Carl Honoré o starości w radości: „I sport, i seks, i kreatywność – wszystko jest dostępne w starszym wieku”
iStock

Carl Honoré o starości w radości: „I sport, i seks, i kreatywność – wszystko jest dostępne w starszym wieku”

„Wszyscy się zestarzejemy i żadne zaklinanie rzeczywistości nic nie zmieni. Ważne, by odnaleźć w procesie starzenia się też dobre strony”, wyjaśnia Carl Honoré, jeden z twórców ruchu „slow”, autor wielu książek – najnowsza to „Siła wieku” – w rozmowie z Aleksandrą Pezdą.
Aleksandra Pezda
03.09.2020

Starość to dla wielu osób gorsza perspektywa niż nawet śmierć. Niedołężność, brak samodzielności, samotność – w naszych wyobrażeniach starość wygląda jak pasmo udręki i cierpień. Ale przecież tak wcale nie musi być, przekonuje Carl Honoré, myśliciel i pisarz, w swojej nowej, mądrej i dającej nadzieję książce „Siła wieku”. 

Aleksandra Pezda: Jesteśmy w tym samym wieku, nawet urodziliśmy się w tym samym miesiącu…

Carl Honoré: W grudniu! Strzelec – świetny znak zodiaku.

...dlatego z niepokojem pytam: czy uważasz, że jesteś stary?

Nie, ale dawniej zamartwiałem się swoim wiekiem. Aż zdałem sobie sprawę, że w każdym momencie mojego życia jestem starszy niż w poprzednim roku, a młodszy od siebie za rok. Na razie nikt nie wynalazł metody, żeby to zmienić, dlatego przestałem się przejmować. Zresztą słowo „stary” brzmi dla mnie jakoś sztywno. Gdzie jest ta granica, od której miałbym tak o sobie myśleć? I co – po pięćdziesiątce dojechałem do końcowego peronu i już nic się nie zdarzy? To okropnie dołujący punkt widzenia i zwyczajnie nieprawda. 

A jednak – już o 50-latkach mówi się „seniorzy”. 

Kiedy po pięćdziesiątce zabierałem się do napisania „Siły wieku”, też o sobie myślałem, że jestem stary. Pamiętam nawet moment, kiedy to się zaczęło – podczas meczu hokeja. Gram od kilkudziesięciu lat, to dla mnie coś więcej niż ulubiony sport czy okazja towarzyska. To również element kanadyjskiej tożsamości, ważny, tym bardziej że żyję poza krajem. Inny argument – ilekroć odbijam piłkę na boisku, czuję się znowu jak nastolatek. Aż do zawodów w Gateshead, w północnej Anglii, jakieś trzy lata temu. W ćwierćfinałach strzeliłem gola, który uratował moją drużynę. Kiedy zadowolony wróciłem do szatni, organizator zawodów gratulował mi akcji: „a przecież jesteś najstarszym graczem tych mistrzostw”. Byłem w szoku. „Jakie ma znaczenie, ile mam lat, skoro dobrze gram?” – myślałem. Ale to zdanie zapadło we mnie na długo. Przestałem się tym martwić, dopiero kiedy zacząłem pisać tę książkę.

Znasz takie hasło: „młodnieć z wiekiem”? Oznacza walkę o godne, aktywne starzenie się.

Rozumiem oczywiście, że pod tym hasłem kryje się ta treść, którą i ja promuję – że w procesie starzenia można znaleźć również dobre strony. Ale wiem też, że ciągle mówimy o starzeniu się w stygmatyzujący sposób. Używamy sformułowań typu: „młodzi inaczej” czy „pięćdziesiątka to nowa czterdziestka”. To tak, jakbyśmy się wstydzili naszej biologii. 

Starość nie musi oznaczać gorszego życia

Ty nigdy nie wstydziłeś się przyznać do wieku?

Przyłapałem się na tym na przykład w sklepie – kupowałem żarówkę i nie mogłem odczytać napisu na opakowaniu drobnymi literami. Za nic nie chciałem poprosić o pomoc młodszych od siebie, straciłem mnóstwo czasu, aż znalazłem starszą panią w okularach, która mi w końcu przeczytała, jaka była moc tej żarówki. Nie jestem w tym odosobniony, niestety. Powszechnie wstydzimy się objawów starzenia się, boimy się nawet zostać o to posądzeni. Ukrywamy datę urodzin w CV, nie podajemy jej na Facebooku, farbujemy włosy. I nic dziwnego – od zarania ludzkość pielęgnuje niechęć do starości. 

Poeci i dramatopisarze starożytnej Grecji i Rzymu kpili ze staruszków, w dziełach średniowiecznych pisarzy znajdziemy obleśnych, podstarzałych rogaczy. W XVIII wieku twórca pierwszego słownika języka angielskiego, Samuel Johnson, napisał, że gdy ktoś młody zapomni kapelusza, towarzystwo mu tego nie wypomina, ale o starszym powiedzą od razu, że traci pamięć. Dzisiaj jest jeszcze gorzej, na przykład twórca Facebooka Mark Zuckerberg potrafił wygłosić przed studentami Uniwersytetu Stanforda zdanie: „Młodzi ludzie są po prostu bystrzejsi”. 

A nie są bystrzejsi?

Niezupełnie. Oczywiście ludzki mózg się starzeje. Zaczyna już po dwudziestym roku życia – co 10 lat ubywa mu około dwóch procent masy i objętości. Maleją też dostawy tlenu do mózgu, bo zmniejsza się przepustowość naczyń krwionośnych. Większość komórek mózgowych zachowujemy, ale są coraz mniejsze i mają coraz mniej połączeń. Mózg zaczyna pracować wolniej. Przy tym jednak te zmiany nie pozbawiają nas wcale kreatywności. Przeciwnie, z najnowszych badań wynika, że w średnim wieku do rozwiązywania problemów wykorzystujemy większą niż wcześniej liczbę obszarów mózgu, a taka integracja sprzyja kreatywnemu myśleniu. Tym bardziej że mamy za sobą doświadczenie. 

Poproszę o przykłady.

Pierwsze nazwiska, które mi przychodzą do głowy: aktorka Laura Dern dostała właśnie Oscara, a ma 53 lata. Reżyser i scenarzysta James Ivory dostał Oscara w 2018 roku jako 89-latek. Jeden z najlepszych inwestorów na świecie, Warren Buffett, ma prawie 90 lat, sir David Attenborough jest po dziewięćdziesiątce, a nadal kręci dokumenty przyrodnicze. Jest tych przykładów tak wiele, że nie da się tu wymienić wszystkich – na takich historiach oparłem przecież „Siłę wieku”. Spośród moich bohaterów najbardziej mnie zainspirowała – mógłbym powiedzieć, że uwiodła – 86-letnia autorka telewizyjnego skeczu o viagrze, Libanka o pseudonimie Jaco. Mieszkała w Bejrucie, kariera przytrafiła się jej po osiemdziesiątce i była zasługą prostego pomysłu na ukrytą kamerę z udziałem 70- i 80-latków. Seniorzy odgrywali komiczne krótkie scenki, oparte na stereotypach o starych ludziach – a to pielęgniarka niby trzęsącymi się rękami próbuje pobierać pacjentom krew, a to naprawdę wiekowe małżeństwo ogląda na ławce w parku erotyczną bieliznę. Jaco kupowała viagrę. „Dla kogo to?” – pyta aptekarz. „Dla mojego faceta, jest starszy ode mnie”. Program wywoływał uśmiech, obnażał nasze krzywdzące podejście do starości, ale z drugiej strony ocieplał jej wizerunek. A to wszystko w kraju galopującej mody na operacje plastyczne. Jaco zasiała we mnie nadzieję, że poczucie humoru może człowieka wyciągnąć z każdego dołka. 

Optymistyczne.

Nawet bardzo. Właściwie żałuję, że nie pisałem tej książki wiele lat wcześniej. Gdybym wiedział to, co teraz, oszczędziłbym sobie jakiś 20 lat życia w lęku. Ciągły strach przed tym, że się zestarzeję i stracę wszelkie życiowe szanse, był okropny. Czy mam już siwe włosy? Czy może tyję? Czy jeszcze jestem szybki na boisku? Miałem sny lękowe i katastroficzne wizje siebie samego jako 50-letniego... starca. Pamiętam swoją trzydziestkę – sądziłem, że to koniec moich możliwości. A potem przyszła czterdziestka, pięćdziesiątka. I co? Mam się świetnie. 

Może to dzięki medycynie i kosmetykom?

Kapitalizm jest bardzo sprytny w kreowaniu potrzeb – co roku wydajemy 250 miliardów dolarów na produkty i usługi odmładzające. Te oferty bazują przecież na niezadowoleniu z tego, jak wyglądamy, na chęci zamaskowania tego, że się starzejemy.

Podczas pracy nad książką myślałem, że może w Azji znajdę lepszy model życia. „Chcesz się dowiedzieć czegoś o godnej starości, jedź do Azji” – tak sobie powtarzałem. Wschodnia cywilizacja musi być inspiracją do godnego starzenia się. W końcu konfucjanizm stawia starość na piedestale, z zasady szanuje się starszych i oddaje im kluczowe miejsca oraz decydujący głos. Jakie było moje rozczarowanie! Azja też już się zmieniła. W Południowej Korei na przykład mają najwyższy procent operacji plastycznych na świecie i raczej nikt się w nich nie postarza – odmładzają się i to na potęgę. 

Pomyśl o starości bez strachu

To nie jest prawidłowość? Młodzi ludzie mają inne rzeczy na głowie niż projektowanie własnej starości. 

Dostrzegam nadchodzącą zmianę. Na przykład podczas spotkania autorskiego w Polsce podeszła do mnie młoda dziewczyna i podziękowała mi za to, że odjąłem jej nieco strachu przed starością. Miała niewiele ponad 20 lat. Uśmiechnąłem się, bo przecież gdzie myślenie o starości w jej wieku? Ale przypomniałem sobie własne lęki i w sumie ucieszyła mnie świadomość, że książka te struny w ludziach porusza. 

Demografia wymusi na nas zmianę podejścia do starzenia się. Żyjemy w erze starzejących się społeczeństw, jak dobrze pójdzie, będziemy najstarszą z dotychczasowych populacji w historii ludzkości. Musimy myśleć o tym, jak ułożyć sobie życie w społeczeństwie. Młodzi muszą myśleć o swoim życiu w znacznie dłuższej perspektywie. Liniowy model – rodzę się, idę do szkoły, pracuję, odpoczywam na emeryturze – nieuchronnie odchodzi do lamusa. Skoro dłużej żyjemy, musimy dłużej pracować. A żeby dłużej pracować, musimy zachować sprawność fizyczną i umysłową. 

I o to powinniśmy walczyć już od młodych lat. 

Cała ta historia, którą sobie opowiadamy o starzeniu się, zmienia się nawet w ciągu naszego życia i tego młodzi ludzie są coraz bardziej świadomi. 

Epidemia COVID-19 atakuje najbardziej ludzi w średnim wieku i seniorów. Nadal z optymizmem podchodzisz do problemu starzenia się? 

Epidemia koronawirusa uświadomiła nam tylko to, co już wiedzieliśmy – że z wiekiem stajemy się coraz bardziej podatni na choroby. I że niektóre choroby są tym groźniejsze, im bardziej zaawansowany jest wiek pacjenta. COVID-19 po prostu musimy dopisać do tej listy. Nic się przy tym nie zmieniło w podejściu do starzenia się. Przesłanie jest to samo: jedz zdrowo, pamiętaj o fizycznej aktywności i utrzymuj więzi z bliskimi. Bo zdrowie, dobra kondycja i bliscy spieszący z pomocą, gdy trzeba, zwiększają twoje szanse na przeżycie. 

Jak oceniasz solidarność pokoleń w epoce koronawirusa? 

Jeszcze za wcześnie, żeby ocenić, jak ta epidemia wpłynie na stosunki międzypokoleniowe w długiej perspektywie. Na razie widać wyraźnie, że ten epidemiczny kryzys wywołał wzrost solidarności pomiędzy młodymi a starszymi. Dominuje poczucie, że tkwimy w tym razem i że ta silniejsza część społeczeństw musi się poświęcić w imię przetrwania całości, czyli dla tych słabszych. Im dłużej to trwa jednak tym częściej słychać głosy, że należy zmienić podejście i odmrozić gospodarkę dla młodych i mniej zagrożonych wirusem, nie zważając na koszty zdrowotne i zagrożenie wobec osób starszych. Czy to się nie skończy konfliktem młodzi kontra starsi? Widzę tu groźbę. Ale na razie cały ten kryzys uzmysłowił nam wiele ważnych prawd – że niemal każdy z nas ma w swoim otoczeniu wrażliwych starszych ludzi, którzy wymagają opieki. 

I po drugie – że któregoś dnia każdy z nas będzie stary i potrzebujący. Stąd opieka nad seniorami dziś to ważna inwestycja w naszą własną przyszłość.

Czujesz się zagrożony wirusem?

Na początku nie dowierzałem, że ta epidemia mogłaby przybrać takie rozmiary. Teraz przecieram oczy ze zdumienia, w jak surrealistycznej rzeczywistości znaleźliśmy się w ciągu zaledwie kilku tygodni. Jak niewiele wiemy o tym wirusie i naszej sytuacji – brakuje testów nawet dla medyków, a powinny być dostępne dla każdego z nas i to za darmo. No ale to zbyt kosztowne i pewnie dużo czas zajmie, zanim coś się w tej sprawie poprawi. Pozostaje czekać i mieć nadzieję, że wszystko szybko wróci do normy. 

W oryginale tytuł twojej książki brzmi „Bolder” – takie sprytne połączenie wyrazów: „śmielej” i „starzeć się”. Chciałeś nam dodać otuchy?

Sobie przede wszystkim chciałem dodać otuchy. Kiedy praca nad książką zbliżała się do końca i czułem już stres związany z tytułem, przychodziły mi do głowy drętwe pomysły. Dopiero przy koncepcji „Bolder” z inaczej zaznaczoną pierwszą literą poczułem ulgę – bo omija stereotypy i jest optymistyczne. Zamiast horroru z wizją bezradnej starości mamy wizję zuchwałego, długiego życia. Wchodzisz w nie z podniesioną głową i oczekiwaniem, że za każdym następnym zakrętem życia czeka cię coś ciekawego. 

Uczę się teraz podchodzić do życia jak do gry komputerowej, gdzie wchodzisz na kolejny level i nie żałujesz poprzedniego, nie oglądasz się: „Chciałbym być na poziomie 30.”, bo wiesz, że na poziomie 50. też dostaniesz nagrodę. Dziś amatorzy powyżej 40. roku życia przebiegają maraton w Londynie szybciej niż dwudziestoparolatkowie. A rekordzistą na najdłuższy czas w pozycji deski (plank) jest Amerykanin George Hood – 62-letni były agent specjalny US Marine – wytrzymał w tej pozycji osiem godzin, 15 minut i 15 sekund.

I nie żałujesz, że czegoś nie zrobiłeś na poprzednich poziomach, a – przeciwnie niż w grze – nie możesz się już cofnąć?

W każdym wieku można zacząć robić niemal wszystko, co się chce. Bo przecież i myślenie kreatywne, i działania artystyczne, również sport i seks – wszystko to jest dostępne w starszym wieku. 

Zapraszam do zweryfikowania przykładów w mojej książce. Ja może nie nauczę się już jeździć na nartach, chociaż marzę o tym od wielu lat. Ale ostatnio mój sąsiad wrócił z nart połamany i pomyślałem, że już nie zaryzykuję. Gdybym złamał rękę, nie byłbym w stanie pracować, a przecież muszę się jakoś utrzymać. A więc nie można mieć wszystkiego. 

Mimo to jestem spokojny, bo wiem, że nie tylko wiek biologiczny się liczy. 

Ważniejsze jest to, kim jesteśmy, jakie mamy umiejętności, jakie pasje. Nie to się liczy, ile masz lat, ale wybory, jakich dokonujesz – to one nas definiują. Co jemy? Jak wypoczywamy? Czy uprawiamy sport? To wyzwalające uczucie. W sferze kultury nie liczy się, czy masz lat 40, czy 60, ale czy widziałeś serial „Breaking Bad”? Czy czytałeś książki Olgi Tokarczuk? Amazon i Netflix nie śledzą już użytkowników, nie kategoryzują według wieku, ale według upodobań. Coraz rzadziej słyszysz z tyłu głowy głos: „Jesteś na to za stary”.

Carl Honoré – dziennikarz, publicysta,, jeden z twórców ruchu „slow”, po studiach (historia, italianistyka) pracował z dziećmi ulicy w Brazylii. Autor książek: „Pochwała powolności”, „Pod presją”, „Bez pośpiechu”. Jego najnowsza książka „Siła wieku. Szczęśliwe życie w epoce długowieczności” została właśnie przetłumaczona na język polski.

***

Rozmowa z Carlem Honorém ukazała się w „Urodzie Życia” 6/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
matka i córka
Adobe Stock

Rewolucja w psychologii: koniec z rozpamiętywaniem dzieciństwa. Czas iść do przodu

Chodzi o to, żeby wyjąć z buta kamień, który uwiera, a nie zastanawiać się, kto go tam wrzucił – mówi Joanna Godecka, terapeutka TRS.
Aleksandra Nowakowska
02.05.2020

Mieć problem czy rozwiązać problem? Oczywiście, że to drugie. Tylko jak to zrobić? Nurty psychoterapeutyczne mają na to różne pomysły. Zyskująca na popularności Terapia Skoncentrowana na Rozwiązaniu nie roztrząsa problemu, tylko pozytywnie wzmacnia, by klient sam znalazł na niego sposób najszybciej i najprościej jak tylko może. Aleksandra Nowakowska: Co wyróżnia Terapię Skoncentrowaną na Rozwiązaniu (TRS)? Joanna Godecka:  To jest terapia, która wzmacnia, i której zadaniem jest konstruowanie przyszłości. Kiedy klient przekracza próg gabinetu, pytam go, co się poprawiło od momentu, w którym do mnie zadzwonił. Terapia Skoncentrowana na Rozwiązaniu nie rozkłada na czynniki pierwsze przeszłości, nie dotykamy trudnych wspomnień z czasów dzieciństwa, o których uważa się, że ukształtowały człowieka i wpływają na jego obecne życie. Niektórzy terapeuci pracujący tą metodą prawie w ogóle nie rozmawiają o problemie, z którym ktoś przyszedł, tylko od razu zabierają się za wprowadzanie potrzebnej zmiany. Nie jest ważne, co człowieka do nas sprowadza – on może być w naprawdę trudnym momencie, ale my i tak punkt ciężkości terapii kładziemy na ukazanie pozytywnej perspektywy.  Z jakiego powodu możemy przyjść do terapeuty TRS? Z każdego – pracujemy zarówno z ciężką depresją, stanami lękowymi, żałobą, jak i problemami natury relacyjnej czy zawodowej. Przychodzimy do specjalisty, bo jak w przypadku każdej innej terapii, z czymś sobie nie radzimy i potrzebujemy pomocy. TSR należy do nurtu psychologii pozytywnej, która zdobywa coraz więcej zwolenników. Obserwując moich klientów, odnoszę wrażenie, że zbyt długo trwające zagłębianie się w przeszłości, w teraźniejszym realnym życiu nie przynosi oczekiwanych efektów....

Czytaj dalej
wypalenie zawodowe
sime/free

Wypalenie zawodowe to choroba naszych czasów – najczęściej dopada kobiety

Jak się ratować, gdy pracy nie można rzucić, a życia zmienić?
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

Wypalenie może dotknąć każdego, kto styka się z emocjami innych. Lekarza, prezesa, ale też matkę. Jak się ratować, gdy pracy nie można rzucić, a życia zmienić? „Proporcje są najważniejsze. Żadna praca, także ta w domu, nie powinna być naszą jedyną aktywnością", mówi  dr hab. Sylwiusz Retowski, psycholog, profesor Uniwersytetu Humanistyczno Społecznego SWPS. Prorektor ds. dydaktycznych. Zakład Psychologii Organizacji i Marketingu.   Karolina Morelowska-Siluk: O wypaleniu zawodowym jakiś czas temu mówiło się dużo. Jednak temat przycichł. Jesteśmy sparaliżowani statystykami dotyczącymi bezrobocia, więc nikt nie zastanawia się nad wypaleniem... Sylwiusz Retowski: I to niestety pułapka. Tak na marginesie: statystyki dotyczące bezrobocia wcale nie są takie przerażające. Wbrew obiegowej opinii poziom bezrobocia nie rośnie, problem leży gdzie indziej. Diametralnie zmienił się komfort pracy, mam na myśli przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa. Paraliżuje nas strach o to, że tę pracę jutro stracimy albo że w znaczący sposób pogorszą się jej warunki.   Zatem myślenie o tym, czy dotyczy mnie syndrom wypalenia zawodowego, wydaje się kaprysem w obliczu zagrożenia utratą pracy. Właśnie. Niepokojąco zwiększa się więc grupa osób, które zagryzają zęby bez względu na koszty psychiczne. To bardzo zły kierunek. Nie wolno przestać mówić o wypaleniu zawodowym, bo jest ono bardzo aktualnym problemem. Powiem więcej: jest problemem, który będzie się nasilał. To wynika ze specyfiki pracy współczesnego człowieka. Rynek pracy uległ gwałtownej przemianie. Do Polski w pełnej krasie dotarła ona mniej więcej 10 lat temu. Całe rzesze ludzi, którzy wcześniej pracowali w przemyśle, rolnictwie, mówiąc ogólnie, pracowali po prostu rękami, fizycznie, teraz pracują w szeroko...

Czytaj dalej