Kierunek na wakacje? Armenia! Nie uwierzycie, jak tam pięknie!
getty images (6), sime/free

Kierunek na wakacje? Armenia! Nie uwierzycie, jak tam pięknie!

Wiosną, gdy ze stoków Araratu znika śnieg, a jeszcze nie nadchodzą mordercze upały, Armenia jest rajem. Wszystko dzieje się tu w duchu slow life: nikt się nie spieszy, nie ma tłumów, ludzie są gościnni i życzliwi, biesiady bogate i pyszne. A widoki...
Magdalena i Sergiusz Pinkwartowie
26.10.2018

Powiedzmy sobie szczerze: Armenia nie przyciąga turystów złotymi plażami, luksusowymi hotelami, bogatą ofertą kulturalną czy intensywnym życiem w  nocnych klubach. Tak naprawdę turystów tu prawie nie ma. To o tyle niezwykłe, że kraj jest olśniewająco piękny, ma porywające ślady historii, fantastyczne jedzenie (i  trunki), a przede wszystkim gościnnych ludzi, którzy dużo więcej wiedzą o nas niż my o nich. Najwyższy czas to zmienić.

Test wiedzy na Dzień Matki! Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Stolica Armenii

Lądujemy w stolicy, Erywaniu. Miasto kojarzy się z dowcipami, takimi jak ten. Słuchacz: „Droga redakcjo, czemu nie opowiadacie dowcipów politycznych?”. Radio Erewań (taka pisownia obowiązywała w  czasach ZSRR): „Drogi słuchaczu, wolimy jeść biały chleb nad Morzem Czarnym niż odwrotnie”. Rozsławionej przez dowcipy rozgłośni o takiej nazwie nigdy nie było. Za to Erywań to  najlepszy punkt wypadowy do zwiedzania kraju. Stąd jest blisko do najciekawszych atrakcji: nad jezioro Sewan, do klasztoru Chor Wirap pod Araratem czy do Eczmiadzynu – wielkiego kompleksu religijnego, zwanego „ormiańskim Watykanem”.
Śródmieście Erywania przypomina architekturą warszawskie MDM, z tą jednak różnicą, że kamienice są wyciosane z różowego wulkanicznego tufu. Samo centrum jest ostentacyjnie europejskie. Szyldy i nazwy pisane są alfabetem łacińskim. W  przeciwieństwie do Tbilisi, stolicy Gruzji, tutaj daje się odczuć bardzo mocną fascynację kulturą Zachodu. A może ma to związek z pogmatwaną historią Armenii i jej położeniem geograficznym? W końcu są całkiem mocne dowody na to, że kraje leżące na południowy zachód od głównego grzbietu Kaukazu należą geograficznie do Azji.

Ormianie wolą interpretację kulturową, według której granice kontynentu wyznacza zasięg opartej na chrześcijaństwie cywilizacji europejskiej. Armenia i Gruzja byłyby więc jeszcze w Europie, a Turcja i Azerbejdżan – już w  Azji. Takie rozwiązanie ma jednak pewną słabość. Bo jak wytłumaczyć to, że Ararat – najświętsza góra, a jeszcze nieco ponad sto lat temu centrum świata Ormian – jest dziś całkowicie po tureckiej stronie granicy, czyli na innym kontynencie? Spacerując ulicami Erywania, co chwila unosimy głowy, by spojrzeć na ten ośnieżony szczyt. Potężny pięciotysięcznik góruje nad miastem niczym Kilimandżaro nad afrykańską sawanną. Niemal z każdego miejsca zobaczymy górę, na której po biblijnym potopie spoczęła arka Noego. Ale Ararat to nie tylko szczyt. Jego nazwę noszą też hotele, papierosy, jogurty, no i – oczywiście – słynny koniak.

Historia armeńskiego koniaku

O tym akurat wiedzieliśmy, dlatego idziemy do wytwórni najsłynniejszego armeńskiego trunku. Przynajmniej tak nam się wydaje, dopóki nad bramą w potężnej ścianie dawnej twierdzy nie zobaczymy szyldu „Noy”. – Czy to na pewno tu jest wytwórnia araratu? – dopytujemy się zdezorientowani. No cóż… I tak, i nie. Noy to jedno z najgorętszych miejsc na turystycznej mapie miasta. Nic dziwnego, gdyby w każdym muzeum w cenie biletu było pięć (szczodrze lanych) lampek najlepszego koniaku, to przybytki kultury pękałyby w szwach.

W  takich warunkach wiedza o historii najsłynniejszego ormiańskiego towaru eksportowego sama uderza do głowy. Wytwórnię mocnych trunków w Erywaniu kupił Rosjanin Mikołaj Szustow w 1899 roku, a dwa lata później, jako jedyny nie-Francuz, wywalczył na najbardziej prestiżowych targach w  Paryżu Grand Prix.I  od tamtej pory zyskał prawo nazywać swoją brandy koniakiem. Ciągle jednak miał problemy ze zbytem towaru.

Ormianie woleli wino i  wódkę, a za granicą ceniono tylko mocne alkohole z Francji. Wtedy kupiec wpadł na genialny pomysł, który przeszedł do klasyki działań marketingu: wynajął aktorów wyglądających na ludzi z dobrego towarzystwa, kupił im eleganckie ubrania i wysłał na Zachód. Na jego koszt zaczęli bywać w najlepszych restauracjach i zamawiać wykwintne dania. Po biesiadzie zawsze żądali kieliszka ormiańskiego koniaku. Oczywiście w  żadnej eleganckiej restauracji Paryża, Monte Carlo czy Biarritz nikt im go nie podał. Robili więc awanturę, płacili za jedzenie i wychodzili, demonstracyjnie trzaskając drzwiami.

Tak jak przedsiębiorca się  spodziewał, za sprawą szeptanej propagandy, nazwa ormiańskiego koniaku odbiła się w świecie szerokim echem i  zaczęły płynąć zamówienia. Dziś w Erywaniu działają dwie wytwórnie koniaku: wykupiony przez Francuzów Ararat i Noy – tradycyjna faktoria, która jednak nie może używać nazwy Ararat, za to jest oficjalnym dostawcą trunków na Kreml. Obie odwołują się do dziedzictwa Szustowa, mają ciekawe muzea i prowadzą degustacje.

Ormiańska kuchnia

Zgłodnieliśmy. Na południe od Kaukazu kuchnia europejska miesza się w idealnych proporcjach z bogactwem smaków Orientu. Dzieci przepadają za przekąską zwaną sudżuk. To nazwa zarówno tutejszych kiełbasek, jak i nanizanych na nitkę orzechów zatopionych w karmelizowanym soku z winogron. Najpopularniejszym fast foodem są szaszłyki przygotowywane na ulicznych grillach. Do tego lawasz albo matnakasz – chleby wypiekane w specjalnych, glinianych piecach.

W restauracjach znajdziemy szeroki wybór sałatek i serów, a  dla prawdziwych twardzieli jest hasz – wodnista zupa z czosnkiem i papryczkami, oblewająca pływającą w głębokim talerzu wielką, nagą kość. W gorące dni najlepiej gasi pragnienie tan – słonawy kefir wymieszany z lekko gazowaną wodą mineralną. A do kolacji w restauracji bez pytania stawiają na stole litrową karafkę czerwonego wina. Armenia szczyci się tym, że jest ojczyzną wina –  to tu odnaleziono najstarsze, liczące 6200 lat amfory. Ale w  górach pija się raczej piekielnie mocną, 70-proc. morelówkę. Zawsze przy miejscowej muzyce. Bo Ormianie uwielbiają jeść, pić i się bawić.

Droga nad ormiańskie morze

Przekonamy się o tym nad jeziorem Sewan, które nazywane jest „armeńskim morzem”. Po drodze z ukrytego w skałach monasteru Tatew stajemy przy perskim karawanseraju. Bazaltowy, niski budynek wtapia się w porośnięty rzadką trawą piarg. Z daleka widać niebieską ładę zaparkowaną na poboczu drogi. To Aram –  strażnik. Chętnie oprowadza turystów po „swoim” zabytku i po chwili rozmowy serdecznie zaprasza nas do siebie na szaszłyki. Nie chce słyszeć, że za dwa dni mamy samolot. Proponuje, żebyśmy zostali u niego choć na tydzień. A w tym czasie będziemy gośćmi na co najmniej trzech przyjęciach.

Musimy go rozczarować, ale za to kupujemy u niego mocną morelówkę i ser, który przez trzy miesiące dojrzewał zakopany w ziemi. Po upływie półtorej godziny dojeżdżamy do jeziora. Można tu wykąpać się w czystej (ale zimnej) wodzie, popływać łódką i zobaczyć odbijający się w srebrzystej tafli kościół Sewanawank z VIII wieku. W niedzielę świątynia jest pełna wiernych, a młodzi, brodaci klerycy mocnymi głosami śpiewają staroormiańskie pieśni. Przed kościołem, według tradycji starszej niż chrześcijaństwo, można złożyć Bogu ofiarę, wypuszczając na wolność białą gołębicę, niczym Noe po potopie. Za równowartość dziewięciu złotych kupujemy ptaka, który szczęśliwy wzlatuje w powietrze. Pewnie i  tak później wróci do swego właściciela. Ale liczy się gest.

1\6
armenia
getty images (6), sime/free

Okolice Placu Republiki w Erywaniu to kwintesencja Armenii, czyli styk kultury Zachodu
z Orientem.

2\6
Pan Szuka bazar w Armenii
getty images (6), sime/free

Pak szuka, czyli kryte bazary, to najlepsze miejsca na zakupy i zjedzenie dobrego chaczapuri czy sudżuku, czyli miejscowej kiełbasy. Ceny równie przyjazne jak rozmowy z handlarzami.

3\6
Plac Republiki w Erywaniu Armenia
getty images (6), sime/free

Plac Republiki w Erywaniu - okolice placu to kwintesencja Armenii, czyli styk kultury Zachodu z Orientem. Bistra jak przy Champs-Elysées w Paryżu, a tuż obok słynny targ Wernisaż, na którym znajdziecie najlepsze rękodzieło ludowe z Kaukazu i postsowieckie oraz chińskie mydło i powidło.

4\6
centrum sztuki współczesnej Kaskada w Erywaniu Armenia
getty images (6), sime/free

„Akrobaci” (1988) Barry’ego Flanagana przed centrum sztuki współczesnej Kaskada w Erywaniu.

5\6
Klasztor Tatew w Armenii
getty images (6), sime/free

Tatew. Klasztor z IX wieku, gdzie według podań pochowany jest św. Eustachy, jeden z uczniów apostoła Judy Tadeusza. Ma 5750 m długości, tylko trzy podpory, a w najwyższym miejscu lina zawieszona jest 320 m ponad doliną rzeki!

6\6
Chaczkary w Armenii
getty images (6), sime/free

Jeden z 800 chaczkarów, czyli płyt wotywnych o niezwykle bogatej ornamentyce, na cmentarzu we wsi Noratus nad jeziorem Sewan, datowany na IX wiek.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Mar del Plata Playa Varese Argentyna
fot. getty images (5), sime/free (3), be&w

Z czego słynie Argentyna? Podpowiadamy, gdzie jechać, co zjeść, co zobaczyć

Wydaje się, że w Argentynie wszystko jest przerysowane: Buenos Aires ma aspiracje sięgające najwyższych szczytów Andów, a Patagonia została stworzona tylko po to, żeby uświadomić ludziom ich znikomość. Ale Argentyna ma naprawdę wiele ciekawych miejsc do zaoferowania turystom.
Karolina Stępniewska
22.10.2018

Znajdujemy się przy Puerto Madero. Kiedyś było to centrum Buenos Aires. To tutaj zawijały statki z emigrantami z Europy, budziły się marzenia o nowym początku i rozkwitały pierwsze fortuny. Dziś tamte sny stały się rzeczywistością. Zadzieramy głowy, wpatrując się w dachy wieżowców. Tak jak na Manhattanie, dawny port jest teraz dzielnicą wysokościowców. Tancerze płyną nad chodnikiem, zręcznie, bez żadnego wysiłku omijając ustawione przed restauracją stoliki. Rozumieją się tak dobrze, że trudno to wyjaśnić bez używania terminu telepatia. Wyglądają, jakby tańczyli ze sobą od pół wieku. To zresztą prawdopodobne, bo para, na którą patrzymy, ma grubo po siedemdziesiątce. To wieczorne spotkanie milongueros – tańczących tango. Po chwili na placu pojawiają się profesjonalni tancerze. W ślad za nimi idzie mistrz ze szkoły tańca. Zaraz do nas podejdzie i  zaproponuje, żebyśmy zapisali się do niego na lekcję. Z czego słynie Argentyna? Gigantomania to chyba cecha narodowa Argentyńczyków. Stwierdziliśmy to już pierwszego dnia, stojąc przed ogromnym frontonem Teatro Colón, który od otwarcia w 1908 roku aż do wybudowania w 1973 roku Sydney Opera House dzierżył palmę pierwszeństwa jako największy teatr na świecie. Nieco dalej, wracając taksówką do hotelu, postaliśmy dłuższą chwilę w  korku przy obelisku zdobiącym skrzyżowanie Avenida 9 de Julio z   Avenida  Corrientes. Rzecz warta wzmianki, bo aleja 9  Lipca to ponoć najszersza ulica na świecie – od krawężnika do krawężnika ma sto dziesięć metrów. Atrakcje Buenos Aires Buenos Aires ma różne oblicza, ale lubuje się w naśladownictwie. Choć może to raczej jest pastisz, lekka ironia. Jak w przypadku Hollywood – tak nazwano dzielnicę, w której siedzibę ma najpopularniejsza...

Czytaj dalej