Dlaczego tak łatwo zakochać się w Lizbonie?
Adobe Stock

Dlaczego tak łatwo zakochać się w Lizbonie?

Stolica Portugalii rozdaje nagrody za uważność, wystarczy zwolnić i smakować życie. Cudowna architektura, przejażdżki starymi tramwajami i niesamowite światło czynią to miasto magicznym.
Weronika Wawrzkowicz-Nasternak
27.04.2020

Radość w sercu pojawia się już w samolocie podchodzącym do lądowania. Pomarańczowe dachy domów są jak starzy znajomi – ich ciepły ceglany kolor grzeje nawet przez szybę. Obserwowanie miasta z wysokości to także jedna z wielu przyjemności dostępnych już po wylądowaniu. W stolicy Portugalii znajdziecie wiele tarasów widokowych, na przykład ten, który znajduje się na łuku triumfalnym Arco da Rua Augusta przy placu Handlowym (Praça do Comércio). Widać z niego m.in. wspaniałą katedrę Sé i zamek Świętego Jerzego. W tym miejscu można zrozumieć, co miał na myśli Fernando Pessoa, portugalski pisarz i poeta, który w „Księdze niepokoju” pisał o krążących po mieście tramwajach jak o wielkich, żółtych pudełkach zapałek. Dokładnie tak wyglądają oglądane z góry.

Miejsce kotów i duchów

Mogłabym tu zamieszkać – ta myśl zaskoczyła mnie na Cemitério dos Prazeres, czyli lizbońskim Cmentarzu Przyjemności. Trafiłam tam, idąc śladami książki „Requiem” autorstwa zakochanego w Portugalii Włocha Antonia Tabucchiego. Nietypowa nazwa tego miejsca pochodzi od znajdującej się kiedyś na tym terenie posiadłości. Cmentarz Przyjemności wygląda jak opuszczone miasteczko. Za bramą zobaczycie setki jazigos – różnej wielkości groby przypominające małe domy z oknami, w których nierzadko widać firanki. W środku można zobaczyć portretowe zdjęcia zmarłych. Najbardziej przejmujące są rodzinne grobowce, w których na niewielkiej przestrzeni mieści się kilka trumien. Leżą na specjalnych półkach, trzy po lewej, trzy po prawej stronie. Przychodzi mi do głowy skojarzenie z wagonem sypialnym i wieczną podróżą. Próżno szukać tu zniczy, można zauważyć jedynie małe wiązanki na grobach, ewentualnie pojedyncze kwiaty zatknięte za ozdobne bramy.

W alejkach bezszelestnie krążą koty, czarne jak smoła, rude, rozświetlone przez słońce, i grafitowe, jakby lekko przykryte kurzem. Są jak opiekunowie tego miejsca. Chodzę po ich śladach w cieniu wielkich cyprysów, które mogą pamiętać wydarzenia sprzed 200 lat. Głęboko zakorzenione w ziemi, czubkami sięgają chmur – w symboliczny sposób łączą ziemski świat z niebem. Nigdy nie lubiłam spacerów po cmentarzach, bo przypominają o tym, czego człowiek boi się najbardziej. Jednak lizboński Cemitério dos Prazeres ma w sobie energię spokoju, po którą często wracam.

Balsam na saudade

Lizbona to mój ulubiony kierunek podróży od lat. Podczas jednej z wypraw trafiłam do Hospital de Bonecas, czyli szpitala dla lalek, znajdującego się przy Praça da Figueira 7. Od ponad 180 lat ratuje się tu zabawki sfatygowane przez upływ czasu i dziecięce ręce. Do sal chorych dociera się przez mały sklep z zabawkami – już na tym etapie włącza się duch przygody, bo ktoś prowadzi nas na zaplecze, gdzie zazwyczaj „obcym wstęp wzbroniony”. Wchodzisz i czujesz, że patrzą na ciebie tysiące oczu, co ciekawe, te spojrzenia wcale nie są puste. Mam wrażenie, że kiedy ludzie opuszczą tę przestrzeń, miśki zaproszą lalki na herbatkę i zaczną towarzyskie spotkania, jak w „Sekretnym życiu zabawek” Jima Hensona. Lekarze w Hospital de Bonecas mają do dyspozycji całą ścianę części zamiennych. W drewnianych szufladkach z przezroczystymi okienkami widać pozbawione korpusów głowy, ręce lewe i prawe. Mrugają do mnie przypięte na sprężynkach oczy.

Czuję się jak w scenografii horroru, choć jednocześnie to miejsce ma w sobie coś bardzo czułego. Mieszkańcy kamienicy przy Praça da Figueira 7 byli przecież świadkami najczystszych dziecięcych emocji. Są tu miśki, w które wypłakiwały się kolejne pokolenia. W jednej z miejscowych gazet przeczytałam, że w Hospital de Bonecas leczy się saudade, czyli tęsknotę za tym, co przeminęło. W pamięci zostaje też imponująca kolekcja lalek Barbie – wśród nich zabawkowa wersja Marilyn Monroe i Grace Kelly. Uśmiecham się, kiedy rozpoznaję Mary Poppins z nieodłączną parasolką.

O urodzie portugalskiego życia decydują ludzie, także ci, którzy przyjechali tutaj z całego świata. Wśród nich znalazła się brytyjska fotograficzka Camilla Watson. W jednej z uliczek dzielnicy Mouraria można obejrzeć czarno-białe portrety jej autorstwa, przedstawiające mieszkańców Lizbony. Panie w często spotykanych tu podomkach, panowie grający w karty. Nie ma mowy o sztabie stylistów czy makijażystów godzinami przygotowujących modeli do sesji. Urzekła mnie prawda fotografii, które zatrzymały piękno codzienności.

W Lizbonie czuć energię nowych mieszkańców, a jednocześnie pamięć o tych, którzy odeszli. Przy Rua de São Tomé spotkacie Amálię Rodrigues utrwaloną w ulicznej mozaice. Królową Fado, jak nazwali ją Portugalczycy, uwiecznił Alexandre Farto, artysta street artu znany jako Vhils.

Kamienne arcydzieło

Kiedy słyszę: Lizbona, myślę: światło. Dla mnie najpiękniejsze na świecie. Współgrając z architekturą, potrafi zaczarować – tak jest na przykład w klasztorze Hieronimitów w dzielnicy Belém. To jeden z obiektów wpisanych na listę międzynarodowego dziedzictwa UNESCO. Przez lata podziwiałam go jedynie z zewnątrz. Dopiero w ubiegłym roku weszłam do środka i choć wybrałam się tam sama, nie mogłam powstrzymać słów zachwytu, musiałam wypowiedzieć je na głos. Światłocieni, jakie tworzą się w krużgankach klasztoru, nie sposób zapomnieć. W głowie zostaje biały kamień kontrastujący z błękitem nieba i precyzyjne ornamenty. Fernando Pessoa nazwał to miejsce „kamiennym arcydziełem”. Nie przesadził.

Cóż za piękna „okropa”!

Nie ma Lizbony bez azulejos, czyli ceramicznych kafelków na fasadach budynków. Można je spotkać na każdym kroku, a ich historię warto poznać w Muzeum Azulejos mieszczącym się w dawnym klasztorze przy Rua da Madre de Deus. Wydawało mi się, że każdy ulega ich czarowi. Myliłam się jednak, Beata Obertyńska, polska poetka, która podróżowała po Lizbonie w latach 30. XX wieku, nazwała je paskudztwem, którym oblepione są domy. W korespondencji z podróży skwitowała je krótkim słowem: „Okropa!”. Nie zgadzam się z nią, ale nie potrafię odmówić uroku słowu, które stworzyła.

A skoro mowa o słowach – chodząc po Lizbonie, mam wrażenie, że ulica szeleści. Język portugalski ma w sobie wyjątkowo dużo czułości, a przy wymawianiu wielu słów usta układają się jak do pocałunku. Zaskakują też znaczenia, na zwykły ręczny blender mówi się tu varinha mágica (wym.: warinia mażika), co dosłownie oznacza czarodziejską różdżkę. Jak widać, magiczną moc Lizbony czuć nawet w codzienności.

1\6
Miasto siedmiu wzgórz
Miasto siedmiu wzgórz
Getty Images

Lizbona, tak samo jak Rzym, nazywana jest miastem siedmiu wzgórz. Strome uliczki często prowadzą do miejsc, z których roztacza się widok jak z pocztówki.

2\6
Miejska fauna
Miejska fauna
Weronika Wawrzkowicz-Nasternak

Lizbońskie koty chodzą po mieście swoimi ścieżkami. Szczególnie upodobały sobie Cmentarz Przyjemności.

3\6
Pastéis de nata - słodycze z historią
Pastéis de nata - słodycze z historią
Adobe Stock

Słynne portugalskie babeczki budyniowe przyciągają tłumy turystów do dzielnicy Belem.

4\6
Magiczne płytki
Magiczne płytki
Adobe Stock

Azulejos, czyli ozdobne kafle, to symbol Lizbony. Ich nazwa pochodzi od arabskiego „azzelij”, które oznacza wypolerowany kamyczek.

5\6
Jedna z największych atrakcji miasta
Jedna z największych atrakcji miasta
Adobe Stock

Lizbońskie tramwaje są najbardziej obfotografowane na świecie. Charakterystyczne żółte wagoniki cieszą się popularnością nie tylko wśród zwiedzających.

6\6
Widok z tarasu widokowego na Arco da Rua Augusta
Widok z tarasu widokowego na Arco da Rua Augusta
Weronika Wawrzkowicz-Nasternak

Na środku placu handlowego znajduje się pomnik króla Józefa I – to w czasie jego panowania, w XVIII w. miało miejsce potężne trzęsienie ziemi. W tle rzeka Tag nazywana Słomkowym Morzem.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
sessesja moda Lizbona lato biało niebieski
Zosia Promińska

Zapraszamy cię na stylowy spacer po Lizbonie

Ciepłe słońce, piękna architektura i letnie sukienki. Dzięki naszym zdjęciom poczujesz się jak na jednej z urokliwych portugalskich uliczek. Bom dia!
Zuzanna Szustakiewicz
19.04.2020

Kolory biały i niebieski idealnie korespondują zarówno ze słynnymi Azulejos – malowanymi kafelkami, które zdobią fasady domów w Lizbonie i Porto, jak i z pochodzącymi z Francji wzorami toile de Jouy, czyli sielankowymi scenkami rodzajowymi. Prześwitujące sukienki, zwiewne spódnice i odsłaniające brzuchy topy zawracają w głowie niczym słodkie portugalskie wino. Przełamane plecionkami i słomką nabierają jeszcze bardziej słonecznego klimatu. Czy ty też marzysz już o wakacjach? Zdjęcia: Zosia Promińska Stylizacja: Agnieszka Ścibior Modelka: Sylwia/D’vision Makijaż i fryzury: Kasia Biały/ArtFace Asystentka stylistki: Magdalena Kubica Produkcja: Nomad Portugal Production Sesja ukazała się w „Urodzie Życia” 07/2019.  

Czytaj dalej
Kasia Bem, Egina, podróże, Katedra w Eginie
Adobe Stock

Pistacjowa wyspa - Egina

Najlepiej czuję się wśród codziennej zwyczajności mieszkańców nie do końca odkrytych kropek na mapie świata. Wyznaczają potem szlaki moich podróży. Odnajduję je częściowo za sprawą jogi.
Kamila Morgisz 
09.04.2020

Jeszcze zanim sama zaczęłam organizować wyjazdy z jogą, dużo jeździłam po całym świecie do miejsc, które znają tylko jogini: maleńka wysepka w Tajlandii, cudna finca w hiszpańskiej Andaluzji, odludne jezioro w strefie ciszy na Mazurach, ukryta przed światem bajkowa zatoczka na Goa, centrum medytacyjne w wysokich Himalajach. To były moje sekrety. Niechętnie dzieliłam się nimi, bo nie chciałam, żeby te skromne miejsca zmieniły się na skutek rosnącej popularności. Kocham je za brak gwiazdek. Urzeka mnie ich nonszalancja i bezpretensjonalność. W tych cichych zakątkach, wśród zjawiskowej natury, dzięki jodze i medytacji za każdym razem coś się we mnie zmieniało. Aż przyszedł taki moment, gdy już jako nauczycielka jogi zapragnęłam się tym dzielić. W jodze mówimy: „Gdy uczeń jest gotowy, pojawia się nauczyciel”. Podobnie z miejscami, do których zapraszam na swoje wyjazdy. Może pojechać każdy, ale jadą te osoby, które są gotowe. Pistacjowa wyspa jest dla mnie szczególna, bo wyrosła z moich marzeń o miejscu, które jest jak piękna, dojrzała kobieta, świadoma swojej urody, ale bez obsesji na tym punkcie, co, rzecz jasna, czyni ją jeszcze bardziej atrakcyjną. Każdy, kto tu trafia, czuje się trochę jak bohaterka filmu „Mamma Mia!” – szczęśliwie i beztrosko. Trafiają różne kobiety, które w normalnym życiu mogłyby się nigdy nie spotkać, a które na tych wyjazdach stają się sobie bardzo bliskie. Lubię zabierać je w podróż, gdzie każda z nich ma do odkrycia głównie siebie, ale też niesamowitą kobiecą więź, która się wytwarza. Czasem myślę, że dzieje się to za sprawą wiatru. Gdy wsiadamy w Pireusie na prom, żeby dopłynąć na wyspę, burzy fryzury i podróżne stylizacje. Robi się wtedy coś takiego, że zaczynamy sobie nawzajem pożyczać chustki i zaplatać...

Czytaj dalej
Islandia, podróże, Wodospad Seljalandsfossto
Sime/Free

Islandia jest kobietą!

A gdyby mogła mieć drugie imię, z pewnością nazwano by ją Naturlandią. To, co urzeka, to bezmiar przestrzeni oddany w twórcze ręce natury. Przyroda jest tu wszystkim.
Kamila Morgisz 
10.04.2020

Kobiecy wypad na Islandię planowałyśmy od ponad roku. My, trzy przyjaciółki ze szkolnej ławy, odwiedzamy tę czwartą, która najpierw na Islandię lubiła wpadać, a potem przeniosła tam całe swoje życie. Jej profil Islandia-love na Instagramie tylko podsycał naszą ciekawość. Wreszcie się udało! Islandzkie linie zabierają pasażerów z Okęcia do Keflaviku – cztery godziny lotu i widać mgły znad gorących źródeł. Panuje przekonanie, że pierwsi na Islandii byli wikingowie, jednak najwcześniej, już w VIII wieku, dotarli tam irlandzcy mnisi. Wyspa była ich samotnią i miejscem modlitwy. Refleksyjna aura pozostała do dziś. Niewielka liczba ludzi, izolacja od świata, poczucie zespolenia z naturą sprzyjają uważnej podróży. Uważność jest czymś, co dostajemy na Islandii w prezencie. To fascynująca wędrówka do wnętrza własnej duszy. Stolica Północy Islandia jest prosta i praktyczna. Gotówka jest zbędna, za wszystko (z toaletą włącznie) płaci się kartą. Lotnisko zapewnia częsty i szybki transport autokarowy do oddalonej o 50 kilometrów stolicy. Trasa wiedzie przez zasnute mgłą pola lawy, pokryte seledynowym mchem. Czasem pojawiają się björki – islandzkie brzozy, od których pochodzi imię słynnej wokalistki. Robi się z nich niezłe likiery i choć nie należą do najtańszych, są warte grzechu. Poza oceanem i wulkanami wszystko na Islandii wydaje się małe. Nawet stolica – Rejkiawik. W tym kameralnym mieście wśród łagodnych wzgórz mieszka 120 tysięcy osób. Na tutejsze warunki to metropolia: ponad jedna trzecia populacji całej wyspy, kolorowe domki i niska zabudowa, nad którą góruje odlany z betonu kościół – dobry punkt orientacyjny w zwiedzaniu tej najdalej na północ położonej stolicy świata. Na Islandii dominuje luteranizm, ale to elfy i trolle...

Czytaj dalej