Borelioza może podszywać się pod inne choroby: jak ją rozpoznać? Objawy i leczenie boreliozy
iStock

Borelioza może podszywać się pod inne choroby: jak ją rozpoznać? Objawy i leczenie boreliozy

Już co trzeci kleszcz w Polsce jest nosicielem krętka Borrelia, a borelioza to podstępna choroba. Przybiera różne postaci, dlatego jest niezwykle trudna do leczenia i jeszcze trudniejsza do diagnozowania.
Maria Zawała
18.07.2020

Stwardnienie rozsiane, depresja, bóle stawów i mięśni, zaburzenia rytmu serca i wiele innych chorób. Borelioza może udawać każdą z nich. Tylko nieliczni pacjenci usłyszą od razu właściwą diagnozę. Większość będzie latami chodzić od lekarza do lekarza i leczyć skutki, a nie przyczyny. Tymczasem borelioza wymaga leczenia antybiotykami i odpowiedniego wspomagania układu immunologicznego. 

Komary, ptaki, meszki, co jeszcze?

Sprawcą ludzkich nieszczęść związanych z boreliozą jest głównie kleszcz. Żyje przede wszystkim w lasach: na paprociach, w trawie, ale zarażone kleszcze można też spotkać w naszych ogródkach, na łąkach czy miejskim parku. Najaktywniejsze są o poranku i późną nocą. 

– Wbrew obiegowym opiniom nie skaczą na nas z góry, raczej wchodzą po naszych butach – mówi prof. dr hab. n. biol. Krzysztof Solarz, kierownik Zakładu Parazytologii Śląskiego Uniwersytetu Medycznego. – Ocenia się, że odsetek kleszczy zarażonych krętkiem Borrelia cały czas rośnie. W różnych rejonach Polski może już wynosić nawet ponad 30 procent – mówi profesor. Jego zdaniem najwięcej zakażonych kleszczy jest na Podlasiu, także na Mazowszu, w Zachodniopomorskiem, na Dolnym Śląsku, w Beskidzie Żywieckim i Makowskim. Wydaje się, że najmniej jest na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. 

Poza boreliozą, za którą odpowiada bakteria Borrelia burgdorferi, kleszcze wywołują też kleszczowe zapalenie mózgu, anaplazmozę, babeszjozę, poza tym przenoszą pierwotniaka Toxoplasma gondii. I każda z tych chorób jest dla nas groźna. Anaplazmoza przypomina nieco boreliozę, ale po pierwszych objawach podobnych do grypy szybko występują komplikacje ze strony układu krążenia, stawów i serca. Babeszjoza daje objawy podobne do malarii. Z kolei toksoplazmoza jest szczególnie niebezpieczna dla kobiet w ciąży, bo grozi zarażeniem płodu i poważnymi powikłaniami. 

– Niebezpieczne są obrzeżki gołębie, to rodzaj malutkich kleszczy żerujących na ptakach. Mogą jednak też atakować ssaki, w tym człowieka, dlatego trzeba uważać na skupiska gołębi w miastach, na strychach, gołębniki czy kurniki. Nimfy obrzeżków są prawie niewidoczne, ale mogą odpowiadać za neuroboreliozę – przestrzega profesor Solarz. 

Niedawno po przebadaniu 12 gatunków komarów ze wszystkich niemieckich landów, stwierdzono, że także one przenoszą bakterię Borrelia. Wyniki badań wywołały panikę, lekarze jednak uspokajają: 

– Naukowcy oczywiście badają tę hipotezę, że komary mogą przenosić zakażenie, ale dzisiaj sądzimy raczej, że owady krwiopijne: meszki, moskity czy komary, choć mogą być zarażone krętkiem, kłują zbyt krótko, by nam wyrządzić krzywdę – mówi prof. Solarz. 

Bywa również tak, że to my sami przenosimy bakterię: 

– Istnieją wiarygodne doniesienia na temat możliwości zakażenia się krętkiem Borrelia podczas uprawiania seksu. To w końcu taki sam krętek jak kiła. Jeśli ktoś nie ma objawów choroby, może nie wiedzieć, że zakaża w świeżej boreliozie – dodaje dr n. med. Katarzyna Toruńska-Stawińska, neurolożka specjalizująca się w leczeniu neuroboreliozy. Jej zdaniem boreliozą może się zakazić także płód w łonie matki, jeżeli została ona ugryziona przez kleszcza albo ma czynną boreliozę w pierwszym trymestrze ciąży, kiedy łożysko nie jest jeszcze wykształcone. 

– Rzadko, ale może się tak zdarzyć. Miałam taki przypadek w swojej praktyce – przyznaje lekarka.

Objawy boreliozy są niecharakterystyczne

Podstawową trudnością w diagnozowaniu choroby jest to, że testy, które do tego służą, są niewiarygodne. 

– Popularny test ELISA daje wyniki fałszywie ujemne i fałszywie dodatnie. Podobnie Western blot, choć jest zdecydowanie lepszy. Niejeden lekarz, gdy stwierdza brak krętka, dalej już boreliozy nie szuka, a to błąd – wyjaśnia dr Toruńska-Stawińska. – Dziś najbardziej wiarygodnym testem, za pomocą którego można rozpoznać boreliozę, jest EliSpot Borrelia 2, który pozwala na bardziej precyzyjną ocenę etapu zakażenia lub jego aktywności, i jako jedyny nie może być fałszywie dodatni. I to jest dobra wiadomość. Ale niestety, często nie jest na naszą kieszeń – mówi lekarka. Wiele osób, gdy tylko znajdzie na swojej skórze kleszcza, stara się go szybko wyciągnąć i oddać do zbadania, czy był zakażony. Ujemny wynik uspokaja. 

– Nie zawsze jednak powinien, bo kontakt z każdym kleszczem może grozić paraliżem kleszczowym. Niektóre zawierają w ślinie bardzo silną neurotoksynę, która powoduje porażenie nerwowo-mięśniowe klatki piersiowej. To bardzo niebezpieczne, zwłaszcza u dzieci i osób w podeszłym wieku lub gdy kleszcz ulokował się na szyi, w okolicy głowy – zwraca uwagę profesor Solarz. Ale jeśli chodzi o boreliozę, to zdaniem naukowca, by krętki zaczęły się namnażać, konieczne jest żerowanie kleszcza w naszym ciele. Do tego potrzebny jest czas, minimum 24 godziny, a przypadku nimf (młodych kleszczy) – 36 godzin. 

– Im dłużej taki kleszcz znajduje się w naszej skórze, tym korzystniej dla krętków, a mniej korzystnie dla człowieka – tłumaczy profesor. 

Jeśli więc od razu wyjmiemy kleszcza, to jest mało prawdopodobne, żeby nam zaszkodził. Ale pewności nie ma, bo chociaż kleszcz generalnie żeruje raz, czasem z jakichś powodów może opuścić żywiciela, żeby „dojeść” potem. Tak czynią głównie samice, by pobrać wystarczającą dawkę krwi do złożenia kilku tysięcy jaj. 

– Dojadający na nowym żywicielu kleszcz od razu, od pierwszej sekundy, jest niebezpieczny, jeśli jest zakażony krętkami Borrelia – mówi profesor. 

Tak czy owak, kleszcz „gryzie”, zaczynają się więc badania i… diagnostyczne schody, bo coraz rzadziej borelioza daje typowe objawy, takie, o jakich uczy się studentów medycyny. 

Podstawowym objawem boreliozy jest rumień wędrujący. To zmiana skórna, która rozwija się w miejscu wbicia się kleszcza. To początkowy, bardzo charakterystyczny objaw boreliozy. Pojawia się zwykle do trzech tygodni po „ukąszeniu” kleszcza, ale dr n. med. Katarzyna Toruńska-Stawińska zaznacza, że to nie jest reguła: 

– Rumień to tylko 25 proc. przypadków. W dodatku może swędzieć, choć na studiach uczyli mnie, że nie daje takich objawów. Może też boleć: miałam pacjentów z bólem neuropatycznym w jego obrębie. Zresztą borelioza często jest mylona z reumatoidalnym zapaleniem stawów (RZS) oraz chorobami tkanki łącznej, których objawem jest ból stawów. Bywa tak, że pacjent idzie do lekarza, ten zleca test na boreliozę, który, jak już mówiłam, może dać fałszywy wynik. A skoro nie ma boreliozy, to się jej nie leczy. Tymczasem krętek jest w organizmie – mówi. 

Oprócz objawów ze strony stawów jest jeszcze wspomniana już neuroborelioza. Często mylona ze stwardnieniem rozsianym (SM). Różnicowanie tych chorób jest niekiedy bardzo trudne, szczególnie w przypadkach, kiedy pacjent nie pamięta ugryzienia kleszcza i nigdy nie miał rumienia. 

– Wprawny neurolog sobie poradzi, ale trzeba pamiętać, że neuroborelioza i SM to dwie różne jednostki chorobowe, gdzie postawienie właściwego rozpoznania ma znaczący wpływ nie tylko na leczenie, ale na życie pacjenta. Zarówno jedna, jak i druga choroba zajmuje układ immunologiczny, jednak z tą różnicą, że SM go patologicznie aktywuje, a borelioza patologicznie osłabia – mówi dr Toruńska-Stawińska. – Generalnie zawsze powinno się zwracać uwagę na nietypowe objawy. Takie, które w innych chorobach nie występują. Ktoś rano wstaje i bolą go stopy, gdy dotyka podłogi. Albo nagle przestaje tolerować nawet małe dawki alkoholu. Wypije kieliszek wina, a na drugi dzień budzi się z ogromnym kacem. Pojawiają się nagłe objawy ze strony oczu, których okuliści nie potrafią wyjaśnić, choroba lokomocyjna, której wcześniej nie było, dziwne napady zimna. Ten ostatni objaw występuje w neuroboreliozie u osób z porażonym ośrodkiem termoregulacji. Depresja czy choroba afektywna dwubiegunowa także mogą mieć związek z boreliozą. Generalnie niełatwo jednak stwierdzić stan zajęcia układu nerwowego przez krętka bakterii, kiedy wyniki badań podstawowych: morfologicznych i biochemicznych nie odbiegają od normy. Pacjenci są wówczas postrzegani jako hipochondrycy albo symulanci – mówi lekarka.

Krętek w sercu

Kiedy krętek zaatakuje serce, borelioza może bezpośrednio zagrażać życiu, bo może dawać objawy bloku przedsionkowo-komorowego i zatrzymania akcji serca. 

– Zapalenie mięśnia sercowego u kogoś młodego zawsze powinno rodzić podejrzenia boreliozy. Zaburzenia krążeniowe mogą wystąpić zarówno we wczesnej rozsianej postaci boreliozy, jak i po kilku miesiącach od zainfekowania. Istnieje ryzyko bezpośredniego uszkodzenia tkanki mięśniowej przez patogen, co stanowi istotny czynnik ryzyka zgonu w tej chorobie. Ocenia się, że 6–10 proc. pacjentów zainfekowanych krętkiem Borrelia rozwinie dysfunkcje pracy mięśnia sercowego – przestrzega lekarka. 

Wskutek zakażenia krętkiem zdarzają się też zaburzenia rytmu serca, a nawet przypadki wymagające wszczepienia stymulatora serca. 

– Rosnąca liczba ablacji, czyli zabiegów kardiologicznych, które są wykonywane w celu trwałego wyleczenia zaburzenia rytmu serca, nazywanego częstoskurczem, być może także nie jest przypadkowa. Bardzo ciekawe będą wyniki badań i związki sercowych problemów z boreliozą – mówi dr Toruńska-Stawińska.

Leczenie boreliozy – opinie dzielą lekarzy

Większość epidemiologów i lekarzy chorób zakaźnych uważa, że borelioza jest prostym problemem klinicznym, wymagającym tylko badań serologicznych i krótkiej antybiotykoterapii. To zwolennicy oficjalnie obowiązującej w Polsce i Europie metody leczenia boreliozy, czyli IDSA [Amerykańskie Towarzystwo Chorób Zakaźnych – red.]. Liczne objawy występujące po leczeniu przypisują zespołowi poboreliozowemu, którego istnienia jednak nie potwierdzono w pracach naukowych. 

– Krętek Borrelia jest bardzo duży, ruchliwy, przybiera różne formy, potrafi się uśpić na jakiś czas, przetrwać, a jak jego otoczenie się poprawi, przechodzi w postać spiralną, bardzo szybko się porusza i bardzo wolno dzieli. Do tego, inaczej niż wszystkie inne bakterie, potrafi schować własne antygeny tak, że nasz układ odpornościowy ich nie widzi! Ma wiele mechanizmów przetrwania, których do końca nie znamy. Nie zawsze też można trafić z antybiotykiem, bo on działa tylko wtedy, gdy bakteria się dzieli – tłumaczy dr Toruńska-Stawińska. Dlatego jej zdaniem borelioza absolutnie nie jest prostą chorobą – ani do diagnozowania, ani do leczenia. 

– Szczerze? Ja bym leczenia pacjenta zaledwie przez trzy tygodnie antybiotykiem, jak radzą lekarze chorób zakaźnych, nie zaryzykowała. Zresztą nawet nowe zalecenia IDSA, czyli te oficjalnie obowiązujące, zostały w 2018 roku znowelizowane i obecnie mówią, że chorego na boreliozę powinno się leczyć co najmniej pięć tygodni. To oznacza, że lekarze chorób zakaźnych, którzy zajmują się leczeniem boreliozy, zrozumieli w końcu, że ta choroba wymaga jednak dłuższej terapii. Co więcej, już uznali, że dwoma antybiotykami! I to jeszcze w jakich dawkach! – punktuje. 

Jest grupa lekarzy, którzy już od dawna proponują pacjentom długotrwałą antybiotykoterapię. 

– Nie należy jednak przesadzać w żadną stronę, zwłaszcza że niektórzy nieuczciwi „eksperci” próbują na boreliozie robić biznes. Uważam, że dawkę antybiotyków zawsze trzeba ustalić indywidualnie. Podawanie ich latami, co czasem czynili niektórzy, jest naganne. Cieszy natomiast, że lekarze skupieni wokół wytycznych IDSA zaczynają w końcu przychylniej patrzeć na to, co mówią amerykańscy lekarze klinicyści ILADS [Międzynarodowe Towarzystwo ds. Boreliozy i Chorób z Nią Powiązanych – red.], którzy już od 30 lat prowadzą swoje badania nad boreliozą – twierdzi lekarka i zaznacza, że z jej doświadczenia wynika, że bezpieczniej jest leczyć przez trzy miesiące antybiotykami, niż leczyć za krótko albo w ogóle.

***

Artykuł ukazał się w „Urodzie Życia” 8/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Choroba hashimoto
IStock

Chorujemy na chorobę Hashimoto i celiakię, bo… jesteśmy kobietami?

Hashimoto, celiakia, stwardnienie rozsiane. Choroby immunologiczne są kobiecą domeną. O tym, dlaczego chorujemy na nie znacznie częściej niż mężczyźni, i jak się przed nimi bronić, z doktorem Wojciechem Sydorem rozmawia Katarzyna Podhorecka.
Katarzyna Podhorecka
30.07.2020

Choroba Hashimoto to jeden z typów zapalenia tarczycy, a jej przyczyną jest to, że mówiąc najprościej, organizm zaczyna zwalczać jeden ze swoich organów: tarczycę, co prowadzi do stanu zapalnego. W poczatkowej fazie może nie dawać żadnych niepokojących objawów, bywa, że chora dowiaduje się o chorobie podczas badania kontrolnego tarczycy. Z czasem pojawia się senność, zaczyna łuszczyć się skóra, wypadaja włosy, problemy z koncentracją, ciągła senność i uczucie rozbicia, a nawet depresja. O tym, jak leczyć Hashimoto i inne choroby z autoagresji mówi dr n. med. Wojciech Sydor, specjalista w zakresie chorób wewnętrznych, immunologii klinicznej oraz angiologii ze Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. Katarzyna Podhorecka: Dlaczego kobiety częściej niż mężczyźni chorują na choroby autoimmunologiczne? Wojciech Syd or: Nie na wszystkie. Na łuszczycę i na cukrzycę typu 1 choruje więcej panów. Na wrzodziejące zapalenie jelita grubego chorujemy mniej więcej po równo. Ale rzeczywiście, jeśli chodzi o takie choroby, jak reumatoidalne zapalenie stawów, toczeń układowy, choroba Hashimoto czy Gravesa-Basedowa, to kobiety stanowią nawet 75 proc. chorych. Przyczyną tego prawdopodobnie są hormony płciowe. Wahania poziomu estrogenów i progesteronu u kobiet wpływają na pobudzenie ich układu odpornościowego i osłabienie tolerancji immunologicznej. Tak samo np. antykoncepcja hormonalna lub hormonalna terapia zastępcza nieco zwiększa ryzyko niektórych chorób autoimmunologicznych. Przykładem burzy hormonalnej jest też ciąża. Jak wpływa na przebieg chorób autoimmunologicznych? Ciąża to rodzaj transplantacji, bo płód rozwijający się w ciele matki tylko w połowie składa się z jej komórek. Druga połowa to obce białko – silnie immunogenne antygeny ojcowskie. Aby...

Czytaj dalej
Beata Kos-Kudł
fot. Piotr Porebsky

Nie czekajmy na menopauzę jak na koniec świata. To nowy początek, mówi prof. Beata Kos-Kudła

„W endokrynologii można stymulować czy hamować wydzielanie hormonów, tu trochę odjąć, tu trochę dodać, a efekt jest od razu widoczny i pacjenci czują się lepiej. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki” – mówi wybitna polska endokrynolożka, prof. Beata Kos-Kudła.
Magdalena Żakowska
04.06.2020

Klinika Endokrynologii i Nowotworów Neuroendokrynnych, którą kieruje prof. Beata Kos-Kudła, została uznana za Europejskie Centrum Doskonałości, jedyne w Europie Środkowo-Wschodniej. Leczy tysiące chorych z całej Polski – jednych u siebie w szpitalu, innych za pomocą platformy internetowej własnego pomysłu. Jeśli miałybyśmy ją z kimś porównać, to nasuwa się tylko jedno naziwsko –  profesor Beata Kos-Kudła jest Olgą Tokarczuk w dziedzinie medycyny! Magdalena Żakowska: Klinika, uniwersytet, prywatna praktyka, a do tego działalność w towarzystwach naukowych. Jak pani to wszystko łączy?   Prof. Beata Kos-Kudła:  Wewnętrzna dyscyplina plus pasja. Wstaję o 5.30. Ćwiczę. Krótko, żeby mieć więcej energii. Dosłownie kilka powtórzeń rytuałów tybetańskich. Co to takiego? Zestaw pięciu ćwiczeń, które mają dać nam zdrowie i długowieczność. Bardzo polecam. Te ćwiczenia nie wymagają żadnych przyrządów, urządzeń, może je robić każdy i wszędzie. Liczba powtórzeń zależy tylko od kondycji, czasu i ochoty.  Wierzy pani w medycynę niekonwencjonalną? Nie neguję jej. Najprawdopodobniej nie istnieją badania naukowe, które w sposób jednoznaczny udowadniają, że ta medycyna przynosi efekty, ale na pewno ma pozytywny wpływ na psychikę pacjenta, a to też jest bardzo ważne. W Peru nawet dyplomowani lekarze leczą ziołami, a po zdobycze medycyny konwencjonalnej sięgają dopiero w drugiej kolejności.  Po ćwiczeniach śniadanie? Przygotowuje je mąż, ale jedyne, w czym się w kuchni specjalizuje, to jajecznica i wrzucanie frankfurterek do wrzątku. To nasze stałe śniadaniowe menu. Potem szpital. Lunch jem często w samochodzie w drodze ze szpitala na uniwersytet, gdzie mam wykłady, bo to 40 kilometrów w jedną stronę. Potem wpadam do redakcji...

Czytaj dalej
Choroba dwubiegunowa
Adobe Stock

Na czym polega choroba dwubiegunowa? Objawy i leczenie 

„Raz na wozie, raz pod wozem”, to zupełnie normalne, naturalne. Każdy z nas wie, że tak właśnie wygląda życie. Człowiek cierpiący na chorobę dwubiegunową także przeżywa sinusoidę, tyle że skrajność tych dwóch stanów jest ogromna, podobnie jak ich intensywność. Wahania nastroju są tak duże, że uniemożliwiają „normalne” funkcjonowanie, paraliżują życie. 
Karolina Morelowska-Siluk
25.09.2020

Na chorobę afektywną dwubiegunową (ChAD), bo tak brzmi jej pełna nazwa, choruje ponad 30 milionów ludzi na całym świecie, dlatego mieści się ona w pierwszej dwudziestce najpoważniejszych przyczyn niepełnosprawności. Choroba nazywana potocznie „dwubiegunówką” występuje równie często u kobiet jak i u mężczyzn, chorują na nią ludzie ze wszystkich grup etnicznych i społecznych. Ryzyko zachorowania najwyższe jest u młodych ludzi, u ponad połowy wszystkich chorych rozpoczyna się przed ukończeniem 25 roku życia. Posługując się już językiem fachowym, choroba charakteryzuje się nawracającymi epizodami depresji i manii. Częstotliwość i forma tych epizodów zależą w dużej mierze od konkretnego przypadku, wyróżnia się jednak dwa zasadnicze typy zaburzenia: typ I, w którym występują depresje i manie, oraz typ II, składający się z okresów depresji i hipomanii, czyli manii o mniejszym nasileniu.  Pacjenci z chorobą dwubiegunową typu I są szczególnie narażeni na równoczesne występowanie innych chorób. Z badań przeprowadzonych  przez Światową Organizację Zdrowia wynika bowiem, że u blisko 70 procent chorych z chorobą dwubiegunową rozpoznaje się jednocześnie zaburzenia lękowe, a u ponad 30 procent – zaburzenia związane z nadużywaniem substancji psychoaktywnych.  Objawy choroby dwubiegunowej Depresja w ChAD przebiega tak samo jak ta „zwyczajna” depresja. Chory doświadcza znacznego spadku nastroju, braku wiary w siebie, odczuwa lęk, jest niezdolny, by wykonać proste, codzienne czynności. Nie ma ochoty na społeczne interakcje, także jego libido bardzo spada. W manii z kolei świat jest „różowy”, a chory ma nadludzkie siły: nie musi jeść, spać, odpoczywać. Ma milion pomysłów na minutę, wierzy w siebie i swoją moc. Podczas manii rozbuchane...

Czytaj dalej
choroby psychosomatyczne
Adobe Stock

Praca ponad siły, stres, pośpiech. Nasz styl życia funduje nam choroby psychosomatyczne

Nawet dziesięć na sto dolegliwości, z którymi zgłaszamy się do lekarzy, ma podłoże psychosomatyczne. Nie łagodzą ich farmaceutyki, ale otwarta rozmowa z lekarzem i umiejętne radzenie sobie ze stresem.
Katarzyna Podhorecka
12.06.2020

Lekarze zazwyczaj bardzo nie lubią pacjentów z objawami psychosomatycznymi. Z prostej przyczyny – że zwykle nie wiedzą, jak im pomóc. Dlatego bywa, że chorzy z dolegliwościami psychosomatycznymi są traktowani w gabinetach lekarskich jak hipochondrycy, którzy próbują skupić na sobie uwagę, opowiadając o swoich wyimaginowanych dolegliwościach. Albo jeszcze gorzej: jak zwykli naciągacze, którzy próbują wyłudzić zwolnienia lekarskie. Lekarze w takiej sytuacji na odczepnego przepisują suplementy diety w nadziei, że pacjentowi „przejdzie samo”, albo że zmienią lekarza – problem w tym, że ludzie, którzy zmagają się z objawami psychosomatycznymi, nie symulują! Oni naprawdę odczuwają fizyczny ból i potrzebują pomocy.  – Najczęściej to ból głowy, brzucha, stawów, częste są także bóle w klatce piersiowej, duszności albo uporczywy kaszel, omdlenia, uczucie kołatania serca, zawroty głowy – wymienia dr Anna Plucik-Mrożek, specjalistka chorób wewnętrznych z Centrum Medycznego Medicover w Warszawie i dyrektor Fundacji Exercise is Medicine Polska. Rzadziej, ale zdarzają się też szumy uszne czy pogorszenie widzenia. Osobom, które pracują głosem, z powodu nadmiernego napięcia zdarza się go stracić. Muzykom z niewyjaśnionych przyczyn sztywnieją nadgarstki.  Jeszcze inni pacjenci nie mają konkretnych dolegliwości, ale tracą apetyt, od rana czują się wyczerpani, a wieczorem nie mogą zasnąć. Tym, co łączy ich wszystkich, jest źródło dolegliwości – czyli emocje, najczęściej przewlekły stres, którego doświadczają w związku z pracą czy sytuacją rodzinną.  – To wcale nie musi być traumatyczne przeżycie, np. nieuleczalna choroba kogoś bliskiego czy utrata pracy – mówi dr Izabela Pawłowska, psycholog zdrowia,...

Czytaj dalej