Czy bałaganiarze są bardziej kreatywni?
Fot. iStock

Czy bałaganiarze są bardziej kreatywni?

„Jeśli zabałaganione biurko to odbicie zabałaganionego umysłu, co odzwierciedla biurko puste?” – pytał przewrotnie Albert Einstein. Teraz to pytanie stawia w swojej nowej książce guru sprzątania Marie Kondo.
Anna Zaleska
10.03.2021

Zwykło się uważać, że bałaganiarze – podobnie jak śpiochy – są bardziej kreatywni. Oczywiście najchętniej powtarzają to osoby mające problemy z utrzymaniem porządku, upatrując w tym najlepsze alibi dla niesprzątania. Ale też bałaganiarze mają po swojej stronie poważne argumenty. Biurko wspomnianego Alberta Einsteina było rzeczywiście zawalone stertami książek i papierów, można się więc zastanawiać, czy gdyby często na nim sprzątał, wiedzielibyśmy dzisiaj, że E=mc2. Do pracowni Pabla Picassa ledwo dało się wejść, a Gertruda Stein, gdy odwiedzała przyjaciela, często nie miała nawet gdzie usiąść. Steve Jobs podobno celowo utrzymywał w swoim gabinecie bałagan, tymczasem do historii przeszedł jako jedna z najbardziej kreatywnych postaci naszych czasów.

Są też argumenty naukowe – gdy na Uniwersytecie w Minnesocie przeprowadzono badania związku bałaganu z jakością pracy, wyniknęło z nich, że jeśli nie porządkujesz biurka, twój mózg może się spokojnie zajmować ważniejszymi sprawami. I że zabałaganione środowisko pracy rzeczywiście inspiruje do zwiększonej kreatywności.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Marie Kondo: Dlaczego czujemy się przytłoczone?

Marie Kondo nie byłaby guru porządków, gdyby nie podała tych twierdzeń w wątpliwość. Kiedy jej wydana w 2010 roku „Magia sprzątania” sprzedała się w ponad 10 milionach egzemplarzy, autorka dostała własny program telewizyjny, a telefon z propozycjami nie przestawał dzwonić – poczuła się tym wszystkim zawalona i przytłoczona. Praca, którą tak lubiła, przestała jej sprawiać radość. I wtedy narodził się pomysł na to, by zająć się teraz uporządkowaniem przestrzeni zawodowej.

Królowa minimalizmu na własnej skórze przekonała się, że gdy toniemy w zalewie nie tylko przedmiotów, ale też informacji i zadań, tracimy kontrolę. Pojawia się stres, poczucie winy i presja, by tę sytuację zmienić. Marie Kondo znalazła też potwierdzenie naukowe dla tego, co sama czuła intuicyjnie – że bałagan przytłacza i obciąża nasz mózg, a przez to zmniejsza radość z pracy. Kto ma zatem rację: Albert Einstein czy Marie Kondo?

Czy w pełni wykorzystujesz swoją kreatywność?

W nowej książce, która właśnie ukazała się w Polsce pod tytułem „Jak czerpać radość z pracy” (Muza), Marie Kondo proponuje, by siedząc przy swoim biurku, w swojej pracowni czy gabinecie, zadać sobie cztery pytania:

– czy możesz szczerze powiedzieć, że dobrze się czujesz przy swoim biurku?

– czy codzienna praca w tym miejscu daje ci radość?

– czy jesteś pewna, że w pełni wykorzystujesz swoją kreatywność?

– czy na pewno lubisz w to miejsce wracać?

Jeśli na wszystkie pytania odpowiadasz tak, świetnie. Jeśli nie, warto się zastanowić dlaczego. Może w twoim otoczeniu panuje zbyt duży chaos, a może przeciwnie, jest zbyt pusto, nudno i sterylnie? Może jesteś osobą, której łatwiej nawiązać kontakt z własną kreatywnością w bałaganie? A może – jak słynna artystka wizualna Marina Abramovic, która w domu ma białe puste ściany – właśnie czysta przestrzeń pobudza w tobie myślenie?

Ile maili dziennie dostajesz? Ilu nie otwierasz?

Ale uporządkowanie biurka, pokoju do pracy czy gabinetu to dopiero początek drogi, która – zdaniem Marie Kondo i współautora książki, psychologa Scotta Sonensheina – doprowadzi nas do momentu, gdy zaczniemy czerpać radość z pracy. Kolejne kroki to porządkowanie przestrzeni cyfrowej: folderów na pulpicie komputera, aplikacji w telefonie i poczty elektronicznej. Przeciętny pracownik biurowy spędza mniej więcej połowę dnia na obsłudze e-maili, a i tak codziennie w skrzynce odbiorczej zostawia blisko 200 nieotwartych wiadomości. A jak jest w twoim przypadku?

Warto też uporządkować swój kalendarz. Po pierwsze – wyzwolić się z pułapki pilności, bo przeskakiwanie od jednej pilnej sprawy do drugiej sprawia, że nie mamy czasu na myślenie i rozwój zawodowy. Trzeba zdecydować, co naprawdę jest na już, a co może poczekać. Po drugie – dać sobie spokój z multitaskingiem. Mnóstwo badań już to potwierdziło: wielozadaniowość tak naprawdę sprawia, że pracujemy o 40 procent mniej wydajnie i zwykle nie najlepiej. Po trzecie – zmniejszyć liczbę spotkań. Zajmują dużą część naszego czasu pracy, a w badaniach deklarujemy, że w znacznej mierze są to godziny zmarnowane.

A może zamiast sprzątać biurko, zmienić pracę?

Jeśli praca nie sprawia ci radości, może powinnaś ją po prostu zmienić? Nawet gdy o tym myślisz, warto najpierw uporządkować swoje otoczenie. Marie Kondo twierdzi, że to tak jak ze sprzątaniem domu. Gdy już masz wokół siebie porządek, lepiej widzisz, co sprawia ci przyjemność, a czego ci brakuje. Słynna Japonka sugeruje, by przeprowadzić sobie „analizę radości”. Zastanowić się nad różnymi aspektami swojej pracy i zdecydować, które przynoszą radość, a które nie. I na ile mamy nad tym kontrolę. Co zależy od nas, a co od innych.

Do zmiany pracy warto podejść tak, jak do opróżniania domu z niepotrzebnych przedmiotów, przekonuje Kondo: „Kiedy zdecydujesz, że nie chcesz czegoś zatrzymać, skup się na dobru, które ci dało, i pozwól mu odejść z wdzięcznością za waszą dotychczasową relację. Pozytywna energia skierowana ku tej rzeczy przyciągnie nowe, pełne radości spotkania”. Ta sama zasada może mieć zastosowanie przy zmianie pracy. Myśl o swojej pracy pozytywnie, z wdzięcznością, przyznając, że pomimo trudności wielu rzeczy cię nauczyła. „Nastawienie tego rodzaju doprowadzi cię do takiej pracy, która będzie najlepsza na następnym etapie twojego życia”.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Jak pobudzić kreatywność?
Pexels.com

Kreatywność – jak ją w sobie rozbudzić i dobrze wykorzystać?

Kreatywność jest tylko dla wybranych? Nic podobnego. Każdy z nas rodzi się kreatywny. Nie każdy jednak wie, co zrobić, by takim pozostać, a przecież kreatywność, jak inne zdolności, trzeba ćwiczyć.
Karolina Morelowska-Siluk
19.11.2020

Najlepszym i niezbitym dowodem na to, że każdy człowiek przychodzi na świat z kreatywnością, są dzieci. Może to zaobserwować każdy rodzic. Dzieci bez żadnego problemu, jak z rękawa, sypią rozmaitymi opowieściami, np. jak to fioletowy ufoludek odwiedził dziś ich grupę w przedszkolu. Kreatywność u dzieci i dorosłych Dziecko w piaskownicy jednego dnia jest wróżką, która potrafi wyczarować kubełek pełen lodów, następnego dnia jest już supermanem, który ratuje świat przed złymi duchami. To jest właśnie kreatywność. Jest ona cechą wrodzoną, właściwą każdemu z nas. Błędne przypisywanie kreatywności wyłącznie wybitnym umysłom związane jest z faktem, że tym osobom udało się połączyć kreatywne podejście z wiedzą w konkretnej dziedzinie, co zaowocowało np. słynnym obrazem czy przełomowym odkryciem. Zatem, po pierwsze: kreatywny jest każdy człowiek, tylko nie każdy posiada wystarczającą wiedzę, by tę kreatywność wykorzystać. Po drugie: nie każdy wie, że kreatywność trzeba ćwiczyć! Czytaj także: Katarzyna Puzyńska: Mistrzyni kryminału o tym, jak rozwijać w sobie kreatywność Jak pobudzić kreatywność? Kreatywność można, a nawet należy sprytnie prowokować. Jest na to wiele sprawdzonych sposobów. 1. Mózg lubi ruch Chwila marszu przed pracą, a jeszcze lepiej w trakcie przerwy, to doskonały pomysł. „Pot jest jak WD-40 dla umysłu: smaruje zardzewiałe zawiasy w mózgu i sprawia, że myślenie staje się bardziej płynne. Ćwiczenia pozwalają umysłowi uzyskać dostęp do nowych pomysłów, dotąd schowanych w podświadomości” – pisze na łamach pisma „Psychology Today” Christopher Bergland, światowej klasy triatlonista, trener i pisarz. Podobno Albert Einstein teorię względności stworzył podczas jazdy na rowerze! W brytyjskim Middlesex University...

Czytaj dalej
Magda Gessler
mateusz stankiewicz

Magda Gessler wiele zawdzięcza dziadkowi: „Dziękuję mu, na pewno mnie słyszy”

Chociaż nieraz Magda Gessler opowiadała o tym, jak ważni dla niej byli i są: pierwszy mąż, obecny partner, syn – to jednak w ramach akcji #DZIĘKUJĘ zdecydowała się podziękować przede wszystkim innemu mężczyźnie: dziadziusiowi.
Sylwia Niemczyk
03.04.2020

Gotował zupy mleczne, ucierał kogiel-mogiel i przede wszystkim: uczył malutką Madzię radości życia! Magda Gessler wczesne lata dzieciństwa spędziła w domu dziadków, w podwarszawskim Komorowie i tamten okres wspomina jako jeden z najszczęśliwszych w swoim życiu.  – Byłam otoczona miłością, zanurzona wręcz w niej – wspomina. – Dziadek nauczył mnie, że z niczego zawsze można robić coś. Że nie trzeba mieć pieniędzy, by robić piękne rzeczy i by okazywać miłość. Rodzinny dom zaszczepił w Magdzie Gessler radość życia Do dzisiaj Magda Gessler pamięta poczucie bezpieczeństwa, jakie towarzyszyło jej w rodzinnym domu. Chociaż dorastała w trudnych latach 60. i jej rodzina żyła bardzo skromnie, to jednak nie brak pieniędzy, ale poczucie radości życia, jakie zaszczepili jej rodzice i dziadkowie, jest jej najwyraźniejszym wspomnieniem z dzieciństwa.  – Dziadek pisał dla mnie wiersze, robił dla mnie zabawki na choinkę z pudełek od zapałek, obklejał je kolorowym papierem, chował do środka jakieś drobiazgi, cukierki, dzięki czemu ta biedna PRL-owska choinka stawała się jedną wielką cudowną niespodzianką. Myślę, że mam wielkie szczęście, że zdążyłam mojemu dziadziowi i babci podziękować za to, jakie dzieciństwo mi stworzyli, że umiałam wyrazić im swoją wdzięczność i miłość. Magda Gessler była w dzieciństwie niejadkiem  Do zasług babci i dziadka Magdy Gessler należy także to, że… nauczyli ją, że jedzenie może być wyrazem troski, miłości i przyjemności!  – Byłam niejadkiem i dziadek potrafił ugotować dla mnie 10 różnych zup mlecznych, bo żadna mi nie smakowała. Godzinami stał przy kuchni tylko po to, żeby jego mała wnuczka – nieznośna zresztą! – zjadła coś zdrowego. I, mimo że odsuwałam talerz albo waliłam łyżką w zupę, to on...

Czytaj dalej
kłótnie o polityce
Getty Images

Jak się nie kłócić o wybory i religię? Mówi Jacek Wasilewski, ekspert od dobrej komunikacji

Rozmawiać – tak. Kłócić się – po co?
Sylwia Niemczyk
14.10.2019

Warto toczyć dyskusje, bo dzięki temu poznajemy różne stanowiska. Ale dyskusja nie musi być przecież walką na śmierć i życie” – przypomina w „Urodzie Życia” dr Jacek Wasilewski, kulturoznawca i specjalista komunikacji społecznej i dodaje: „Pilnujmy jednak, żeby nasza dyskusja nie zmieniła się w bitwę na epitety. Zamiast okopywać się na swoich pozycjach, szukajmy kompromisu”. Rozmawia Sylwia Niemczyk. Sztuka dyskusji Sylwia Niemczyk, „Uroda Życia”: Czego najbardziej brakuje naszym dyskusjom? Jacek Wasilewski: Czasem przydałby się pewnie ciekawszy temat, ale mówiąc serio, przede wszystkim musimy mieć świadomość, czego od dyskusji oczekujemy. Czy zależy nam, żeby koniecznie kogoś przekonać do swoich racji, czy może wystarczy nam, że zrozumiemy, czemu druga strona ma taką, a nie inną opinię? Dyskusja nie musi być przecież walką na śmierć i życie. Często warto po prostu wypowiedzieć własne zdanie i pozwolić, żeby nasz rozmówca pozostał przy swoim. To nie zawsze jest łatwe, ale z drugiej strony zastanówmy się, czemu odmienne opinie innych ludzi aż tak nas frustrują, a deszcz bębniący o parapet już nie?  Może dlatego, że bębnienie o parapet nie wpływa na moje życie, a ludzie, z którymi się spieram, mogą wpływać, i to bardzo.  I właśnie dlatego z deszczem nie rozmawiamy, a z tym naszym wujkiem czy stryjkiem czasem rzeczywiście możemy spróbować się dogadać. Choć od razu uprzedzam, że szansa na porozumienie w dyskusji w dużej mierze zależy od tego, jakiego rodzaju argumenty stosuje nasz rozmówca.  Możemy wymienić kilka rodzajów? Do najbardziej popularnych argumentów należą te w stylu: „To oczywiste, że…” albo „Wszyscy wiedzą, że…”. Są dosyć łatwe do obalenia w dyskusji, bo zawsze...

Czytaj dalej
iStock

Koreański sekret szczęścia: poznaj 6 zasad nunchi

Za dużo mówimy, za mało słuchamy innych. A to najlepszy sposób, by zyskać zaufanie i sympatię. Poznajcie nunchi, supermoc, która sprawi, że wasze relacje z ludźmi będą lepsze.
Anna Zaleska
11.05.2020

Tak jak Marie Kondo, japońska guru sprzątania, pomogła nam uporządkować nasze domy i szafy, tak Euny Hong, znana na świecie dziennikarka pisząca o koreańskiej kulturze, chce nam pomóc uporządkować relacje z ludźmi. Stać się lepszą matką, partnerką, córką, koleżanką, szefową i przyjaciółką. Koreańczycy mają na to swój sposób, supermoc praktykowaną od pięciu tysięcy lat, tak zwane nunchi. W Polsce właśnie ukazała się książka „Nunchi. Koreański sekret dobrych relacji z ludźmi” – coś w rodzaju przyśpieszonego kursu dla Europejczyków.   Nunchi bywa porównywane z inteligencją emocjonalną, ale znawcy zagadnienia wolą ją definiować jako sztukę czytania w myślach i uczuciach innych. Kto by nie chciał jej posiąść? Pozornie rzecz wydaje się prosta. Potrzebujemy tylko oczu i uszu. Ale najwyraźniej aż tak prosta nie jest, skoro Koreańczycy uczą tego swoje dzieci, i to od najmłodszych lat. „Gdzie twoje nunchi?”, strofują maluchy. Co blokuje nasze nunchi? Jest kilka powodów, dla których my, ludzie Zachodu, możemy mieć problem z obudzeniem w sobie tej koreańskiej supermocy. Przede wszystkim nastawiamy się na mówienie, a według filozofii nunchi często lepiej z kimś pomilczeć. Najciekawszym rozmówcą jest ten, kto uważnie słucha i tak okazuje zrozumienie, a nie ktoś, kto zaczyna opowiadać swoją „jeszcze lepszą” historię. Albo zmienia temat, by skupić uwagę na sobie. A przecież słuchanie to najlepszy sposób, by zyskać zaufanie i sympatię innych. Największą potrzebą ludzi – po zdobyciu pożywienia i bezpiecznego schronienia – jest właśnie bycie wysłuchanym. Druga kwestia: hałas ceni się w naszej kulturze bardziej niż spokój i ciszę. Tymczasem gdy uspokoimy myśli, wtedy do głosu dochodzą zmysły, lepiej...

Czytaj dalej