Dorota Sumińska: hrabianka, która uczy nas szacunku do zwierząt
GRZEGORZ KAWECKI/Puls Biznesu/FORUM

Dorota Sumińska: hrabianka, która uczy nas szacunku do zwierząt

I nieraz przy tym mocno nam się od niej obrywa! W swoich audycjach, wywiadach i książkach Dorota Sumińska punktuje naszą nieodpowiedzialność, brak szacunku i co tu kryć, bezmyślność w stosunku do zwierząt. I jesteśmy jej za to wdzięczni.
Marzena Rogalska
22.05.2020

To, kim jestem, zawdzięczam kobietom z mojej rodziny: tatarskiej prababce, ukochanej babci Bebie i mamie. To dzięki nim tyle dostałam od losu. Choć na weterynarię poszłam, żeby być bliżej ojca”, mówi Dorota Sumińska, pisarka, podróżniczka, lekarka i miłośniczka zwierząt.

Marzena Rogalska: Wychowałaś się w małym mieszkanku w Śródmieściu, które przypominało zoo.

Dorota Sumińska: Nie jestem w stanie policzyć ani spamiętać wszystkich zwierząt. Zawsze było ich bardzo dużo. I bardzo różnych. Były zwierzęta typowe, domowe, jak psy i koty, ale oprócz tego ptaki drapieżne, oswojone węże, koza, kury, kogutek…

Kury też mieliście w bloku?

Jedną, Panią Warszawską. Była przemiłą kurą, codziennie znosiła jajko, które ja dostawałam. Bardzo chorowałam jako dziecko i chodziło o to, żebym dochodząc do zdrowia, jadła jak najlepsze jedzenie, więc ojciec ją przyniósł i kura zamieszkała z nami. Jeździła też z nami na wakacje i mieszkańcy wsi Grabie nad Rawką, do której jeździliśmy, nazwali ją Pani Warszawska, ponieważ nie kumała się z wiejskimi kurami, tylko chodziła z psami. Mieszkał też u nas koziołeczek Rududu. Ojciec wtedy pracował w ogrodzie zoologicznym i urodził się tam koziołeczek z wadą serca. Ojciec go przyniósł, bo tam nie miał szans przeżyć. Mama strasznie koziołeczka pokochała, karmiła butelką, ale, niestety, umarł, bo im był starszy, tym to serduszko gorzej pracowało.

Mama nie mogła żyć bez zwierzaków?

Myślę, że mogłaby żyć, i sama z własnej woli na pewno by się tak „niezazwierzęciła”. Tylko że jak była ze mną, to nie miała wyjścia. (śmiech) Była uczuciową osobą i zżywała się ze zwierzętami. Jak leżała w szpitalu, to bardzo za nimi tęskniła.

Przemycałaś jej tam jakieś zwierzaki?

Węża. Chciała psa, ale gdzie ja bym psa wniosła do szpitala? Węża mogłam wsadzić za koszulę i nikt nie widział. Dawałam go mamie po cichutku, a ona kładła go sobie na szyję, głaskała i przytulała. To był bardzo sympatyczny wąż zbożowy. Z wężami byłam obyta od urodzenia i jednym z moich pierwszych słów był „woś”. Pamiętam, jak w szpitalu mama prosiła: „To psa mi przynieś”. „Mamuś, gdzie?” „To chociaż wosia”. (śmiech) 

Dorota Sumuńska: „To ludzie je porzucili, czyli ja”

Miłość do człowieka różni się czymś od miłości do zwierzęcia?

Nie, różni się tylko w wyrazie. Miłość jest jedna. Albo kochasz, albo nie kochasz. 

Przy takich rodzicach było chyba jasne, że będziesz studiowała weterynarię?

Niekoniecznie. Gdyby moi rodzice się nie rozstali, to na pewno zajmowałabym się czymś innym. Miłość do zwierząt jest czymś dużo szerszym niż weterynaria. Poszłam na weterynarię tylko dlatego, że chciałam być podobna do ojca, którego mi brakowało. A ponieważ on skończył weterynarię, więc myślałam, że droga do niego jest tędy. Teraz myślę, że bardzo dobrze, że skończyłam takie studia, bo oszczędzam na weterynarzu. 

Bo przygarniasz same stare i kalekie zwierzęta.

To jest mój obowiązek. Jestem odpowiedzialna za to, że one są stare, kalekie i porzucone, bo jestem człowiekiem. To ludzie je udomowili, to ludzie je porzucili, czyli ja. Dlatego muszę im pomóc. I każdy tak powinien myśleć. To samo z sierotami. Nie wiem, czy wiesz, że w tej chwili domy dziecka istnieją tylko w Polsce i w Rumunii. W innych krajach Europy ustawiają się kolejki, jeśli jest jedno dziecko wymagające adopcji.  Adoptują za granicą, bo nie ma dzieci. 

Dorota Sumińska
archiwum prywatne

Historia twojej rodziny starczyłaby na kilka filmów. Zacznijmy od romantycznej miłości twojego pradziadka, hrabiego Adama Ledóchowskiego, który wybrał się do kowala i spotkał tam tatarską dziewczynę...

Na pewno była to miłość, o jakiej marzy każdy, a takie się zdarzały, odkąd człowiek dowiedział się, że można kochać. Miłość wbrew wszystkiemu i całemu światu. Historia wydarzyła się bardzo dawno temu, a wówczas takie związki w środowisku, z jakiego pochodził mój pradziad, były nieakceptowane. 

To był mezalians wielkiego kalibru. 

On z hrabiowskiej rodziny z takimi koligacjami i taką historią, że tylko można być dumnym, chciał się nagle żenić z dziewczyną, która nie umiała nawet czytać i pisać. I tak naprawdę nikt nie wiedział, kim jest. Tę historię opisałam w „Autobiografii na czterech łapach”, co ciekawsze, kiedy ją pisałam, nie mogłam wyznać wszystkiego, ponieważ żyła jeszcze babcia, czyli ich córka, i mogłaby poczuć się dotknięta. Chodzi o to, że moja prababka Ewa, wtedy, kiedy Adam Ledóchowski ją wykupił od kowala, była już jego żoną. Pradziad wykupił ją za duże pieniądze, ale nie mogli wziąć ślubu, dopóki kowal nie umarł. I jak rodziły się im dzieci, to ślubu wciąż nie mieli. Można sobie wyobrazić, jak zareagowało jego środowisko. Wszyscy się od niego odwrócili. 

Ale Adam Ledóchowski wytrwał w tej miłości.

To była cudowna para. Zresztą moja prababka, owa Tatarka, była bardzo zdolna i piękna. Szybko nauczyła się pisać, czytać i mówić w kilku językach. On włożył mnóstwo pracy, żeby ją wyedukować i żeby dobrze poczuła się pośród ludzi, bo jednak najbliżsi przyjaciele się nie poodwracali. I prababka świetnie się odnalazła. (śmiech) Była hrabiną pełną gębą i trzymała fason. Tworzyli parę trochę jak z bajki, bo to zauroczenie pozostało do końca związku, najlepiej czuli się w swoim towarzystwie. 

Znane były w całej okolicy ich szalone wypady konne albo bryczką przez pola. Pradziadek był nałogowych palaczem, tak jak i ja jestem, więc ona przypalała mu papierosa, bo on nie mógł puścić lejców i tak gnali we dwójkę…

Tak jak pradziadek kochał konie, tak prababka kochała krowy.

Krowy były najukochańsze. Absolutną pupilką prababci była krowa Aza, nawet uszyto jej specjalny stanik, bo miała duże wymię, żeby sobie tego wymienia nie raniła, jak chodziła po klombach vis-a-vis głównego wejścia do rezydencji. 

Siłę tatarskich korzeni widać w twojej urodzie.

Szczególnie było to widać, kiedy byłam mała, wtedy wszyscy podejrzewali mnie o wschodnie koligacje. I słusznie. Kiedyś moja mama szła ze mną na spacer, a było to niedługo po festiwalu młodzieży, ktoś zajrzał do wózka, popatrzył na mnie i powiedział: „O, pofestiwalowe?”. (śmiech)

Dorota Sumińska
GRZEGORZ KAWECKI/Puls Biznesu/FORUM

Co się stało z pradziadkami i ich majątkiem Falenicze?

Niestety, los ich strasznie pokarał. Wybuchła wojna. Kiedy uciekali z Wołynia, zostawili cały majątek, nie mogli zabrać ukochanych zwierząt. Stracili wszystko łącznie ze sobą nawzajem. Pradziadek zginął tragicznie, zabili go bolszewicy.

Wnukiem pradziadka Adama Ledóchowskiego był twój ojciec, teraz przenieśmy się do majątku w Grodnie, gdzie są korzenie twojej mamy.

Grodno to dom moich drugich pradziadków. Była to bardzo zacna rodzina od pokoleń mieszkająca w tamtych rejonach. Przodkowie ze strony mamy byli burmistrzami Grodna, ale też musieli je opuścić, bo było targane to przez bolszewików, to przez Niemców. 

Nawet po wielu latach moja ukochana babcia Janina, czyli Beba, nie mogła o tym mówić, tyle w niej było tęsknoty za Grodnem. Zostawiła tam połowę siebie, zostawiła dom, w którym urodziła się jej mama, ona i moja mama. Był to dom, w którym tworzyła Eliza Orzeszkowa. Beba zniszczyła wszystkie zdjęcia i nie chciała tam już nigdy pojechać. 

Babcia Beba była dla ciebie ważna?

Była moją największą przyjaciółką. Nigdy w życiu nie znałam osoby tak uczciwej, jak moja Beba. Chorobliwie. Miała przyjaciółkę w Grodnie, Żydówkę. Kiedy wkroczyli Niemcy, ona musiała z całą rodziną uciekać, bo wiedzieli już, co może się zdarzyć. Byli to zamożni ludzie, wszystkie wartościowe rzeczy schowali w niby-ukrytym składziku, który Beba miała na strychu. Oczywiście jak przyszli Niemcy i zaczęli co bogatsze domy grabić, to wszystko znaleźli i zabrali. A co zrobiła moja babcia? Poszła na gestapo, żeby jej to oddali. Tłumaczyła, że to jest na przechowaniu i nie mogą tego zabrać, że jakby to było jej, to niechby wzięli. I poszła nawet do komendanta, żeby w takim razie chociaż dali jej jakiś kwit, że oni to zabrali, bo jak ona potem spojrzy w oczy swojej przyjaciółce. A komendant powiedział: „Ma pani pięć minut, jak pani nie wyjdzie w ciągu tych pięciu minut, to już nigdy pani nie wyjdzie”, więc wyszła. Taka była moja babcia.

A jej córka, czyli twoja mama? Jaka była poza tym, że uwielbiała jeździła na motorze i grać w koszykówkę?

Na pewno była niezwykła, ale miała bardzo trudne życie i w dużej mierze nieudane. Była bardzo delikatna i trafiła na zły czas, bo urodziła się tuż przed wojną. Straciła ojca na samym jej początku, potem przesiedlenie z Grodna do Warszawy, nie mogła się za bardzo odnaleźć. Marzyła, żeby zostać lekarzem, ale nie udało się, bo miała złe pochodzenie. Zdawała chyba sześć razy na medycynę. Bardzo lubiła rośliny, więc skończyła ogrodnictwo, bo tam łatwiej się zdawało. Gdyby była bardziej uparta, próbowałaby z tą medycyną do skutku. Mama nie wierzyła w siebie i to było bardzo złe. Ale wierzyła we mnie. 

Co dostałaś od tych wszystkich niesamowitych kobiet z rodziny?

Wszystko od nich mam. Dopiero teraz to widzę. To dzięki nim tak dużo dostałam od losu, bo one pracowały nad tym, żebym umiała sobie radzić w życiu.

Doroto, wyjaśnij mi, czy jesteś hrabiną?

Jestem hrabianką. Prawdziwą. Hrabiną była moja mama, a ja jestem hrabianką z Sumińskich. Mój ojciec był hrabią, mój dziadek był hrabią. Ledóchowscy też nosili ten tytuł. Gdybym się związała z hrabią, to też byłabym hrabiną. Ale nie związałam się.

Pamiętasz o tym, że jesteś hrabianką?

Nie. Nigdy o tym nie pamiętałam. To mnie zawsze bawiło, rozśmieszało. Bo po pierwsze, wychowałam się w czasach, kiedy należało to ukrywać, nie warto się było do tego przyznawać. A po drugie, nawet gdyby warto było się do tego przyznawać, to nigdy nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Mam świadomość, że to jest bardzo stary tytuł, że Ledóchowscy to jedna z takich znakomitszych rodzin polskich, Sumińscy też niewiele gorsi. Na pewno to ma znaczenie, ale tak naprawdę we współczesnym świecie ważne jest zupełnie coś innego – umiejętność współczucia i bycia człowiekiem, co jest coraz trudniejsze, bo stajemy się automatami gadżeciarskimi. To, kim byli twoi rodzice czy dziadkowie, oczywiście ma wpływ na to, jaki jesteś, ale nie należy tym się podpierać, bo to nie jest twoja zasługa. To nie jest łaska ani żaden parasol ochronny. Tak naprawdę ważne jest to, jakim jesteś człowiekiem sama z siebie, a nie: „Czy pan wie, kim ja jestem?”. 

Czy to przystoi, żeby hrabianka miała tak spracowane ręce i wykonywała bez rękawiczek gospodarskie prace?

Pamiętaj, że prawdziwa hrabianka, prawdziwa księżniczka i prawdziwa dama pozostaje damą nawet z brudnymi spracowanymi rękoma. Nie musi udowadniać rękoma, że jest damą. Cokolwiek będzie robić, to po prostu nią jest.

Ale ty masz dwadzieścioro zwierząt! Nie doskwiera ci to najnormalniej w świecie?

Ależ oczywiście, że tak. Czasem jest bardzo ciężko. Przecież nie młodnieję, mam masę obowiązków i muszę sobie radzić. Jest coraz więcej zwierząt wymagających fizycznej pomocy i trzeba dźwigać, ale nigdy nie będzie inaczej, dopóki będą na świecie takie zwierzęta. Jak umrą te, które są najstarsze, to wezmę następne chore i stare, bo one czekają w kolejce i muszę zdążyć.

Wielka miłość twoich rodziców, Zofii Ferster i Edwarda Sumińskiego skończyła się bardzo szybko, jaki wpływ miało to na twoje życie?

Mam wątpliwości, czy ona była taka wielka. Myślę, że się bardzo sobie spodobali, spotykali się, a rodzice Edwarda, czyli babcia Irena i dziadziuś Piotr, byli bardzo religijni i trudno było im zdzierżyć, że oni na przykład wyjeżdżają razem i mieszkają pod namiotem, więc sądzę, że ten ślub był przez nich wymuszony. Może przez chwilę było wielkie zauroczenie, ale źle im było razem. Nie byli dopasowani. Musieli się rozstać. 

Miałaś wtedy sześć lat, myślisz, że wpłynęło to na twoje trzy próby małżeńskie?

Próby to za mało powiedziane. To były małżeństwa skonsumowane! (śmiech) Śluby prawdziwe. Nie umiałam ułożyć sobie życia. Kobiety, które były wychowane bez ojca, z reguły tego nie potrafią. A ja nie miałam na stałe ani prawdziwego ojca, ani nawet atrapy. W związku z czym mężczyzna był dla mnie trochę kosmitą, bo dorastałam z dwiema kobietami, z mamą i z babcią, co dla dziewczynki jest bardzo niedobre. Znałam mężczyzn z książek i z opowieści, a wiadomo, że w książkach są cudowni, a w opowieściach jeszcze cudowniejsi. Więc wydawało mi się, że są tacy wspaniali, a oni wcale tacy nie są, są zwykli.

Jakie były te małżeństwa?

Z pierwszego małżeństwa mam przede wszystkim wspaniałą córkę Martę. Drugie było z miłości i było fantastyczne, ale się nie udało. A trzecie było beznadziejne i dzięki Bogu krótko trwało. Jednak nie wolno rezygnować. Człowiek jest społeczną istotą i potrzebuje drugiego człowieka. Ludzie mówią, że nie chcą, a to nieprawda. Każdy chce i uważam, że do śmierci trzeba szukać drugiej istoty, z którą można pogadać. Naprawdę, żebym miała pięciu mężów nieudanych, to dalej chciałabym mieć szóstego...

Rozmowa z Dorotą Sumińską ukazała sięw  „Urodzie Życia” 8/2016

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
sapieżanka
Fot. Adam Kozak

Pożegnanie z Afryką po polsku. Historia polskiej księżniczki Teresy Sapieżanki

„Rodzice nas uczyli, że trzeba sobie radzić wszędzie. Jak wierzysz, że sobie poradzisz, to ci się uda. Choćbyś stracił dużo, to się odbudujesz. Przetrwasz” – mówi urodzona w Kenii polska księżniczka Teresa Sapieżanka.
Emil Marat
25.06.2020

Teresa Sapieżanka urodziła się w 1948 roku w Kenii, ale pochodzi z jednego z największych polskich arystokratycznych rodów. Jej dziadek Eustachy Seweryn Sapieha był więźniem Gułagu w ZSRR, ojciec  - też Eustachy podporucznik kawalerii, brał udział w kampanii wrześniowej. Sapiehowie potracili w czasie wojny majątki, rodzice Teresy postanowili wyjechać z Europy, wybrali Nairobii. Sapiehowie przez lata związani byli z organizacją safari, od początku lat 70. – bezkrwawego. Do dzisiaj Teresa Sapieżanka jest jedną z najpopularniejszych kobiet w Kenii. Nie organizuje już safari, od lat jest członkiem komisji egzaminującej przewodników po Kenii, działa również w wielu organizacjach charytatywnych, m.in. zajmujących się ochroną zwierząt. Jej pasją były od zawsze rajdy samochodowe. Jest jedną z niewielu kobiet należących do Muthaiga Country Club, tego samego w którym bywała Karen Blixen. Emil Marat: Pierwsze wspomnienie? Teresa Sapieżanka: Nie wiem, które było pierwsze… Mieszają mi się kolejne domy, bo kiedy byłam mała, często się z rodzicami przeprowadzaliśmy: co rok, co dwa lata. Wszystko mi się połączyło: bieganie w ogrodzie, chodzenie po drzewach, gonitwy... Jak to dzieci. Sanki, śnieżki, lepienie bałwana… (śmiech) Nie. Węże! Bywało, że w okolicy były węże. Mogłyśmy z siostrami bawić się tylko w wydzielonej części trawnika. Znajdowało się te węże za szafą, pod schodami, bo jak to na wsi – dom był otwarty. Robiłyśmy wrzask, ktoś dorosły przychodził i wyrzucał drania. Miałam cztery, pięć lat… Do Afryki przyjechałam w brzuchu mamy. Rodzice zdecydowali się wyjechać z Europy. Na skutek wojny wszystko stracili, całe majątki ziemskie – większość na ziemiach zabranych przez Rosjan. Mieli w sumie chyba 10 dolarów na to nowe życie. W Afryce był już mój dziadek –...

Czytaj dalej
maja hand
Olga Majrowska

Marta Handschke, pisarka o sile polskich babek, matek i córek

„Dorastałam wśród silnych kobiet, z trudem budujących partnerskie związki z mężczyznami” – mówi pisarka Marta Handschke, autorka głośnej powieści „Brzuch Matki Boskiej”.
Marta Strzelecka
18.06.2020

Marta Handschke słuchała od dzieciństwa opowieści kobiet w swojej rodzinie. Z czasem zaczęła je nagrywać i spisywać, by upamiętnić świat swojego dzieciństwa i młodości. Chciała też stworzyć portret trzech pokoleń kobiet – babci, cioci i mamy. Kobiet władczych i ukrywających słabości. Zarządzająch codziennym życiem w domu, ale nie potrafiących budować zdrowych partnerskich relacji. Tak powstała jej głośna książka „Brzuch Matki Boskiej”. W Gdańsku, gdzie mieszka, znana jest też jako autorka tekstów piosenek, wokalistka zespołów „Oczi Cziorne” oraz „Kobiety”. Jest też fotograficzką, ilustratorką, projektuje okładki płyt, plakaty, zajmuje się grafiką. Mówi: „Odziedziczyłam po kobietach w swojej rodzinie jakąś podświadomą niechęć w stosunku do mężczyzn. Jakby był we mnie gen skrzywdzonych kobiet. Do dziś, a jestem po czterdziestce, uczę się, jak wchodzić w relacje”. Marta Strzelecka: Od jakiej rozmowy zaczęła pani pracę nad książką? Marta Handschke: Od niekończących się rozmów z jedną z sióstr mojej babci, ciocią Ziutą. Jej opowieści słuchałam od dzieciństwa, mama wysyłała mnie często do niej, do Ustki. Były w tych historiach obrazki niesamowite, sugerujące obecność duchów, istot nie z tego świata, ale też zupełnie zwyczajne, czasem tragiczne, pełne żalu do losu, bliskich, związane z codziennością kobiety w przeciętnej polskiej rodzinie po wojnie – brak partnerskiej relacji w małżeństwie, poczucie odrzucenia przez rodziców, tęsknota za zakorzenieniem. Kiedy zaczęłam pracować nad „Brzuchem Matki Boskiej”, ciocia, staruszka, mieszkała sama, miała jeszcze dobrą pamięć. Pomyślałam, że to ostatnie lata na spisanie jej wspomnień. Szybko zdałam sobie sprawę, że powinnam też porozmawiać z pozostałymi kobietami w mojej...

Czytaj dalej
Mat.prasowe

Helena Bonham Carter: „Mój dziadek uratował tysiące Żydów”. Zobacz nowy serial BBC

Helena Bonham Carter zbadała historię swojej rodziny w nowym serialu BBC „Wojennymi śladami dziadków”. „Jestem dumna, że mogę się tym podzielić”.
Sylwia Arlak
13.08.2020

Znaną brytyjską aktorkę, Helenę Bonham Carter mogliśmy niedawno oglądać w roli księżniczki Małgorzaty w serialu „The Crown”. Teraz, 53-latka wraz z trójką innych brytyjskich aktorów (Sir Mark Rylance, Kristin Scott Thomas i Carey Mulligan) odkrywa wojenne historie swoich dziadków w nowym, świetnym serialu BBC „Wojennymi śladami dziadków”.  Bonham Carter przyznaje, że jej dziadkowie nie byli typowi bohaterami wojennymi: „Nie walczyli w żadnych bitwach ani nie zdobyli medali, ale chcę dowiedzieć się, co zrobili dla siebie”. Pradziadek premier, babka feministka To było dla niej inspirujące doświadczenie. Aktorka przyznała, że nawet po zakończeniu zdjęć, nie przestała zgłębiać rodzinnych historii, a tych nie brakuje. Jej dziadek ze strony matki, Eduardo Propper de Callejon był hiszpańskim dyplomatą. Przeciwstawił się rozkazom swojego rządu i pomógł Żydom uciec z kraju podczas nazistowskiej inwazji na Francję. Z antysemityzmem walczyła też jej babka ze strony ojca, Lady Violet Bonham Carter (córka brytyjskiego premiera Herberta Asquitha). Pomagała żydowskim rodzinom uciec przed groźbą Holocaustu. Matka czwórki dzieci, działaczka na rzecz kobiet i liberalny polityk była też wolontariuszką w trakcie nalotów bombowych. Violet obawiała się, że straciła swojego ukochanego syna Marka po tym, jak został schwytany w północnej Afryce. Udało mu się jednak uciec, przeszedłszy 400 mil, wrócił do domu. Ona trafiła na czarną listę gestapo, została aresztowana i rozstrzelana w czasie nazistowskiej inwazji na Wielką Brytanię. „To wspaniała rodzina. Jestem dumna, że mogę się tym podzielić. To jedna z najważniejszych rzeczy, jakie zrobiłam. Czuję, że jest jeszcze wiele do odkrycia [...] Urodziłam się za późno, a oni umarli za wcześnie. Nie miałam szansy dobrze ich...

Czytaj dalej
Fot. materiały prasowe Wydawnictwa Marginesy

Ałbena Grabowska, autorka „Stulecia Winnych” o niezwykłych losach swojej rodziny i walce o samą siebie

„Trzeba było w końcu zdecydować, czy całe życie mam robić to, czego się ode mnie oczekuje, wmawiając sobie, że sama właśnie tego chcę, czy też mam własne pragnienia i odwagę, by coś zmienić, o coś zawalczyć”, opowiada Ałbena Grabowska.
Anna Zaleska
25.08.2020

Ałbena Grabowska z zawodu jest specjalistą neurologiem, zrobiła doktorat z epileptologii, przez wiele lat pracowała jako lekarz. 10 lat temu wydała swoją pierwszą książkę i wtedy odkryła w sobie wielką pasję do pisania. Trzytomowa saga „Stulecie Winnych”, na podstawie której powstał popularny serial, a potem książka „Matki i córki”, odniosły wielki literacki sukces. Ałbena Grabowska jest przekonana, że nie stałaby się pisarką, gdyby nie jej bułgarskie korzenie, ale polski dziadek też odegrał tu ważną rolę. Na początku polskiego rozdziału w historii jej rodziny była jednak romantyczna miłość. Przy okazji ukazania się nowej książki Ałbeny Grabowskiej „Uczniowie Hippokratesa. Doktor Bogumił” rozmawiamy o historii miłosnej rodziców pisarki, która zaczęła się na czarnomorskiej plaży. O codzienności samotnej matki trójki dzieci. I o tym, dlaczego nie warto tkwić w strefie komfortu. Anna Zaleska: To prawda, że Ałbena znaczy kwiat jabłoni? Ałbena Grabowska: Tak, to imię bułgarskie, stare, literackie. Moja mama jest Bułgarką i ona je dla mnie wybrała. W Bułgarii bardzo znane jest opowiadanie Jordana Jowkowa o dziewczynie imieniem Ałbena. Jaka to dziewczyna? Nadając imię często myślimy o historii, które ono w sobie niesie. Wydaje mi się, że w tym przypadku tak nie było. Ałbena z opowiadania Jowkowa to buntowniczka, femme fatale, która potrafi zawrócić w głowie wszystkim mężczyznom wokół siebie. Nie sądzę, żeby mojej mamie to przyświecało (śmiech). Nie mam w sobie takich cech. Raczej godzę się z tym, co dostaję, po bałkańsku uważając, że widocznie to dla mnie najlepsze. To typowo bałkańska postawa? Pogodzenie z losem? Gotowość przyjęcia tego, co nam przynosi? Tak, nawet się mówi, jeżeli coś nie dzieje się po naszej myśli: taki był...

Czytaj dalej