Beduińska prawniczka walczy o prawa kobiet!
getty images
#czytajdlaprzyjemności

Beduińska prawniczka walczy o prawa kobiet!

Ratowała 15-latkę, której matka kazała popełnić samobójstwo.
Maria Fredro-Boniecka
18.11.2018
Już jako dziewczynka była buntowniczką. Jedyną taką w beduińskiej wiosce na pustyni Negew. Insaf Abu Szareb chciała decydować o sobie, studiować, pracować. Teraz, kiedy jej się udało, pomaga innym kobietom uwolnić się z poddaństwa. Insaf Abu Szareb to beduińska prawniczka, która wywalczyła sobie prawo do życia w godności i po swojemu. Teraz walczy o to samo dla swoich rodaczek
 
Beer Szewa, wąska ulica Hadasa. Przypomina bardziej arabską dzielnicę niż wyluzowany Tel Awiw. Upał niemiłosierny. Ale trudno się dziwić, w końcu miasto zostało zbudowane na pustyni Negew, na południu Izraela. Odnajduję niebieskie drzwi z tabliczką w trzech językach, po arabsku, hebrajsku i angielsku: Organizacja pozarządowa Itach-Maaki. Prawniczki dla Społecznej Sprawiedliwości. Ośrodek Obrony Praw Beduińskich Kobiet z Negew.
 
Z uśmiechem wita mnie piękna kobieta z rozjaśnianymi włosami. Insaf Abu Szareb ma mocny uścisk dłoni.
– Macie tu niezły upał – zagaduję.
Insaf wybucha śmiechem i nalewa mi z termosu do szklanki herbatę z miętą.
– Najlepiej gasi pragnienie. Choć dla mnie wcale nie jest aż tak gorąco. Tam, gdzie się wychowałam, bywa goręcej. Jutro jadę z rodziną na wakacje do Rzymu. Zastanawiam się, czy nie zabrać swetra, bo ma być tylko powyżej dwudziestu stopni.
 
Wydaje się, banalna historyjka: Izrael, prawniczka, kariera, klientki, wakacje w Rzymie. Nie byłoby w niej nic nadzwyczajnego, gdyby Insaf była Żydówką. Ale ona jest Beduinką, a interesantkami są inne Beduinki, porzucone żony czy ofiary przemocy domowej, które szukają u niej pomocy. Bo słyszały, że potrafi walczyć z władzą i mężczyznami.
 
Przy Dimonie Beer Szewa to metropolia. Dimona jest małą dziurą na pustyni Negew. Najpierw mieszkali tu Żydzi z Afryki. Przyznano im ziemię, domy musieli zbudować sobie sami. W latach 80. i 90. niemal masowo sprowadzili się tam jeszcze Żydzi z Rosji. Dimona jest jednak znana, bo w jej okolicy za wysokimi zasiekami zbudowano reaktor jądrowy, a pustynne tereny służą za poligony. Pustynia była ziemią Beduinów, przynajmniej tak było do 1948 roku, kiedy powstało państwo Izrael.
 
Jest połowa lat 80. Insaf nie może się doczekać pierwszego dnia szkoły. Wreszcie zobaczy, jak wygląda świat poza rodzinną osadą Asder. Mieszka w „nieuznawanej wiosce”, jak większość Beduinów na pustyni Negew. Namioty, baraki sklecone z blachy falistej, dykty i folii, zdarzają się niewielkie domki z pustaków. Ludzie żyją bez bieżącej wody i prądu. Czasem jest to mały skrawek ziemi i kilka chałupek, czasem kilkadziesiąt. Zawsze jest coś na kształt meczetu, gdzie w piątki mieszkańcy się modlą. Izrael nie uznaje dokumentów potwierdzających ich własność, więc regularnie rozjeżdża buldożerami kartonowo-blaszane gospodarstwa i nakazuje eksmisję.
 
Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Beduińska wioska na pustyni

Insaf siedzi w namiocie kobiecym połączonym z kuchnią. Jest trzecią w kolejności dziewczynką, w sumie będzie miała 14 sióstr i dwóch braci. Mama z okrytą głową, w czarnej sukience zakrywającej wszystkie części ciała, krząta się bez ustanku. Ojciec jest poza wioską, pracuje w polu, a gdy wraca, spędza czas z wujami w sziggu – specjalnym namiocie dla starszyzny. Mężczyźni popijają mocną kawę, herbatę, palą papierosy i dyskutują bez końca. Kobietom nie wolno palić, ale robią to w ukryciu, kiedy chcą chwilę odetchnąć.
 
Dziewczynka codziennie maszeruje godzinę, by dotrzeć do szkoły do Arary, 20 km od Dimony. Lubi się uczyć. Wraca, odrabia lekcje, pomaga w domu. Rodzeństwa przybywa. Coraz częściej patrzy na wiecznie zmęczoną matkę i ciotki z przerażeniem i współczuciem. Co to za życie, myśli sobie. I po co to wszystko? Nawet nie mogą wyjść poza wioskę, bo mężowie nie pozwalają. Jest małą buntowniczką, zadaje za dużo pytań.
 
– Nie chciałam powielać ich życia. Postanowiłam, że nigdy nie wyjdę za mąż i nie będę mieć dzieci. Przysięgłam sobie, że będę wolna, nikt mi niczego nie będzie kazał ani zabraniał – wspomina Insaf.
 
Nie przykrywa głowy, nosi sukienki, maluje się. – Chciałam zostać prawniczką, choć nie wiedziałam, co to znaczy. Słowo „prawo” brzmiało magicznie. Chciałam zaczarować Beduinki, a może odczarować z tego poddaństwa mężczyznom.
Gdy skończyła podstawówkę i liceum, oznajmiła matce, że jedzie na studia prawnicze do Netanji, na północ Izraela. Rozpoczęły się długie pertraktacje matki z ojcem. – Sama nie mogłam prosić o zgodę. Wszystko u nas załatwia się przez matkę. Ojciec naradzał się z wujami. W końcu powiedzieli: „Nie!”. No bo jak Beduinka ma wyruszyć sama do obcego miasta? To hańba dla rodziny.
 
Ale Insaf się uparła. W końcu ojciec odpuścił. Ale nie przyznał się wujkom. Powiedział, że córka jest chora i musi jechać do miasta do szpitala. Pod taką przykrywką rozpoczęła studia. Na uczelni musiała mierzyć się z kolejnymi trudnościami. Niełatwo jej było znaleźć przyjaciółkę. Była Beduinką z pustyni, nawet nie Arabką z miasta, a co dopiero Żydówką. Uświadomiła sobie, że przepaść między życiem w nielegalnej wiosce a tym w mieście, jest jeszcze większa, niż jej się wydawało. Wkurzało ją to. Skończyła prawo i zapisała się na dwuletnie studia genderowe.
 
– Nadal jestem wyjątkiem w swojej społeczności, ale wierzę, że dzięki mojej pracy inne kobiety pójdą w moje ślady. Dla organizacji Itach-Maki przygotowałam raport dotyczący przemocy wobec kobiet beduińskich z Negew. Wiesz, że aż 30 procent Beduinek nie skończyło żadnej szkoły, połowa tylko podstawową, a 18 procent – średnią? Jestem taka dumna z mojej młodszej siostry, że zdaje na medycynę. Będziemy w rodzinie już dwie z wyższym wykształceniem.
 
Do pokoju, w którym rozmawiamy, wchodzi sekretarka. Pilna sprawa. Insaf podnosi słuchawkę. Przez chwilę rozmawia po arabsku. – Policja zatrzymała palestyńską kobietę za brak papierów uprawniających do pobytu w Izraelu. Żona Beduina z Negew, ale formalnie jest tu nielegalnie – tłumaczy szybko. – Muszę załatwić, żeby ją wypuścili. To zajmie maksymalnie pół godziny. Dzwoni, tym razem rozmawia po hebrajsku, jednocześnie pisze mail. 20 minut później sprawa jest załatwiona.
 
– To standardowa sytuacja. Nie należy do tych najtrudniejszych, z którymi mierzę się w sali sądowej. Ale wierzę, że odwołując się do prawa, mogę wiele wygrać. Większość Beduinek nie ma świadomości swoich praw. Mężowie, bracia je leją, porzucają dla kolejnych żon, a one nie chcą wnosić oskarżeń, przeprowadzić się do schroniska. Boją się ostracyzmu ze strony rodziny, nie wierzą, że ich życie może wyglądać inaczej. Nie znają innego. Chcę to zmienić. Spotykam się z nimi, tłumaczę, że poligamia jest nielegalna, buntuję: „Patrzcie na mnie. Przecież mi nikt nie pomagał, nie ułatwiał, po prostu się uparłam. Mam 37 lat. Decyduję o sobie. Wy też możecie”.
 
Poligamia to ogromny problem. Coraz większy w ostatnich latach. Prawo izraelskie zabrania wielożeństwa od 1977 roku, ale dla wielu Beduinów liczy się prawo szariatu i prawo tradycji. Nawet jedyny beduiński poseł w Knesecie ma dwie żony, co złości Insaf potwornie. Wygląda to inaczej niż w arabskich rodzinach, gdzie pierwsza żona musi zaakceptować kolejną, gdzie wszystkie mieszkają wspólnie i razem wychowują dzieci.
 
Beduin ma inne podejście. Gdy znudzi mu się jedna żona, szuka kolejnej, a tamtą porzuca. Albo się od niej wyprowadza, albo ją wyrzuca z domu. Kobieta po trzydziestce czy czterdziestce w normalnym świecie powinna mieć zawód w ręku, być samodzielna. Tu tak nie jest, bo to mąż zapewnia byt, a ona siedzi w domu, często nie ma ukończonych nawet ośmiu klas i nie mówi po hebrajsku. Jak ma się domagać swoich praw u urzędników, którzy jej nie rozumieją i odsyłają z kwitkiem?
 
Jakiś czas temu przyszła do niej Fatima. Gdy mąż znalazł sobie drugą żonę, wyrzucił ją z domu. Zamieszkała z dziećmi w tej samej wiosce, na tej samej ziemi. Dyshonorem byłoby wrócić do rodziców, poza tym liczyła, że mąż będzie dawał jej pieniądze na utrzymanie dzieci. Przeliczyła się. Ze wstydem prosiła o pomoc rodzeństwo. Straciła też zapomogę państwową, bo odbierał ją mąż. Którejś nocy przyszedł do Fatimy, wyciągnął ją na podwórze i zgwałcił. Zaszła w ciążę. To jej wina. Poza tym to nie był gwałt, sama Fatima tak uważała, bo w końcu doszło do stosunku z mężem.
 
– Musiałam potrząsnąć tą dziewczyną. Odczarować. Namówiłam ją na proces. Choćby po to, by odzyskać zasiłek. A potem przekonać Fatimę do rozwodu. Organizuję kursy zawodowe dla kobiet, żeby wychyliły nos z namiotu, w którym tylko gotują, sprzątają i niańczą dzieci. Namówiłam policję, by przeszkoliła Beduinki do pracy na komisariacie, by mogły przyjmować skargi od kobiet – podnosi głos, gdy zaczyna się emocjonować. Odruchowo sięga do słoiczka z błyszczykiem i nawilża usta.
 
 

Beduinka piekąca chleb

Najbardziej wkurzają Insaf Beduinki, które stają przeciwko własnym córkom. Ostatnio ratowała 15-latkę, której matka kazała popełnić samobójstwo, bo czatowała z chłopakiem w sieci. – Sama związała jej szubienicę. Bo zhańbiła rodzinę. Dziewczyna uciekła z domu, dotarła do Beer Szewy i zgłosiła się do pomocy społecznej. Nie chciała wracać do rodziców, a kobieta z pomocy społecznej odwiozła ją z powrotem. Pojechałam do wioski, zagroziłam rodzicom, że skończą w więzieniu, i zabrałam dziewczynę. Dziś jest w żeńskim sierocińcu na północy Izraela i nie musi się już niczego obawiać.
 
Pytam Insaf, czy wytrwała w postanowieniu i nadal jest sama. Uśmiecha się i pokazuje mi w komórce zdjęcie z trójką dzieci. – Po studiach poznałam chłopaka. Beduina. Pomyślałam sobie, że może życie z kimś byłoby lepsze. Ale nie podejmowałam pochopnej decyzji. Spotykaliśmy się trzy lata, aż któregoś dnia się mu oświadczyłam. Zrobiłam to po swojemu, jak wszystko w życiu. Musa jest instruktorem prawa jazdy. Mamy dwóch synków i córeczkę. Mieszkamy w Beer Szewie. Jesteśmy zwyczajną rodziną. Z trójką dzieci, no, nawet z piątką, można pracować i robić karierę. Ale nie z siedemnastką!
 
Dalej robi wszystko po swojemu, co wcale nie podoba się jej rodzinie. Przecież burzy porządek. Podważa wieloletnią tradycję. Buntuje kobiety. Jest pierwszą kobietą w swojej wiosce, która zrobiła prawo jazdy. Występuje w telewizji, chodzi na wiece. Chce się upodobnić do Żydówek. Siostry zapraszają ją, by je odwiedziła, przypomniała sobie, czym jest prawdziwe życie rodzinne. – Kiedy do nich jadę, chcą, bym spędzała z nimi całe dni, patrzyła, jak niańczą dziesiątkę dzieci, jak piorą i gotują. Beduini w Izraelu mają najwyższy przyrost naturalny na świecie. Siostry narzekają na swój los, na mężów, ale nie chcą inaczej. Mam nadzieję, że może ich córki będą silniejsze. Przecież płynie w nas ta sama krew.
 
Wychodząc za Musę, też pogwałciła zasady. Sama sobie wybrała męża, nie pytała o zgodę ojca. Do tego Musa jest Beduinem nie z tego klanu, z którego życzyliby sobie rodzice. Widzę, że Insaf wolałaby mieć akceptację najbliższych, że nie jest jej to obojętne. Może gdy któregoś dnia zasiądzie w Knesecie i wywalczy prawo do ziemi dla Beduinów, mężczyźni odpuszczą, a kobiety usłyszą, że mają więcej praw, niż im się wmawia. Jutro jedzie do Rzymu i teraz tym żyje. A gdy wróci, spełni swoje największe marzenie: otwiera własną kancelarię. W oczach wielu kobiet już jest bohaterką, może któregoś dnia jej wioska zostanie uznana przez rząd, a wujowie, bracia i ojciec będą mówić z dumą: „To zasługa naszej Insaf”.
 
Tekst ukazał się w „Urodzie Życia” 9/2016
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Daria Skrzypczak-Kozikowska
Rafał Masłow

Adwokatka kobiet: „Polacy są dobrze wyedukowani, jak nie płacić alimentów na swoje dzieci” 

„Nie jesteśmy z natury ani szlachetniejsze, ani uczciwsze od mężczyzn. Ale pełniąc określone funkcje w życiu, musimy zadbać o nasze prawa”, mówi Daria Skrzypczak-Kozikowska, prawniczka.
Sylwia Niemczyk
07.09.2020

Alimenty, opieka nad dzieckiem albo procesy o mobbing – Daria Skrzypczak-Kozikowska reprezentuje kobiety, które muszą dochodzić swoich praw w sądzie nieraz miesiącami albo całymi latami. Na sali sądowej widzi łzy, często jest świadkiem wielkich emocji.  Sylwia Niemczyk: Pamiętasz swój pierwszy proces w sądzie? Daria Skrzypczak-Kozikowska: Oczywiście! Sprawa o zabójstwo, w grę wchodziła kara 25 lat więzienia. Jeszcze jako nieopierzona aplikantka – bo ja tej sprawy nie prowadziłam, tylko przyglądałam się temu, co mówi i robi mój patron – siedziałam w sali rozpraw z przeświadczeniem, że tak mile wyglądający, spokojny gość nie mógłby przecież być zabójcą. A on nagle wstaje na rozprawie i przyznaje się do winy. I choć to był wtedy dla mnie szok, to dzięki tamtej sprawie uświadomiłam sobie, że moja ocena, czy oskarżony jest winny, czy nie, nie jest tak istotna. Zadaniem adwokata jest to, by zadbać o prawa oskarżonego i dać mu możliwie najlepsze wsparcie.  A jaka była pierwsza sprawa, którą już prowadziłaś sama? W sądzie rodzinnym o ustalenie kontaktów z dzieckiem i o powierzenie władzy rodzicielskiej matce. Wtedy myślałam, że biorę udział w batalii – dziś wiem, że w sumie to była bardzo ugodowa sprawa, bo choć rodzice dziecka nie mogli porozumieć się w kilku kwestiach, to zakończyła się na kilku posiedzeniach.  Zwykle tak się nie dzieje? Bywa, że byli partnerzy, małżonkowie nie są w stanie przez całe lata się ze sobą dogadać. Sprawy, które toczą się między dwojgiem kiedyś bliskich sobie ludzi, są bardzo trudne i adwokat musi być w nich nie tylko prawnikiem, ale też trochę psychologiem. Musi wiedzieć, kiedy walczyć, a kiedy lepiej będzie odpuścić – a już na pewno nie może dodawać emocji, ale raczej je studzić. I nie...

Czytaj dalej
Cate Blanchett
mat. prasowe

Cate Blanchett w roli zdrajczyni kobiet w nowym serialu HBO

W „Mrs. America” Cate Blanchett gra kobietę, którą feministki chciały spalić na stosie. „By zrozumieć Phyllis Schlafly, musimy zrozumieć, ile miała uroku”, mówi aktorka.
Anna Zaleska
14.04.2020

Na wszystkich zdjęciach promiennie się uśmiecha, z jednym wyjątkiem – to fotografia zrobiona zaraz po tym, jak ktoś rzucił jej jabłecznikiem w twarz. Wtedy uśmiech na ułamek sekundy zniknął, ale Phyllis Schlafly nie straciła zimnej krwi. Całe zajście skwitowała stwierdzeniem: „Ten dzień okazał się bardziej ekscytujący, niż się spodziewałam. Chciałabym też podziękować moim politycznym oponentom za to, że nie wybrali ciasta wiśniowego, bo miałabym plamę na sukience”. Ulubienica Donalda Trumpa Kiedy Cate Blanchett dostała propozycję zagrania kobiety, którą amerykańskie gospodynie domowe nazywały swoją Joanną D'Arc, usiadła przy biurku, by jak najwięcej dowiedzieć się o swojej bohaterce. Czytając jej artykuły i przemowy, wertując książki (napisała ich 20) utwierdzała się w przekonaniu, że wchodzi do umysłu kogoś, kogo poglądy są fundamentalnie sprzeczne z jej własnymi. Ale też, że ta sympatycznie i krucho wyglądająca kobieta musiała być osobą niesłychanie wpływową, skoro w 2016 roku sam Donald Trump wygłosił mowę na jej pogrzebie. Phillis Schlafly swoje wystąpienia lubiła zaczynać od zdania: jestem tu dzisiaj, bo mąż pozwolił mi przyjść. Ale to była tylko taktyczna zagrywka. W swoim notesie miała numery telefonów do najbardziej wpływowych polityków Ameryki lat 70. O jej poparcie zabiegali kandydaci na prezydentów – oprócz Donalda Trumpa, Richard Nixon i Ronald Reagan. Phillis Schlafly jak nikt rozumiała bowiem konserwatywnego ducha Ameryki, miała też niesłychaną intuicję polityczną. „Zszkowała mnie jej zdolność do inspirowania i mobilizowania ludzi – zauważa Cate Blanchett. – I to, jak różne taktyki stosowała. Była prawdziwą samicą alpha, miała w sobie naturalną siłę. Pod tym względem jesteśmy do siebie podobne”. Amerykanki są prawdziwymi...

Czytaj dalej
East News

Margaret Atwood: czarownica na miarę XXI wieku

Margaret Atwood to dzisiaj jedna z najpoczytniejszych pisarek na świecie. Jej najsłynniejsza powieść „Opowieść podręcznej” znana jest milionom czytelników, a serial zrealizowany na jej podstawie to współczesny antyrządkowy manifest, pod którym podpisują się tysiące kobiet.
Sylwia Arlak
04.06.2020

Kiedy Margaret Atwood miała sześć lat, w drodze ze szkoły do domu ułożyła w myślach swój pierwszy wiersz. Gdy tylko znalazła się w swoim pokoju, zapisała go – i jak sama opowiadała w wielu wywiadach, to właśnie ten moment stał się początkiem długiej i pięknej przygody z literaturą. Mówią o niej, że jest feministką, ale ona sama podkreśla, że współcześnie źle interpretujemy to pojęcie. Podziwiają, że przewiduje przyszłość, ale ona tłumaczy, że jedynie uczy się na błędach przeszłości. Jedno jest pewne — warto słuchać Margaret Atwood, bo możemy się od niej wiele nauczyć o świecie i o sobie samych. Margaret Atwood: wnuczka czarownicy Po koniec XVII wieku niejaka Mary Webster z miasteczka Hadley w okolicy Salem, została przez sąsiadów posądzana o czary. Rozpoczął się proces, ale sąd nie znalazł żadnych dowodów na „winę” kobiety, więc ją uniewinnił. Sąsiedzi jedna nie pogodzili się z wyrokiem i sami próbowali powiesić kobietę. Cudem ocalała: wisiała całą noc, a kiedy sąsiedzy rano przyszli odciąć ją ze sznura, okazało się, że ciągle oddycha. Cieszyła się jeszcze dobrym zdrowiem przez kilkanaście lat, do końca życia nazywano ją Wpół-Powieszoną Mary.  Kiedy Margaret Atwood miała ponad 20 lat, dowiedziała się, że Wpół-Powieszona Mary była jej przodkinią. Przez kolejne lata niosła to dziedzictwo z dumą. To właśnie Mary kanadyjska pisarka zadedykowała „Opowieść podręcznej”. Sama Margaret Atwood może przypominać swoją pra, pra, prababkę. Burza siwych loków, ironiczny uśmiech – i takież riposty, przenikliwość obserwacji, wreszcie – książki, o których czytelnicy mówią: prorocze – to wszystko pozwala ujrzeć w autorce „Opowieści podręcznej”  współczesną czarownicę...

Czytaj dalej
Alina Margolis-Edelman
FOT. SERGIUSZ PECZEK / AGENCJA GAZETA

Alina Margolis-Edelman, czyli Ala z kultowego elementarza

Ala ma kota, a kot ma Alę. Bawią się razem na podwórku w Łodzi, jest przełom lat 20. i 30., jeszcze jest sielankowo. Niestety zaraz rozpocznie się wojna, a dziewczynka jest Żydówką. Oto losy prawdziwej Ali, czyli Aliny Margolis-Edelman.
Kamila Geodecka
16.11.2020

Każdy zna Alę, która miała kota. Nie każdy jednak wie, że Ala tak naprawdę nazywała się Alina Margolis i oprócz tego, że była pierwowzorem dziewczynki z „Elementarza” Mariana Falskiego, przeżyła także w warszawskim getcie wojnę, pomagała w Powstaniu Warszawskim, a następnie została znaną i cenioną lekarką. Swój zawód traktowała jako misję, pomagała w czasie wojen, była członkinią „Lekarzy bez Granic”. Wyszła za mąż za Marka Edelmana, przywódcę powstania w getcie warszawskim. Oto mała Ala, która bawiła się z kotem. Ala ma kota i sielankowe dzieciństwo Ala miała dzieciństwo wolne od obaw i trosk. Mieszkała w dużej secesyjnej kamienicy przy ulicy Piotrkowskiej w Łodzi. Jej rodzice byli zamożnymi lekarzami oraz działaczami społecznymi, którzy obracali się w inteligenckim gronie. Mieszkanie przy Piotrkowskiej często odwiedzał Marian Falski, przyjaciel mamy małej Ali. Dziewczynka zapamięta go jako przystojnego mężczyznę o siwiejących i falowanych włosach. Pewnego dnia Ala dostanie od niego prezent. Otworzy pakunek i zobaczy książkę, a w książce dedykację „Ali z Elementarza – Autor”. Niestety kolorowe dzieciństwo jak z obrazka elementarza szybko się skończy, a Ala razem z mamą wojnę będą miały spędzić w getcie warszawskim. Wojna, getto i pomoc W getcie mama Aliny była lekarką, a sama Alina uczęszczała do szkoły dla pielęgniarek. Matka wiedziała jednak, że jedyną szansą na przeżycie wojny jest wydostanie się z getta na stronę aryjską. Tak też się stało. Dzięki kontaktom z lekarzami Alina razem z mamą mogły zostać przemycone poza teren getta. Nie siedziały jednak bezczynnie. To właśnie pomagając chorym, Alina poznała swojego przyszłego męża – Marka Edelmana. „Tam, pod murem, po raz pierwszy w życiu poczułam się naprawdę...

Czytaj dalej