Choroby psychosomatyczne świadczą o tym, że ciało wariuje ze stresu
Getty Images

Choroby psychosomatyczne świadczą o tym, że ciało wariuje ze stresu

Klasyczna „chicagowska siódemka” chorób psychosomatycznych to: astma, nadciśnienie samoistne, wrzód trawienny, choroba Leśniewskiego-Crohna, wrzodziejące zapalenie okrężnicy, choroba Gravesa-Basedowa i reumatoidalne zapalenie stawów. Obecnie lista jest poszerzona m.in. o migrenę, AZS i inne. Każda z tych chorób może mieć podłoże psychiczne.
Karolina Morelowska-Siluk
18.07.2020

Są ludzie, którzy zamiast przeżywać, chorują. Emocje to komunikaty. Muszą znaleźć jakąś formę wyrazu. Jeśli nie uda się na scenie psychicznej, będzie to teatr ciała. O chorobach psychosomatycznych rozmawiamy z psychoterapeutką Danutą Golec.

Karolina Morelowska-Siluk: Pojęcie „psychosomatyka” większość z nas już gdzieś kiedyś zapewne słyszała. Ale niewielu z nas wie dokładnie, co to właściwie jest.

Danuta Golec: Jest to sposób myślenia o tym, co łączy psychikę z somą, czyli, mówiąc bardziej poetycko: co łączy ciało z duszą. To pytanie zaprząta ludzkość od wieków. Zastanawiali się nad tym wybitni filozofowie, począwszy od Sokratesa. 

Myślałam, że to stosunkowo nowy „nurt”.

Dla medycyny – owszem. Przez setki lat medycyna nie brała tego wątku pod uwagę, a dziś można w zasadzie powiedzieć, że cała medycyna jest psychosomatyczna.

To znaczy?

To znaczy, że czynniki psychiczne są coraz częściej uwzględniane przez lekarzy. Lekarze już wiedzą, że choćby uwarunkowania osobowościowe pacjenta mają ogromny wpływ na to, jak choruje i jak wraca bądź nie wraca do zdrowia. 

Chicagowska siódemka: astma, nadciśnienie i inne

Jest pewna pula chorób psychosomatycznych.

Tak. Po raz pierwszy opisali je psychoanalitycy w latach 50. ubiegłego wieku. Członkowie chicagowskiej szkoły psychoanalitycznej opracowali tak zwaną „chicagowską siódemkę”, czyli listę klasycznych chorób psychosomatycznych. Zaliczyli do nich: astmę oskrzelową, nadciśnienie samoistne, wrzód trawienny, choroba Leśniewskiego-Crohna (przewlekła choroba zapalna jelit), wrzodziejące zapalenie okrężnicy, choroba Gravesa-Basedowa (forma nadczynności tarczycy) i reumatoidalne zapalenie stawów.

Ta lista była potem, w toku badań, modyfikowana. Dodano migrenę, atopowe zapalenie skóry, niektóre zaburzenia kardiologiczne. W zasadzie do dziś medycyna psychosomatyczna wyróżnia mniej więcej te same grupy schorzeń. 

Czy to jest tak, że są osoby podatne na choroby psychosomatyczne?

Badacze z Chicago łączyli wymienione choroby z określonymi strukturami osobowości. Niezależnie od pewnej podatności biologicznej, skłonności genetycznych istnieje także podatność psychologiczna.

I właśnie na niej chcemy się skupić.

Joyce McDougall, znana i ceniona psychoanalityczka, w książce „Teatry ciała. Psychoanalityczne podejście do chorób psychosomatycznych” pisała na przykład o „psychosomatycznym sercu”, czyli o osobowości typu A predysponującej do chorób wieńcowych. 

Kto jest typem A?

Będzie to człowiek nastawiony od rana do wieczora na walkę z całym światem. Na przykład jakiś szczególnie wojowniczy, rywalizujący biznesmen, choć taką konstrukcję osobowości miewają oczywiście przedstawiciele rozmaitych zawodów. Taki człowiek jest impulsywny, gwałtowny, porywczy i przede wszystkim bardzo zachłanny. Jego osobowość sprawia, że serce jest bardzo obciążone. 

Joyce McDougall w swojej książce pisze, mówiąc w uproszczeniu, że osoby podatne na choroby psychosomatyczne to te, które mają trudność z wyrażaniem, przeżywaniem emocji.

I tu dotykamy sedna. Nie chodzi już o konkretne choroby psychosomatyczne, takie jak „chicagowska siódemka”, ale o bardziej ogólną skłonność do zapadania na rozmaite dolegliwości – zamiast przeżywania uczuć i zmagania się z psychologicznym cierpieniem. 

Psychoanalitycy w toku badań odkryli, że istnieje pewien rodzaj konstrukcji psychicznej, która sprawia, że jej posiadacz, mówiąc obrazowo, podatny jest na chorowanie zamiast przeżywania. Gdy ta podatność skrajnie się nasili, nazywamy to aleksytymią. To określenie zaczerpnięto z greckiego, oznacza „brak słów dla uczuć”. W przypadkach mniej skrajnych mówimy o skłonności do somatyzacji albo o skłonności psychosomatycznej.

Skąd to się bierze? Dlaczego niektórzy chorują, zamiast przeżywać emocje?

Mówiąc najprościej: ponieważ funkcjonują w dorosłym życiu jak niemowlęta. Chcąc to zrozumieć, musimy przyjrzeć się temu, jak powstaje ludzka psychika. Zacznijmy więc od początku. Wiadomo, że niemowlę nie ma w głowie żadnych terminów, żeby nazwać, określić uczucia. Funkcjonuje na zasadzie: boli – nie boli, głodno – nie głodno. Jeśli w jego pojęciu dzieje się coś złego: matka oddala się na jakiś czas, jest zbyt głośno, za zimno, ono będzie reagować na ten stres ciałem. Będzie miało kłopoty z zasypianiem, może mieć kolki, czyli właśnie doznania somatyczne. 

McDougall w „Teatrach ciała” przytacza historię pacjenta, który spowodował wypadek. Potrącił na pasach kobietę z wózkiem. Zapytany po tym zdarzeniu o samopoczucie odpowiedział, że ma się OK, bo był dobrze ubezpieczony. Po czym, po jakimś czasie, pojawiła się u niego łuszczyca, która opanowała skórę całego ciała. Rozumiem, że to właśnie przykład chorowania zamiast przeżywania?

Dokładnie tak. Podobnie jak u innej pacjentki, która zachorowała na bardzo poważne zapalenie jelita grubego. Okazało się, że wcześniej w wypadku zginęli jej bliscy, a ona „postanowiła”, że musi się natychmiast po tej tragedii pozbierać, a nie trwać w żałobie. Oba te przypadki są ekstremalne, ale doskonale obrazują to, o czym rozmawiamy. Ciało jest w takim stopniu odcięte od psychiki, że kiedy pojawiają się jakieś uczucia, nie „idą” one przez psychikę, tylko od razu „uderzają” w ciało.

Co takiego dzieje się albo nie dzieje się podczas rozwoju psychiki, że niektórzy funkcjonują w dorosłości jak niemowlęta?

Małe dziecko ma dwie silne potrzeby: pragnie pozostać w jedności z matką i chce oddzielić się od niej, stać się odrębną osobą. Na początku dziecko jest, oczywiście, częścią matki, ale potem rodzi się i rozpoczyna się jego odyseja, aby stać się jednostką, „indywiduum” – w języku łacińskim – niepodzielną jednością. Cały rozwój psychiczny polega na tym, że zyskujemy własny umysł, odrębny od umysłu drugiej osoby, z kolei my sami dzielimy się na psychikę i ciało. Ta pierwsza zamieszkuje w tym drugim.

To chyba dzieje się w sposób samoistny, naturalny.

To prawda, na tym polega naturalny rozwój. Ale jest to także pewne osiągnięcie, bo nie zawsze ten proces przebiega bezproblemowo. Dziecko tuż po urodzeniu czuje się nadal jednością z potężną matką, która je koi, karmi, odpowiada na potrzeby – ona nie jest dla niego odrębnym bytem. U niemowlęcia nie ma też jeszcze wyraźnego rozdzielenia między psychiką i ciałem. Dzięki iluzji o byciu jednością z matką maluch czuje się bezpieczny. To poczucie bezpieczeństwa sprawia, że może zacząć matkę uwewnętrzniać, innymi słowy w świecie wewnętrznym dziecka kształtuje się obraz matki jako odrębnej istoty. Proces ten objawia się na przykład tym, że dziecko potrafi samo zasnąć, przytulając swojego pluszaka, uspokoić się w niektórych sytuacjach. Czuje się bezpiecznie, więc z czasem matka przestaje być mu non stop potrzebna. Między 8. a 10. miesiącem zaczyna kiełkować w nim druga silna potrzeba – oddzielenia się. Chce samo podejmować pierwsze decyzje. Drobne. Matka musi być wtedy bardzo czujna, aby dostroić się do malucha. Nauczyć się rozpoznawać, kiedy potrzebuje on swojej przestrzeni i mu ją zostawiać. 

Dziecko rusza już do budowania samodzielności, a matka może tę „niezależność” blokować?

Tak bywa. Kończy się faza symbiozy, okres miłosnego zlania matki i dziecka, w którym psychologicznie oboje czuli się nieoddzieleni od siebie. Większość „wystarczająco dobrych” matek wita początki różnicowania z radością – a nawet z pewną ulgą – ale te, które same mają problemy z byciem psychicznie odrębną osobą, nieświadomie zaczynają narzucać dziecku swoje zdanie i swoje potrzeby. Matka może na przykład tak bardzo potrzebować bliskości z dzieckiem – także bliskości fizycznej – by ukoić własne lęki, że nie zauważa, iż córka lub synek chcą i potrafią już sami zasnąć. W takiej sytuacji dziecko nie buduje pomału z kawałeczków swojej przestrzeni psychicznej, tylko dopasowuje się do tego, czego chce otoczenie. Proces oddzielania się dziecka od matki ulega wówczas zakłóceniu, trudno mu także odróżniać przeżycia psychiczne od doznań fizycznych, czyli oddzielać „psyche” od „somy”. 

Jaki jest kolejny etap?

Jeśli relacja z matką jest „wystarczająco dobra”, dziecko poradzi sobie w końcu z tymi sprzecznymi pragnieniami. Zawsze gdy jest chore, osłabione, zalęknione – za wszelką cenę dąży do zlania z matką, tam szuka bezpieczeństwa. Z kolei gdy czuje się dobrze i nic mu nie dolega, wtedy ćwiczy swoją rosnącą niezależność. Uczy się też mówić, zyskuje w ten sposób coraz więcej narzędzi, by samodzielnie radzić sobie z trudnymi emocjami – może je nazwać, może o nich myśleć. Dzięki „wystarczająco dobrej” relacji z matką udaje mu się zbudować jej dobry, kojący obraz w świecie wewnętrznym i może już samo się uspokajać. Z czasem te pragnienia oddzielania się i zlania z matką ulegają wyparciu. 

Czyli pozbywamy się ich na dobre?

Niezupełnie. Aby opisać ten proces, posłużę się przenośnią. To tak, jakbyśmy rozmaite przedmioty, na które brakuje nam miejsca w domu, przenosili do piwnicy. One nadal pozostają w obrębie domu, nie wyrzucamy ich ani nie palimy. Tak samo postępujemy z uczuciami, konfliktami, potrzebami. Na przykład z potrzebą bycia jednością z matką. Jeżeli wcześniej udało się zrealizować tę drugą potrzebę, o której mówiłam – oddzielenia się, odrębności – można w różnych sytuacjach bezpiecznie dopuścić do siebie chęć zlania się z drugą osobą, wydobyć ją niejako z piwnicy. Dzięki temu możemy spokojnie zasnąć, oddać się w seksie, zakochać bez pamięci, wspólnie świętować z tłumem ludzi, bo to po prostu potrzeba rozpuszczenia granic między nami a światem zewnętrznym. Osoba o dobrze wykształconej tożsamości wie, że to tylko chwilowe, może więc sobie na takie ryzyko pozwolić. Ale jeśli u kogoś proces wykształcania się odrębności nie przebiegał pomyślnie, jeśli nie udało się wykonać tego drugiego zadania – oddzielenia się i stania sięodrębną osobą – wtedy każda sytuacja wieszcząca takie zatarcie granic, zlanie się z kimś w jedność staje się wizją katastrofy, nieodwracalnej utraty osobowości. Dla takiej osoby to niebezpieczeństwo pojawia się w każdej sytuacji, która pobudza jego emocje. Jak więc radzi sobie aleksytymik?

Próbuje nie przeżywać emocji.

Dokładnie tak. I one od razu, „bez namysłu”, kierowane są do ciała. Emocje to są komunikaty i muszą znaleźć jakąś formę wyrazu. Jeżeli nie uda się na scenie psychicznej, będzie to teatr ciała.

Rozumiem, że u kobiety, która zachorowała na zapalenie jelita, taką formą powinna być żałoba, opłakanie bliskich?

Tak, przeżycie tego, co ją spotkało, a nie ucieczka od emocji w postaci nakazu: „Muszę się pozbierać!”. Jeżeli kobieta zareagowała tak dlatego, że straszliwa trauma, której doświadczyła, w pewnym sensie przerosła jej możliwości psychiczne, to potrzebuje pomocy w przeżyciu żałoby. Nie twierdzę, że musi to być pomoc terapeutyczna, czasami wystarczy mądre wsparcie ze strony najbliższych. Ale jeżeli ta kobieta reaguje tak na każdą stresującą sytuację, na wszystkie emocje, wtedy nie obędzie się bez psychoterapii, bo problem leży znacznie głębiej, dotyka fundamentów jej tożsamości.

Czy wszyscy jesteśmy w jakimś stopniu aleksytymikami?

Wszyscy mamy skłonność do somatyzacji. Innymi słowy mamy jakieś nawykowe sposoby radzenia sobie z trudnościami – i wewnętrznymi, i zewnętrznymi. Gdy te sposoby zawiodą, na przykład dlatego, że zmagamy się z wyjątkowo stresującą sytuacją, wtedy uaktywnia się taki archaiczny, niemowlęcy sposób „przeżywania” emocji, czyli somatyzacja – albo odbywają się przedstawienia w teatrze ciała, jak powiedziałaby McDougall. O aleksytymii mówimy, gdy człowiek zastępuje objawami fizycznymi w zasadzie każdą emocję – zarówno nieprzyjemną, jak i przyjemną. Taki człowiek może być bardzo sprawny intelektualnie, ale nie potrafi używać umysłu do rozumienia swoich emocji i do myślenia o nich. Gdy na horyzoncie pojawi się choćby zapowiedź uczuć, on rozpoznaje w tym groźbę utraty tożsamości, wznosi więc mury obronne i nie wpuszcza tych przeżyć do swego świata wewnętrznego. 

Czyli wszyscy możemy być takimi „aleksytymikami wybiórczymi”? Niektóre emocje dopuszczać, a innych nie?

Tak. I warto przyglądać się temu, od czego szczególnie gorliwie uciekamy. Poza tym w różnym stopniu potrafimy używać umysłu do radzenia sobie z emocjami. Unikamy ich zresztą, nie tylko somatyzując. Ciało jest takim ostatnim krzykiem, po drodze są jeszcze inne formy robienia wszystkiego, aby tylko nic nie poczuć, nie doświadczyć bólu psychicznego. Można się uzależnić,praktycznie od wszystkiego – od substancji, od pracy, od seksu, od ludzi używanych wyłącznie jako obiektu do zaspokajania własnych pragnień. Kiedy tylko pojawia się prawdopodobieństwo, że trzeba będzie coś „przeżyć”, poczuć, pracoholik rzuca się w wir zawodowych obowiązków, seksoholik szuka kolejnego romansu itd. Doskonały i przejmujący przykład takiego rozwiązania widzimy w filmie „Wstyd” Steve’a McQueena. Seks staje się dla bohatera sposobem uniknięcia praktycznie wszystkich uczuć, związków, refleksji. W jednej z końcowych scen Fassbender przejmująco pokazuje pierwszy moment przeżywania bólu psychicznego, co daje szansę na podjęcie zablokowanego kiedyś rozwoju psychiki. 

Czy podatność na zaburzenia psychosomatyczne zawsze ma to samo źródło, o którym teraz rozmawiamy?

Tak, to zawsze ma źródło w tym, jak kształtuje się psychika. Ale trzeba też uwzględnić wrodzoną odporność psychiczną. Są dzieci, które dostaną skrawek i tego się chwycą, a są takie, które mają pierwotnie bardzo niską tolerancję na frustrację. Odrobina niedostrojenia matki, opiekuna i proces budowania tożsamości jest zakłócony. Wiemy już, skąd bierze się podatność psychiczna na zaburzenia psychosomatyczne. W jaki sposób dorosły człowiek, który nie ma tej wiedzy, może rozpoznać, czy jego schorzenie ma podłoże psychiczne? Kiedy chorujemy, zwykle nie pędzimy do terapeuty, aby przeanalizować kształtowanie się naszej psychiki, raczej korzystamy z medycyny, idziemy do lekarza.

Chorujemy naprawdę, więc musimy pójść do lekarza, brać lekarstwa. Osoby podatne na zaburzenia psychosomatyczne to nie są hipochondrycy! To są choroby realne, a nie wymyślone. Ale warto przyjrzeć się temu, jak chorujemy i kiedy chorujemy – zwłaszcza jeżeli pewne dolegliwości się często powtarzają. Czy to nie jest tak, że choroba, jej nawroty pojawiają się w określonych momentach naszego życia, że zwykle coś je poprzedza. 

Można zapytać siebie: „Czego nie chcę przeżywać, przed czym uciekam?”.

Właśnie, taki wgląd w siebie jest najważniejszy. Chodzi o wsłuchanie się w to, co nasze ciało, chorując, próbuje zakomunikować. Jeżeli tego nie słyszymy, to ono musi krzyczeć coraz głośniej. To oczywiście jest bardzo trudne, no bo jak przyjrzeć się temu, przed czym się ucieka, czego się unika. Dlatego czasem, kiedy jakieś choroby rzeczywiście często nas dręczą i podejrzewamy, że może to mieć związek z tym, jak radzimy sobie – albo raczej nie radzimy – z pewnymi emocjami, warto poszukać pomocy psychoterapeutycznej. Henry Maudsley, żyjący w XIX wieku słynny brytyjski psychiatra, powiedział: „Smutek, który nie znalazł ujścia we łzach sprawia, że płaczą inne narządy”.

Danuta Golec – psychoterapeutka z Polskiego Towarzystwa Psychoterapii Psychoanalitycznej. Tłumaczka, założycielka Oficyny Ingenium, która wydaje książki z dziedziny psychoanalizy i psychoterapii psychoanalitycznej.

***

Rozmowa z Danutą Golec ukazała się w „Urodzie Życia” 7/2016

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Choroby psychosomatyczne
Adobe Stock

Choroby psychosomatyczne: poznaj „chicagowską siódemkę” najczęstszych chorób ze stresu

Zgłaszamy się do lekarza z bólem brzucha, a ten odsyła nas do psychoterapeuty. Niektóre choroby, mimo że dają realne fizyczne objawy, swoje źródło mają w emocjach. Kiedy możemy mówić o chorobie psychosomatycznej?
Karolina Morelowska-Siluk
07.09.2020

Choroby psychosomatyczne to dolegliwości, których pochodzenia nie można do końca wyjaśnić. W języku angielskim określane są terminem Medically Unexplained Symptoms, czyli objawami medycznie niewytłumaczalnymi. Chicagowska siódemka chorób psychosomatycznych O chorobie psychosomatycznej mówimy wtedy, gdy w jej powstawaniu bierze udział nasza psychika. Schorzenia te mogą obejmować w zasadzie każdy narząd. Naukowcy zajmujący się psychosomatyką wyróżnili jednak kilka chorób, w których najczęściej zauważalny jest związek pomiędzy ich występowaniem a stanem ludzkiej „głowy”. Określone zostały one  jako „chicagowska siódemka”.  Lista siedmiu schorzeń, w których powstawaniu znaczącą rolę odgrywają przeżywane przez pacjenta emocje, została stworzona w 1950 roku przez F. G. Alexandra, lekarza i psychoanalityka. Zalicza się do nich następujące choroby: choroba wrzodowa żołądka, nadciśnienie tętnicze, astma oskrzelowa, reumatoidalne zapalnie stawów, zapalne choroby jelita grubego, nadczynność tarczycy atopowe zapalenie skóry .  Do czynników wywołujących choroby psychosomatyczne zaliczany jest przede wszystkim stres najróżniejszego pochodzenia. Lekarze podkreślają, że nie jest im łatwo „walczyć” z chorobami psychosomatycznymi, bo pacjenci dość często nie są w stanie przyjąć do wiadomości, że ich psychika ma aż tak duże oddziaływanie na ich ciało. Większość stawia więc opór, nie wierzy, kiedy po serii badań, które nic nie wykazują, sugeruje się im, że ich dolegliwości mają podłoże psychiczne.  Mechanizmy powodujące choroby psychosomatyczne do dziś nie są do końca znane. Jednak naukowcom udało się zaobserwować pewne  prawidłowości,...

Czytaj dalej
trening jogi

Joga przy chorobach psychosomatycznych: uwolnij myśli i ulecz ciało

Nerwica, otyłość, migreny, zaburzenia snu i apetytu. Coraz częściej choroby ciała są związane z naszą psychiką. Zobacz, jak joga może pomóc w zaburzeniach i chorobach psychosomatycznych.
Kamila Geodecka
12.11.2020

Nasze myśli niszczą nam ciało, a cielesny ból oddziałuje na psychikę. Które objawy były pierwsze i kiedy się zaczęły? Czasami trudno odpowiedzieć na to pytanie, ale jeśli nie potrafimy odnaleźć konkretnej przyczyny schorzenia, warto przynajmniej złagodzić powstały już ból. W chorobach psychosomatycznych ukojenie może przynieść nam joga, która idealnie łączy trening ciała z ukojeniem nerwów. Choroby psychosomatyczne Zacznijmy jednak od tego, czym są choroby psychosomatyczne. Z samej nazwy wiemy, że są to takie zaburzenia, które wynikają z połączenia tego, co psychiczne z tym, co fizyczne. Początkowo medycyna zakładała, że częściej to nasza ciało może wpływać na nasz stan psychiczny, dziś już jednak wiemy, że ta relacja jest wzajemna. Do chorób psychosomatycznych może zaliczać się np. bezsenność , z którą walczy coraz więcej osób, nerwicę lub uciążliwe tiki nerwowe czy brak apetytu. Oprócz tego są to także niektóre choroby serca, migreny, chroniczne bóle głowy, wrzody żołądka. Do listy możemy dodać też otyłość, astmę, bóle kręgosłupa, atopowe zapalenie skóry czy nadczynność tarczycy. Jak widzimy, są to choroby, o których w dzisiejszych czasach mówi się coraz więcej. Z zaburzeniami i chorobami psychosomatycznymi można sobie jednak radzić np. z pomocą jogi. Czytaj też:  Joga i medytacja pomogą nam żyć slow. Nie dajmy się miejskiemu pośpiechowi! Korzyści płynące z praktyki jogi Asany, czyli pozycje, które wykonuje się podczas treningu jogi, są bardzo dobrze przemyślane. Każdą z nich udoskonalano przez setki lat tak, by była perfekcyjnie harmonijna. Wszystko po to, by podczas poszczególnych ruchów i przejść z jednej pozycji w drugą uruchamiały się odpowiednie neurony, wydzielanie hormonów...

Czytaj dalej
Choroby psychosomatyczne
Adobe Stock

Przewlekły stres prowadzi do chorób psychosomatycznych. Poznaj jego mechanizm!

Stres mobilizuje nas do działania, podnosi poziom energii i stymuluje rozwój. Sytuacja odwraca się, gdy zaczynamy żyć w chronicznym stresie. Jakie procesy zachodzą wówczas w naszym organizmie i do czego mogą prowadzić?
Karolina Morelowska-Siluk
11.09.2020

Jak dyskomfort psychiczny może doprowadzić nas do chorób fizycznych? Gdy jesteśmy zestresowani, nasz organizm produkuje kortyzol, który jest substancją produkowaną w wyjątkowych sytuacjach. Kiedy takie sytuacje zdarzają się nam nagminnie, nasze ciało w szybkim tempie zaczyna na ten proces odpowiadać. A my zaczynamy zapadać na rozmaite choroby, w tym choroby psychosomatyczne. Biologiczny mechanizm stresu  Biologiczny mechanizm stresu w dużym skrócie to po prostu reakcja organizmu na działanie bodźca, który: w pierwszej kolejności pobudza podwzgórze i produkuje substancję sygnalizującą, że przysadka mózgowa musi zacząć wydzielać do krwi więcej hormonu adrenokortykotropowego (ACTH). Pod jego wpływem zewnętrzna część nadnerczy, czyli kora zaczyna wydzielać kortykoidy. Natomiast rdzeń nadnerczy wydziela adrenalinę i noradrenalinę. Co się wtedy z nami dzieje? Wzrasta ciśnienie tętnicze, zwężają się nasze naczynia, wzrasta poziom trójglicerydów i cholesterolu w krwi, a także napięcie mięśni. Oddech w stanie stresu jest dwukrotnie szybszy. Podwyższony w czasie stresu poziom cukru we krwi wpływa na dodatkowe uwalnianie insuliny. Zupełnie inaczej w stanie napięcia funkcjonuje także nasz układ trawienny – zmniejsza się wydzielanie soków żołądkowych i spowolnieniu ulegają ruchy robaczkowe jelit. Może to doprowadzić do nieżytu żołądka, nudności bądź zaparć. Ponadto wydzielane glikokortykoidy zwiększają kwasowość żołądka, co powodować może nadkwaśność i wrzody. Kortyzol jest substancją, która produkowana powinna być w wyjątkowych sytuacjach, jednak kiedy te „wyjątkowe sytuacje” zdarzają się codziennie, czyli kiedy żyjemy w chronicznym stresie, a to współcześnie niestety coraz częstsze zjawisko, nasz organizm stale produkuje kortyzol, i w...

Czytaj dalej
choroby psychosomatyczne
Adobe Stock

Praca ponad siły, stres, pośpiech. Nasz styl życia funduje nam choroby psychosomatyczne

Nawet dziesięć na sto dolegliwości, z którymi zgłaszamy się do lekarzy, ma podłoże psychosomatyczne. Nie łagodzą ich farmaceutyki, ale otwarta rozmowa z lekarzem i umiejętne radzenie sobie ze stresem.
Katarzyna Podhorecka
12.06.2020

Lekarze zazwyczaj bardzo nie lubią pacjentów z objawami psychosomatycznymi. Z prostej przyczyny – że zwykle nie wiedzą, jak im pomóc. Dlatego bywa, że chorzy z dolegliwościami psychosomatycznymi są traktowani w gabinetach lekarskich jak hipochondrycy, którzy próbują skupić na sobie uwagę, opowiadając o swoich wyimaginowanych dolegliwościach. Albo jeszcze gorzej: jak zwykli naciągacze, którzy próbują wyłudzić zwolnienia lekarskie. Lekarze w takiej sytuacji na odczepnego przepisują suplementy diety w nadziei, że pacjentowi „przejdzie samo”, albo że zmienią lekarza – problem w tym, że ludzie, którzy zmagają się z objawami psychosomatycznymi, nie symulują! Oni naprawdę odczuwają fizyczny ból i potrzebują pomocy.  – Najczęściej to ból głowy, brzucha, stawów, częste są także bóle w klatce piersiowej, duszności albo uporczywy kaszel, omdlenia, uczucie kołatania serca, zawroty głowy – wymienia dr Anna Plucik-Mrożek, specjalistka chorób wewnętrznych z Centrum Medycznego Medicover w Warszawie i dyrektor Fundacji Exercise is Medicine Polska. Rzadziej, ale zdarzają się też szumy uszne czy pogorszenie widzenia. Osobom, które pracują głosem, z powodu nadmiernego napięcia zdarza się go stracić. Muzykom z niewyjaśnionych przyczyn sztywnieją nadgarstki.  Jeszcze inni pacjenci nie mają konkretnych dolegliwości, ale tracą apetyt, od rana czują się wyczerpani, a wieczorem nie mogą zasnąć. Tym, co łączy ich wszystkich, jest źródło dolegliwości – czyli emocje, najczęściej przewlekły stres, którego doświadczają w związku z pracą czy sytuacją rodzinną.  – To wcale nie musi być traumatyczne przeżycie, np. nieuleczalna choroba kogoś bliskiego czy utrata pracy – mówi dr Izabela Pawłowska, psycholog zdrowia,...

Czytaj dalej