Rosół pociesza i leczy samotność? Cała prawda o „comfort food”
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Rosół pociesza i leczy samotność? Cała prawda o „comfort food”

„Comfort food” przywołuje ulubione smaki z dzieciństwa i inne miłe wspomnienia. Ale to nie wszystko, bo pomaga nam załagodzić negatywne emocje i zwalczyć stres. Jak to możliwe?
Sylwia Arlak
24.06.2020
Na smutki najlepsze są lody, na samotność pomidorówka, a na złamane serce placki z jabłkami takie jak z dzieciństwa? Zamiast zmierzyć się z problemami, często próbujemy leczyć je jedzeniem. Zaglądamy do lodówki, „zajadamy” stres. I to naprawdę działa. Terapeutyczną moc „comfort food” udowodnił Jordan D. Trosi, psycholog z amerykańskiego Uniwersytetu w Buffalo. 
Katarzyna Miller: „Romantyczna miłość jest tylko na chwilę, jeśli w nią wierzycie, przegracie”

Comfort food jedzone oczami

Korzystnie na nasze samopoczucie wpływa już samo myślenie o „kojących” posiłkach. Troisi wraz z psycholog Shirą Gabriel przeprowadzili eksperyment, w którym podzielili grupę ochotników na dwa zespoły. Pierwszy z nich miał za zadanie przywołać w pamięci i następnie opisać kłótnię z bliską osobą. Takie wspomnienie miało w nich wywołać poczucie osamotnienia. Drugi zespół miał za zadanie opisać dowolne wydarzenie uznane za emocjonalne neutralne.

Następnie część badanych z obu grup miała napisać o jedzeniu swojej ulubionej potrawy, a inni o próbowaniu nowych dań. Na koniec wszyscy uczestnicy dostali do wypełnienia specjalne kwestionariusze, które pozwalały ocenić skalę osamotnienia. Okazało się, że osoby piszące o ulubionym jedzeniu pod koniec eksperymentu rzadziej czuły się samotne.

Comfort food to nie muszą być fast-foody

Pozostaje pytanie, jakie potrawy uznajemy za „comfort food”. Czy wszyscy „pocieszamy się” w ten sam sposób? Nie. I wbrew stereotypom, wcale nie muszą być to fast-foody. „Comfort food” to potrawy, które przywołują miłe wspomnienia. Już w 1977 r. w słownikach zdefiniowano pojęcie, jako „tradycyjnie przygotowywane potrawy, które odwołują się do nostalgicznych i sentymentalnych wspomnień”.

Zależą też od kultury. Dla Brytyjczyka czy Niemca nasze „jedzenie na pocieszenie” mogłoby nie zdać egzaminu. I odwrotnie. Za uniwersalną potrawę z cyklu „comfort food” spokojnie możemy jednak uznać rosół. Z domowym ciepłem i wspólnym rodzinnym obiadem kojarzą go nie tylko Polacy, ale i Rosjanie, Ukraińcy, Amerykanie czy wspomniani Brytyjczycy. Co ciekawe, eksperci z Uniwersytetu Cornwell udowodnili, że pojęcie „comfort food” co innego znaczy dla mężczyzn, a co innego dla kobiet. Panowie częściej sięgają po makarony z sosem czy zupy, a panie po słodkie smaki — czekoladę, lody i ciasta.

Jest też dobra wiadomość. Do „comfort food” zalicza się szereg zdrowych produktów. W artykule Jessiki Shleton „8 produktów, które pomagają w stanach lękowych i stresie”, pojawia się awokado, migdały, indyk, jagody, szparagi, jogurt, jarmuż i łosoś.

„Comfort food” tworzą wspomnienia. Jeśli chcemy, aby nasze dzieci zamiast chipsów sięgały w przyszłości po zdrowe przekąski, dajmy im przykład. Dzięki temu jedzenie nie będzie wywoływało u nich wyrzutów sumienia, tylko kojarzyło się z przyjemnie spędzonym czasem. Najszybszy (i najsmaczniejszy) sposób na poprawę nastroju nie musi wiązać się z dodatkowymi kilogramami.

Po „comfort food” sięgamy też, gdy chcemy celebrować dobre chwile. Trudno jednak mówić o dobrym samopoczuciu, gdy odchodzimy od stołu ociężali, a zamiast dodatkowej energii chce nam się spać. Nie rezygnujmy z „comfort food”. Wybierajmy z głową.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
terapia raka
iStock

Rak często wyzwala w nas siłę, o której nie miałyśmy pojęcia

„Rak zawsze zaskakuje. Myślimy, że przytrafia się komuś, gdzieś. Historia sąsiadki. Ale nie moja. Kiedy staje się „moja”, najpierw jest szok, niedowierzanie, potem, paradoksalnie, nabiera się siły. Nie tylko do walki, ale też do przewartościowania życia”, mówi Adrianna Sobol, psychoonkolog.
Joanna Derda
21.06.2020

Rak jajnika, rak piersi albo nowotwór trzustki pojawiają się u kobiet 40-, 50-letnich. Czasem młodszych. Zawsze diagnoza: nowotwór – ścina z nóg, tymczasem psychoonkolog, Adrianna Sobol przekonuje, że nasze nastawienie do terapii ma ogromne znaczenie. Rak może być przystankiem, którego nieraz bardzo potrzebujemy. Nie traktujmy go jako wyroku. Wykorzystajmy go jako okazję, aby przyjrzeć się sobie i swojemu życiu.  Joanna Derda: Coraz częściej słyszymy, że rak to choroba psychosomatyczna. Że wydarzyła się pod wpływem stresu, problemów. Co, mówiąc inaczej, oznacza, że sami ją na siebie sprowadziliśmy. Jak sobie radzić z poczuciem winy? Adrianna Sobol: Zawsze kiedy pojawia się rak, zadajemy sobie pytanie: dlaczego. Szukamy i nie potrafimy znaleźć odpowiedzi. Oczywiście bywają i tacy, którzy traktują chorobę jako rodzaj kary. Kłócę się z tym! Rzeczywiście etiologia chorób nowotworowych ciągle nie do końca jest wyjaśniona. Naukowcy się sprzeczają, a pewnie przyczyn jest wiele. Geny, kwestie środowiskowe, styl życia. Ale faktycznie coraz więcej mówi się o czynnikach psychologicznych, emocjonalnych. Nie wolno się winić za chorobę, ale na pewno warto zwracać uwagę na to, jak żyjemy. No tak, ale z tym łatwo nie jest. Jesteśmy w coraz większym pędzie, zestresowani, nasz układ odpornościowy nie ma siły. A tu psycholog mówi, że mamy żyć bez stresu. Wiemy, że to niemożliwe, więc stres narasta. Zaklęte koło… To prawda. Biegniemy, pracujemy na okrągło, bierzemy kredyty, co obciąża nas też psychicznie, wszystko chcemy mieć – a zapominamy o odpoczynku. Gdybym miała się odnieść do mojego doświadczenia, widzę, że właściwie każdy pacjent przeszedł coś trudnego, chorobę czy śmierć kogoś bliskiego, rozwód, problemy w pracy… ...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Popełniaj błędy i ciesz się z nich! To porażki nas budują, nie sukcesy

Popełniłaś błąd? Świetnie, zamiast rozpaczać, pogratuluj samej sobie. Porażki uczą nas o wiele więcej niż sukcesy.  
Sylwia Arlak
22.06.2020

Thomas Edison wynalazł żarówkę po wielu nieudanych próbach i porażkach. Tak widział to świat. On sam przekonywał: „To nie były błędy. To wynalazek, który wymagał tysiąca kroków” — mówił. Wniosek? Nieważne, ile błędów popełnimy, ważne czy i ile się z nich nauczymy. Kluczem jest wytrwałość i siła woli. Nie ma sensu lamentować czy szukać wyjaśnień. Jedyne, co możemy zrobić to zakasać rękawy i wyciągnąć odpowiednie wnioski. Metoda prób i błędów ma sens Od najmłodszych lat uczymy się, że wygrani są ci, którzy się nie mylą. Już w szkole uczymy się, że lepiej nie próbować, bo zostaniemy za to ukarane. Dorośli ukrywają przed swoimi dziećmi błędy z przeszłości. W ich oczach chcą być niezwyciężeni. A przecież popełnianie błędów jest ludzkie i co najważniejsze: bardzo potrzebne.  Magazyn „Psychology and Aging” opublikował badanie, które potwierdziło, że z wiekiem nasz mózg uczy się więcej na błędach niż na sukcesach. Porównano wyniki uczenia się metodą prób i błędów z wynikami uczenia się bez błędów, poprzez ćwiczenia pamięci. Badaniem objęto grupę dorosłych osób w wieku od 20 do 70 lat. Zastosowano dwie metody uczenia się. W jednej uczestnicy mieli przypisaną kategorię „kwiat” oraz słowo z nią związane —„róża”. Druga metoda polegała na uczeniu się poprzez „próby i błędy”. Uczestnikom podano kategorię, ale każda osoba musiała odgadnąć powiązane z nią słowo. Okazało się, że starsze osoby dorosłe lepiej zapamiętały słowa kluczowe, jeśli nauczyły się ich metodą prób i błędów. Jest tak, ponieważ osoby starsze cierpią na stopniową utratę pamięci. Stosując metodę prób i błędów muszą tworzyć...

Czytaj dalej