Dorota Sumińska: hrabianka, która uczy nas szacunku do zwierząt
GRZEGORZ KAWECKI/Puls Biznesu/FORUM

Dorota Sumińska: hrabianka, która uczy nas szacunku do zwierząt

I nieraz przy tym mocno nam się od niej obrywa! W swoich audycjach, wywiadach i książkach Dorota Sumińska punktuje naszą nieodpowiedzialność, brak szacunku i co tu kryć, bezmyślność w stosunku do zwierząt. I jesteśmy jej za to wdzięczni.
Marzena Rogalska
22.05.2020

To, kim jestem, zawdzięczam kobietom z mojej rodziny: tatarskiej prababce, ukochanej babci Bebie i mamie. To dzięki nim tyle dostałam od losu. Choć na weterynarię poszłam, żeby być bliżej ojca”, mówi Dorota Sumińska, pisarka, podróżniczka, lekarka i miłośniczka zwierząt.

Marzena Rogalska: Wychowałaś się w małym mieszkanku w Śródmieściu, które przypominało zoo.

Dorota Sumińska: Nie jestem w stanie policzyć ani spamiętać wszystkich zwierząt. Zawsze było ich bardzo dużo. I bardzo różnych. Były zwierzęta typowe, domowe, jak psy i koty, ale oprócz tego ptaki drapieżne, oswojone węże, koza, kury, kogutek…

Kury też mieliście w bloku?

Jedną, Panią Warszawską. Była przemiłą kurą, codziennie znosiła jajko, które ja dostawałam. Bardzo chorowałam jako dziecko i chodziło o to, żebym dochodząc do zdrowia, jadła jak najlepsze jedzenie, więc ojciec ją przyniósł i kura zamieszkała z nami. Jeździła też z nami na wakacje i mieszkańcy wsi Grabie nad Rawką, do której jeździliśmy, nazwali ją Pani Warszawska, ponieważ nie kumała się z wiejskimi kurami, tylko chodziła z psami. Mieszkał też u nas koziołeczek Rududu. Ojciec wtedy pracował w ogrodzie zoologicznym i urodził się tam koziołeczek z wadą serca. Ojciec go przyniósł, bo tam nie miał szans przeżyć. Mama strasznie koziołeczka pokochała, karmiła butelką, ale, niestety, umarł, bo im był starszy, tym to serduszko gorzej pracowało.

Mama nie mogła żyć bez zwierzaków?

Myślę, że mogłaby żyć, i sama z własnej woli na pewno by się tak „niezazwierzęciła”. Tylko że jak była ze mną, to nie miała wyjścia. (śmiech) Była uczuciową osobą i zżywała się ze zwierzętami. Jak leżała w szpitalu, to bardzo za nimi tęskniła.

Przemycałaś jej tam jakieś zwierzaki?

Węża. Chciała psa, ale gdzie ja bym psa wniosła do szpitala? Węża mogłam wsadzić za koszulę i nikt nie widział. Dawałam go mamie po cichutku, a ona kładła go sobie na szyję, głaskała i przytulała. To był bardzo sympatyczny wąż zbożowy. Z wężami byłam obyta od urodzenia i jednym z moich pierwszych słów był „woś”. Pamiętam, jak w szpitalu mama prosiła: „To psa mi przynieś”. „Mamuś, gdzie?” „To chociaż wosia”. (śmiech) 

Dorota Sumuńska: „To ludzie je porzucili, czyli ja”

Miłość do człowieka różni się czymś od miłości do zwierzęcia?

Nie, różni się tylko w wyrazie. Miłość jest jedna. Albo kochasz, albo nie kochasz. 

Przy takich rodzicach było chyba jasne, że będziesz studiowała weterynarię?

Niekoniecznie. Gdyby moi rodzice się nie rozstali, to na pewno zajmowałabym się czymś innym. Miłość do zwierząt jest czymś dużo szerszym niż weterynaria. Poszłam na weterynarię tylko dlatego, że chciałam być podobna do ojca, którego mi brakowało. A ponieważ on skończył weterynarię, więc myślałam, że droga do niego jest tędy. Teraz myślę, że bardzo dobrze, że skończyłam takie studia, bo oszczędzam na weterynarzu. 

Bo przygarniasz same stare i kalekie zwierzęta.

To jest mój obowiązek. Jestem odpowiedzialna za to, że one są stare, kalekie i porzucone, bo jestem człowiekiem. To ludzie je udomowili, to ludzie je porzucili, czyli ja. Dlatego muszę im pomóc. I każdy tak powinien myśleć. To samo z sierotami. Nie wiem, czy wiesz, że w tej chwili domy dziecka istnieją tylko w Polsce i w Rumunii. W innych krajach Europy ustawiają się kolejki, jeśli jest jedno dziecko wymagające adopcji.  Adoptują za granicą, bo nie ma dzieci. 

Dorota Sumińska
archiwum prywatne

Historia twojej rodziny starczyłaby na kilka filmów. Zacznijmy od romantycznej miłości twojego pradziadka, hrabiego Adama Ledóchowskiego, który wybrał się do kowala i spotkał tam tatarską dziewczynę...

Na pewno była to miłość, o jakiej marzy każdy, a takie się zdarzały, odkąd człowiek dowiedział się, że można kochać. Miłość wbrew wszystkiemu i całemu światu. Historia wydarzyła się bardzo dawno temu, a wówczas takie związki w środowisku, z jakiego pochodził mój pradziad, były nieakceptowane. 

To był mezalians wielkiego kalibru. 

On z hrabiowskiej rodziny z takimi koligacjami i taką historią, że tylko można być dumnym, chciał się nagle żenić z dziewczyną, która nie umiała nawet czytać i pisać. I tak naprawdę nikt nie wiedział, kim jest. Tę historię opisałam w „Autobiografii na czterech łapach”, co ciekawsze, kiedy ją pisałam, nie mogłam wyznać wszystkiego, ponieważ żyła jeszcze babcia, czyli ich córka, i mogłaby poczuć się dotknięta. Chodzi o to, że moja prababka Ewa, wtedy, kiedy Adam Ledóchowski ją wykupił od kowala, była już jego żoną. Pradziad wykupił ją za duże pieniądze, ale nie mogli wziąć ślubu, dopóki kowal nie umarł. I jak rodziły się im dzieci, to ślubu wciąż nie mieli. Można sobie wyobrazić, jak zareagowało jego środowisko. Wszyscy się od niego odwrócili. 

Ale Adam Ledóchowski wytrwał w tej miłości.

To była cudowna para. Zresztą moja prababka, owa Tatarka, była bardzo zdolna i piękna. Szybko nauczyła się pisać, czytać i mówić w kilku językach. On włożył mnóstwo pracy, żeby ją wyedukować i żeby dobrze poczuła się pośród ludzi, bo jednak najbliżsi przyjaciele się nie poodwracali. I prababka świetnie się odnalazła. (śmiech) Była hrabiną pełną gębą i trzymała fason. Tworzyli parę trochę jak z bajki, bo to zauroczenie pozostało do końca związku, najlepiej czuli się w swoim towarzystwie. 

Znane były w całej okolicy ich szalone wypady konne albo bryczką przez pola. Pradziadek był nałogowych palaczem, tak jak i ja jestem, więc ona przypalała mu papierosa, bo on nie mógł puścić lejców i tak gnali we dwójkę…

Tak jak pradziadek kochał konie, tak prababka kochała krowy.

Krowy były najukochańsze. Absolutną pupilką prababci była krowa Aza, nawet uszyto jej specjalny stanik, bo miała duże wymię, żeby sobie tego wymienia nie raniła, jak chodziła po klombach vis-a-vis głównego wejścia do rezydencji. 

Siłę tatarskich korzeni widać w twojej urodzie.

Szczególnie było to widać, kiedy byłam mała, wtedy wszyscy podejrzewali mnie o wschodnie koligacje. I słusznie. Kiedyś moja mama szła ze mną na spacer, a było to niedługo po festiwalu młodzieży, ktoś zajrzał do wózka, popatrzył na mnie i powiedział: „O, pofestiwalowe?”. (śmiech)

Dorota Sumińska
GRZEGORZ KAWECKI/Puls Biznesu/FORUM

Co się stało z pradziadkami i ich majątkiem Falenicze?

Niestety, los ich strasznie pokarał. Wybuchła wojna. Kiedy uciekali z Wołynia, zostawili cały majątek, nie mogli zabrać ukochanych zwierząt. Stracili wszystko łącznie ze sobą nawzajem. Pradziadek zginął tragicznie, zabili go bolszewicy.

Wnukiem pradziadka Adama Ledóchowskiego był twój ojciec, teraz przenieśmy się do majątku w Grodnie, gdzie są korzenie twojej mamy.

Grodno to dom moich drugich pradziadków. Była to bardzo zacna rodzina od pokoleń mieszkająca w tamtych rejonach. Przodkowie ze strony mamy byli burmistrzami Grodna, ale też musieli je opuścić, bo było targane to przez bolszewików, to przez Niemców. 

Nawet po wielu latach moja ukochana babcia Janina, czyli Beba, nie mogła o tym mówić, tyle w niej było tęsknoty za Grodnem. Zostawiła tam połowę siebie, zostawiła dom, w którym urodziła się jej mama, ona i moja mama. Był to dom, w którym tworzyła Eliza Orzeszkowa. Beba zniszczyła wszystkie zdjęcia i nie chciała tam już nigdy pojechać. 

Babcia Beba była dla ciebie ważna?

Była moją największą przyjaciółką. Nigdy w życiu nie znałam osoby tak uczciwej, jak moja Beba. Chorobliwie. Miała przyjaciółkę w Grodnie, Żydówkę. Kiedy wkroczyli Niemcy, ona musiała z całą rodziną uciekać, bo wiedzieli już, co może się zdarzyć. Byli to zamożni ludzie, wszystkie wartościowe rzeczy schowali w niby-ukrytym składziku, który Beba miała na strychu. Oczywiście jak przyszli Niemcy i zaczęli co bogatsze domy grabić, to wszystko znaleźli i zabrali. A co zrobiła moja babcia? Poszła na gestapo, żeby jej to oddali. Tłumaczyła, że to jest na przechowaniu i nie mogą tego zabrać, że jakby to było jej, to niechby wzięli. I poszła nawet do komendanta, żeby w takim razie chociaż dali jej jakiś kwit, że oni to zabrali, bo jak ona potem spojrzy w oczy swojej przyjaciółce. A komendant powiedział: „Ma pani pięć minut, jak pani nie wyjdzie w ciągu tych pięciu minut, to już nigdy pani nie wyjdzie”, więc wyszła. Taka była moja babcia.

A jej córka, czyli twoja mama? Jaka była poza tym, że uwielbiała jeździła na motorze i grać w koszykówkę?

Na pewno była niezwykła, ale miała bardzo trudne życie i w dużej mierze nieudane. Była bardzo delikatna i trafiła na zły czas, bo urodziła się tuż przed wojną. Straciła ojca na samym jej początku, potem przesiedlenie z Grodna do Warszawy, nie mogła się za bardzo odnaleźć. Marzyła, żeby zostać lekarzem, ale nie udało się, bo miała złe pochodzenie. Zdawała chyba sześć razy na medycynę. Bardzo lubiła rośliny, więc skończyła ogrodnictwo, bo tam łatwiej się zdawało. Gdyby była bardziej uparta, próbowałaby z tą medycyną do skutku. Mama nie wierzyła w siebie i to było bardzo złe. Ale wierzyła we mnie. 

Co dostałaś od tych wszystkich niesamowitych kobiet z rodziny?

Wszystko od nich mam. Dopiero teraz to widzę. To dzięki nim tak dużo dostałam od losu, bo one pracowały nad tym, żebym umiała sobie radzić w życiu.

Doroto, wyjaśnij mi, czy jesteś hrabiną?

Jestem hrabianką. Prawdziwą. Hrabiną była moja mama, a ja jestem hrabianką z Sumińskich. Mój ojciec był hrabią, mój dziadek był hrabią. Ledóchowscy też nosili ten tytuł. Gdybym się związała z hrabią, to też byłabym hrabiną. Ale nie związałam się.

Pamiętasz o tym, że jesteś hrabianką?

Nie. Nigdy o tym nie pamiętałam. To mnie zawsze bawiło, rozśmieszało. Bo po pierwsze, wychowałam się w czasach, kiedy należało to ukrywać, nie warto się było do tego przyznawać. A po drugie, nawet gdyby warto było się do tego przyznawać, to nigdy nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Mam świadomość, że to jest bardzo stary tytuł, że Ledóchowscy to jedna z takich znakomitszych rodzin polskich, Sumińscy też niewiele gorsi. Na pewno to ma znaczenie, ale tak naprawdę we współczesnym świecie ważne jest zupełnie coś innego – umiejętność współczucia i bycia człowiekiem, co jest coraz trudniejsze, bo stajemy się automatami gadżeciarskimi. To, kim byli twoi rodzice czy dziadkowie, oczywiście ma wpływ na to, jaki jesteś, ale nie należy tym się podpierać, bo to nie jest twoja zasługa. To nie jest łaska ani żaden parasol ochronny. Tak naprawdę ważne jest to, jakim jesteś człowiekiem sama z siebie, a nie: „Czy pan wie, kim ja jestem?”. 

Czy to przystoi, żeby hrabianka miała tak spracowane ręce i wykonywała bez rękawiczek gospodarskie prace?

Pamiętaj, że prawdziwa hrabianka, prawdziwa księżniczka i prawdziwa dama pozostaje damą nawet z brudnymi spracowanymi rękoma. Nie musi udowadniać rękoma, że jest damą. Cokolwiek będzie robić, to po prostu nią jest.

Ale ty masz dwadzieścioro zwierząt! Nie doskwiera ci to najnormalniej w świecie?

Ależ oczywiście, że tak. Czasem jest bardzo ciężko. Przecież nie młodnieję, mam masę obowiązków i muszę sobie radzić. Jest coraz więcej zwierząt wymagających fizycznej pomocy i trzeba dźwigać, ale nigdy nie będzie inaczej, dopóki będą na świecie takie zwierzęta. Jak umrą te, które są najstarsze, to wezmę następne chore i stare, bo one czekają w kolejce i muszę zdążyć.

Wielka miłość twoich rodziców, Zofii Ferster i Edwarda Sumińskiego skończyła się bardzo szybko, jaki wpływ miało to na twoje życie?

Mam wątpliwości, czy ona była taka wielka. Myślę, że się bardzo sobie spodobali, spotykali się, a rodzice Edwarda, czyli babcia Irena i dziadziuś Piotr, byli bardzo religijni i trudno było im zdzierżyć, że oni na przykład wyjeżdżają razem i mieszkają pod namiotem, więc sądzę, że ten ślub był przez nich wymuszony. Może przez chwilę było wielkie zauroczenie, ale źle im było razem. Nie byli dopasowani. Musieli się rozstać. 

Miałaś wtedy sześć lat, myślisz, że wpłynęło to na twoje trzy próby małżeńskie?

Próby to za mało powiedziane. To były małżeństwa skonsumowane! (śmiech) Śluby prawdziwe. Nie umiałam ułożyć sobie życia. Kobiety, które były wychowane bez ojca, z reguły tego nie potrafią. A ja nie miałam na stałe ani prawdziwego ojca, ani nawet atrapy. W związku z czym mężczyzna był dla mnie trochę kosmitą, bo dorastałam z dwiema kobietami, z mamą i z babcią, co dla dziewczynki jest bardzo niedobre. Znałam mężczyzn z książek i z opowieści, a wiadomo, że w książkach są cudowni, a w opowieściach jeszcze cudowniejsi. Więc wydawało mi się, że są tacy wspaniali, a oni wcale tacy nie są, są zwykli.

Jakie były te małżeństwa?

Z pierwszego małżeństwa mam przede wszystkim wspaniałą córkę Martę. Drugie było z miłości i było fantastyczne, ale się nie udało. A trzecie było beznadziejne i dzięki Bogu krótko trwało. Jednak nie wolno rezygnować. Człowiek jest społeczną istotą i potrzebuje drugiego człowieka. Ludzie mówią, że nie chcą, a to nieprawda. Każdy chce i uważam, że do śmierci trzeba szukać drugiej istoty, z którą można pogadać. Naprawdę, żebym miała pięciu mężów nieudanych, to dalej chciałabym mieć szóstego...

Rozmowa z Dorotą Sumińską ukazała sięw  „Urodzie Życia” 8/2016

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
dorociński
Szymon Szcześniak/laf

Marcin Dorociński: „Największym drapieżnikiem na świecie jest człowiek”

Dla Marcina Dorocińskiego pomoc zwierzakom to niemal codzienność. Angażuje się w nią bezinteresownie i z przekonaniem. Wspaniale, że są ludzie, którzy dają taki przykład!
Anna Bimer
21.05.2020

Znanemu aktorowi Marcinowi Dorocińskiemu prawa zwierząt są bliskie od lat. Angażuje się w wiele akcji, m.in. w ubiegłoroczną, głośną sprawę protestu przeciw podwyżce VAT-u na leki weterynaryjne dla zwierząt. Anna Bimer: Zbigniew Boniek napisał w internecie: „Jest Pan wielki. To wielki wyczyn bezinteresownie walczyć o prawa zwierząt”. Wyrasta pan na Owsiaka od braci mniejszych. Marcin Dorociński: Nie, nie. Jurek jest tylko jeden. Nawet nie śmiem się równać, nie spędzam życia w fundacji, pozostaję czynnym aktorem. Ale robię, co mogę. Staram się mieć oczy i uszy otwarte na krzywdę i reagować. Używam swoich mediów społecznościowych do edukacji ludzi w zakresie ochrony przyrody i praw zwierząt. Ale to nie ja wykonuję największą, najbardziej mozolną pracę. Biorą ją na siebie moi idole, czyli wolontariusze w schroniskach. Nie jestem też ani weterynarzem, ani leśniczym czy klimatologiem. Czerpię wiedzę od mądrzejszych ode mnie, od specjalistów. Potem ją tylko przekazuję dalej – czy to na Instagramie, czy na Facebooku – w takiej formie, żeby inni się zreflektowali. Zreflektowało się bardzo wielu, jeśli chodzi o obronę zwierząt. Przykładem był np. wielki społeczny gniew na oprawcę psa Fijo. To przełom, nie wiem tylko, czy dotyczy również mniejszych ośrodków i wsi. Tam też zmienia się grunt, poza tym unikałbym generalizowania. Wszędzie są ludzie i dobrzy, i źli, bez względu na to, skąd pochodzą. Przekonaliśmy się o tym ostatnio, kiedy moja żona zainterweniowała w sprawie miejscowego psa u przyjaciół na wsi, gdzie często bywamy. Pies był uwiązany przy budzie na łańcuchu. Monika podjęła temat spokojnie, bez pretensji i napiętnowania. Padły jedynie rzeczowe argumenty. A kiedy przyjechaliśmy następnym razem, pies już biegał całkiem wolno. Widzę, że coraz częściej gospodarze i właściciele...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Łąki zamiast trawnika: tak polskie miasta walczą z suszą i… kleszczami

Pomagają walczyć z suszą i upałami. Są schronieniem dla pszczół, jeży, jerzyków i wróbli. No i wyglądają pięknie. Łąki kwietne pojawiły się w Warszawie, Krakowie i Łodzi, a my mamy nadzieję, że to dopiero początek ekorewolucji w Polsce.
Sylwia Arlak
21.05.2020

Świat przygotowuje się do zmian klimatycznych – miasta szukają skutecznych sposobów, aby ograniczyć smog (nie tylko ten zimowy, pochodzący z kominów, ale też tzw. kalifornijski, powstający w upalne dni w centach miast), zmniejszyć upał i zatrzymać wodę. Przykładem zdecydowanych działań może być Wiedeń, który w ostatnich tygodniach zerwał asfalt z jednej z głównych ulic: Trunnerstraße. Na jej miejscu już jesienią powstanie Else Feldman Park: zostaną zasadzone drzewa, trawa i krzewy, które lepiej niż miejska ulica chłoną ciepło i zmniejszają upał. Zburzono też 50-metrowy mur wzdłuż ulicy, który nie pozwalał na swobodną cyrkulację powietrza. Ekologicznie i... ekonomicznie Inny – i łatwiejszy – sposób na to, aby żyło nam się w miastach trochę lepiej, to wysiewanie kwietnych łąk z makami, rumiankami i koniczyną. Chociaż esteci kręcą nosem na „chwasty”, to ekolodzy przekonują, że kwietna łąka w porównaniu z trawnikiem to: mniejszy upał, mniej smogu i mniej kleszczy – za  to więcej wody, pszczół, jeży, jerzyków i wróbli. Na stronie Fundacji Łąka czytamy, że rośliny łąkowe mają nawet 25 razy dłuższe korzenie niż trawniki, dzięki czemu nie potrzebują tak częstego podlewania. Poza tym kwietną łąkę w sezonie kosi się maksymalnie dwa razy (po okresie kwitnienia) – gdy trawnik wymaga koszenia około 20 razy. Rachunek jest prosty –  łąka to mniej spalin z kosiarek i mniej miejskiego hałasu, poza tym łąkowe rośliny lepiej niż trawa wyłapują zanieczyszczenia z powietrza. Dodatkowo  niektóre rośliny łąkowe, np. jaskry czy lawenda zawierają olejki eteryczne odstraszające kleszcze. Warszawskie władze już od czterech lat wysiewają kwietne łąki,...

Czytaj dalej
Pałac w Komierowie
archiwum prywatne

„Komierowo to pałac z duszą, ale bez duchów”, mówią siostry Komierowskie

Dzięki ich determinacji możemy się o tym przekonać, bo po latach burzliwej historii Anna i Agnieszka odkupiły od państwa Pałac Komierowo, odrestaurowały go i częściowo wynajmują.
Magdalena Felis
20.05.2020

Był w rękach Niemców, przeżył oblężenie Armii Czerwonej, w PRL obrócono go w ruinę. Dzisiaj znów przeżywa czasy świetności. O swoim pałacu, jego burzliwej historii i o szacunku dla rodzinnych korzeni opowiadają siostry Anna i Agnieszka Komierowskie herbu Pomian. Magdalena Felis: Pamiętacie, kiedy pierwszy raz usłyszałyście, że macie pałac? Anna Komierowska: Od zawsze o nim wiedziałyśmy. W latach 80. mieszkaliśmy na osiedlu z wielkiej płyty w zwykłym, ciasnym mieszkaniu, ale i tak co niedzielę na obowiązkowym rodzinnym obiedzie przychodził moment, kiedy tata rzucał: „Co robimy z Komierowem?”. To były czasy komuny, więc na odzyskanie pałacu nie było żadnych szans. I nikt nie wierzył, że coś się zmieni.  Agnieszka Komierowska: Pałac został odebrany rodzinie na początku II wojny światowej i po wojnie przeszedł na skarb państwa. Odzyskanie go stało się trochę rodzinną obsesją. Udało się dopiero w 1997 roku, kiedy był już ruiną. Zasada minoratu A kiedy został zbudowany? Agnieszka: W 1670 roku powstał murowany pałacyk, wokół którego roztaczał się wielki park. To był początek. Drzewa z tamtego okresu rosną do dziś. Neoklasycystyczny kształt nadał pałacowi Tomasz Komierowski – taka była wtedy, w latach 30., moda. Tomasz był też ostatnim prawowitym właścicielem Komierowa przed wojną. Anna: W naszej rodzinie obowiązywała nietypowa jak na Polskę zasada minoratu: dziedziczył najmłodszy – żeby majątek nie ulegał podziałom. Dzięki temu ziemia, na której stoi pałac, była w rękach rodziny prawie tysiąc lat. Ale potem przyszła wojna i skończył się stary świat. Tomasz zdążył jeszcze 31 sierpnia 1939 roku odesłać syna do Adampola, do rodziny swojej żony, Róży z Zamoyskich. Uratował mu tym życie. Sam został w pałacu.  Dlaczego? Anna:...

Czytaj dalej