Monogamia zabiera naszą wolność, ale daje nam coś o wiele ważniejszego: bliskość
Elliott Erwitt / Magnum Photos / PhotoPower

Monogamia zabiera naszą wolność, ale daje nam coś o wiele ważniejszego: bliskość

Dzisiaj łatwiej nam podjąć decyzję o rozwodzie niż o ślubie, a psycholodzy mówią o czasach seryjnej monogamii. A jednak marzenie o „tylko we dwoje” nadal w nas jest. Dlaczego monogamia wciąż jest najatrakcyjniejszą opcją?
Bartosz Janiszewski
19.02.2021

Rozstajemy się, rozwodzimy często i szybko. Czy monogamia i związek monogamiczny ma przyszłość? „Owszem, jesteśmy zwierzętami, ale dość wyjątkowymi. Ludzi, poza popędowością, charakteryzuje bowiem dążność do relacji. A podstawowym rodzajem relacji jest dla nas relacja w parze”, mówi Izabela Falkowska-Tyliszczak. psychoterapeutka z warszawskiego Zespołu Pomocy Psychoterapeutycznej

Bartosz Janiszewski: Skąd w ogóle pomysł, że dwoje ludzi może być tylko ze sobą przez całe życie i jeszcze mogą być w tym szczęśliwi? Piękna idea, tyle że chyba nieprawdziwa. 
Izabela Falkowska-Tyliszczak:
Wszystko, co robimy, jest kwestią wyboru. Po zwierzęcych przodkach dziedziczymy zarówno pragnienie seksualnej swobody, jak i rywalizację. Na poziomie ludzkim oznacza to zazdrość o rywala. Nie jest więc tak, że wybierając związek inny niż monogamiczny, nagle pozbędziemy się problemów. Każdy wybór wiąże się z konsekwencjami. W monogamii kosztem jest to, że musimy sobie odmówić: jesteśmy w stałym związku, podobają nam się inni, ale z nich rezygnujemy. To tak, jakbyśmy czytali menu w restauracji, wiedząc, że nic nie będziemy jeść. 

Czasy są nastawione na maksymalizację indywidualnej przyjemności, wolność. Może należałoby porzucić te staroświeckie i ograniczające nas reguły? 
To pozór, że wtedy będziemy szczęśliwi. Zawsze jest jakiś koszt. W monogamii to nasza wolność. W poliandrycznym czy poligynicznym związku tym kosztem jest zazdrość: moja lub partnera. Istnieje mit, że poligamia uwolni nas od trudności, z którymi borykamy się w związku, ale to nieprawda. Trudności w poligamii są po prostu inne. Widział pan chiński film „Zawieście czerwone latarnie”? 

Tak, młoda kobieta zostaje tam czwartą żoną w szacownym chińskim rodzie. Nie wygląda jednak na szczęśliwą. 
Bo wszystkie te żony rywalizują ze sobą w sposób absolutnie bezkompromisowy. Psychologicznie to sytuacja, która ma miejsce niezależnie od tego, że na coś pozornie możemy się godzić. Nie trzeba zresztą szukać w dalekich kulturach i dawnych wiekach. Większość kobiet żyjących w relacji z mężczyznami, którzy mają dzieci z poprzedniego związku, jest o te dzieci zazdrosna. Konflikty o te dzieci są najczęstszą przyczyną, dla której kolejne związki się nie udają. Dlaczego? Bo kobiety podświadomie odbierają tę sytuację jako rywalizację, „obce” potomstwo jako zagrożenie. 

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Mogogamia przynosi korzyści

Skąd w nas właściwie potrzeba bycia jedynymi dla drugiego człowieka? 
W naszej kulturze, w kręgu judeochrześcijańskim, nie ma tradycji, żeby dzieckiem opiekowało się całe plemię. Byłoby inaczej, gdybyśmy wychowywali się od wieków w kulturze, gdzie na przykład jedna kobieta rodzi dziecko, a potem różne kobiety się nim opiekują. Tymczasem nas nie wychowywało całe plemię, tylko jedna matka i jeden ojciec. Podstawowym, najbardziej pierwotnym rodzajem relacji w naszym życiu jest diada, czyli związek pary. Najpierw jest to diada dziecka z matką, potem także diada z ojcem. Rodzice są dla nas ważni jako para rodzicielska, ale znacznie ważniejsze są nasze diadyczne relacje z nimi. Stąd potem bierze się pragnienie bycia w związku diadycznym w dorosłym życiu. Diada stanowi wzorzec przywiązania, bliskości i intymności. To z tego wzorca wypływa potrzeba bycia jedynym partnerem dla drugiej osoby i oczekiwania monogamii od partnera. Możemy mieć w życiu bardzo wiele relacji z innymi ludźmi, ale matkę mamy z reguły tylko jedną. Oczywiście, dzisiaj coraz częściej zdarzają się sytuacje, że dziecko ma na przykład dwóch ojców – biologicznego i partnera matki. Niemniej na poziomie id, czyli naszych pragnień, podstawowy jest związek z jednym obiektem. Stąd pragnienie wyłączności. 

To nieuświadomiona chęć powrotu do idealnego stanu zespolenia z matką, jaki ma każde dziecko tuż po narodzeniu? 
Ten wzór nie jest idealny, ale jest dla nas podstawowy. Jeśli dyskutuje się nad monogamią, bardzo często pojawia się temat popędów. Lubimy odwoływać się do biologii, ewolucji i tego, że pożądanie jest naszym podstawowym instynktem. Owszem, jesteśmy zwierzętami, ale dość wyjątkowymi, specyficznymi. Ludzi, poza popędowością, charakteryzuje bowiem dążność do relacji. A podstawowym rodzajem relacji jest dla nas relacja w parze. 

Oczekujemy monogamii w związku z partnerem, ale już poza nim wcale jej nie wymagamy. Możemy przecież kochać najlepszego przyjaciela, mieć z nim niezwykle bliskie relacje, a jednocześnie nie oczekiwać wyłączności. 
To, że łatwiej nam zaakceptować, że przyjaciel ma bliskie relacje także z innymi, wynika z biologii. Jeśli bowiem nie mamy z przyjacielem związków seksualnych, nie mamy też obaw, że będzie miał dziecko z kimś innym. Ale to nieco bardziej skomplikowane. Bo jeśli sięgnąć w głąb naszej nieświadomości, prawdopodobne jest, że będziemy zazdrośni o przyjaciela czy przyjaciółkę, tylko nad tym szekspirowskim zielonookim potworem w naszej głowie lepiej panować. Wiemy, że wyłączność w przyjaźni nie jest wzorcem relacji, tłumimy w sobie zazdrość, a i tak możemy uszczypliwie skomentować fakt, że przyjaciółka umówiła się z kimś innym na wino, a nas nie zaprosiła. 

Może zaboleć, ale nie odbierzemy tego jako zdrady. Tymczasem w związkach wciąż wierzymy w to, że będziemy dla partnera jedyni. Według najnowszych badań do zdrady w ciągu ostatniego roku przyznało się już 40 procent osób żyjących w małżeństwach w Polsce. Wychodzi na to, że monogamia to utopia, która przynosi rozczarowania.
Być może. Ale otwarte małżeństwa albo związki poligamiczne to taka sama utopia. W monogamii możemy zostać zranieni albo dokucza nam powstrzymywanie się od realizacji naszych seksualnych impulsów. Jednak w poligamii nigdy nie będziemy mieli takiego poczucia bezpieczeństwa, będziemy podświadomie ciągle rywalizować z innymi partnerami. Nie ma związku idealnego, rozczarowanie wszędzie może na nas czekać. Jeśli umawiamy się z drugim człowiekiem, że nas nie okradnie, a on to jednak robi, to będziemy prawdopodobnie zdziwieni, zasmuceni i rozczarowani. Ale czy to znaczy, że mamy się na to z nim nie umawiać, skoro kiedyś uznaliśmy, że taka umowa jest nam społecznie potrzebna? W związku oczekujemy od drugiej osoby wierności. Oczywiście, możemy mieć z tyłu głowy świadomość, że jesteśmy zwierzętami i że bywa różne. Ale czy to znaczy, że mamy nie próbować? 

A jeśli nam się uda? Co właściwie daje monogamia? 
Po pierwsze: spokój. Poczucie bezpieczeństwa. Po drugie: intymność. Jeśli miałby pan pięć żon, to trudno byłoby panu z każdą z nich stworzyć bliską relację. Jak mówiliśmy na początku: podstawą świata psychicznego jest dla człowieka diada. Trudno realizować ją z pięcioma osobami naraz. Z tej intymności wynika coś niezwykle ważnego: monogamia, dając nam możliwość pozostawania w bardzo bliskim związku z drugim człowiekiem, tworzy sytuację, w której stajemy się nawzajem dla siebie świadkami swojego istnienia. Długoterminowy związek z jednym człowiekiem sprawia, że nasze istnienie jest bardziej uwiarygodnione. Tak, wiem, to brzmi może nieco filozoficznie, ale jesteśmy ludźmi, nie możemy wszystkiego tłumaczyć jedynie biologią. 

Socjolodzy mówią, że żyjemy w czasach seryjnej monogamii. Prawnie i społecznie akceptowane jest życie z jednym partnerem, ale nikt nie mówi, że to musi być partner na całe życie. To, że niemal wszyscy w związkach mamy jakichś byłych partnerów i dopuszczamy możliwość, że ten obecny nie jest ostatnim, bardzo wpływa na kształt naszego związku? 
Związki nie są na zawsze i na pewno. W życiu w ogóle nie ma nic pewnego – to jest istota rzeczywistości szczególnie widoczna w związkach. Niezależnie od tego, czy wzięliśmy ślub, czy to związek nieformalny, zawsze w tyle głowy mamy myśl, że możemy spotkać kogoś innego. I że nasz partner też może spotkać kogoś innego. Nawet jeśli ślubujemy sobie dozgonną wierność, znając realia, musimy borykać się z obawą o to, czy ta deklaracja będzie wypełniona.
 
Ale jeszcze kilka dekad temu łatwiej było nam w to „na zawsze” uwierzyć. Ludzie rozwodzili się znacznie rzadziej. 
Uważam, że to pewna iluzja. Różnica polega raczej na tym, co jest jawne, a co jest ukryte. Dzisiaj z racji kryzysu religijności, emancypacji kobiet i zmian społecznych sytuacje niemonogamiczne są po prostu bardziej jawne. Mężczyźni zdradzali kobiety, a kobiety mężczyzn od zawsze, tyle że było to znacznie bardziej ukryte niż dzisiaj. Co to znaczy, że ludzie kiedyś potrafili być ze sobą „na zawsze”? Nasi dziadkowie z reguły przeżywali ze sobą całe życie. Tylko że bardzo często po drodze okazywało się, że dziadek miał kochanki, a babcia nieco rzadziej, ale również znajdowała sobie kogoś na boku. Nie twierdzę, że taki układ jest dobry, ale na pewno pomagał utrzymać małżeństwo. 

Ludzie wtedy, chociaż czasy były znacznie bardziej konserwatywne, mieli w sobie większe przyzwolenie na niewierność? To nieco inny mechanizm. Oczywiście, zdrady też powodowały cierpienie, zazdrość zawsze kłuje w serce. Ale w tamtych realiach społecznych nie niosły ze sobą tylu lęków. Związki małżeńskie były światem oficjalnym, kochanki i kochankowie światem ukrytym. Panowała jasna hierarchia: żona jest najważniejsza, kochanki są za nią i znają swoje miejsce. Zdradzani również cierpieli, ale mieli w sobie więcej spokoju, bo wiedzieli, że niezależnie od niewierności partnera zawsze będą na pierwszym miejscu. Jest taki piękny przedwojenny dowcip: zdradzający mąż przyznaje się żonie, że ma kochankę, która tańczy w balecie. Przy okazji denuncjuje też kolegę, który również ma kochankę w tym samym balecie. Kiedy przychodzi z żoną na spektakl i na scenę wchodzą dwie tancerki, żona pyta męża, która z nich to jego kochanka, a która przyjaciela. Mąż wskazuje palcem na jedną z kobiet, a żona kiwa z uznaniem głową: „Nasza ładniejsza”. 
To oczywiście tylko dowcip, ale pokazuje, że kiedyś, nawet mimo niewierności, poczucie nierozerwalności związku z drugą osobą było znacznie silniejsze. 

Teraz rozwodzimy się łatwiej, niż bierzemy śluby. 
Jeśli wiemy, że te kajdany możemy zdjąć w dowolnym momencie, to nie walczymy o to, żeby było nam w nich wygodnie. Kiedy zaczynają nas uwierać, a prędzej czy później każde zaczynają, po prostu je zdejmujemy i szukamy nowych. Mamy czasy promowania indywidualności, własnego szczęścia i spełnienia. Wierzymy w to, że ciągle powinniśmy go szukać. Mam wątpliwości, czy to poszukiwanie nas od niego nie oddala. 

To co zrobić, żeby nauczyć się monogamii? Co pomaga w niej wytrwać? 
Nie powiem nic oryginalnego: religia i banały. To pierwsze, bo religijne przekonanie, że zdrada czy wyjście ze związku jest działaniem wbrew sile wyższej, hamuje nasze popędy. Tyle że nie wiem, czy to ścieżka, którą można zalecić; nie zaczniemy przecież nagle gorliwie wierzyć w Boga tylko po to, żeby utrzymać małżeństwo. To drugie, czyli banały, to rzeczy, które są oczywiste, ale naprawdę działają. Trzeba dbać o związek, utrzymywać relację seksualną, dobrze jest spędzać wspólnie czas, mieć wspólne zainteresowania. Pomaga też zaufanie. Nie da się kontrolować drugiego człowieka w stu procentach, zawsze jest prawdopodobieństwo, że nas zdradzi, i nawet się o tym nie dowiemy. Szpiegowanie i ciągła podejrzliwość nie zapewnią nam bezpieczeństwa. Możemy to zrobić tylko sami, w swojej głowie. W związek trzeba uwierzyć.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Cienie pary
getty images

Mężczyzna z przeszłością. Jak zbudować relację z kimś, kto właśnie się rozwiódł?

Kluczem do sukcesu jest wyciąganie wniosków. Również w miłości.
Karolina Rogalska
01.02.2020

O takiej sytuacji pisała Osiecka: kochamy, ale boimy się łatki „tej trzeciej” i tego, że skoro on już raz kogoś porzucił, to kiedyś zrobi tak samo. Jak budować nowy związek z kimś, kto właśnie przeszedł rozwód, mówią psychoterapeuci Matylda Porębska i Paweł Jezierski, autorzy warsztatów dla par. Karolina Rogalska „Uroda Życia”: Jakie są szanse na stworzenie dobrej relacji z partnerem, któremu już raz w związku nie wyszło? Paweł Jezierski: Spore. Ponad 70 proc. osób, które stworzyły nowy związek po rozwodzie, deklaruje, że jest on znacznie bardziej udany od poprzedniego. Pojawia się nowa miłość – kroplówka endorfin, która wyciąga z depresji, stagnacji, uwikłania. Poza tym w poprzedniej relacji zdobyliśmy cenne doświadczenie, już wiemy, co zadziałało, a co nie. Mamy też większą świadomość własnych potrzeb i granic. Chociaż jednocześnie tyle samo procent pytanych twierdzi, że budowanie kolejnej relacji jest jednak trudniejsze ze względu na całą masę traum, obaw i lęków, wynikających z nieudanego związku i rozstania. Jednak jeśli jest miłość, to pomimo tych wszystkich trudności ludzie są szczęśliwsi. Matylda Porębska: Pod warunkiem, że tę lekcję odrobili. Że mężczyzna, który zaczyna nowe życie, gruntownie przeanalizował, dlaczego to, co przez ostatnie lata budował, w co inwestował energię i uczucia, po jakimś czasie legło w gruzach. I oczywiście warunek podstawowy – że w ogóle wyszedł z tego związku, bo jeżeli wciąż w nim tkwi jedną nogą, a do tego podstawową, znaną dla świata relacją wciąż jest ta z oficjalną żoną, wtedy znajomość „na boku” to nie jest żaden nowy związek, tylko romans. Budowanie wspólnego życia z kimś już rozwiedzionym i budowanie z kimś, kto jeszcze nie domknął poprzedniego etapu, to dwie...

Czytaj dalej
toksyczna miłość
iStock

„Zakochanie ma w sobie coś z choroby” mówi psychiatra dr Katarzyna Prot-Klinger

Uwielbiamy miłosny amok, w który wprowadza nas zakochanie. Ale czasem intensywność uczuć nas przerasta. O  tym, co sprawia, że miłość staje się obsesją, rozmawiamy z psychiatrą Katarzyną Prot-Klinger.
Anita Zuchora
10.06.2020

Namiętne zakochanie, amok, upojna gorączka, natrętne myśli o ukochanym to pierwsza faza miłości. I całe szczęście, że nie trwa ona dłużej niż kilka miesięcy, bo inaczej nie moglibyśmy normalnie funkcjonować. W kolejnych etapach miłość spokojnieje albo się wypala.  Miłość jest jak choroba? Anita Zuchora: Po co nam ten stan upojnej gorączki, oderwania się od rzeczywistości, który nazywamy zakochaniem? Katarzyna Prot-Klinger: Po to, żebyśmy przetrwali z drugim człowiekiem przez tyle czasu, ile jest konieczne do wychowania dziecka. Tak w każdym razie uważa antropolożka Helen Fisher, autorka książki „Anatomia miłości”. Brzmi dosyć brutalnie, ale są na to twarde dowody. Fisher, badając wskaźnik rozwodów, stwierdziła, że większość z nich przypada na okres trzech–czterech lat od urodzenia pierwszego dziecka pary. Mniej więcej w tym momencie, z punktu widzenia ewolucji, miłość staje się niepotrzebna. Spełniła już swoje zadanie. Czyli stan zakochania otumania nas po to, żebyśmy potrafili przez kilka lat żyć z kimś na wyłączność. Ale co konkretnie się z nami wtedy dzieje? W pierwszej fazie zmienia się nasza fizjologia. Uczucie uruchamia w mózgu reakcje podobne do tych, jakie występują po spożyciu amfetaminy. Wzrasta m.in. poziom dopaminy i endorfin – hormonów szczęścia. Jesteśmy pobudzeni, pełni energii i optymistycznie patrzymy w przyszłość. Towarzyszy temu poczucie wyjątkowości relacji – idealnego dopasowania i porozumienia z partnerem. Charakterystyczne jest też nieustanne myślenie o obiekcie miłości. Psycholog nazwałby takie myśli „natrętnymi”. Gdyby nie fakt, że jest to powszechne w początkowym etapie miłości, uznalibyśmy, że ten stan ma w sobie coś chorobowego. Ale to cudowna choroba: maślane oczy, nieobecny...

Czytaj dalej
seks w związku
Adobe Stock

„Seks sam się nie ułoży” – dr Alicja Długołęcka mówi, jak zawalczyć o intymność 

„Kobiety, wchodząc w związek, podświadomie oddają się w ręce drugiej osoby. Oczekują, że to mężczyzna sprawi, że seks będzie super. A potem mają żal, bo coś je w życiu omija" – mówi seksuolożka dr Alicja Długołęcka.
Joanna Mielewczyk
07.07.2020

Kobiety wchodząc w związek czasem czują się tak, jakby były zwolnione z odpowiedzialności za własne życie. Dotyczy to również seksu, uważa seksuolożka dr Alicja Długołęcka. Za bardzo zdajemy się na partnerów. Za bardzo to oni wpływają na to, czy seks stanie się ważnym obszarem w naszym życiu. J oanna Mielewczyk: Przyzwyczajenie, rutyna, zmęczenie, brak uważności – pani doktor, czy dobrze szukam winnych powolnego odpuszczania i w końcu rezygnacji z seksu w związkach? Dr Alicja Długołęcka: Seks, jak i inne dziedziny życia, porównałabym do dobrych książek. Można je czytać we wczesnej młodości, ale niewiele się z nich rozumie. Podobnie jest z seksem. Wymieniła pani różne powody, a ja myślę, że pierwszym, podstawowym jest to, że wchodzimy w życie seksualne z jakimś o nim wyobrażeniem – z filmów, mediów, literatury, trochę z potocznej wiedzy opartej na stereotypach. Natomiast brakuje nam edukacji seksualnej, szczególnie skoncentrowanej na pozytywnych aspektach seksualności, związanych z jednej strony ze zmysłową radością, z drugiej z odpowiedzialnością. To wszystko sprawia, że podchodzimy do seksu życzeniowo. Zaczynamy eksperymentować i okazuje się, że jest jakoś tak inaczej. A tak w ogóle to rozmawiamy o kobietach czy o mężczyznach? O związkach. Ale skoro rozmawiają dwie kobiety, przyjmijmy kobiecą perspektywę. Rzeczywiście tak jest, że kobiety młode i te we wczesnym średnim wieku, kiedy pojawiają się dzieci, często zgłaszają niższy niż mężczyźni poziom potrzeb seksualnych. A to dlatego, że częściej są niezrealizowane seksualnie. Są aktywne, ale nie są spełnione. Nic więc dziwnego, że ich motywacja jest niska. Kiedy ideał zderza się z rzeczywistością, to rozbieżność jest tak podejrzanie duża, że traci się ochotę na seks. U kobiet rozbieżność jest większa...

Czytaj dalej
Związek starsza-młodszy
Getty Images

On młodszy, ona starsza: kobiety-kuguarzyce burzą stereotyp „normalnego związku”

„Mamy dość poukładanego związku, w którym czasem nie możemy już na siebie patrzeć. Bo tak, niestety, czasami wyglądają związki, gdy jesteśmy w średnim wieku. Wtedy może pojawić się pragnienie, żeby spotkać kogoś młodszego, otwartego na nasze potrzeby”, mówi dr Alicja Długołęcka, seksuolożka.
Karolina Rogalska
14.06.2020

Związek premiera Francji Emmanuela Macrona z jego byłą nauczycielką od lat budzi sensację. O wiele większą niż małżeństwo Donalda Trumpa z młodszą o 24 lata Melanią. Relacja: starszy-młodsza jest w naszych oczach „normalna”, na miłość starszej kobiety i młodszego mężczyzny patrzymy podejrzliwie albo z politowaniem. Tymczasem dr Alicja Długołęcka, seksuolożka, przekonuje, że takie związki często są bardzo szczęśliwe i mimo różnicy wieku świetnie dobrane, zarówno pod względem psychicznym, jak i fizycznym. Różnica wieku to nie wszystko Karolina Rogalska: Starsza kobieta plus młodszy partner to konfiguracja, która nie ma w naszej kulturze dobrej prasy. Takie związki, choć coraz częstsze, obarczone są masą negatywnych stereotypów. Dr Alicja Długołęcka: Na szczęście powoli to się zmienia. Od kilku lat w naszym języku funkcjonuje termin „kuguarzyca”, określający dojrzałą, atrakcyjną kobietę, która dobrze radzi sobie zawodowo, jest niezależna i prowadzi satysfakcjonujące życie seksualne, często z młodszym partnerem. Są to przeważnie osoby dobrze wykształcone, znające swoją wartość i układające sobie życie na własnych zasadach. Dzięki temu mogą mieć w nosie to, co inni mówią na ich temat. Zresztą kobiety niezależne od zawsze robiły to, co chciały. Żyjące we wcześniejszych epokach arystokratki, artystki, kobiety wyzwolone też często miały znacznie młodszych kochanków, czasami wielu. Moim zdaniem w tym kontekście mamy problemem już na poziomie rozumienia pojęcia „związek”. Bo zwykle, jak myślimy o miłości, to takiej do końca życia, a jak o relacji, to „na zawsze”. I rzeczywiście, kiedy zaczynamy dorosłe życie i zakładamy rodzinę, planujemy dzieci, wspólny dom, kredyt itd. to ta kategoria jest dla nas bardzo ważna. Czasami bywa tak,...

Czytaj dalej