Cześć, dziewczyny! Ile chlebów na zakwasie dziś upiekłyście?
Na zdjęciu: jedyny sweter, jaki zrobiłam. Miałam 7 lat, lalka nosi go do dziś.

Cześć, dziewczyny! Ile chlebów na zakwasie dziś upiekłyście?

Piecz, gotuj, a nawet haftuj. Ale nie daj się przymusowi bycia fajną.
Magdalena Żakowska
12.05.2020

W trakcie niespełna trzech miesięcy kwarantanny wyczerpały mi się rozrywki. Na platformach streamingowych odkopuję klasykę kina, bo ile seriali można w siebie wchłonąć? I w ogóle ile można siedzieć przed ekranem? Ani to zdrowe, ani atrakcyjne dla reszty populacji, która powinna podziwiać nasze życie za pośrednictwem social mediów. Zresztą, co to ma za znaczenie, skoro powoli kończą się przestrzenie, na których moglibyśmy jeszcze ze sobą konkurować. Książka wygląda na Instagramie lepiej niż zrzut z ekranu z nowym serialem, szczególnie w towarzystwie filiżanki kawy, albo kubka zielonej herbaty (matcha w wersji top of the top) na tle uroczego ogrodu, ale to jednak wciąż pospolite. Puzzle? Miały swój moment, producenci gier towarzyskich też zacierali ręce licząc prognozowane przychody, ale wtedy wkroczyły influenserki ze zdjęciami robótek ręcznych. Szach mat. 

Nie mam nic przeciwko robótkom ręcznym. Niech każdy sobie robi to, co mu najlepiej poprawia samopoczucie i mieści się w granicach prawa. Ale serio?! Czy tylko ja mam wrażenie, że haftowane serwetki i ręcznie wykonywane szaliki podobają się wyłącznie na Instagramie? Czy ktoś naprawdę będzie w tym chodził, albo zmusi do tego swoich najbliższych? I do czego podczas kwarantanny używa się serwetek z własnoręcznie wyhaftowanym kwiatkiem? 

Gotowanie jeszcze rozumiem. Sama to robię – czasem kompulsywnie, czasem agresywnie, czasem histerycznie, zawsze czasem z kieliszkiem czerwonego wina pod ręką. Tiramisu Elizy Morawskiej-Kmity, kugel Alison Roman (zrobiłam go już ja i Maggie Gyllenhaal;), lasagne Samin Nosrat, o której niedawno pisałam, paella Gwyneth Paltrow, którą wykonam, jak tylko kupię sobie taki fajny i bardzo drogi garnek, jak ona, ale to nie prędko, bo idzie kryzys. Hashtag: #coronavirusbaking. Nie wiem, jak w waszej okolicy, ale w moim lokalnym sklepie drożdże skończyły się szybciej niż papier toaletowy. Wtedy wjechały przepisy na własnoręcznie zrobionym zakwasie.

Przygotowywałam się do tego teoretycznie przez dobre kilka tygodni. Zamówiłam w internecie literaturę fachową, czytałam, porównywałam przepisy. Czułam się, jak ten naukowiec z przyszłości na chwilę przed tym, jak ogłosi ludzkości, że zakończył badania kliniczne nad pierwszą skuteczną szczepionką na koronawirusa. Tyle że w skromniejszej skali. Mój wynalazek miał na zawsze odmienić życie moich bliskich. Kiedy wreszcie byłam gotowa i ogłosiłam w domu, że już za chwilę zrobię swój pierwszy chleb na swoim pierwszym zakwasie, mój syn skomentował to krótkim „Spoko”, a mój partner chłopak nie podnosząc wzroku znad komputera odrzekł z uprzejmą zachętą w głosie: „To wspaniale, kochanie”. Gdybym ogłosiła, że jadę na stację benzynową po colę i chipsy entuzjazm byłby z pewnością większy. 

Wtedy zrozumiałam, że przez ostatnie tygodnie równie dobrze mogłam siedzieć przed komputerem i oglądać nową „Dynastię”. Efekt byłby podobny: poczucie zawodu i politowanie zero podziwu ze strony otoczenia. Na początku bolało, ale w końcu dotarło do mnie, że ścigałam się tylko z własnym cieniem i światem osób, które obserwuję w social mediach (Maggie Gyllenhaal, to nie o tobie, ty zawsze będziesz dla mnie wzorem). Ani mojego syna, ani partnera ten świat kompletnie nie interesuje. Dlaczego więc mieliby tryskać entuzjazmem na hasło „zakwas”? 

Od czasu mojego zakwasowego wystąpienia minęło już kilka tygodni. Nie ugotowałam nic nowego z wyjątkiem szparagów, bo wreszcie się pojawiły. Obejrzałam kompletnie bezużyteczne i fascynujące seriale dokumentalne na Netfliksie, w tym „Króla tygrysów” o ekscentrycznym geju z farbowaną na blond plerezą, pistoletem i stadem egzotycznych kotów oraz „Cheer” o surrealistycznym świecie cheerleadingu w Stanach Zjednoczonych. Gram w gry na konsoli, w zależności od towarzyszącej mi grupy wiekowej jest to Kung Fu Panda, Fortnite i Death Stranding.

Nie rozwijam żadnych manualnych zdolności, z wyjątkiem sztuki popołudniowej drzemki. I myślę ze szczerym współczuciem o celebrytach, którzy muszą w tych nudnych trudnych czasach podtrzymywać zainteresowanie swoimi osobami w social mediach, wymyślać kolejne oryginalne pomysły na twórcze spędzanie nadmiaru wolnego czasu, wpędzać nas w kompleksy tworzyć nasze marzenia i rozbudzać nasze aspiracje. W moim prywatnym rankingu robótki ręczne to już była ściana, ale wiem, że za nią kryje się jeszcze wiele światów (domowy mini golf, flirt towarzyski z kotem, nauka free divingu w wannie), które zawrócą nam na chwilę w głowie i uzyskają kiedyś stosowne hasła w „COVID Encyklopedii”. Nie mówię, że będę na to odporna. Nawet się nie staram.

P.S. Na zdjęciu: jedyny sweter, jaki w życiu zrobiłam. Byłam mała, lalka nie protestowała.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Anna Król i Paulina Wilk, Big Book Festival
mat. prasowe

Anna Król i Paulina Wilk, twórczynie Big Book Festival mówią: „Składamy się z liter” 

O książkach, czytaniu i festiwalu, który… miał się nie udać, opowiadają Anna Król i Paulina Wilk, pomysłodawczynie Big Book Festival, który już od 8 lat gości na kulturalnej mapie Warszawy.
Sylwia Niemczyk
11.05.2020

Rozmawiamy przez Skype’a w samym środku kwarantanny. Od kilku tygodni żadna z nas trzech nie wyszła z domu dalej niż na spacer z psem. W takim zamknięciu jeszcze wyraźniej widać, ile dają nam książki: są przyjaciółmi, bliskimi, czasem nawet najbliższymi, towarzyszami. Właśnie takie myślenie o książkach i czytaniu doprowadziło do powstania Big Book Festival, największego warszawskiego festiwalu książkowego – i jednej z najlepszych imprez roku! Pamiętacie pierwszą edycję Big Book Festivalu? Ania: To był 2013 rok, w lutym dowiedziałyśmy się, że dostałyśmy miejską dotację, a to był ostatni moment, bo już powoli traciłyśmy nadzieję, że uda się kogokolwiek przekonać do naszego marzenia. Wcześniej przez dwa lata chodziłyśmy po urzędach i sponsorach.  Paulina: Wiedziałyśmy, że teraz albo nigdy. Jak o tym dziś myślę, to widzę, że porwałyśmy się z motyką na słońce, to absolutnie nie miało prawa się udać. Sto procent brawury, ale okazało się, że ta nasza motyka miała odrzutową siłę.  Ania: Udało się i tamten pierwszy Big Book Festival przyniósł nam wiele radości, ale nie chciałabym przechodzić drugi raz przez tamten czas. Te cztery miesiące, podczas których musiałyśmy postawić festiwal od zupełnego zera, to była bardzo ciężka praca, dużo nerwów, cały czas nie zgadzał nam się budżet, zresztą nie zgodził się do końca i pamiętam, że mniej więcej 20 proc. kosztów pokryłam z moich oszczędności, ostatnich, jakie miałam w życiu! To było działanie na pograniczu partyzantki. Ale jednocześnie tamtemu festiwalowi towarzyszył ogromny entuzjazm, poczucie wspólnoty i przekonanie, że zaczynamy coś wielkiego. Zastanawiacie się, jak to się stało, że jednak wam się udało?  Ania: Ja z tamtego czasu najbardziej pamiętam to, że robiłyśmy wszystko:...

Czytaj dalej
Julia Garner jako June w filmie „Asystentka” / ©2020 Galapagos Films

Oglądam „Asystentkę” i drżą mi ręce. To mogłaby być każda z nas. 

Blisko połowa pracowników w Polsce padła ofiarą mobbingu. Ja też przeżyłam ten koszmar. O tym, czego doświadcza mobbingowana osoba, przejmująco opowiada film „Asystentka”.
Anna Zaleska
12.05.2020

Byłam mobbingowana. To wydarzyło się wiele lat temu, gdy jeszcze jako dosyć młoda osoba awansowałam na stanowisko zastępcy szefowej. Nie zdążyłam się jednak tym sukcesem nacieszyć. Wkrótce moja szefowa odeszła, a na jej miejsce przyszła Pani X. Niesamowite było widzieć, jak z dnia na dzień pod jej rządami zmienia się kultura firmy. Do dobrze funkcjonującej organizacji Pani X zaczęła wprowadzać własne zasady. Miejsce, gdzie panowała przyjazna i kreatywna atmosfera, w krótkim czasie zdominowały strach, paraliż i nieufność. Żebyście wiedzieli, co o sobie mówicie nawzajem Każdy dzień zaczynał się od zebrania, na którym Pani X wodząc wokół wzrokiem, z ironicznym uśmiechem mówiła: „Tacy niby jesteście zgrani? Żebyście wiedzieli, co mówicie o sobie nawzajem, gdy przychodzicie do mojego gabinetu”. Stopniowo coraz mniej sobie ufaliśmy. Bo może ona mówi prawdę? Może rzeczywiście inni chodzą tam i donoszą? Osoby najlepsze i najbardziej doświadczone zostały przesunięte do mało istotnych zadań, które mógłby wykonać stażysta. Początkujący nagle awansowali, stając się dla szefowej armią lojalnych popleczników i informatorów, świadomych jednak, że ich korzystna sytuacja w każdej chwili może się odmienić, bo Pani X miała zmienne nastroje. W biurze co chwila czuć było zapach waleriany, nerwowo wietrzonej przez otwarte okna, bo skoro szefowa potrafiła się wściec za słoik miodu na biurku („Co to za zupa!!! To jest eleganckie biuro! Nie przynosić mi tu takich rzeczy!”), zapach waleriany na pewno by jej się nie spodobał. U nas miało pachnieć Chanel. Nie mam szczególnie wojowniczej natury, ale próbowałam bronić siebie i innych, ewidentnie mobbingowanych kolegów. Sądziłam, że jako zastępca szefowej mam coś do powiedzenia.  I wtedy cała jej uwaga...

Czytaj dalej
matka i córka
Adobe Stock

Rewolucja w psychologii: koniec z rozpamiętywaniem dzieciństwa. Czas iść do przodu

Chodzi o to, żeby wyjąć z buta kamień, który uwiera, a nie zastanawiać się, kto go tam wrzucił – mówi Joanna Godecka, terapeutka TRS.
Aleksandra Nowakowska
02.05.2020

Mieć problem czy rozwiązać problem? Oczywiście, że to drugie. Tylko jak to zrobić? Nurty psychoterapeutyczne mają na to różne pomysły. Zyskująca na popularności Terapia Skoncentrowana na Rozwiązaniu nie roztrząsa problemu, tylko pozytywnie wzmacnia, by klient sam znalazł na niego sposób najszybciej i najprościej jak tylko może. Aleksandra Nowakowska: Co wyróżnia Terapię Skoncentrowaną na Rozwiązaniu (TRS)? Joanna Godecka:  To jest terapia, która wzmacnia, i której zadaniem jest konstruowanie przyszłości. Kiedy klient przekracza próg gabinetu, pytam go, co się poprawiło od momentu, w którym do mnie zadzwonił. Terapia Skoncentrowana na Rozwiązaniu nie rozkłada na czynniki pierwsze przeszłości, nie dotykamy trudnych wspomnień z czasów dzieciństwa, o których uważa się, że ukształtowały człowieka i wpływają na jego obecne życie. Niektórzy terapeuci pracujący tą metodą prawie w ogóle nie rozmawiają o problemie, z którym ktoś przyszedł, tylko od razu zabierają się za wprowadzanie potrzebnej zmiany. Nie jest ważne, co człowieka do nas sprowadza – on może być w naprawdę trudnym momencie, ale my i tak punkt ciężkości terapii kładziemy na ukazanie pozytywnej perspektywy.  Z jakiego powodu możemy przyjść do terapeuty TRS? Z każdego – pracujemy zarówno z ciężką depresją, stanami lękowymi, żałobą, jak i problemami natury relacyjnej czy zawodowej. Przychodzimy do specjalisty, bo jak w przypadku każdej innej terapii, z czymś sobie nie radzimy i potrzebujemy pomocy. TSR należy do nurtu psychologii pozytywnej, która zdobywa coraz więcej zwolenników. Obserwując moich klientów, odnoszę wrażenie, że zbyt długo trwające zagłębianie się w przeszłości, w teraźniejszym realnym życiu nie przynosi oczekiwanych efektów....

Czytaj dalej