Chorujemy na chorobę Hashimoto i celiakię, bo… jesteśmy kobietami?
IStock

Chorujemy na chorobę Hashimoto i celiakię, bo… jesteśmy kobietami?

Hashimoto, celiakia, stwardnienie rozsiane. Choroby immunologiczne są kobiecą domeną. O tym, dlaczego chorujemy na nie znacznie częściej niż mężczyźni, i jak się przed nimi bronić, z doktorem Wojciechem Sydorem rozmawia Katarzyna Podhorecka.
Katarzyna Podhorecka
30.07.2020

Choroba Hashimoto to jeden z typów zapalenia tarczycy, a jej przyczyną jest to, że mówiąc najprościej, organizm zaczyna zwalczać jeden ze swoich organów: tarczycę, co prowadzi do stanu zapalnego. W poczatkowej fazie może nie dawać żadnych niepokojących objawów, bywa, że chora dowiaduje się o chorobie podczas badania kontrolnego tarczycy. Z czasem pojawia się senność, zaczyna łuszczyć się skóra, wypadaja włosy, problemy z koncentracją, ciągła senność i uczucie rozbicia, a nawet depresja. O tym, jak leczyć Hashimoto i inne choroby z autoagresji mówi dr n. med. Wojciech Sydor, specjalista w zakresie chorób wewnętrznych, immunologii klinicznej oraz angiologii ze Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie.

Katarzyna Podhorecka: Dlaczego kobiety częściej niż mężczyźni chorują na choroby autoimmunologiczne?

Wojciech Sydor: Nie na wszystkie. Na łuszczycę i na cukrzycę typu 1 choruje więcej panów. Na wrzodziejące zapalenie jelita grubego chorujemy mniej więcej po równo. Ale rzeczywiście, jeśli chodzi o takie choroby, jak reumatoidalne zapalenie stawów, toczeń układowy, choroba Hashimoto czy Gravesa-Basedowa, to kobiety stanowią nawet 75 proc. chorych. Przyczyną tego prawdopodobnie są hormony płciowe. Wahania poziomu estrogenów i progesteronu u kobiet wpływają na pobudzenie ich układu odpornościowego i osłabienie tolerancji immunologicznej. Tak samo np. antykoncepcja hormonalna lub hormonalna terapia zastępcza nieco zwiększa ryzyko niektórych chorób autoimmunologicznych.

Przykładem burzy hormonalnej jest też ciąża. Jak wpływa na przebieg chorób autoimmunologicznych?

Ciąża to rodzaj transplantacji, bo płód rozwijający się w ciele matki tylko w połowie składa się z jej komórek. Druga połowa to obce białko – silnie immunogenne antygeny ojcowskie. Aby nie doszło do odrzucenia przeszczepu przez organizm matki, natura wyhamowuje reakcje obronne, zwiększając tolerancję immunologiczną. Dzięki temu kobieta ma szansę donosić ciążę. 

Z powodu zwiększenia tolerancji wiele ciężarnych pacjentek, chorujących na choroby autoimmunologiczne, szczególnie na reumatoidalne zapalenie stawów, odczuwa znaczącą poprawę samopoczucia. My, lekarze, nazywamy to stanem remisji, czyli wycofania się objawów. Niestety, po urodzeniu dziecka choroba wraca.

Podobno często choroby autoimunnologiczne ujawniają się właśnie po porodzie. 

Badania naukowe nie potwierdzają związku ciąży z większym ryzykiem zachorowania na choroby z autoagresji. Bardziej skłonny jestem przypuszczać, że choroba, która ujawniła się po urodzeniu dziecka, tliła się już przed ciążą. Oczekiwanie na dziecko to okres wytężonej pracy organizmu, ciąża może zaburzyć jego równowagę i w ten sposób przyczynić się do ujawnienia objawów choroby. Typowym przykładem jest choroba Hashimoto, która przez wiele lat przebiega u chorych bezobjawowo. Po cichu pojawiają się przeciwciała przeciwtarczycowe, które niszczą komórki tarczycy, prowadząc do jej niedoczynności. Tymczasem w ciąży tarczyca musi wyprodukować hormony zarówno dla matki, jak i dla rozwijającego się płodu, a to może okazać się zadaniem ponad jej siły. Przed porodem zwiększona tolerancja immunologiczna trzyma układ immunologiczny w ryzach, ale po porodzie już nie. 

Czy to prawda, że choroby autoimmunologiczne zwiększają ryzyko problemów z zajściem w ciążę i mogą być przyczyną poronień?

Nie tylko same choroby, ale także niektóre leki, które stosujemy, aby je powstrzymać. Nie demonizowałbym jednak tej kwestii, bo coraz większej liczbie kobiet chorych na choroby autoimmunologiczne udaje się donosić ciążę. Bardzo ważne jest, aby do zapłodnienia doszło w okresie remisji choroby, kiedy pacjentka nie wymaga wielu leków, które mogłyby zaburzyć przebieg ciąży. Musi być też pod stałą opieką lekarską nie tylko ginekologa, ale także immunologa, endokrynologa czy reumatologa, zależnie od rodzaju choroby autoimmunologicznej. W żadnym wypadku nie może bez konsultacji z nim odstawiać leków ani zmieniać ich dawkowania. 

Mówi się, że tego typu choroby są następstwem wadliwego działania układu immunologicznego. Jak to się dzieje, że zamiast bronić organizmu, zaczyna niszczyć własne tkanki?

Układ odpornościowy od urodzenia uczy się odróżniać wrogie komórki od swoich własnych. Oczywiście, bardzo ważne jest, żeby był czujny, czyli niezwłocznie reagował na bakterie, wirusy i grzyby, które wtargnęły do organizmu, czy wadliwe komórki, które mogą być zalążkiem nowotworu. Jednak drugą jego bardzo ważną cechą jest tolerancja immunologiczna, czyli niereagowanie na to, co jest dla nas bezpieczne, np. na pyłki roślin w powietrzu, jedzenie, czy nasze własne tkanki. Przyczyną chorób autoimmunologicznych jest właśnie zaburzona tolerancja immunologiczna. Organizm zaczyna produkować przeciwciała, które albo niszczą własne tkanki i narządy, albo tworzą kompleksy immunologiczne, które się w nich odkładają, powodując przewlekły stan zapalny. Mogą zniszczyć tarczycę, trzustkę, wątrobę, jelita, mięśnie, stawy, nawet serce. Albo układ nerwowy, tak jak się dzieje w stwardnieniu rozsianym (SM).

Czemu u niektórych osób te mechanizmy działają niewłaściwie, a u innych nie?

Prawdopodobnie – bo do końca tego nie wiemy – czynników jest wiele. Na pewno znaczenie mają geny. Kiedy pytam pacjentów, czy ich krewni chorowali na choroby autoimmunizacyjne, często okazuje się, że we wcześniejszych pokoleniach były przypadki chorób tarczycy, celiakii, reumatoidalnego zapalenia stawów (RZS) albo cukrzycy typu 1. Przy czym dziedziczy się skłonność nie tyle do jednej konkretnej choroby, ile do chorób z tego kręgu w ogóle. Oczywiście same geny to za mało. Aby doszło do choroby, muszą jeszcze zadziałać czynniki środowiskowe. Czynnikiem wyzwalającym chorobę może być infekcja wirusowa, choćby mononukleoza, cytomegalia czy grypa, lub bakteryjna, np. angina. Uważa się, że do wystąpienia RZS może również przyczynić się nieleczona choroba przyzębia. Znaczenie ma też stres, zarówno bardzo silny np. związany z utratą bliskiej osoby, jak i długotrwały.

Moja znajoma zachorowała na łuszczycę zaraz po tym, jak uczestniczyła w wypadku drogowym. Często spotyka pan takie sytuacje w swojej praktyce?

Dość często, szczególnie w odniesieniu do zespołu Sjögrena, który objawia się nadmierną suchością błon śluzowych np. jamy ustnej i oczu. Stres, jaki odczuwamy, pobudza wydzielanie kortyzolu w nadnerczach, który z kolei wpływa na funkcjonowanie układu odpornościowego. Tak działa zarówno silny krótkotrwały stres, jak i stres przewlekły, wynikający np. ze złej relacji z partnerem, kłopotów wychowawczych z dziećmi czy mobbingu w pracy. Przy czym kluczowy wydaje się nie tyle poziom stresu, ile sposób, w jaki sobie z nim radzimy, a właściwie nie radzimy. Zapewne to nie przypadek, że na choroby autoimmunologiczne zapadają częściej osoby introwertyczne, depresyjne.

Stres może również wpływać na przebieg choroby. Na co dzień obserwuję, że takie wydarzenia jak śmierć osoby bliskiej, rozwód czy utrata pracy często zbiegają się z zaostrzeniem objawów choroby. Powstaje błędne koło. Zaostrzenie choroby skutkuje stresem, a stres powoduje kolejne zaostrzenia. 

Jak leczyć chorobę Hashimoto i inne choroby z autoagresji?

Na czym polega leczenie chorób z autoagresji? Czy można z nich się skutecznie wyleczyć?

Choroby autoimmunologiczne mają charakter przewlekły, co znaczy, że ich wyleczenie nie jest możliwe. Ale podając odpowiednie leki, możemy wpływać na ich przebieg, przywrócić równowagę w organizmie, dzięki czemu okresy remisji są długie. Naszym podstawowym orężem są leki sterydowe, które łagodzą proces zapalny. Niekiedy musimy zastosować leczenie immunomodulujące, które ogranicza nadmierną aktywność układu immunologicznego. Nadzieją dla chorych na niektóre choroby autoimmunologiczne, np. na RZS, toczeń, łuszczycę czy SM, są leki biologiczne, które mają wyhamować nadaktywny układ odpornościowy, blokując określone mechanizmy odpowiedzialne za powstawanie konkretnych przeciwciał.

Ale nie pomogą w przypadku częstej wśród kobiet choroby Hashimoto, prawda? Wciąż nie umiemy zapobiegać jej rozwojowi.

Choroba Hashimoto, czyli przewlekłe autoimmunologiczne zapalenie tarczycy, to najczęstsze schorzenie immunologiczne, często prowadzące do niedoczynności tego gruczołu. I chociaż nie potrafimy zahamować tego procesu, to jesteśmy w stanie wychwycić moment, gdy pojawia się niedoczynność i wkroczyć z suplementacją hormonów, która zapobiega skutkom niedoczynności.

Na internetowych forach, „hashimotki” radzą, by przejść na dietę bezglutenową, bezlaktozową, suplementować selen, witaminy D i K, bo to podobno przyczynia się do „zbijania” poziomu przeciwciał. Czy takie działania mają sens?

Po pierwsze „zbijanie” przeciwciał nie ma sensu, bo ich poziom nie odzwierciedla ciężkości choroby. Po drugie, nie ma żadnych dowodów naukowych na to, że jakakolwiek dieta eliminacyjna pozytywnie wpływa na przebieg choroby Hashimoto. Owszem, zdarza się, że pacjentka jednocześnie choruje na celiakię, która także jest chorobą autoimmunologiczną – wówczas dieta bezglutenowa jest jak najbardziej wskazana. 

Wiele moich pacjentek, chorujących na różne choroby, stosuje dietę bezglutenową, twierdząc, że lepiej się dzięki niej czują. Jeżeli jest dobrze zbilansowana, nie widzę przeciwwskazań. Natomiast istnieją naukowe przesłanki ku temu, by osoby z niedoczynnością tarczycy i chorobą Hashimoto ograniczyły spożycie brukselki, soi, kalafiora, brokułów i innych warzyw kapustnych, ze względu na zawarte w nich substancje antyodżywcze, które blokują wchłanianie jodu. Jeśli chodzi o suplementację, to udokumentowane pozytywne działanie ma jedynie witamina D.

Dietetycy twierdzą, że np. w RZS dobre efekty daje dieta wegetariańska i większe spożycie kwasów omega-3. Co pan na to?

Nie znam badań, które jednoznacznie potwierdzałyby pozytywny wpływ diety wegetariańskiej na funkcjonowanie układu odpornościowego. Natomiast jeśli chodzi o wielonienasycone kwasy tłuszczowe, to od dawna wiadomo, że działają przeciwzapalnie i dzięki temu, rzeczywiście mogą łagodzić przebieg chorób autoimmunologicznych. 

Odpowiadając na pytanie: zamiana tłustego mięsa, w którym jest dużo niezdrowych nasyconych kwasów tłuszczowych, na ryby, szczególnie morskie, zawierające kwasy omega, a także częstsze jedzenie produktów roślinnych, to jak najbardziej dobry kierunek. Nie tylko dla chorych, ale dla nas wszystkich. 

Czy można zmniejszyć ryzyko zachorowania na chorobę autoimmunologiczną?

W tym celu można nauczyć się lepiej radzić sobie ze stresem, regularnie się wysypiać, dobrze odżywiać i nie nadużywać leków przeciwbólowych i przeciwgorączkowych, które wyręczają nas np. w walce z przeziębieniem i tłumią reakcje układu odpornościowego. Lepiej pozwólmy mu interweniować. Kontakt z wrogiem to dla niego trening, który zwiększa szanse na poprawne funkcjonowanie mechanizmów obronnych.

Uwaga na objawy!

Choroby autoimmunologiczne często rozwijają się po cichu. Objawy, które mogą na nie wskazywać, to m.in.:

  •  częste infekcje
  • permanentne zmęczenie
  • niedokrwistość lub niedobór limfocytów
  • bóle mięśniowo-stawowe
  • zaparcia
  • suchość skóry i błon śluzowych
  • zespół suchego oka
  • tycie lub chudnięcie pomimo stosowania zbilansowanej diety
  • zaburzenia miesiączkowania
  • problemy z zajściem w ciążę czy powtarzające się poronienia.

***

Wywiad z drem Wojciechem Sydorem ukazał się w „Urodzie Życia” 3/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
choroby psychosomatyczne
Getty Images

Choroby psychosomatyczne świadczą o tym, że ciało wariuje ze stresu

Klasyczna „chicagowska siódemka” chorób psychosomatycznych to: astma, nadciśnienie samoistne, wrzód trawienny, choroba Leśniewskiego-Crohna, wrzodziejące zapalenie okrężnicy, choroba Gravesa-Basedowa i reumatoidalne zapalenie stawów. Obecnie lista jest poszerzona m.in. o migrenę, AZS i inne. Każda z tych chorób może mieć podłoże psychiczne.
Karolina Morelowska-Siluk
18.07.2020

Są ludzie, którzy zamiast przeżywać, chorują. Emocje to komunikaty. Muszą znaleźć jakąś formę wyrazu. Jeśli nie uda się na scenie psychicznej, będzie to teatr ciała. O chorobach psychosomatycznych rozmawiamy z psychoterapeutką Danutą Golec. Karolina Morelowska-Siluk: Pojęcie „psychosomatyka” większość z nas już gdzieś kiedyś zapewne słyszała. Ale niewielu z nas wie dokładnie, co to właściwie jest. Danuta Golec: Jest to sposób myślenia o tym, co łączy psychikę z somą, czyli, mówiąc bardziej poetycko: co łączy ciało z duszą. To pytanie zaprząta ludzkość od wieków. Zastanawiali się nad tym wybitni filozofowie, począwszy od Sokratesa.  Myślałam, że to stosunkowo nowy „nurt”. Dla medycyny – owszem. Przez setki lat medycyna nie brała tego wątku pod uwagę, a dziś można w zasadzie powiedzieć, że cała medycyna jest psychosomatyczna. To znaczy? To znaczy, że czynniki psychiczne są coraz częściej uwzględniane przez lekarzy. Lekarze już wiedzą, że choćby uwarunkowania osobowościowe pacjenta mają ogromny wpływ na to, jak choruje i jak wraca bądź nie wraca do zdrowia.  Chicagowska siódemka: astma, nadciśnienie i inne Jest pewna pula chorób psychosomatycznych. Tak. Po raz pierwszy opisali je psychoanalitycy w latach 50. ubiegłego wieku. Członkowie chicagowskiej szkoły psychoanalitycznej opracowali tak zwaną „chicagowską siódemkę”, czyli listę klasycznych chorób psychosomatycznych. Zaliczyli do nich: astmę oskrzelową, nadciśnienie samoistne, wrzód trawienny, choroba Leśniewskiego-Crohna (przewlekła choroba zapalna jelit), wrzodziejące zapalenie okrężnicy, choroba Gravesa-Basedowa (forma nadczynności tarczycy) i reumatoidalne zapalenie stawów. Ta lista była potem, w toku badań, modyfikowana. Dodano migrenę,...

Czytaj dalej
choroby psychosomatyczne
Adobe Stock

Praca ponad siły, stres, pośpiech. Nasz styl życia funduje nam choroby psychosomatyczne

Nawet dziesięć na sto dolegliwości, z którymi zgłaszamy się do lekarzy, ma podłoże psychosomatyczne. Nie łagodzą ich farmaceutyki, ale otwarta rozmowa z lekarzem i umiejętne radzenie sobie ze stresem.
Katarzyna Podhorecka
12.06.2020

Lekarze zazwyczaj bardzo nie lubią pacjentów z objawami psychosomatycznymi. Z prostej przyczyny – że zwykle nie wiedzą, jak im pomóc. Dlatego bywa, że chorzy z dolegliwościami psychosomatycznymi są traktowani w gabinetach lekarskich jak hipochondrycy, którzy próbują skupić na sobie uwagę, opowiadając o swoich wyimaginowanych dolegliwościach. Albo jeszcze gorzej: jak zwykli naciągacze, którzy próbują wyłudzić zwolnienia lekarskie. Lekarze w takiej sytuacji na odczepnego przepisują suplementy diety w nadziei, że pacjentowi „przejdzie samo”, albo że zmienią lekarza – problem w tym, że ludzie, którzy zmagają się z objawami psychosomatycznymi, nie symulują! Oni naprawdę odczuwają fizyczny ból i potrzebują pomocy.  – Najczęściej to ból głowy, brzucha, stawów, częste są także bóle w klatce piersiowej, duszności albo uporczywy kaszel, omdlenia, uczucie kołatania serca, zawroty głowy – wymienia dr Anna Plucik-Mrożek, specjalistka chorób wewnętrznych z Centrum Medycznego Medicover w Warszawie i dyrektor Fundacji Exercise is Medicine Polska. Rzadziej, ale zdarzają się też szumy uszne czy pogorszenie widzenia. Osobom, które pracują głosem, z powodu nadmiernego napięcia zdarza się go stracić. Muzykom z niewyjaśnionych przyczyn sztywnieją nadgarstki.  Jeszcze inni pacjenci nie mają konkretnych dolegliwości, ale tracą apetyt, od rana czują się wyczerpani, a wieczorem nie mogą zasnąć. Tym, co łączy ich wszystkich, jest źródło dolegliwości – czyli emocje, najczęściej przewlekły stres, którego doświadczają w związku z pracą czy sytuacją rodzinną.  – To wcale nie musi być traumatyczne przeżycie, np. nieuleczalna choroba kogoś bliskiego czy utrata pracy – mówi dr Izabela Pawłowska, psycholog zdrowia,...

Czytaj dalej
migrene
getty images

Migrena i klasterowy ból głowy – zobacz, jak sobie z nimi radzić. Objawy migreny mogą niszczyć życie!

Jej atak, to nie tylko ból, to czasowe wykluczenie z życia.
Beata Turska
24.02.2020

Młot pneumatyczny w głowie”, „ból, który ścina z nóg, a do tego nudności”, „piekło” – między innymi tak migrenę opisują osoby, które doświadczają jej niemal każdego dnia. Atak to dla nich nie tylko ból – to czasowe wykluczenie z życia. Jak skutecznie leczyć migrenę i co robić, by sobie dodatkowo nie zaszkodzić, wyjaśnia dr hab. Jacek Rożniecki. Beata Turska „Uroda Życia”: Czym się różni migrena od zwykłego bólu głowy? dr hab. Jacek Rożniecki:  Przede wszystkim nie ma czegoś takiego jak „zwykły ból głowy”. W oficjalnej klasyfikacji – a jest to gruba książka – mamy ponad 280 typów takich bólów. Można je podzielić na pierwotne i wtórne. Pierwotne pojawiają się same z siebie, a potem mijają bez śladu, nie powodując żadnych trwałych szkód. Zdecydowanie rzadsze, stanowiące tylko 1–3 proc. wszystkich bólów, są bóle wtórne, czyli takie, które są objawem jakiejś choroby, niekoniecznie neurologicznej, bo może je także powodować na przykład jaskra albo zapalenie zatok. „Zwykłym bólem głowy” nazywamy pierwotny ból typu napięciowego, który może dokuczać od czasu do czasu albo bardzo często, nawet codziennie. Chorzy mówią, że czują się tak, jakby mieli na głowie obręcz, hełm albo za ciasną czapkę, ale ten ból ma niewielkie natężenie, a oni – mimo dyskomfortu – mogą normalnie funkcjonować: pracować, prowadzić samochód i tak dalej. Podczas napadu migreny to w zasadzie niemożliwe. Człowiek z migreną próbuje po prostu przetrwać, a każdy ruch sprawia, że czuje się jeszcze gorzej. Według statystyk na migrenę cierpi około 3,5 do 4 mln Polaków. Skoro jest tak powszechna, ludzie...

Czytaj dalej