Choroby psychosomatyczne świadczą o tym, że ciało wariuje ze stresu
Getty Images

Choroby psychosomatyczne świadczą o tym, że ciało wariuje ze stresu

Klasyczna „chicagowska siódemka” chorób psychosomatycznych to: astma, nadciśnienie samoistne, wrzód trawienny, choroba Leśniewskiego-Crohna, wrzodziejące zapalenie okrężnicy, choroba Gravesa-Basedowa i reumatoidalne zapalenie stawów. Obecnie lista jest poszerzona m.in. o migrenę, AZS i inne. Każda z tych chorób może mieć podłoże psychiczne.
Karolina Morelowska-Siluk
18.07.2020

Są ludzie, którzy zamiast przeżywać, chorują. Emocje to komunikaty. Muszą znaleźć jakąś formę wyrazu. Jeśli nie uda się na scenie psychicznej, będzie to teatr ciała. O chorobach psychosomatycznych rozmawiamy z psychoterapeutką Danutą Golec.

Karolina Morelowska-Siluk: Pojęcie „psychosomatyka” większość z nas już gdzieś kiedyś zapewne słyszała. Ale niewielu z nas wie dokładnie, co to właściwie jest.

Danuta Golec: Jest to sposób myślenia o tym, co łączy psychikę z somą, czyli, mówiąc bardziej poetycko: co łączy ciało z duszą. To pytanie zaprząta ludzkość od wieków. Zastanawiali się nad tym wybitni filozofowie, począwszy od Sokratesa. 

Myślałam, że to stosunkowo nowy „nurt”.

Dla medycyny – owszem. Przez setki lat medycyna nie brała tego wątku pod uwagę, a dziś można w zasadzie powiedzieć, że cała medycyna jest psychosomatyczna.

To znaczy?

To znaczy, że czynniki psychiczne są coraz częściej uwzględniane przez lekarzy. Lekarze już wiedzą, że choćby uwarunkowania osobowościowe pacjenta mają ogromny wpływ na to, jak choruje i jak wraca bądź nie wraca do zdrowia. 

Chicagowska siódemka: astma, nadciśnienie i inne

Jest pewna pula chorób psychosomatycznych.

Tak. Po raz pierwszy opisali je psychoanalitycy w latach 50. ubiegłego wieku. Członkowie chicagowskiej szkoły psychoanalitycznej opracowali tak zwaną „chicagowską siódemkę”, czyli listę klasycznych chorób psychosomatycznych. Zaliczyli do nich: astmę oskrzelową, nadciśnienie samoistne, wrzód trawienny, choroba Leśniewskiego-Crohna (przewlekła choroba zapalna jelit), wrzodziejące zapalenie okrężnicy, choroba Gravesa-Basedowa (forma nadczynności tarczycy) i reumatoidalne zapalenie stawów.

Ta lista była potem, w toku badań, modyfikowana. Dodano migrenę, atopowe zapalenie skóry, niektóre zaburzenia kardiologiczne. W zasadzie do dziś medycyna psychosomatyczna wyróżnia mniej więcej te same grupy schorzeń. 

Czy to jest tak, że są osoby podatne na choroby psychosomatyczne?

Badacze z Chicago łączyli wymienione choroby z określonymi strukturami osobowości. Niezależnie od pewnej podatności biologicznej, skłonności genetycznych istnieje także podatność psychologiczna.

I właśnie na niej chcemy się skupić.

Joyce McDougall, znana i ceniona psychoanalityczka, w książce „Teatry ciała. Psychoanalityczne podejście do chorób psychosomatycznych” pisała na przykład o „psychosomatycznym sercu”, czyli o osobowości typu A predysponującej do chorób wieńcowych. 

Kto jest typem A?

Będzie to człowiek nastawiony od rana do wieczora na walkę z całym światem. Na przykład jakiś szczególnie wojowniczy, rywalizujący biznesmen, choć taką konstrukcję osobowości miewają oczywiście przedstawiciele rozmaitych zawodów. Taki człowiek jest impulsywny, gwałtowny, porywczy i przede wszystkim bardzo zachłanny. Jego osobowość sprawia, że serce jest bardzo obciążone. 

Joyce McDougall w swojej książce pisze, mówiąc w uproszczeniu, że osoby podatne na choroby psychosomatyczne to te, które mają trudność z wyrażaniem, przeżywaniem emocji.

I tu dotykamy sedna. Nie chodzi już o konkretne choroby psychosomatyczne, takie jak „chicagowska siódemka”, ale o bardziej ogólną skłonność do zapadania na rozmaite dolegliwości – zamiast przeżywania uczuć i zmagania się z psychologicznym cierpieniem. 

Psychoanalitycy w toku badań odkryli, że istnieje pewien rodzaj konstrukcji psychicznej, która sprawia, że jej posiadacz, mówiąc obrazowo, podatny jest na chorowanie zamiast przeżywania. Gdy ta podatność skrajnie się nasili, nazywamy to aleksytymią. To określenie zaczerpnięto z greckiego, oznacza „brak słów dla uczuć”. W przypadkach mniej skrajnych mówimy o skłonności do somatyzacji albo o skłonności psychosomatycznej.

Skąd to się bierze? Dlaczego niektórzy chorują, zamiast przeżywać emocje?

Mówiąc najprościej: ponieważ funkcjonują w dorosłym życiu jak niemowlęta. Chcąc to zrozumieć, musimy przyjrzeć się temu, jak powstaje ludzka psychika. Zacznijmy więc od początku. Wiadomo, że niemowlę nie ma w głowie żadnych terminów, żeby nazwać, określić uczucia. Funkcjonuje na zasadzie: boli – nie boli, głodno – nie głodno. Jeśli w jego pojęciu dzieje się coś złego: matka oddala się na jakiś czas, jest zbyt głośno, za zimno, ono będzie reagować na ten stres ciałem. Będzie miało kłopoty z zasypianiem, może mieć kolki, czyli właśnie doznania somatyczne. 

McDougall w „Teatrach ciała” przytacza historię pacjenta, który spowodował wypadek. Potrącił na pasach kobietę z wózkiem. Zapytany po tym zdarzeniu o samopoczucie odpowiedział, że ma się OK, bo był dobrze ubezpieczony. Po czym, po jakimś czasie, pojawiła się u niego łuszczyca, która opanowała skórę całego ciała. Rozumiem, że to właśnie przykład chorowania zamiast przeżywania?

Dokładnie tak. Podobnie jak u innej pacjentki, która zachorowała na bardzo poważne zapalenie jelita grubego. Okazało się, że wcześniej w wypadku zginęli jej bliscy, a ona „postanowiła”, że musi się natychmiast po tej tragedii pozbierać, a nie trwać w żałobie. Oba te przypadki są ekstremalne, ale doskonale obrazują to, o czym rozmawiamy. Ciało jest w takim stopniu odcięte od psychiki, że kiedy pojawiają się jakieś uczucia, nie „idą” one przez psychikę, tylko od razu „uderzają” w ciało.

Co takiego dzieje się albo nie dzieje się podczas rozwoju psychiki, że niektórzy funkcjonują w dorosłości jak niemowlęta?

Małe dziecko ma dwie silne potrzeby: pragnie pozostać w jedności z matką i chce oddzielić się od niej, stać się odrębną osobą. Na początku dziecko jest, oczywiście, częścią matki, ale potem rodzi się i rozpoczyna się jego odyseja, aby stać się jednostką, „indywiduum” – w języku łacińskim – niepodzielną jednością. Cały rozwój psychiczny polega na tym, że zyskujemy własny umysł, odrębny od umysłu drugiej osoby, z kolei my sami dzielimy się na psychikę i ciało. Ta pierwsza zamieszkuje w tym drugim.

To chyba dzieje się w sposób samoistny, naturalny.

To prawda, na tym polega naturalny rozwój. Ale jest to także pewne osiągnięcie, bo nie zawsze ten proces przebiega bezproblemowo. Dziecko tuż po urodzeniu czuje się nadal jednością z potężną matką, która je koi, karmi, odpowiada na potrzeby – ona nie jest dla niego odrębnym bytem. U niemowlęcia nie ma też jeszcze wyraźnego rozdzielenia między psychiką i ciałem. Dzięki iluzji o byciu jednością z matką maluch czuje się bezpieczny. To poczucie bezpieczeństwa sprawia, że może zacząć matkę uwewnętrzniać, innymi słowy w świecie wewnętrznym dziecka kształtuje się obraz matki jako odrębnej istoty. Proces ten objawia się na przykład tym, że dziecko potrafi samo zasnąć, przytulając swojego pluszaka, uspokoić się w niektórych sytuacjach. Czuje się bezpiecznie, więc z czasem matka przestaje być mu non stop potrzebna. Między 8. a 10. miesiącem zaczyna kiełkować w nim druga silna potrzeba – oddzielenia się. Chce samo podejmować pierwsze decyzje. Drobne. Matka musi być wtedy bardzo czujna, aby dostroić się do malucha. Nauczyć się rozpoznawać, kiedy potrzebuje on swojej przestrzeni i mu ją zostawiać. 

Dziecko rusza już do budowania samodzielności, a matka może tę „niezależność” blokować?

Tak bywa. Kończy się faza symbiozy, okres miłosnego zlania matki i dziecka, w którym psychologicznie oboje czuli się nieoddzieleni od siebie. Większość „wystarczająco dobrych” matek wita początki różnicowania z radością – a nawet z pewną ulgą – ale te, które same mają problemy z byciem psychicznie odrębną osobą, nieświadomie zaczynają narzucać dziecku swoje zdanie i swoje potrzeby. Matka może na przykład tak bardzo potrzebować bliskości z dzieckiem – także bliskości fizycznej – by ukoić własne lęki, że nie zauważa, iż córka lub synek chcą i potrafią już sami zasnąć. W takiej sytuacji dziecko nie buduje pomału z kawałeczków swojej przestrzeni psychicznej, tylko dopasowuje się do tego, czego chce otoczenie. Proces oddzielania się dziecka od matki ulega wówczas zakłóceniu, trudno mu także odróżniać przeżycia psychiczne od doznań fizycznych, czyli oddzielać „psyche” od „somy”. 

Jaki jest kolejny etap?

Jeśli relacja z matką jest „wystarczająco dobra”, dziecko poradzi sobie w końcu z tymi sprzecznymi pragnieniami. Zawsze gdy jest chore, osłabione, zalęknione – za wszelką cenę dąży do zlania z matką, tam szuka bezpieczeństwa. Z kolei gdy czuje się dobrze i nic mu nie dolega, wtedy ćwiczy swoją rosnącą niezależność. Uczy się też mówić, zyskuje w ten sposób coraz więcej narzędzi, by samodzielnie radzić sobie z trudnymi emocjami – może je nazwać, może o nich myśleć. Dzięki „wystarczająco dobrej” relacji z matką udaje mu się zbudować jej dobry, kojący obraz w świecie wewnętrznym i może już samo się uspokajać. Z czasem te pragnienia oddzielania się i zlania z matką ulegają wyparciu. 

Czyli pozbywamy się ich na dobre?

Niezupełnie. Aby opisać ten proces, posłużę się przenośnią. To tak, jakbyśmy rozmaite przedmioty, na które brakuje nam miejsca w domu, przenosili do piwnicy. One nadal pozostają w obrębie domu, nie wyrzucamy ich ani nie palimy. Tak samo postępujemy z uczuciami, konfliktami, potrzebami. Na przykład z potrzebą bycia jednością z matką. Jeżeli wcześniej udało się zrealizować tę drugą potrzebę, o której mówiłam – oddzielenia się, odrębności – można w różnych sytuacjach bezpiecznie dopuścić do siebie chęć zlania się z drugą osobą, wydobyć ją niejako z piwnicy. Dzięki temu możemy spokojnie zasnąć, oddać się w seksie, zakochać bez pamięci, wspólnie świętować z tłumem ludzi, bo to po prostu potrzeba rozpuszczenia granic między nami a światem zewnętrznym. Osoba o dobrze wykształconej tożsamości wie, że to tylko chwilowe, może więc sobie na takie ryzyko pozwolić. Ale jeśli u kogoś proces wykształcania się odrębności nie przebiegał pomyślnie, jeśli nie udało się wykonać tego drugiego zadania – oddzielenia się i stania sięodrębną osobą – wtedy każda sytuacja wieszcząca takie zatarcie granic, zlanie się z kimś w jedność staje się wizją katastrofy, nieodwracalnej utraty osobowości. Dla takiej osoby to niebezpieczeństwo pojawia się w każdej sytuacji, która pobudza jego emocje. Jak więc radzi sobie aleksytymik?

Próbuje nie przeżywać emocji.

Dokładnie tak. I one od razu, „bez namysłu”, kierowane są do ciała. Emocje to są komunikaty i muszą znaleźć jakąś formę wyrazu. Jeżeli nie uda się na scenie psychicznej, będzie to teatr ciała.

Rozumiem, że u kobiety, która zachorowała na zapalenie jelita, taką formą powinna być żałoba, opłakanie bliskich?

Tak, przeżycie tego, co ją spotkało, a nie ucieczka od emocji w postaci nakazu: „Muszę się pozbierać!”. Jeżeli kobieta zareagowała tak dlatego, że straszliwa trauma, której doświadczyła, w pewnym sensie przerosła jej możliwości psychiczne, to potrzebuje pomocy w przeżyciu żałoby. Nie twierdzę, że musi to być pomoc terapeutyczna, czasami wystarczy mądre wsparcie ze strony najbliższych. Ale jeżeli ta kobieta reaguje tak na każdą stresującą sytuację, na wszystkie emocje, wtedy nie obędzie się bez psychoterapii, bo problem leży znacznie głębiej, dotyka fundamentów jej tożsamości.

Czy wszyscy jesteśmy w jakimś stopniu aleksytymikami?

Wszyscy mamy skłonność do somatyzacji. Innymi słowy mamy jakieś nawykowe sposoby radzenia sobie z trudnościami – i wewnętrznymi, i zewnętrznymi. Gdy te sposoby zawiodą, na przykład dlatego, że zmagamy się z wyjątkowo stresującą sytuacją, wtedy uaktywnia się taki archaiczny, niemowlęcy sposób „przeżywania” emocji, czyli somatyzacja – albo odbywają się przedstawienia w teatrze ciała, jak powiedziałaby McDougall. O aleksytymii mówimy, gdy człowiek zastępuje objawami fizycznymi w zasadzie każdą emocję – zarówno nieprzyjemną, jak i przyjemną. Taki człowiek może być bardzo sprawny intelektualnie, ale nie potrafi używać umysłu do rozumienia swoich emocji i do myślenia o nich. Gdy na horyzoncie pojawi się choćby zapowiedź uczuć, on rozpoznaje w tym groźbę utraty tożsamości, wznosi więc mury obronne i nie wpuszcza tych przeżyć do swego świata wewnętrznego. 

Czyli wszyscy możemy być takimi „aleksytymikami wybiórczymi”? Niektóre emocje dopuszczać, a innych nie?

Tak. I warto przyglądać się temu, od czego szczególnie gorliwie uciekamy. Poza tym w różnym stopniu potrafimy używać umysłu do radzenia sobie z emocjami. Unikamy ich zresztą, nie tylko somatyzując. Ciało jest takim ostatnim krzykiem, po drodze są jeszcze inne formy robienia wszystkiego, aby tylko nic nie poczuć, nie doświadczyć bólu psychicznego. Można się uzależnić,praktycznie od wszystkiego – od substancji, od pracy, od seksu, od ludzi używanych wyłącznie jako obiektu do zaspokajania własnych pragnień. Kiedy tylko pojawia się prawdopodobieństwo, że trzeba będzie coś „przeżyć”, poczuć, pracoholik rzuca się w wir zawodowych obowiązków, seksoholik szuka kolejnego romansu itd. Doskonały i przejmujący przykład takiego rozwiązania widzimy w filmie „Wstyd” Steve’a McQueena. Seks staje się dla bohatera sposobem uniknięcia praktycznie wszystkich uczuć, związków, refleksji. W jednej z końcowych scen Fassbender przejmująco pokazuje pierwszy moment przeżywania bólu psychicznego, co daje szansę na podjęcie zablokowanego kiedyś rozwoju psychiki. 

Czy podatność na zaburzenia psychosomatyczne zawsze ma to samo źródło, o którym teraz rozmawiamy?

Tak, to zawsze ma źródło w tym, jak kształtuje się psychika. Ale trzeba też uwzględnić wrodzoną odporność psychiczną. Są dzieci, które dostaną skrawek i tego się chwycą, a są takie, które mają pierwotnie bardzo niską tolerancję na frustrację. Odrobina niedostrojenia matki, opiekuna i proces budowania tożsamości jest zakłócony. Wiemy już, skąd bierze się podatność psychiczna na zaburzenia psychosomatyczne. W jaki sposób dorosły człowiek, który nie ma tej wiedzy, może rozpoznać, czy jego schorzenie ma podłoże psychiczne? Kiedy chorujemy, zwykle nie pędzimy do terapeuty, aby przeanalizować kształtowanie się naszej psychiki, raczej korzystamy z medycyny, idziemy do lekarza.

Chorujemy naprawdę, więc musimy pójść do lekarza, brać lekarstwa. Osoby podatne na zaburzenia psychosomatyczne to nie są hipochondrycy! To są choroby realne, a nie wymyślone. Ale warto przyjrzeć się temu, jak chorujemy i kiedy chorujemy – zwłaszcza jeżeli pewne dolegliwości się często powtarzają. Czy to nie jest tak, że choroba, jej nawroty pojawiają się w określonych momentach naszego życia, że zwykle coś je poprzedza. 

Można zapytać siebie: „Czego nie chcę przeżywać, przed czym uciekam?”.

Właśnie, taki wgląd w siebie jest najważniejszy. Chodzi o wsłuchanie się w to, co nasze ciało, chorując, próbuje zakomunikować. Jeżeli tego nie słyszymy, to ono musi krzyczeć coraz głośniej. To oczywiście jest bardzo trudne, no bo jak przyjrzeć się temu, przed czym się ucieka, czego się unika. Dlatego czasem, kiedy jakieś choroby rzeczywiście często nas dręczą i podejrzewamy, że może to mieć związek z tym, jak radzimy sobie – albo raczej nie radzimy – z pewnymi emocjami, warto poszukać pomocy psychoterapeutycznej. Henry Maudsley, żyjący w XIX wieku słynny brytyjski psychiatra, powiedział: „Smutek, który nie znalazł ujścia we łzach sprawia, że płaczą inne narządy”.

Danuta Golec – psychoterapeutka z Polskiego Towarzystwa Psychoterapii Psychoanalitycznej. Tłumaczka, założycielka Oficyny Ingenium, która wydaje książki z dziedziny psychoanalizy i psychoterapii psychoanalitycznej.

***

Rozmowa z Danutą Golec ukazała się w „Urodzie Życia” 7/2016

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
choroby psychosomatyczne
Adobe Stock

Praca ponad siły, stres, pośpiech. Nasz styl życia funduje nam choroby psychosomatyczne

Nawet dziesięć na sto dolegliwości, z którymi zgłaszamy się do lekarzy, ma podłoże psychosomatyczne. Nie łagodzą ich farmaceutyki, ale otwarta rozmowa z lekarzem i umiejętne radzenie sobie ze stresem.
Katarzyna Podhorecka
12.06.2020

Lekarze zazwyczaj bardzo nie lubią pacjentów z objawami psychosomatycznymi. Z prostej przyczyny – że zwykle nie wiedzą, jak im pomóc. Dlatego bywa, że chorzy z dolegliwościami psychosomatycznymi są traktowani w gabinetach lekarskich jak hipochondrycy, którzy próbują skupić na sobie uwagę, opowiadając o swoich wyimaginowanych dolegliwościach. Albo jeszcze gorzej: jak zwykli naciągacze, którzy próbują wyłudzić zwolnienia lekarskie. Lekarze w takiej sytuacji na odczepnego przepisują suplementy diety w nadziei, że pacjentowi „przejdzie samo”, albo że zmienią lekarza – problem w tym, że ludzie, którzy zmagają się z objawami psychosomatycznymi, nie symulują! Oni naprawdę odczuwają fizyczny ból i potrzebują pomocy.  – Najczęściej to ból głowy, brzucha, stawów, częste są także bóle w klatce piersiowej, duszności albo uporczywy kaszel, omdlenia, uczucie kołatania serca, zawroty głowy – wymienia dr Anna Plucik-Mrożek, specjalistka chorób wewnętrznych z Centrum Medycznego Medicover w Warszawie i dyrektor Fundacji Exercise is Medicine Polska. Rzadziej, ale zdarzają się też szumy uszne czy pogorszenie widzenia. Osobom, które pracują głosem, z powodu nadmiernego napięcia zdarza się go stracić. Muzykom z niewyjaśnionych przyczyn sztywnieją nadgarstki.  Jeszcze inni pacjenci nie mają konkretnych dolegliwości, ale tracą apetyt, od rana czują się wyczerpani, a wieczorem nie mogą zasnąć. Tym, co łączy ich wszystkich, jest źródło dolegliwości – czyli emocje, najczęściej przewlekły stres, którego doświadczają w związku z pracą czy sytuacją rodzinną.  – To wcale nie musi być traumatyczne przeżycie, np. nieuleczalna choroba kogoś bliskiego czy utrata pracy – mówi dr Izabela Pawłowska, psycholog zdrowia,...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjcie ilustracyjne

Przewlekły stres może wywoływać zaburzenia pamięci

Żyjemy w biegu, stresujemy pracą, rodziną, związkami i dziesiątkami informacji, które docierają do nas każdego dnia. Lekarze biją na alarm. Długotrwały stres odpowiada za nasze problemy z pamięcią.
Sylwia Arlak
25.06.2020

Stres jest nam potrzebny. Napędza nas do działania, daje energię w trudnych sytuacjach. Ale taki „pożyteczny”, napędzający nas stres nie może trwać zbyt długo. Długotrwały, silny stres wywołuje różne schorzenia, może prowadzić do nerwicy i depresji, zaburzeń koncentracji, a także niekorzystnie wpływać na naszą pamięć.  Kiedy mamy do czynienia z przewlekłym stresem, mózg zaczyna sam siebie „pożerać”. Innymi słowy, jak tłumaczy Kimberly Hiss w artykule opublikowanym na stronie Reader's Digest, w korze mózgowej zaczyna ubywać istoty szarej. Szczególnie zaś w korze przedczołowej, części odpowiedzialnej za nasze funkcje poznawcze m.in. kontrolę emocji, planowanie czy podejmowanie decyzji. Uszkodzenie tej części mózgu ma poważne konsekwencje. Przestajemy nad sobą panować, mamy trudności w przyswajaniu nowych informacji. Nie potrafimy podjąć żadnej decyzji.  „Chcemy uzmysłowić ludziom, że problemy z pamięcią, choć dotyczą wielu z nas, nie muszą być tak niewinne, jak się o nich na ogół myśli. Choroba Alzheimera zaczyna się właśnie od łagodnych kłopotów z pamięcią, które czasem błędnie przypisywane są roztargnieniu czy podeszłemu wiekowi, a to opóźnia diagnozę i skuteczne leczenie” — podkreśla dr Gabriela Kłodowska-Duda na portalu mp.pl.    Jak wygrać ze stresem? Jak więc radzić sobie ze stresem? „Mózg, a szczególnie hipokamp, są dość plastyczne, łatwo ulegają uszkodzeniu, ale też łatwo naprawić straty. Jeżeli przyczyna stresu zostanie usunięta lub zmniejszy się jej oddziaływanie, wszystko wraca do poprzedniego stanu” — daje nam nadzieję dr Sundari Chetty ze Stanford School of Medicine. Nie wyeliminujemy z naszego życia wszystkich stresujących sytuacji, ale części z nich możemy...

Czytaj dalej
Bezsenność
Adobe Stock

„Stres z powodu bezsenności jeszcze pogłębia problem”, mówi dr Adam Wichniak

Szkoda czasu na niespanie – mówi  dr Adam Wichniak, psychiatra specjalizujący się w badaniu snu. Problem w tym, że kłopoty ze snem albo bezsenność to epidemia naszych czasów. Jak z niej wyjść?
Joanna Rachoń
07.06.2020

Bezsenność jest groźna dla naszego zdrowia zarówno psychicznego, jak i fizycznego – dlatego nie można jej lekceważyć. Nie można mówić: „już tak mam” albo „takie czasy”, albo jeszcze inaczej: „szkoda czasu na spanie”, Zdrowy sen poprawia koncentrację, umożliwia regenerację organizmu, reguluje hormony. To najlepsze, ale jednocześnie coraz bardziej niedostępne lekarstwo. Czy możemy sami coś poradzić na kłopoty ze spaniem? Dr Adam Wichniak, psychiatra specjalizujący się w badaniu snu, przekonuje, że tak. Joanna Rachoń: Czy możemy mówić o tym, że w naszych czasach mamy do czynienia z epidemią bezsenności? Dr Adam Wichniak: Na bezsenność skarży się już 60 procent kobiet i ponad 40 procent mężczyzn w Polsce. Tym, co nas, lekarzy, zastanawia najbardziej, jest fakt, że w ciągu zaledwie kilku ostatnich lat liczba osób z bezsennością się podwoiła. Po raz pierwszy w historii mówimy również o bezsenności na własne życzenie: osoby dotąd zdrowe zaczynają chorować w wyniku stylu życia i lekceważenia potrzeby snu. Co zaczęliśmy robić nie tak? Jest kilka czynników ryzyka bezsenności, na które mamy wpływ. Należą do nich m.in. mała aktywność fizyczna i ekspozycja na światło. Wiele osób przesiaduje do późna przed telewizorem albo komputerem, tymczasem światło emitowane przez te urządzenia działa pobudzająco na mózg. Na bezsenność narażone są też oczywiście osoby starsze i te, u których w rodzinie występował taki problem. Czynnikami ryzyka są też – i to ciekawe – posiadanie wyższego wykształcenia i bycie kobietą. Dlaczego kobiety częściej nie mogą spać? Ponieważ wśród kobiet więcej jest osobowości perfekcjonistycznych albo lękliwych. Kobiety częściej też chorują na zaburzenia lękowe i depresję, a te...

Czytaj dalej