Nie czekajmy na menopauzę jak na koniec świata. To nowy początek, mówi prof. Beata Kos-Kudła
fot. Piotr Porebsky

Nie czekajmy na menopauzę jak na koniec świata. To nowy początek, mówi prof. Beata Kos-Kudła

„W endokrynologii można stymulować czy hamować wydzielanie hormonów, tu trochę odjąć, tu trochę dodać, a efekt jest od razu widoczny i pacjenci czują się lepiej. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki” – mówi wybitna polska endokrynolożka, prof. Beata Kos-Kudła.
Magdalena Żakowska
04.06.2020

Klinika Endokrynologii i Nowotworów Neuroendokrynnych, którą kieruje prof. Beata Kos-Kudła, została uznana za Europejskie Centrum Doskonałości, jedyne w Europie Środkowo-Wschodniej. Leczy tysiące chorych z całej Polski – jednych u siebie w szpitalu, innych za pomocą platformy internetowej własnego pomysłu. Jeśli miałybyśmy ją z kimś porównać, to nasuwa się tylko jedno naziwsko – profesor Beata Kos-Kudła jest Olgą Tokarczuk w dziedzinie medycyny!

Magdalena Żakowska: Klinika, uniwersytet, prywatna praktyka, a do tego działalność w towarzystwach naukowych. Jak pani to wszystko łączy? 

Prof. Beata Kos-Kudła: Wewnętrzna dyscyplina plus pasja. Wstaję o 5.30. Ćwiczę. Krótko, żeby mieć więcej energii. Dosłownie kilka powtórzeń rytuałów tybetańskich.

Co to takiego?

Zestaw pięciu ćwiczeń, które mają dać nam zdrowie i długowieczność. Bardzo polecam. Te ćwiczenia nie wymagają żadnych przyrządów, urządzeń, może je robić każdy i wszędzie. Liczba powtórzeń zależy tylko od kondycji, czasu i ochoty. 

Wierzy pani w medycynę niekonwencjonalną?

Nie neguję jej. Najprawdopodobniej nie istnieją badania naukowe, które w sposób jednoznaczny udowadniają, że ta medycyna przynosi efekty, ale na pewno ma pozytywny wpływ na psychikę pacjenta, a to też jest bardzo ważne. W Peru nawet dyplomowani lekarze leczą ziołami, a po zdobycze medycyny konwencjonalnej sięgają dopiero w drugiej kolejności. 

Po ćwiczeniach śniadanie?

Przygotowuje je mąż, ale jedyne, w czym się w kuchni specjalizuje, to jajecznica i wrzucanie frankfurterek do wrzątku. To nasze stałe śniadaniowe menu. Potem szpital. Lunch jem często w samochodzie w drodze ze szpitala na uniwersytet, gdzie mam wykłady, bo to 40 kilometrów w jedną stronę. Potem wpadam do redakcji „Endokrynologii Polskiej”, której jestem redaktor naczelną, albo zaczynam prywatną praktykę. Do domu wracam zwykle po 21. Lubię popracować jeszcze późnym wieczorem w ciszy i spokoju, gdy wszyscy już śpią. 

Kiedy rozmawiałyśmy po raz pierwszy, była pani w górach Kaukazu. Za drugim razem na lotnisku w USA, potem w Mediolanie. 

Jestem członkiem zarządu Europejskiego Towarzystwa Endokrynologicznego, mam wykłady na całym świecie, ale w górach Kaukazu byłam prywatnie. Uważam, że ruch i obcowanie z naturą przedłużają młodość. Mój ukochany kierunek to Ameryka Południowa, w tym roku jednak wspinałam się w górach Wielkiego Kaukazu i łańcuchu górskim Tien-szan. Zakochałam się w tych miejscach. Kirgistan, Kazachstan, Azerbejdżan to piękne kraje, z serdecznymi, gościnnymi ludźmi. To jedne z ostatnich miejsc na ziemi, gdzie nie ma jeszcze tłumu turystów, zasięgu komórkowego, wyznaczonych szlaków, na których stoi się w kolejce do szczytu. Dziewięć godzin marszu dziennie w otoczeniu tak spektakularnej przyrody to potężna dawka radości, szczęścia i dumy, że udało się tam wejść, chociaż jeszcze rano nie wierzyłam, że się uda. Obstawiam, że w takich warunkach wydziela się pięć razy więcej potrzebnych nam hormonów! Podróże dają mi power do pracy.

Wybitny chirurg, profesor Paweł Lampe, powiedział mi, że jeszcze do niedawna w szpitalach panowało przekonanie, że kobiety nie nadają się na stanowiska, a nawet jeśli się nadają, to lepiej im tego oszczędzić, bo powinny zakładać rodziny i mieć czas na wychowywanie dzieci.

Nie przypominam sobie takiego momentu w życiu, kiedy wydawało mi się, że nie dam rady, że coś mnie przerasta. I w niczym nie różnię się od innych kobiet – jestem żoną i matką, te role są dla mnie bardzo ważne. W szpitalu cenię sobie pracę z lekarkami. Uważam, że są bardziej dokładne, skrupulatne, perfekcyjne. Jeśli mają rodziny, dzieci, to pracują efektywniej od tych, które mają więcej czasu. Nie możemy dopuszczać do siebie myśli, że bycie kobietą przeszkadza w karierze. To absurd. Jesteśmy wielozadaniowe, myślimy sieciowo, przy odpowiedniej organizacji możemy osiągnąć wszystko. 

Bez kosztów?

Zawsze jest jakiś koszt. W najlepszym wypadku to tylko emocje i trochę stresu. 

Beata Kos-Kudł
fot. Piotr Porebsky

Została pani profesorem w bardzo młodym wieku.

Kiedy ówczesny prezydent Aleksander Kwaśniewski wręczał mi nominację profesorską, w sali oprócz mnie były same siwe nobliwe głowy. Gdy zaprosił mnie na środek, zapytał: „A pani to w zastępstwie?”. 

Mąż jest dla pani wsparciem?

Niejednokrotnie mamy różne zdania, ale gdy trzeba, potrafimy być partnerami. Kiedy braliśmy ślub, wychodziłam za mąż za inżyniera elektryka. Nie chciałam, żeby mój mąż był lekarzem. Wydawało mi się, że jeśli jedna osoba jest tak bardzo oddana pracy jak ja, to ta druga powinna być więcej w domu. I rzeczywiście mąż wychowywał naszą córkę z wielkim zaangażowaniem. Ale ostatecznie skończył medycynę i został ginekologiem. 

A dlaczego wybrała pani endokrynologię?

Był taki moment, że chciałam zostać pediatrą, ale nie potrafiłam sobie poradzić emocjonalnie – nie mogę patrzeć, jak chorują dzieci. W końcu wybrałam endokrynologię, bo wydawała mi się bardzo logiczna. Wydzielanie hormonów przez poszczególne piętra podwzgórza, przysadki, tarczycę, nadnercza czy jajniki jest ściśle określone i od siebie uzależnione. Wszelkie zaburzenia można dość łatwo zdiagnozować, dociec, z czego wynikają. A poza tym w endokrynologii można wiele zrobić – stymulować czy hamować wydzielanie hormonów, tu trochę odjąć, tu trochę dodać, a efekt jest od razu widoczny i pacjenci czują się lepiej. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Czarownica?

Wolę określenie „alchemik”. 

Menopauza to nowy początek

Zajmuje się pani m.in. menopauzą. Aktorka Kristin Scott Thomas w serialu „Fleabag” mówi: „Menopauza to najwspanialsza rzecz na świecie. Jasne, że mięśnie dna miednicy wysiadają, zdarzają się uderzenia gorąca, ale potem… jesteś wolna! Znikają cykliczne bóle miesiączkowe, biologia przestaje determinować twoje życie. Stajesz się nowym człowiekiem. Jest na co w życiu czekać!”. Podpisałaby się pani pod tą teorią?

Podoba mi się, bo zdejmuje z menopauzy te wszystkie piętnujące konotacje, które się z nią przez lata kojarzyły. Bo czym jest tak naprawdę menopauza? To tylko kolejny proces fizjologiczny. Po prostu ostatnia miesiączka, która następuje przeważnie między 45. a 55. rokiem życia. Powoli zaczyna wygasać funkcja jajników, spada wydzielanie estrogenów i progesteronu, ale to jest już proces, który trwa latami. Menopauza nie jest żadnym definitywnym końcem, a moje pacjentki często wypowiadają się o niej wręcz pozytywnie.

To nie jest już temat tabu? 

W gabinecie lekarskim nie. I sądząc po tym cytacie z serialu, społecznie też przestaje nim być. Z moich doświadczeń i obserwacji pacjentek wynika, że około jednej trzeciej kobiet w ogóle nie zauważa objawów menopauzy, kolejna jedna trzecia ma umiarkowane objawy, ale nie na tyle silne, aby przyjmować leki. Ostatnia grupa to kobiety, które ciężko znoszą ten okres. Mam przyjaciółkę, która jest prezesem dużej firmy, wszędzie jej było pełno, kobieta wulkan. I nagle, w okresie menopauzy, zadzwoniła do mnie i powiedziała: „Daj mi coś, bo nie mam ochoty wstawać z łóżka, nic mnie już nie interesuje, zamykam się na wszystko”.

Wtedy lepiej się leczyć czy spróbować przeczekać?

A po co się męczyć?! Kobieta w wieku 45–55 lat to najczęściej kobieta, która jest u szczytu swoich zawodowych aspiracji, która wychowała dzieci i może już znowu stawiać na siebie. To świetny okres w życiu. Czas, którym trzeba się cieszyć, spełniać się w nim bez obciążeń i ograniczeń. Po uzupełnieniu hormonów takie objawy jak u mojej przyjaciółki przeważnie zupełnie znikają.

Hormonalna terapia zastępcza to czasem szansa na życie

Ale czy hormonalna terapia jest zdrowa?

W 2002 roku byłam na stażu naukowym w Harvard Medical School w Bostonie, w Stanach Zjednoczonych i dokładnie w tym samym czasie pojawiły się tam wyniki głośnych badań na ten temat pod nazwą Women’s Health Initiative (WHI). Do tego czasu w Stanach właściwie większość kobiet w okresie menopauzy stosowała terapię hormonalną. Uważano, że dodanie estrogenów przedłuża życie i młodość oraz chroni przed zawałem serca. Towarzystwa kardiologiczne zalecały nawet, aby prowadzić tę terapię jako prewencję choroby wieńcowej. I nagle pojawiły się badania WHI, które kompletnie wstrząsnęły opinią publiczną i środowiskiem lekarskim. Pokazały, że hormonalna terapia może powodować zwiększenie ryzyka raka piersi, płuc, raka błony śluzowej macicy, niemal czterokrotne zwiększenie gotowości zakrzepowo-zatorowej – m.in. udary mózgowe.

W mediach zawrzało, lekarze przedstawiani byli jako mordercy, którzy co roku mordują tysiące kobiet. Pacjentki masowo rezygnowały z terapii estrogenowo-gestagennej. Cztery miesiące później prawie połowa z nich wróciła do swoich lekarzy i poprosiła o powrót do kuracji. Bo dla części kobiet bez tej terapii po prostu nie da się żyć. Nieważne jest wtedy myślenie o rakach, zakrzepach i udarach. To przekonało mnie, że nie ma co zastanawiać się nad potencjalnymi skutkami ubocznymi terapii w sytuacji, gdy życie staje się bez niej nieznośne.

Dziś terapia hormonalna jest bezpieczniejsza?

Na pewno leki są bardziej oczyszczone, mamy coraz więcej nowych preparatów, które możemy podawać nie tylko doustnie, ale też – omijając układ pokarmowy – w postaci żelu, który wciera się w skórę, albo w postaci plastra. W Stanach przed 2002 rokiem stosowano w kuracji estrogeny końskie, a kuracja trwała przeważnie ponad pięć lat, czyli bardzo długo. To nie było zdrowe. W Europie leków na bazie estrogenów końskich na szczęście w zasadzie się nie stosowało. 

Niepożądane skutki uboczne zniknęły?

Wciąż istnieją i w większości się nie zmieniły, ale – jak się w ciągu ostatnich 20 lat okazało – korzyści ze stosowania terapii hormonalnej są porównywalne, jeśli nie większe. Na przykład zmniejsza się ryzyko zachorowania na raka jelita grubego i na cukrzycę typu 2. Ale przede wszystkim terapia zmniejsza objawy wypadowe, czyli uderzenia gorąca i nadmierną potliwość. Wielu kobietom, które zajmują w pracy eksponowane stanowiska, robią kariery, takie objawy mogą znacząco utrudniać życie, bo pani prezes firmy w trakcie posiedzenia zarządu nie może nagle stać się czerwona jak burak i zlać się potem. Terapia zmniejsza też psychiczne skutki menopauzy – depresje, zmiany nastrojów, nadwrażliwość, osłabienie pamięci, zmniejszenie libido, zaburzenia snu oraz w znaczącym stopniu zmniejsza ryzyko zachorowania na osteoporozę. Jeśli zbierze się wszystkie korzyści, to jest ich dużo więcej niż możliwości powikłań. Ważne, żeby lekarz na podstawie badań i rozmowy z pacjentką dobrał odpowiednio indywidualną terapię i żebyśmy nie zapominały o zdrowym stylu życia, w tym dobrym odżywianiu i ruchu! 

Ekspertka od nowotworów neuroendokrynnych

Specjalizuje się pani w leczeniu guzów neuroendokrynnych. Co to takiego? 

To dość rzadkie guzy, które mogą wydzielać hormony. W Polsce zarejestrowanych mamy około 3700 przypadków pacjentów z tą chorobą.

Z pani inicjatywy stworzona została Polska Sieć Guzów Neuroendokrynnych, która skupia wszystkich specjalistów zajmujących się tymi nowotworami. 

Bo aby leczyć guzy neuroendokrynne, potrzebni są specjaliści z wielu dziedzin. To takie ogólnopolskie forum wymiany wiedzy i doświadczeń, dzięki któremu lekarze, którzy na co dzień nie mają do czynienia z tak rzadką chorobą, stali się bardziej wyczuleni na jej objawy.

Jakie to dziedziny?

Na ogół pierwszym specjalistą, do którego trafia pacjent, jest endokrynolog, ponieważ guzy te nierzadko wydzielają hormony. Endokrynolog nie tylko rozpoznaje objawy kliniczne, ale też wdraża terapię hormonalną. Potrzebny jest też chirurg, który – jeśli to możliwe – usuwa guz, a także część przerzutów – tyle, ile się da. Onkolog, tak jak w przypadku wszystkich nowotworów, stosuje chemioterapię. Gastroenterolog prowadzi leczenie i badania endoskopowe, pomagając w ten sposób w diagnozie. Dzięki gastroenterologowi możemy wykonać w czasie endoskopii biopsję nawet bardzo małego guza i rozpoznać jego naturę. Patomorfolog musi dobrze rozpoznać charakter nowotworu, a radiolog precyzyjnie nam go pokazać, abyśmy mogli wybrać najbardziej odpowiednią formę terapii, zaproponować zakres operacji. Medyk nuklearny nie tylko diagnozuje pacjenta za pomocą PET-ów, ale zajmuje się też bardzo nowoczesną terapią radioizotopową.

Co to takiego?

To terapia celowana precyzyjnie w komórki guza. Radioizotopowe terapie celowane wprowadzane są teraz we Francji, w Szwecji, od kilku lat wdrażane są w Stanach Zjednoczonych. U nas prowadzi się je od 2004 roku. Pacjenci, którzy chorują w Polsce na guzy neuroendokrynne, nie mają powodu, żeby szukać nowocześniejszych metod leczenia za granicą, bo mają je u nas. 

Kierowana przez panią klinika ma tytuł Europejskiego Centrum Doskonałości w leczeniu nowotworów neuroendokrynnych. Co oznacza ten tytuł?

W skrócie tyle, że w leczeniu guzów neuroendokrynnych jesteśmy w światowej czołówce. Klinika Endokrynologii i Nowotworów Neuroendokrynnych UCK Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach jest jedynym w Polsce oraz Europie Środkowo-Wschodniej centrum leczenia nowotworów neuroendokrynnych o najwyższej referencyjności – Center of Excellence – które przeszło z najwyższymi ocenami wszystkie audyty europejskie. Pracują u nas eksperci wszystkich specjalizacji, o których rozmawiałyśmy. Nie jesteśmy w stanie przyjąć wszystkich pacjentów z tego typu guzami, dlatego zorganizowaliśmy TELENEM, czyli konsylium ogólnopolskie, które spotyka się dzięki zdobyczom telemedycyny za pomocą platformy internetowej, aby przedyskutować diagnozowanie i leczenie pacjentów z całej Polski. Każdy lekarz, który ma pacjenta z guzem neuroendokrynnym i nie ma pewności, jak go leczyć, może się do nas zgłosić, połączyć w czasie telekonferencji, wcześniej przesłać komplet badań. Zebrane konsylium zaproponuje pewną diagnostykę i leczenie. Dzięki temu pacjent rzeczywiście jest leczony na światowym poziomie. Takie konsylia odbywają się dwa razy w miesiącu. 

Dlaczego zainteresowała się pani akurat guzami neuroendokrynnymi?

Moim mentorem na stażu w Harvardzie był nieżyjący już profesor Utiker, który specjalizował się w zaburzeniach czynności tarczycy. Jego książka na ten temat jest biblią endokrynologów. Uwielbiałam go. Jako stażystka przyjmowałam z nim pacjentów, w tym kilku z rakowiakami, czyli właśnie guzami neuroendokrynnymi. Po jednym z takich pacjentów profesor powiedział mi: „Z tymi guzami neuroendokrynnymi sprawa jest jeszcze mocno niewyjaśniona. Trzeba się im poważnie przyjrzeć. Powinnaś się tym zająć”. Wróciłam do tego tematu po kilku latach, już w Polsce. 

Dziś dzięki pani większość leków dla pacjentów z guzami neuroendokrynnymi jest u nas refundowana, diagnostyka stoi na najlepszym poziomie europejskim, a terapie są najnowocześniejsze na świecie.

Uważam, że to zasługa całej grupy specjalistów w naszym kraju bardzo oddanych chorym z guzami neuroendokrynnymi. Myślę też, że gdyby profesor Utiker mnie dzisiaj spotkał, to byłby zadowolony.  

Rozmowa z Beatą Kos-Kudłą ukazała się w „Urodzie Życia” 12/2019

„Rak trzustki, czyli jak wygrać z cichym zabójcą”
mat. prasowe

Beata Kos-Kudła jest jedną z bohaterek książki Magdaleny Żakowskiej „Rak trzustki, czyli jak wygrać z cichym zabójcą”. Wyd. Prószyński i S-ka, 2019.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
maciag aga
Robert Wolański

Agnieszka Maciąg: „Ja nie przekwitam, ja się rozwijam”

To od nas zależy, jaki będzie czas naszej dojrzałości, czy będziemy nosić koronę złotą, czy cierniową – pisze Agnieszka Maciąg. Właśnie ukazuje się jej książka „Menopauza. Podróż do esencji kobiecości".
Agnieszka Maciąg
03.06.2020

Menopauza to trudny czas w życiu każdej kobiety. Może dlatego obrosła mnóstwem negatywnych stereotypów i kojarzy się nam się zwykle z definitywnym końcem młodości, utratą kobiecości i seksapealu,  spadkiem sił witalnych. Menopauza na pewno przynosi zmianę, ale czy na gorsze?  Agnieszka Maciąg podchodzi do niej w sposób spokojny  i naturalny, traktuje ją jako kolejny rozdział w życiu, rozdział który służy naszemu rozwojowi, pozwala bowiem jeszcze lepiej i głębiej poznać siebie samą. Nasze życie jest naprawdę w naszych rękach, a to, jak będziemy się czuły i jak spędzimy następne lata w ogromnym stopniu zależy od nas – naszych nawyków jedzeniowych, aktywności fizycznej, dbałości o dobry sen, relacje z bliskimi. Ale też od nastawienia. „Nie wiedziałam dlaczego tak dobrze się czuje, skoro ta menopauza jest taka okropna" – pisze Agnieszka Maciąg.   24 czerwca ukaże się jej nowa książka „Menopauza. Podróż do esencji kobiecości"( Wydawnictwo „Otwarte”, Kraków, 2020). Bowiem, jak tłumaczy  postanowiła zjawisko menopauzy „przytulić do serca" i naprawdę zgłębić. Agnieszka Maciąg i jej „Zaskakujące odkrycie"                   W pewien jesienny dzień – pisze Agnieszka Maciąg , pachnący liśćmi i wiatrem, mój mąż rozpalał ogień w kominku, a ja zaparzyłam herbatę z pomarańczą i cynamonem. Ukroiłam świeżo upieczone ciasto z dyni o barwie intensywnej jak zachodzące słońce. Usiedliśmy przy stole, a obok nas nasi dawno niewidziani przyjaciele. Zaczęliśmy opowiadać, co u każdego z nas się wydarzyło. Nasze ścieżki rozeszły się na kilka lat, aby tego dnia spleść się ponownie w serdecznym uścisku przyjaźni.          ...

Czytaj dalej
jak zahamować miesiączkę
Istock

„Dzisiaj mamy ok. 450 miesiączek w życiu, nasze babki miały ich tylko 100”

„Rzadko spotykam w swoim gabinecie pacjentki, które chcą na stałe zablokować miesiączkę. Ale współczesna medycyna rzeczywiście oferuje taką możliwość” – o mówi dr Małgorzata Bińkowska, ginekolożka, w rozmowie z Katarzyną Podhorecką.
Katarzyna Podhorecka
29.05.2020

Słowo miesiączka dzisiaj najczęściej kojarzy się z bólem brzucha, PMS-em i obniżoną odpornością. Coraz częściej współczesne kobiety zastanawiają się, jak bezpiecznie zahamować miesiączkę i zmniejszyć krwawienie. Tymczasem comiesięczny okres to objaw – i jednocześnie warunek – równowagi hormonalnej. Medycyna oferuje sposoby, dzięki którym menstruacja będzie mniej uciążliwa. Katarzyna Podhorecka: Niektóre kobiety, a nawet niektórzy ginekolodzy uważają, że miesiączka to… przeżytek. Stosując środki hormonalne, możemy pozbyć się jej na wiele miesięcy. Jakie jest pani zdanie w tej sprawie? Dr Małgorzata Bińkowska: Natura nie bez przyczyny skonstruowała organizm kobiety tak, że dopóki jest zdolna do zajścia w ciążę, ma comiesięczne krwawienia. Regularne miesiączkowanie jest oznaką równowagi hormonalnej, ale także ważnym znakiem dla kobiety, że nie jest w ciąży. Obliczono jednak, że współcześnie statystyczna kobieta ma w ciągu życia około 450 miesiączek, podczas gdy nasze babki czy prababki miały ich zaledwie około stu. To dlatego, że później dojrzewały, więcej razy były w ciąży i długo karmiły piersią. Część lekarzy uważa więc, że comiesięczne krwawienie nie jest konieczne dla zdrowia. Biorąc pigułki antykoncepcyjne i nie zachowując siedmiodniowej przerwy między kolejnymi opakowaniami, możemy zahamować je na wiele miesięcy. Są nawet preparaty, które powodują, że miesiączka pojawia się raz na kwartał czy raz na rok. Czy sięgając po nie, mamy gwarancję, że po ich odstawieniu miesiączka wróci? Zwykle wraca, ale stuprocentowej gwarancji, że tak będzie, nie daje żaden producent. Większość hormonalnych preparatów antykoncepcyjnych naśladuje cykl kobiecy tak, aby nie zaburzać zegara biologicznego kobiety i umożliwiać regularne...

Czytaj dalej
dr Nawrat, sztuczne serce
fot. Rafał Masłow

Zbigniew Nawrat: „Niektóre narządy będzie się wymieniać jak części w samochodzie”

Pracował z prof. Religą nad sztucznym sercem, teraz tworzy roboty medyczne. Ale mówi: „Liczy się tylko mózg, istota człowieczeństwa. To on różni nas od absolutnie wszystkiego, co istnieje w świecie.”
Maria Zawała
25.05.2020

Dr hab. Zbigniew Nawrat to pionier stosowania w medycynie sztucznych narządów (sztuczne serce) i robotyki medycznej (robot chirurgiczny Robin Heart). Przez lata był jednym z najbliższych współpracowników prof. Zbigniewa Religi – to u jego boku stawiał pierwsze kroki na sali operacyjnej. Obecnie prezydent Międzynarodowego Stowarzyszenia na Rzecz Robotyki Medycznej i dyrektor Instytutu Protez Serca Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii im. prof. Zbigniewa Religi w Zabrzu. Maria Zawała: Czy człowiekowi można będzie kiedyś wymieniać organy na sztuczne? Pytam pana, bo to pan stworzył w latach 80. w Zabrzu pierwsze polskie sztuczne serce. dr hab. Zbigniew Nawrat:  Kiedy rozpoczynaliśmy z profesorem Zbigniewem Religą prace nad protezami serca, czas od pomysłu do projektu był liczony w latach. Obecnie postęp w dziedzinie sztucznych narządów nabrał tempa. I to takiego, że wykłady o sztucznych narządach dla studentów Śląskiego Uniwersytetu Medycznego musiałem uaktualniać co pół roku. Jednak ciągle nie mamy sztucznego serca, które może pracować skutecznie pięć lat. W laboratoriach w USA trwają eksperymenty nad wyhodowaniem biologicznego odpowiednika serca – z własnych komórek biorcy, na szkielecie tkanki ludzkiej lub zwierzęcej – ale daleka droga do finału. Na razie człowiek z niewydolnym sercem może korzystać tylko ze sztucznych komór wspomagania serca. Stworzyliśmy je w Zabrzu w celu czasowego zastępowania serca naturalnego aż do momentu znalezienia dawcy i przeszczepienia narządu. W naszym zespole w Pracowni Sztucznego Serca w Zabrzu opracowaliśmy zarówno komory wspomagania serca, jak i sztuczne serce. Okazało się jednak, że po odpowiednio długim wspomaganiu serce czasem powraca do sił, regeneruje się! O tym absolutnym cudzie wcześniej nikt na świecie nie wiedział! To odkrycie zmieniło kierunek naszego...

Czytaj dalej