Wakacje w rytmie slow? Bułgaria to kierunek dla ciebie!
FORUM

Wakacje w rytmie slow? Bułgaria to kierunek dla ciebie!

Bułgaria to nie tylko kurorty nad Morzem Czarnym i wycieczki do Sofii. To również majestatyczne góry, dzika przyroda i malownicze bezdroża. Tu warto zejść z wytyczonego szlaku.
Sylwia Siedlecka
29.04.2020

Niby oblegana przez turystów, a jednak Bułgaria to do dziś kraj w dużej mierze turystycznie nieodkryty. O wielu miejscach, których piękno zapiera dech, mało kto wie, bo nie znajdziemy ich w popularnych przewodnikach. I myślę, że właściwie to dobrze, bo dzięki temu Bułgaria zachowała swoją tajemnicę i piękno: momentami chropowate i nieoczywiste, innym razem olśniewające już od pierwszej sekundy.

Strandża – szlak wędrownych ptaków, wino mavrud i róża Chanel

Aby poznać tę mniej znaną Bułgarię, warto wybrać się poza przetarte szlaki. Na przykład na południowy wschód kraju, gdzie na styku granicy bułgarsko-grecko-tureckiej rozpościera się Strandża – chroniony obszar przyrodniczy i łańcuch górski. Miękko pofalowane, pokryte gęstymi lasami wzniesienia Strandży sięgają aż do wybrzeża, po czym miękko zstępują w morze. Drzewa w Strandży mają nawet kilkaset lat, a ich historię widać po pniach i splątanych konarach przybierających niekiedy przedziwne, fantastyczne kształty. Możemy tu zobaczyć rośliny, jakich nie ma nigdzie indziej w Europie, a także mnóstwo gatunków ptaków, m.in. pelikana kędzierzawego, wąsatkę czy czaplę białą.

Właśnie nad Strandżą przebiega drugi co do wielkości w Europie szlak wędrowny ptaków – Via Pontica. Jedną z miejscowości osłoniętych przez bukowe lasy Strandży i zarazem otwartych na morski horyzont jest wioska Sinemorec z dwiema plażami. Z pobliskich wzgórz roztacza się wspaniały widok na Morze Czarne, do którego wpływają słodkie wody rzeki Weleki. To właśnie Welece, najczystszej rzece w Bułgarii, roślinność Strandży zawdzięcza swój przepych. Weleka przedostaje się do morza przez piaszczystą mierzeję, tworząc przy okazji turkusową lagunę, która jest znakiem rozpoznawczym nadmorskiej miejscowości. Sinemorec zamieszkuje zaledwie 400 osób, ale wioska jest przygotowana na pobyt turystów. Ma niezłą bazę hotelowo-noclegową, a w tutejszych lokalach można spróbować dań kuchni bałkańskiej: świeżych ryb, gjuweczu, czyli gulaszu z papryką i bakłażanem, albo warzywnych potraw ze słonym serem sirene zapiekanych w glinianych miseczkach. Warto też skosztować świetnych bułgarskich win, na przykład ze znanego od starożytności i popularnego w Bułgarii szczepu mavrud.

Strandża znajduje się na obszarze starożytnej Tracji, w której miał urodzić się Orfeusz, mitologiczny śpiewak i poeta. W tutejszych wioskach – Kosti czy Byłgari – do dzisiaj podtrzymuje się wiele dawnych zwyczajów. Między innymi nestinarstwo, czyli rytuał transowego tańca wykonywanego przez tancerzy nestinarów boso na rozżarzonych węglach, z ikonami świętych. Zgodnie z tradycją był on praktykowany w święto Konstantyna i Heleny (21 maja), ale teraz pokazuje się go turystom także w sezonie letnim jako jedną z lokalnych atrakcji.

Po odpoczynku na zacienionych zboczach Strandży warto wybrać się do Doliny Róż położonej w Środkowej Bułgarii między górskimi pasmami Syrnena Gora i Stara Płanina. To właśnie tutaj powstaje znany na całym świecie (i przy tym najdroższy) olejek różany, wykorzystywany m.in. do produkcji najlepszych perfum – w tym Chanel N°5.

W Dolinie Róż można spróbować różanych słodyczy i wytwarzanej z tych kwiatów rakiji. Rosa damascena, kwitnąca na tutejszych polach, nie jest czerwona, lecz różowa, o bardzo delikatnych płatkach. To właśnie ta odmiana daje najwięcej cennego olejku różanego. Róże zbiera się ręcznie, najlepiej przed wschodem słońca, kiedy jeszcze pokrywa je rosa, a kwiaty pachną najintensywniej.

Żeby uzyskać kilogram olejku, potrzeba około 3,5 tony kwiatów, najlepiej takich, które nie zdążyły jeszcze w pełni rozkwitnąć. Za stolicę Doliny Róż uchodzi Kazanłyk, w którym można zobaczyć, na czym polegały dawne tradycje destylacji olejku różanego. Tam także znajduje się muzeum w całości poświęcone róży. Warto je zwiedzić – tak samo jak koniecznie trzeba zobaczyć starożytny grobowiec tracki z okresu helleńskiego.

Najlepiej wybrać się w ten rejon w maju lub czerwcu, dzięki czemu będziemy mogli podziwiać pola kwitnących róż, a następnie kolejne etapy różobrania, uwieńczonego Festiwalem Róż, który tradycyjnie rozpoczyna się w pierwszy piątek czerwca. O nocleg dobrze jest jednak zadbać już na początku roku, bo w te dni do Kazanłyku przyjeżdżają tłumy turystów z całego świata, zwabieni m.in. udziałem w rytualnych, porannych różobraniach i wyborami Królowej Róż.

Murale w Staro Żelezare

Zupełnie inną rzeczywistość odkryjemy, gdy pojedziemy nieco na zachód, do najsłynniejszej wioski murali w Europie – a prawdopodobnie i na świecie – czyli do Staro Żelezare. W czasach rządów Teodora Żiwkowa życie tutaj kwitło, a politycy (m.in. Fidel Castro) przyjeżdżali oglądać Żelezare jako wzorcową, supernowoczesną komunistyczną wioskę. Obecnie mieszka tu 300 osób, głównie starszych, bo młodzi wyemigrowali, a od 10 lat nie urodziło się tu żadne bułgarskie dziecko.

Street art pojawił się w wiosce kilka lat temu, za sprawą dwojga artystów – Katarzyny i Ventziego Piriankovów, którzy na co dzień prowadzą galerię w… Poznaniu, a do Żelezare jeżdżą każdego lata, bo stąd pochodzi rodzina Ventziego. Od początku swojej działalności artystycznej hołdowali sztuce, która pozostaje bliska życiu i nie odgradza się od rzeczywistości ścianami galerii. W Żelezare znaleźli idealną do tego przestrzeń. Na Nizinie Trackiej, gdzie znajduje się wioska, domy budowano z cegieł suszonych na słońcu. Projektowano je jakby do wewnątrz, z oknami zwróconymi w stronę ogrodu i murem od strony ulicy – dzięki temu uliczki wyglądają jak długie korytarze, a ciągnące się mury stały się wymarzonymi „płótnami” dla artystów. Ich zapełnianie zaczęło się w 2014 roku.

Dzisiaj można na nich zobaczyć Angelę Merkel i królową Elżbietę, które rozmawiają z mieszkańcami wioski namalowanymi tuż obok. Mieszkańcy Żelezare sami wybierają sobie rozmówców, w których towarzystwie chcą być uwiecznieni na muralu albo których chcieliby mieć na murze swojego domu. I tak na murze domu rolnika Kanczo, lokalnego hodowcy krów, namalowana jest właśnie krowa wsłuchująca się uważnie w przemówienie Donalda Trumpa. Obok niej na muralu stoi żona Kancza, Iwanka, która rozmawia w najlepsze z Emmanuelem Macronem. Gdzie indziej można zobaczyć scenę z „Gwiezdnych wojen” – o źródłach mocy z mistrzem Yodą rozmawia Penka, szefowa miejscowej knajpki. Jednym z najpopularniejszych murali Starego Żelezare jest ten z hasłem: „Zamień laptop na żywą kurę”. Jeśli i wam bywa ono bliskie, koniecznie tu przyjedźcie i dajcie się porwać artystycznej wyobraźni.

1\7
Plaża w Sinemorcu
Plaża w Sinemorcu
Adobe Stock

To plaża, która ma dwie strony: morską i rzeczną. Jak na Bułgarię miejsce jest niemal dzikie, a dla przybyszów znad Bałtyku miło piaszczyste.

2\7
Różnorodne gatunki ptaków
Różnorodne gatunki ptaków
Getty Images

Aby zachwycić się wyjątkową naturą, warto odwiedzić którykolwiek z licznych rezerwatów przyrody na terenie Bułgarii.

3\7
Warzywne gjuwecze
Warzywne gjuwecze
Getty Images

To jedna z atrakcji tutejszej kuchni. Każdy, kto lubi turystykę kulinarną, na Bałkanach poczuje się jak w raju.

4\7
Bułgarski street art
Bułgarski street art
Sime/Free

Jeden z murali, które ubarwiają bułgarskie mury.

5\7
Sobór Zaśnięcia Matki Bożej w Warnie
Sobór Zaśnięcia Matki Bożej w Warnie
Adobe Stock

Ten bogato zdobiony sobór powstał w XIX wieku jako akt wdzięczności za wyzwolenie spod panowania osmańskiego.

6\7
Miasto Płowdiw
Miasto Płowdiw
Sime/Free

Jest jednym z najstarszych miast na kontynencie. Znajdziecie tam m.in. odrestaurowane ruiny rzymskiego Odeonu.

7\7
Wielkie Tyrnowo
Wielkie Tyrnowo
Sime/Free

To położone na wzgórzach miasto jest symbolem niepodległości Bułgarii. Są tu świetne knajpki, pyszna kawa i piękne panoramiczne widoki.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Mar del Plata Playa Varese Argentyna
fot. getty images (5), sime/free (3), be&w

Z czego słynie Argentyna? Podpowiadamy, gdzie jechać, co zjeść, co zobaczyć

Wydaje się, że w Argentynie wszystko jest przerysowane: Buenos Aires ma aspiracje sięgające najwyższych szczytów Andów, a Patagonia została stworzona tylko po to, żeby uświadomić ludziom ich znikomość. Ale Argentyna ma naprawdę wiele ciekawych miejsc do zaoferowania turystom.
Karolina Stępniewska
22.10.2018

Znajdujemy się przy Puerto Madero. Kiedyś było to centrum Buenos Aires. To tutaj zawijały statki z emigrantami z Europy, budziły się marzenia o nowym początku i rozkwitały pierwsze fortuny. Dziś tamte sny stały się rzeczywistością. Zadzieramy głowy, wpatrując się w dachy wieżowców. Tak jak na Manhattanie, dawny port jest teraz dzielnicą wysokościowców. Tancerze płyną nad chodnikiem, zręcznie, bez żadnego wysiłku omijając ustawione przed restauracją stoliki. Rozumieją się tak dobrze, że trudno to wyjaśnić bez używania terminu telepatia. Wyglądają, jakby tańczyli ze sobą od pół wieku. To zresztą prawdopodobne, bo para, na którą patrzymy, ma grubo po siedemdziesiątce. To wieczorne spotkanie milongueros – tańczących tango. Po chwili na placu pojawiają się profesjonalni tancerze. W ślad za nimi idzie mistrz ze szkoły tańca. Zaraz do nas podejdzie i  zaproponuje, żebyśmy zapisali się do niego na lekcję. Z czego słynie Argentyna? Gigantomania to chyba cecha narodowa Argentyńczyków. Stwierdziliśmy to już pierwszego dnia, stojąc przed ogromnym frontonem Teatro Colón, który od otwarcia w 1908 roku aż do wybudowania w 1973 roku Sydney Opera House dzierżył palmę pierwszeństwa jako największy teatr na świecie. Nieco dalej, wracając taksówką do hotelu, postaliśmy dłuższą chwilę w  korku przy obelisku zdobiącym skrzyżowanie Avenida 9 de Julio z   Avenida  Corrientes. Rzecz warta wzmianki, bo aleja 9  Lipca to ponoć najszersza ulica na świecie – od krawężnika do krawężnika ma sto dziesięć metrów. Atrakcje Buenos Aires Buenos Aires ma różne oblicza, ale lubuje się w naśladownictwie. Choć może to raczej jest pastisz, lekka ironia. Jak w przypadku Hollywood – tak nazwano dzielnicę, w której siedzibę ma najpopularniejsza...

Czytaj dalej
Kasia Bem, Egina, podróże, Katedra w Eginie
Adobe Stock

Pistacjowa wyspa - Egina

Najlepiej czuję się wśród codziennej zwyczajności mieszkańców nie do końca odkrytych kropek na mapie świata. Wyznaczają potem szlaki moich podróży. Odnajduję je częściowo za sprawą jogi.
Kamila Morgisz 
09.04.2020

Jeszcze zanim sama zaczęłam organizować wyjazdy z jogą, dużo jeździłam po całym świecie do miejsc, które znają tylko jogini: maleńka wysepka w Tajlandii, cudna finca w hiszpańskiej Andaluzji, odludne jezioro w strefie ciszy na Mazurach, ukryta przed światem bajkowa zatoczka na Goa, centrum medytacyjne w wysokich Himalajach. To były moje sekrety. Niechętnie dzieliłam się nimi, bo nie chciałam, żeby te skromne miejsca zmieniły się na skutek rosnącej popularności. Kocham je za brak gwiazdek. Urzeka mnie ich nonszalancja i bezpretensjonalność. W tych cichych zakątkach, wśród zjawiskowej natury, dzięki jodze i medytacji za każdym razem coś się we mnie zmieniało. Aż przyszedł taki moment, gdy już jako nauczycielka jogi zapragnęłam się tym dzielić. W jodze mówimy: „Gdy uczeń jest gotowy, pojawia się nauczyciel”. Podobnie z miejscami, do których zapraszam na swoje wyjazdy. Może pojechać każdy, ale jadą te osoby, które są gotowe. Pistacjowa wyspa jest dla mnie szczególna, bo wyrosła z moich marzeń o miejscu, które jest jak piękna, dojrzała kobieta, świadoma swojej urody, ale bez obsesji na tym punkcie, co, rzecz jasna, czyni ją jeszcze bardziej atrakcyjną. Każdy, kto tu trafia, czuje się trochę jak bohaterka filmu „Mamma Mia!” – szczęśliwie i beztrosko. Trafiają różne kobiety, które w normalnym życiu mogłyby się nigdy nie spotkać, a które na tych wyjazdach stają się sobie bardzo bliskie. Lubię zabierać je w podróż, gdzie każda z nich ma do odkrycia głównie siebie, ale też niesamowitą kobiecą więź, która się wytwarza. Czasem myślę, że dzieje się to za sprawą wiatru. Gdy wsiadamy w Pireusie na prom, żeby dopłynąć na wyspę, burzy fryzury i podróżne stylizacje. Robi się wtedy coś takiego, że zaczynamy sobie nawzajem pożyczać chustki i zaplatać...

Czytaj dalej