy teraz, po filmie, po namalowaniu muralu, właśnie jest ten moment, kiedy słyszy pani: „Dziękuję” od ludzi?

Wie pani, od ludzi to ja słyszę „dziękuję” zawsze, jak idę przez Szopienice. Kto tylko mnie pozna, to się zaraz kłania. Jak te dzieci urosły, aż już nie wszystkie poznaję! I to jest największa dla mnie nagroda, że one żyją. Nigdy nie myślałam, że robię coś wyjątkowego. To był mój rejon, moje dzieci. Wszystkie znałam osobiście, to jak miałam im nie pomóc?

Co by pani sprawiło teraz radość?

Niczego nie potrzebuję, wszystko mam. Dzieci i wnuki zdrowe. Chociaż może jest jedna rzecz. Bardzo bym chciała jeszcze pojeździć na nartach w Dolomitach. Jak tylko zdrowie pozwoli, bo w tym roku pierwszy raz musiałam zrezygnować z nart. Kolana. Ale narty uwielbiam, Dolomity też, więc się nie poddam. Poćwiczę, podleczę i za rok pojadę.

***

Rozmowa z dr. Jolantą Wadowską-Król ukazała się w „Urodzie Życia" 6/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Jolanta Kosowska, pisarka
archiwum prywatne

„Tutaj ufa się lekarzom, a pacjentów się szanuje” – mówi polska lekarka mieszkająca w Niemczech

Po 14 latach pracy w Niemczech mogę powiedzieć, że tutaj zaufanie do lekarzy jest bardzo duże, ale ono nie powstało samo z siebie. Było budowane latami, mówi Jolanta Kosowska, lekarka, autorka książki „W piekle pandemii”
Sylwia Niemczyk
11.09.2020

Kiedy wiosną świat stanął na głowie, najważniejsze stało się zaufanie do lekarzy, czego przykładem mogą być Niemcy. Ale ono nigdy nie powstaje z dnia na dzień, musi być budowane latami”, mówi Jolanta Kosowska, lekarka pracująca w Dreźnie i autorka powieści obyczajowych, z których ostatnia to „W piekle pandemii”  (wyd. Novae Res). Sylwia Niemczyk: Jak wyglądał początek pandemii w Niemczech? Jolanta Kosowska: Pamiętam to dokładnie, bo jeszcze w przeddzień lockdownu pojechałam do Pillnitz obejrzeć słynną drezdeńską kamelię. Każdego roku na przełomie zimy i wiosny licząca sobie ok. 250 lat kamelia pokrywa się tysiącami kwiatów. Dla drezdeńczyków jest symbolem nadchodzącej wiosny. Wszyscy chcą się na nią napatrzeć, nacieszyć się nią, tam zawsze są tłumy. Pojechałam z koleżanką – i w całym kompleksie parkowo-zamkowym byłyśmy tylko we dwie. To było bardzo dziwne: ta pustka w parkowych alejkach. Dzień później pojawiły się pierwsze ograniczenia, a potem, tak jak w Polsce, ludzie z dnia na dzień zamknęli się na wiele tygodni w domach. Być może byłam jedną z ostatnich osób, które widziały tego roku kwitnącą drezdeńską kamelię. Ale poza ograniczeniami w Niemczech pojawiły się błyskawicznie wytyczne, które dawały poczucie może nie bezpieczeństwa, ale pewnej nadziei, że będzie dobrze, że to wszystko uda się opanować. W naszej przychodni lekarze wychodzili po pacjenta na zewnątrz budynku, przyprowadzali go prosto do gabinetu, po wizycie odprowadzali do drzwi. Pacjenci zaczęli zakładać w poradni maski i myć ręce środkiem dezynfekującym. Pandemia wdarła się w naszą codzienność. Dzisiaj już nikt na to nie zwraca uwagi, szybko się przyzwyczailiśmy, ale w marcu wiele rzeczy było zaskakujących i nowych. Tytuł pani powieści brzmi „W piekle pandemii”....

Czytaj dalej
życie z niepełnosprawnym dzieckiem
Maciej Zienkiewicz

„Uszkodzony, gorszy” – mówili lekarze o synu Agnieszki Kossowskiej

Radzili, by „to coś” szybko ochrzcić…
Anna Maruszeczko
04.11.2018

Ja nie jestem roszczeniowa, tylko z czasem nauczyłam się, że jak siedzi się cicho, to jest się po prostu niewidzialnym. Nie lubię określenia „walczyć o dziecko”, bo ono jest takie wielkie, takie nadmuchane, ale tak jest, że jak się nie zawalczy, to koniec – mówi Agnieszka Kossowska w rozmowie z Anną Maruszeczko. Nie lubi określenia „walczyć o dziecko”, ale od urodzenia Franka o niego walczy. Z lekarzami, z systemem, z Bogiem. Bo jak to mówi: „Jak przestać? Mamy postawić krzyżyk na synu?”. Agnieszka Kossowska (44), prywatnie mama Natalii (16) i Franka (7), żona – jak mówi – odpowiedzialnego i całkiem fajnego faceta, Radka zwanego Kosą. Szczególne miejsce w rodzinie zajmuje adoptowany kot Bolesław. Agnieszka mieszka w Opolu. Zawodowo – doktor językoznawstwa, tłumacz przysięgły języka niemieckiego, wykładowca opolskiej uczelni wyższej, w dorobku ma m.in. przekład autobiografii pilota Hanny Reitsch. Najnowsza pasja zawodowa i prywatna to zgłębianie tajników języka migowego. Blogerka. Autorka książki „Duże sprawy w małych głowach”. Anna Maruszeczko, „Uroda Życia”: Zawsze się pani uśmiecha? Agnieszka Kossowska: Staram się. Bo tak jest łatwiej. I chyba mam to w naturze. A czy los się do pani uśmiecha? Tak, myślę, że tak. Zwłaszcza że uświadomiłam sobie, że moja sytuacja nie jest najgorsza. Z koleżanką, która też ma niepełnosprawne dziecko, stworzyłyśmy sobie „teorię lustra”, na własny użytek. Przeglądamy się w innych historiach, w innych osobach, takich, które mają trudniejszą sytuację niż my. Mówimy sobie: „Jeśli oni dają radę, jeśli idą do przodu, z podniesioną głową, to my też musimy”. Poza tym są wokół mnie fantastyczni, wspierający ludzie, mam przyjaciół, fajnych...

Czytaj dalej
Szlachetna Paczka
materiały prasowe Szlachetnej Paczki

Marzą o zdrowiu, komputerze dla dziecka i ciepłym posiłku. „Najtrudniej, gdy w rodzinie jest choroba"

Dla nich bieżąca woda w domu to luksus. Dzieci nie mogą uczyć się zdalnie, bo nie mają komputera. Czasami nawet nie chcą tego robić, bo wciąż myślą o chorobach swoich rodziców. Nie dla wszystkich Święta są magiczne.
Kamila Geodecka
19.11.2020

O tych rodzinach i ich trudnej sytuacji wie dużo Dorota Bugajska, wieloletnia wolontariuszka Szlachetnej Paczki i Menadżerka Zespołu Operacyjnego w Stowarzyszeniu Wiosna.  Kamila Geodecka: Od lat jest Pani wolontariuszką Szlachetnej Paczki. Co najbardziej utkwiło Pani w pamięci? Dorota Bugajska: Pamiętam jedną taką sytuację, jedną taką rodzinę. Gdy byłam u nich na rozmowie, to tam praktycznie wszyscy byli chorzy. Mama była po nowotworze, tata też miał wcześniej nowotwór. Był syn, który był niepełnosprawny i miał upośledzenia umysłowe. Była też dziewczynka, w wieku mojej córki, więc szczególnie mnie to ruszyło. Też miała problemy zdrowotne. Pamiętam, że zapytałam całej rodziny, jakie jest ich największe marzenie. Wtedy zapadła taka cisza i nagle ta dziewczynka powiedziała, że jej największym marzeniem jest to, żeby wszyscy w jej domu byli zdrowi. Żeby ona nie musiała się martwić o to, że będzie ciężko. Ta dziewczynka była dopiero w wieku gimnazjalnym, powinna marzyć o zupełnie innych rzeczach… Zorganizowaliśmy tej rodzinie pomoc razem z klubem sportowym, do którego należała moja córka. Pamiętam, że wszyscy płakali, gdy przywieźliśmy prezenty. Matka przywitała nas tacą pączków, które usmażyła specjalnie dla nas. Chłopaki z klubu wnosili prezenty i byli w szoku, nie wiedzieli, co powiedzieć. Panowie z klubu sportowego, twardzi faceci, ale mieli łzy w oczach. Nie zapomnę już chyba nigdy momentu, gdy podałam paczkę temu niepełnosprawnemu chłopakowi i powiedziałam, że to dla niego prezent. Jego mama chciała mu pomóc go rozpakować, a ten pokazał na mnie, że ja mam mu pomóc. Otwierałam z nim tę paczkę i to było tak wzruszające. Wtedy sama się rozkleiłam. Jak znajduje się rodziny, które potrzebują pomocy? Pierwszymi instytucjami, z którymi...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Chorowanie w czasie pandemii? To nie wypada

Sylwia Arlak
11.05.2020

Nie wolno nam wyjechać w daleką podróż, ani nawet – jeszcze – iść do restauracji. Kino i teatr? Nie teraz. Impreza urodzinowa albo wesele ? W żadnym wypadku. Czego jeszcze lepiej nie robić w czasie pandemii? Chorować. O ile nie jest to oczywiście koronawirus. Zaczynasz kaszleć, wszyscy ze współczuciem, ale jednocześnie z widocznym strachem, pytają cię: „Ale to chyba nie koronawirus, co?”. Przypominasz im delikatnie, że w trakcie pandemii Covid-19, inne choroby nie zniknęły w magiczny sposób. Przychodzi kurier, a ty dalej kaszlesz. „O, typowe objawy koronawirusa” — mówi niby żartem od progu, a ty się uśmiechasz, chociaż masz powoli dosyć tego tematu. Naprawdę nie chcesz używać określenia „narodowa histeria”, ale nic nie poradzisz, że właśnie to ciśnie ci się na usta. Nie mamy pani wyników i co nam pani zrobi Do kaszlu dochodzi jeszcze katar, ból gardła, lekka gorączka (i inne objawy, o których już nawet nie chcesz pamiętać). Doraźne środki nie pomagają. Już wiesz, że nie wyleczysz się sama, więc postanawiasz skorzystać z usług specjalisty. Spotkanie z lekarzem online? Ten pomysł wydaje ci się co najmniej dziwny, ale nie masz wyjścia, więc przestajesz marudzić. Lekarz jest wyraźnie znudzony twoim przypadkiem („A może faktycznie niepotrzebnie zabieram mu czas? Przeszkadzam mu?” — zadajesz sobie pytania), ale z drugiej strony, aż tak dużo czasu nie zabierasz, bo konsultacja online jest jeszcze krótsza niż zwykła wizyta w gabinecie. Ale za to na koniec dowiadujesz się, że będą potrzebne badania. Chyba że po raz kolejny chcesz szprycować się lekarstwem „na każdą przypadłość” zwaną antybiotykiem. Zgłaszasz się na zlecone badania, w głębi ducha boisz się jednak, że skoro badania – to jednak dopadło cię coś...

Czytaj dalej