Danuta Wałęsa: „Zostałam sama z ośmiorgiem dzieci”
Magdalena Łuniewska/Buku Team

Danuta Wałęsa: „Zostałam sama z ośmiorgiem dzieci”

Rok temu skończyła 70 lat, niedawno razem z byłym prezydentem Polski obchodzili 50. rocznicę ślubu. – Ale małżeństwem z Wałęsą byliśmy tak naprawdę tylko 11 lat – mówi Danuta Wałęsa, Pierwsza Dama wolnej Polski. – Polityka okazała się naszym przekleństwem.
Magdalena Żakowska
31.08.2020

„Czasem zastanawiam się, jak dałam radę. Przecież ja co dwa lata rodziłam dziecko! Byłam wiecznie zmęczona. Długo walczyłam o małżeństwo. Prosiłam, tłumaczyłam, krzyczałam, płakałam. Ale nie udało się. Polityka wciągnęła mojego męża jak narkotyk. Dziś już tylko ze mną mieszka” – mówi I Prezydentowa II RP. 

Magdalena Żakowska: Jak pani zapamiętała 1989 rok?

Danuta Wałęsa: Nie chcę o nim pamiętać. Nigdy nie lubiłam polityki, chociaż byłam do niej na siłę wciągana. Z dzisiejszej perspektywy Czerwiec '89 to dla mnie gorzkie wspomnienie. Mąż poświęcił się wtedy polityce, moje dzieci nie miały ojca, ja nie miałam męża i mam poczucie, że ta ofiara była po nic.

W książce pisała pani, że marzy pani o tym, żeby mąż i ojciec do was wrócił. Spełniło się?

Nie. Teoretycznie 8 listopada będziemy obchodzili z mężem 50. rocznicę ślubu, ale tak naprawdę małżeństwem byliśmy tylko 11 lat. Bo od Sierpnia ’80 jego w zasadzie interesowała już tylko polityka. W jakimś sensie ojciec opuścił nasze dzieci i odszedł wtedy od rodziny. Trochę stał się w naszym domu gościem. A jak już był, to nie lubił słuchać o problemach. 

Marzyłam o tym, żeby wrócił nie tylko dla siebie, także dla dzieci – żeby poczuły wreszcie, że mają ojca. Ale mąż nie potrafi odciąć się od polityki. Ma swój świat, który wciągnął go jak narkotyk. Moja książka nosi tytuł „Marzenia i tajemnice”. Marzenie się nie spełniło, a tajemnicą pozostaje dla mnie, dlaczego on nie chciał w jakiś sposób podzielić się z nami swoim czasem. Dziś już tylko ze mną mieszka.

Danuta Wałęsa
Magdalena Łuniewska/Buku Team

A przez te 11 lat, zanim polityka wkroczyła w wasze życie, byliście szczęśliwą rodziną?

Choć męża co chwilę wyrzucali z pracy, a ja byłam albo w ciąży, albo właśnie urodziłam kolejne dziecko, to uważam, że był to dla nas najlepszy czas. Bo byliśmy razem. Było biednie, ale byliśmy rodziną. Mąż angażował się jeszcze wtedy w opiekę i wychowanie dzieci. Sierpień ’80 to był najszczęśliwszy moment w moim życiu, bo po raz pierwszy spotkałam się z taką bezinteresowną sympatią, wsparciem, zwykłą ludzką życzliwością. Mam nadzieję, że my, Polacy, nie zapomnieliśmy kompletnie, że to umiemy, że potrafimy być tacy – fajni, wspaniałomyślni, dobrzy dla siebie nawzajem. Czasem zastanawiam się, co by się musiało stać, żeby znów zapanowały taka zgoda, spontaniczność, przyjaźń, zrozumienie, solidarność, wspólnota, wzajemna bliskość? Jak wyglądałaby dziś Polska, gdyby wszyscy byli tacy jak Sierpniu ’80? Ale to był też dla nas jako rodziny początek końca, bo mąż na dobre zajął się polityką. W czasie prezydentury zafascynował się komputerem. Sam zresztą powiedział, że wymienił mnie na komputer. Czasami zarzuca mi, że to moja wina, że nie jesteśmy już tak blisko, ale to nieprawda. Przecież ja bardzo chciałam do niego dotrzeć, porozmawiać, ale się nie da. O polityce potrafi gadać godzinami, o życiu – nigdy. A ja jestem emocjonalna, chciałabym intensywnie przeżywać życie.

Zawsze był taki zamknięty?

Jak się poznaliśmy, to pięknie mówił o życiu! Miał dar przekonywania, uwodzenia, był duszą towarzystwa. Był otwarty, wesoły. Potrafił rozmawiać na każdy temat i tym przyciągał do siebie ludzi. I jak pięknie mówił o małżeństwie, o kompromisach, o uważności na drugą osobę. A potem… Czasem zaczynam podejrzewać, że podmienili mi męża podczas internowania w 1981 roku! Oczywiście żartuję, ale coś w tym jest. 

A co by było, gdyby powiedziała mu pani, że nie zgadza się na wymianę na komputer, że nie zgadza się pani na takie życie?

To byśmy się pewnie rozeszli. Ale nigdy o tym nie myślałam, bo ja potrafię być szczęśliwa tylko wtedy, kiedy mam kogo uszczęśliwiać. O kogo dbać. Kochać to znaczy być oddanym tej drugiej osobie do końca. 

Nie próbuję już go zmieniać, rozmawiać z nim o tym. Dziś, z perspektywy 70 lat życia, myślę, że życie trzeba brać takim, jakie jest. Nie rozczulać się za bardzo nad sobą. Już się pogodziłam z tym, że nasze małżeństwo jest, jakie jest. Przez kilka lat po ukazaniu się książki jeszcze o nie walczyłam. Prosiłam, tłumaczyłam, krzyczałam, płakałam. Miałam nadzieję, że dotrze do męża, że możemy żyć inaczej – wychowaliśmy dzieci, wnuki też już wyrosły i nareszcie możemy żyć już tylko dla siebie. Nie udało się. Trudno. Trzeba żyć dalej.

Ale publicznie broni go pani zawsze do ostatniej kropli krwi.

Bo ja go bardzo kochałam. Miłość jest dla mnie wielką rzeczą. Uważam, że zakochać się naprawdę można tylko raz. Ta prawdziwa miłość jest tylko jedna. Dlatego tak długo cierpiałam, że nie jesteśmy już ze sobą blisko, że żyjemy obok siebie, ale oddzielnie. 

Ale rozumie pani, że ma prawo czuć się rozgoryczony. 

Staram się rozumieć. Wychodząc za niego za mąż, zaufałam mu. Jest sześć lat ode mnie starszy, zawsze robił wrażenie człowieka, który wie lepiej. I zaakceptowałam sytuację, w której to on decydował o wszystkim. On pracował, przynosił do domu pieniądze, utrzymywał nas, a ja opiekowałam się dziećmi i domem. Starałam się robić to jak najlepiej. Po przegranych wyborach czekałam, że to moje marzenie, że on do mnie powróci, się spełni. Dziś myślę, że on mnie nigdy nie kochał. Wydawało mi się, że mam w sobie tyle miłości, że starczy i za mnie, i za niego. Że moja miłość opromieni nasz związek i będzie dobrze…

Danuta Wałęsa
Magdalena Łuniewska/Buku Team

A może on kocha, tylko nie potrafi tego okazać?

Jak się kogoś kocha, to chce się go uszczęśliwiać. 

Może po tylu latach życia w patriarchalnym modelu rodziny, w którym on przynosi pieniądze, a pani opiekuje się domem, nie potrafi już stworzyć takiej partnerskiej relacji, o jakiej pani marzy?

Ma pani rację – on tego nie potrafi. I nie można mieć do niego o to pretensji. Kto w PRL-u mówił, wiedział, że w związku ważne jest partnerstwo?! A my oboje byliśmy wychowani na wsi w wielodzietnych rodzinach, w których dzieci chowały się same. 

Mąż urodził się w 1943 roku, jeszcze w czasie wojny. Miał ciężkie dzieciństwo, 14 lat, kiedy opuścił rodzinny dom. Nikt go nie nauczył okazywania czułości, miłości. Mnie zresztą też nie, ale sama się tego nauczyłam. Wie pani, że ja dopiero w wieku 50 lat zorientowałam się, że mężczyzna myśli inaczej niż kobieta?! Nikt mi tego wcześniej nie uświadomił. 

Nie wiem, jak potoczyłoby się nasze życie, gdybyśmy byli zwykłą rodziną. Popełniłam błąd, zakładając, że skoro mąż jest bardzo zajęty, to nie będę go angażować w sprawy wychowywania dzieci.

Ośmioro dzieci…

Dziś rano, przygotowując się do naszej rozmowy, zastanawiałam się, czy byłam dobrą matką? Starałam się z całych sił. Ale trzeba by chyba o to zapytać moje dzieci. Mój najstarszy syn, Bogdan, powie pewnie, że byłam dobrą matką. A najmłodsza córka, Brygida, powie pewnie, że niedobrą. Bo urodziła się w 1985 roku, tuż przed pierwszymi wolnymi wyborami i ojca faktycznie nie miała, uważa, że nie miała normalnej rodziny i że jest w tym moja wina. Ma do tego prawo. Nie ma jednej definicji dobrej matki. To względne – zależy od sytuacji, charakteru rodziców, dzieci. Może byłam za bardzo zaborczą matką? Ale zawsze uważałam, że na pewne rzeczy trzeba dzieciom pozwolić. Że nawet jeśli zrobią błędy, to coś z nich wyniosą, czegoś się na nich nauczą.

A jak on by odpowiedział na pytanie o to, czy była pani dobrą matką?

Z nim się już teraz nie da tak rozmawiać. Ale ja od męża już przestałam czegokolwiek wymagać. Uważam, że to jedna z najtrudniejszych rzeczy, jakich musiałam się w życiu nauczyć – nie wymagać niczego od własnego męża, nauczyć się cieszyć sobą, tym, co jest wokół mnie. Chociaż nie ukrywam, że chciałabym, żeby dzieci poświęcały mi trochę więcej uwagi, spędzały ze mną więcej czasu. 

Ale to chyba normalne, właśnie skończyłam 70 lat. Jestem sama, jednak nauczyłam się z tym żyć i to lubić. I jest mi już z tym dobrze. Jak potrzebuję towarzystwa, to umawiam się z przyjaciółkami.

Moja najstarsza wnuczka ma 28 lat. Odwiedza mnie co dwa tygodnie – przyjeżdża w niedzielę na obiad. Jeden wnuk ze mną mieszka, 22-letni, a jego starszy brat wpada na obiady.

Napisała pani, że do 1990 roku, przez ponad 40 lat życia, ani razu nie pomyślała pani o sobie, o tym, czego by pani dla siebie w życiu chciała.

Bo nie miałam czasu. Ciągle byłam za kogoś odpowiedzialna. Czasem zastanawiam się, jak to możliwe, że dałam radę. Przecież ja co dwa lata rodziłam dziecko! Byłam wiecznie zmęczona.

Jest pani jedyną znaną mi kobietą, która otwarcie mówi o klimakterium.

A szkoda, uważam, że my, kobiety, powinnyśmy o tym otwarcie mówić – dla innych kobiet. Bo czym więcej się wie na ten temat, tym lepiej się można do tego momentu przygotować, rozpoznać go, przejść lżej, mniej uciążliwie. Ja na przykład przeszłam klimakterium bardzo ciężko i wcześnie. Miałam 38 lat. Strasznie to przeżyłam. 

Dziś pewnie kobietom jest łatwiej, bo jest większa świadomość tego, na czym klimakterium polega i jak sobie z nim radzić. Ale bardzo żałuję, że nie mówi się też tyle o andropauzie. Bo mężczyźni sobie z nią nie radzą, mają niewielką świadomość tego, na czym polega. A przecież to ważny element życia.

Danuta Wałęsa
Magdalena Łuniewska/Buku Team

Nie żałuje pani, że nie myślała więcej o sobie?

Ani trochę! Cieszę się, że mam takie życie, jakie mam. Niczego nie żałuję, niczego nie zrobiłabym inaczej. 

Dała pani innym bardzo dużo, ale czy dostała pani tyle samo w zamian?

Nie, ale tego nie oczekuję. I dziś już sama sobie biorę to, co mnie uszczęśliwia. Teraz na przykład marzy mi się, żeby pojeździć, pozwiedzać.

Po świecie?

Nie koniecznie, może być po Polsce. Kocham Kaszuby. Mnie już świat tak nie ciągnie. Byłam co prawda ostatnio z przyjaciółką w Londynie i w Gruzji, ale Polska też jest piękna. Jak mąż był prezydentem, jeździliśmy dużo po świecie, ale wszystko było z góry zaplanowane, musiałam wypełniać kolejne obowiązki, być w miejscach, które mi wyznaczono. Raz jeden byliśmy spontanicznie razem na wakacjach w Miami. Teraz, do dziewięćdziesiątki, mam zamiar intensywnie pożyć. Bardzo bym chciała nauczyć się jeszcze tańca towarzyskiego. Może zapiszę się z przyjaciółką!

Co to znaczy dla pani intensywnie pożyć?

To znaczy czerpać z życia przyjemność, cieszyć się nim, w najmniejszych nawet szczegółach. Dziś robię już tylko to, co mi sprawia przyjemność. Wstaję o siódmej rano, jeśli jest wnuk, to przygotowuję mu śniadanie. Czasem zjem razem z nim. Bardzo lubię rano przejechać się na bazarek ekologiczny albo na zakupy na rynek. Jutro idę z przyjaciółką do teatru. 

Gotuje pani?

Oczywiście! Codziennie. Dla siebie, męża, wnuków. Wnuki są teraz moim głównym źródłem miłości. Myślę, że z niektórymi z nich mam lepszy kontakt niż z dziećmi. 

Wiem, że uprawia pani ogród warzywny.

Kiedyś miałam szklarnię, teraz już tylko kilka grządek. Cebulkę już posadziłam, marchew i pietruszkę zasiałam. Jeszcze sałata, rukola, rzodkiewki i ogórki. Ale ostatni rok sieję. O ogródek trzeba dbać – skopać, zasiać, pielić. Nie mam już na to siły. 

Napisała pani w książce, że do stanu wojennego nie miała pani przyjaciółek. Ale z tego, co pani mówi, wnioskuję, że teraz już są w pani życiu?

Bo wszystko musi być w swoim czasie. Przyjaciółki pojawiły się, kiedy mąż został prezydentem. Teoretycznie to trudny czas na przyjaźń, bo ciężko rozpoznać w takiej sytuacji intencje ludzi. Ale ja zawsze miałam intuicję.

Co dla pani znaczy przyjaźń?

Przyjaciółka to bratnia dusza. Rozumiemy się, lubimy spędzać razem czas, potrafimy robić sobie przyjemności. Bardzo bym nie chciała stać się na starość smutną, zgorzkniałą osobą. Pomagają mi przyjaciółki. Dają radość. Życie człowieka można porównać do drzewa, które ma korzenie, gałęzie, liście. Dziś jestem niczym stary, potężny, czujący swoją siłę i znający swoją wartość dąb. Nie jestem Danutą z lat 80. i późniejszych. Jestem inna, inaczej silna, inaczej dojrzała. Jestem tym dębem, którego nawet wielka wichura by nie złamała. Chociaż większość życia myślałam o sobie, że jestem słaba.

A przecież rewelacyjnie dawała pani radę. W książce pisze pani: „Byłam jak siekiera”. 

Naprawdę tak napisałam?! Ale czy myśli pani, że ja chciałam być siekierą? Miałam ośmioro dzieci, z którymi w pewnym momencie zostałam właściwie sama. Nie miałam przestrzeni na to, żeby się nad sobą rozczulać. Ale jedno mogę powiedzieć na pewno – miałam szczęście do ludzi. Na przykład w pierwszej pracy w kwiaciarni była taka pani, która obsypywała mnie komplementami. Mówiła, że jestem piękna, mam ładną szyję – to była dla mnie nowość, bo w rodzinnym domu nikt mi nic podobnego nie mówił. Miałam ośmioro rodzeństwa, nikt na takie rzeczy nie zwracał uwagi. Ta pani była pierwszą osobą w moim życiu, która mnie dowartościowała.

Oglądałam pani zdjęcia z tego okresu – musiała pani widzieć, że podoba się mężczyznom!

To prawda. Mężczyźni zwracali na mnie uwagę, ale uważałam, że to nic wyjątkowego. Długo dojrzewałam do pełnej samoakceptacji i poczucia własnej wartości. Doświadczyłam tego dopiero w trakcie promocji książki. Spotkania z kobietami, które opowiadały mi, ile dla nich znaczy moja historia i jak same się w niej przeglądają, dały mi poczucie spełnienia, docenienia i dumy. Czekałam na ten moment całe życie.

Pani książka jest bezkompromisowa. Czasem wręcz boleśnie. 

Bo taki mam charakter – jak już coś robię, to muszę w to wierzyć i musi to być prawdziwe. Od początku do końca. Zresztą nie mam dobrej wyobraźni, po prostu nie potrafiłabym zmyślać. Nigdy też nikogo nie oszukałam. 

Ma pani poczucie, że zapłaciła za tę bezkompromisowość jakąś cenę?

Przeciwnie, ta książka była dla mnie terapią. Wyzwoliła we mnie kobiecość, poczucie własnej wartości, dowartościowała mnie. Trochę tak, jakbym na nowo przeżyła swoje życie, tyle że bardziej świadomie. Przez większość życia czułam się w jakimś sensie bezradna, bezwolna. Lubiłam być pół kroku za mężem. Pod koniec pracy nad tą książką zaczęłam rozumieć, że nie można oczekiwać od innych tego, że będą dla nas tacy, jak my dla nich. Że muszę iść swoją drogą, myśleć też o swoim szczęściu, wybić się na niepodległość. 

Książka ukazała się prawie dziesięć lat temu. Dużo się od tego czasu w pani życiu zmieniło?

Wiele się wydarzyło. Zmarł mój syn i zmarła moja przyjaciółka. Ale to samo życie. Od dawna oswajam się z myślą, że śmierć jest dla ludzi. Człowiek się rodzi, żyje i umiera. Trzeba to zaakceptować. Śmierć to żadna tragedia. 

Trudno to sobie powiedzieć, kiedy chodzi o dziecko…

Przemek był strasznie fajnym, ciepłym i inteligentnym facetem. Był uzdolniony muzycznie, grał na trąbce. Ale był chory. Gdzieś głęboko w środku wiedziałam, że długo nie pożyje. Jego choroba szła w tym kierunku… Przygotowywałam samą siebie na to, że odejdzie. Żyłam z tą myślą. Ale kiedy dowiedziałam się, że umarł, to był jednak wielki szok. Do momentu pogrzebu niewiele pamiętam. 

A potem? 

Co czułam? Co czuję? Nie potrafię jeszcze tego opisać i nazwać. Nie potrafię powiedzieć, co to dla mnie znaczy. Co się we mnie stało. To cały czas dla mnie samej tajemnica. Był i nagle go nie ma… 

W ostatnim etapie życia mieszkał sam, wpadał do mnie często, zawsze wiedział, gdzie co leży, wszystko potrafił naprawić. Jak coś skleił, to nie widać było w ogóle, że to pękło. Jak nie mogę czegoś znaleźć, to łapię się na tym, że mówię: „Przemek, nie wiesz, gdzie to położyłam?”. Często jeżdżę do niego na cmentarz. Wiem przecież, że go tam nie ma, ale czuję potrzebę, żeby tam być, porozmawiać z nim. 14 kwietnia, w jego imieniny też się wybrałam. A potem wracam do domu i ciągle czuję, że jest przy mnie.

I jeszcze siedmioro zdrowych…

Może życie moich dzieci nie do końca potoczyło się tak, jak bym chciała, ale przecież nie mogłam żądać, żeby spełniali moje oczekiwania. Żyli moimi marzeniami. Zresztą moim jedynym marzeniem zawsze było i nadal jest, żeby moje dzieci były po prostu szczęśliwe i dobrze im się żyło. Nigdy nie dawałam im życiowych rad na siłę. 

Danuta Wałęsa
Magdalena Łuniewska/Buku Team

A co by pani powiedziała sobie samej z 1968 roku? Tej dziewczynie, która przyjechała do Gdańska sama ze wsi?

Żebym bardziej dobitnie akcentowała swoje zdanie. Kiedy byłam młoda, nie zastanawiałam się tak bardzo nad życiem. Miałam marzenia – uciec ze wsi, mieć rodzinę, męża, dzieci i dom – i na tym się koncentrowałam. Los stawiał przede mną ciągle wyzwania, i to trudne. Kiedy czasem rozmyślam o moim życiu, to widzę, że tego wszystkiego, co się w nim wydarzyło, na zdrowy rozum nie da się pojąć. A ja zawsze stawałam na wysokości zadania. Jak trzeba było podnieść ciężar, to się spinałam i podnosiłam. Nie zastanawiałam się nad tym, czy dam radę. Nie narzekałam. A może trzeba było walnąć pięścią w stół? Nie bać się wyrazić swojego zdania? Ale nie narzekam. W snach nie mogłam sobie wyobrazić takiego życia. Ja potrzebuję silnych bodźców, emocji, wrażeń. Bycie z Wałęsą dało mi takie życie. A nawet trochę więcej. I za to jestem wdzięczna. 
 

Zdjęcia: Magdalena Łuniewska/Buku Team
Stylizacja: Paweł Kędzierski/Art Faces Warsaw 
Makijaż: Eryka Sokólska 
Fryzury: Klaudia Jaśpińska
Scenografia: Kornelia Dzikowska 
Produkcja: Kamila Morgisz

Za współpracę przy realizacji sesji dziękujemy restauracji White Marlin w Sopocie, al. Wojska Polskiego 1, Hotelowi Bryza w Juracie, ul. Międzymorze 2, Showroomowi Designzoo w Sopocie, al. Niepodległości 606/610 oraz Salonowi NAP w Gdyni przy ul. Legionów 112.

***

Rozmowa z Danutą Wałęsą ukazała się w „Urodzie Życia” 6/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Lekcja miłości
Jola, główna bohaterka filmu dokumentalnego „Lekcja miłości”. Fot. materiały prasowe

„Jak wpadał w szał, to bił gdzie i kogo popadnie”. Jola odeszła od męża, gdy miała 69 lat i zaczęła nowe życie 

W wieku 69 lat porzuciła męża alkoholika, który latami się nad nią znęcał, i zaczęła nowe życie. Poznajcie Jolę, główną bohaterkę filmu dokumentalnego „Lekcja miłości”. Już na HBO i HBO GO!
Magdalena Żakowska
07.10.2020

Ta cząstka życia należy do mnie!” – mówi Jola, ekscentryczna, kolorowa kobieta tuż przed siedemdziesiątką. Po blisko pięćdziesięciu latach życia z mężem alkoholikiem, który bił, poniżał i prześladował ją i dzieci, zdobywa się na odwagę i zaczyna wszystko od nowa. Wreszcie żyje tak, jak zawsze marzyła: wróciła do przyjaźni z dzieciństwa, tańczy, śpiewa, pisze wiersze i piosenki. Jej teksty opowiadają o miłości, której sama nigdy nie doświadczyła. I pewnego dnia poznaje bratnią duszę. Wszystkie przyjaciółki Joli, a także szóstka jej dzieci, namawiają ją do rozwodu z mężem. Tylko ksiądz stara się ją od tego odwieść. Jola się waha. Zmierzyć się z trudnym rozwodem i wyjść znowu za mąż? A może po prostu żyć chwilą i nie wracać do przeszłości? Czy odważy się żyć swoim życiem? I czy wreszcie zrobi to, czego sama pragnie, a nie, czego oczekują od niej inni? O tym opowiada piękny, inspirujący film dokumentalny „Lekcja miłości” Kasi Matei i Małgorzaty Goliszewskiej.  Magdalena Żakowska: Jak to się stało, że zostałaś bohaterką dokumentu „Lekcja miłości”? Jola: To był przypadek. Reżyserkę Gosię Goliszewską spotkałam w kawiarni. Szukała akurat bohaterki do filmu. Zgodziłam się. Ale powinnam może zacząć wcześniej – bardzo ciężko zachorowałam, przyjechałam na operację do Polski [Jola mieszkała do niedawna we Włoszech] i czułam się tu strasznie samotna. Mąż nie interesował się moim zdrowiem, dzieci były daleko. Przyjechała do mnie koleżanka z Holandii i kiedy wyszłam ze szpitala zabrała mnie do kawiarni Uśmiech, gdzie odbywają się prywatki z tańcami. Pierwszy raz byłam w tego typu kawiarni, bo bardzo wcześnie wyszłam za mąż. Na początku nie wiedziałam, jak się zachować. Każdy, kto mnie poprosił do tańca, od razu wyznawał mi miłość,...

Czytaj dalej
Vedrana Rudan
Vedrana Rudan. Fot. Kamil Szkopik

Vedrana Rudan: Podziwiam Polki, jestem z wami, wspieram Strajk Kobiet!

Nikt nie pisze o piekle kobiet tak bezkompromisowo i sugestywnie, jak ona. Zna je na wylot, bo sama przez nie przeszła. „Podziwiam Polki. Kiedy mężczyźni was wkurzą, wychodzicie na ulice” – mówi pisarka Vedrana Rudan.
Magdalena Żakowska
27.10.2020

Chorwacka pisarka Vedrana Rudan mówi o sobie, że wychowała się w typowej chorwackiej rodzinie.  Pierwszy raz pobiła mężczyznę, kiedy miała 12 lat. Chciał ją zgwałcić i chociaż był od niej wyższy o głowę, to i tak dosyć długo leżał później w szpitalu. 10 lat później próbowała zabić ojca , a później przez lata żyła w przemoc owym związku ze swoim pierwszym mężem. Na szczycie listy jej wrogów znajdują się mężczyźni, a zaraz za nimi politycy i kler. Nie oszczędza nikogo, ale najbardziej okrutna jest wobec samej siebie. Vedrana Rudan tnie językiem jak brzytwą.   Magdalena Żakowska: Pani kolejne książki to różne rozdziały pani życia. Zaczęło się od „Ucho, gardło, nóż”, gdzie opisała pani okropieństwa wojny na Bałkanach i dramatyczną sytuację kobiet w powojennej rzeczywistości. Vedrana Rudan: Ta wojna zmieniła wszystko. Także dla mnie. Zanim wybuchła byłam dziennikarką radiową. Z dnia na dzień straciłam pracę, bo mój drugi mąż jest Serbem. Potem większość oszczędności straciłam na to, aby uchronić syna przed poborem do armii. Z dnia na dzień zostaliśmy bez środków do życia. Po wojnie długo ciągnęła się za mną ta „zła Chorwatka”, która wyszła za Serba. Nie mogłam znaleźć pracy, nie mogłam pisać w gazetach, a bez pisania nie potrafiłam żyć. Napisałam więc książkę pełną gniewu na świat. Bicie kobiet to nasz sport narodowy Narratorką „Ucha…” jest 50-letnia kobieta, która w radykalnym, nabitym wulgaryzmami monologu rysuje gorzki obraz otaczającego ją świata. W Polsce pani powieść wystawiła w Teatrze Polonia Krystyna Janda. Jej monodram nie schodził z afisza przez dwa sezony.  W Chorwacji publikacja tej książki wywołała skandal. Wojna to u nas nadal...

Czytaj dalej
Magdalena Umer
Jacek Poremba

Magda Umer o Zuzannie Łapickiej: „Od lat choruję na depresję. Zuzia pomagała mi żyć”

Magda Umer opowiada o swoich najważniejszych związkach w życiu: przyjaźni z Zuzią Łapicką i Agnieszką Osiecką, a także miłości do męża.
Magdalena Żakowska
01.11.2020

Dziś, jak myślę o tych wszystkich moich miłościach, zastanawiam się, co w tym było prawdziwym uczuciem. Leciałam za czymś na oślep, życie mi się sypało, a może to była tylko chemia?”, mówi piosenkarka Magda Umer i wspomina swoje ważne związki, nie tylko z mężczyznami. Magdalena Żakowska: Sushi? Magda Umer: Wybrałam to miejsce spotkania nieprzypadkowo. Po raz pierwszy byłam tu z Zuzią Łapicką, którą też dobrze znałaś. Zuzia niedawno umarła, a my jesteśmy na jej osiedlu, sto metrów od jej domu… Byłyście najlepszymi przyjaciółkami, możemy o tym rozmawiać? To trudne. Potrafię o nas tylko coraz ciszej milczeć. Każde słowa wydają mi się banalne i nie oddają tego, co się czuje po stracie kogoś aż tak bliskiego. Trudno nazwać to, co nas łączyło. Poznałyście się w latach 70. W 1977 roku. Oczekiwałam narodzin Mateusza, który jest jej synem chrzestnym, a dziś ma 41 lat. Ale wcześniej poznałam jej przyszłego męża Daniela. Występowałam z nim w różnych programach telewizyjnych Krysi i Michała Bogusławskich, a potem graliśmy razem w „Weselu” Hanuszkiewicza [1974 – red.]. Ale co śmieszniejsze, byłam też wcześniej koleżanką jej taty, Andrzeja Łapickiego, bo w „Weselu” grał Pana Młodego, co było dla mnie szokiem, wydawał mi się wówczas potwornie stary... a miał prawie 50 lat. A pani miała 25 lat. Nie uległa pani urokowi Łapickiego?! Chyba każda kobieta ulegała jego urokowi. Andrzej rzeczywiście był fantastycznym „menem”, potrafił zauważyć i docenić kobietę, szczególnie młodą. Typ przedwojennego, zabójczo przystojnego inteligenta. Lubiłam z nim rozmawiać, ale interesowali mnie inni mężczyźni. Olbrychski był do Łapickiego podobny? Nie. Daniel to kompletnie inny typ. Mimo że od czasu roli Kmicica...

Czytaj dalej
Kamila Rowińska, Kobieta Niezależna
Maciej Zienkiewicz

Kamila Rowińska, autorka bestselleru „Kobieta niezależna” o swojej misji i drodze na szczyt

Negocjowałam z Bogiem, że jeśli da mi czas – zrealizuję marzenia…
Anna Maruszeczko, red. naczelna miesięcznika „Uroda Życia”
26.03.2019

Tak. Czuję się kobietą sukcesu. Ale nie pochodzę z rodziny, która zapewniła mi superstart. Część życia spędziłam w domu dziecka. Wiedziałam, że albo sama się o siebie zatroszczę, albo zostanę pociągnięta dalej w dół. Zrozumiałam, że moim zadaniem jest przede wszystkim nie zmarnować życia” – mówi  w rozmowie z Anną Maruszeczko Kamila Rowińska, autorka szkoleń „Kobieta Niezależna” i bestsellerowej książki pod tym samym tytułem. Sukces to pieniądze? Nie tylko. Sukces to realizowanie wszystkich swoich wartości w sposób zrównoważony, na takim poziomie, który nas satysfakcjonuje. Wartości, które są dla mnie kluczowe, to rodzina, rozwój biznesowy, zdrowie, niezależność. Ta równowaga jest pani udziałem czy to jest cel? I jedno, i drugie. Czuję się kobietą sukcesu. Jestem mamą dwójki dzieci, żoną, mam wspaniałych przyjaciół, odnoszę sukcesy biznesowe, a jednocześnie znajduję czas na swoje potrzeby. Nie jest łatwo połączyć tyle życiowych ról, dlatego odbieram to jako sukces.   Długo trzeba było pracować nad tą równowagą życiową? Na początku po 10, 12 godzin. To był stan przejściowy, niezbędny, gdy chce się wejść na kolejny poziom w biznesie. Jednak później, jeśli zachowa się dyscyplinę finansową i zacznie inwestować, można budować karierę w taki sposób, aby nie być jej niewolnikiem. W swoich książkach i na szkoleniach dużo i swobodnie mówi pani o pieniądzach. Wiele kobiet spina się, denerwuje przy temacie pieniędzy, jakby to była wstydliwa rzecz. Przyznawanie się do tego, że pieniądze są dla nas ważne, że lubimy zarabiać, cały czas jest źle odbierane. Można usłyszeć: „Jesteś materialistką”, tak jakby te pieniądze były czymś złym, a przecież są dobre. Po to napisałam...

Czytaj dalej