Autorka książki „Woziłam arabskie księżniczki” zdradza sekrety Saudyjek
corbis
#czytajdlaprzyjemności

Autorka książki „Woziłam arabskie księżniczki” zdradza sekrety Saudyjek

Saudyjskie księżniczki są niewyobrażalnie bogate, ale czy są szczęśliwe?
Bartosz Janiszewski
04.10.2018

Saudyjskie księżniczki są niewyobrażalnie bogate, ale czy są szczęśliwe? Co im dają nieustające, luksusowe zakupy? Poczucie władzy? A może są po prostu zabijaniem czasu, rekompensatą za brak wolności i życiową pustkę? Rozmawiamy o tym z Jayne Amelią Larson*, autorką głośnej książki „Woziłam arabskie księżniczki”.

Jayne Amelia Larson jest producentką, aktorką i pisarką. Skończyła studia w Instytucie Sztuki na Uniwersytecie Harwarda. Pracowała jako aktorka, była oficjalnym kierowcą saudyjskiej rodziny królewskiej (w tym jednym z 40 kierowców księżniczki  Zahiry). Napisane na tej podstawie monodram i książka „Woziłam arabskie księżniczki” przyniosły jej światowy rozgłos.

Bartosz Janiszewski, „Uroda Życia”: Zanim zaczniemy właściwą rozmowę, muszę panią przedstawić czytelnikom. Była pani aktorką...

Jayne Amelia Larson: ...a zostałam znana, gdy pracowałam jako szoferka limuzyny. Dobra historia, nie?

 Jak się czuje aktorka, która pracuje jako kierowca bogaczy?

Na początku fatalnie. Wiesz, to nie była moja wymarzona rola. Delikatnie mówiąc. Po studiach grałam w nowojorskich teatrach, zbierałam dobre recenzje. Ale 15 lat później nie było już dla mnie żadnej roli w telewizji. Nawet do dubbingów nikt mnie już nie zapraszał. Praca szofera to miał być sposób na szybkie odkucie się, żeby wrócić do branży.

I dzięki tej pracy wróciła pani na scenę?

Przypadkiem załapałam się do pracy jako kierowca saudyjskiej rodziny królewskiej. Woziłam ich przez kilka miesięcy w czasie ich wizyty w Kalifornii. Napisałam o tym monodram. Sukces był na tyle duży, że na jego podstawie napisałam książkę o tym, jak wygląda ich życie z bliska.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

AKT I : BOGACTWO SAMOTNOŚCI

Akt pierwszy opowieści o najbogatszych ludziach na świecie. Wchodzą na scenę. Jakie jest pierwsze wrażenie?  

Nierzeczywiste, jak z baśni. Trochę jakbyś miał gości z innej planety. Nagle ja, kobieta, która nie potrafi siedzieć cicho, mam zakaz odzywania się. Nawet do kilkuletnich dzieci musisz się zwracać „Wasza Wysokość”. Dostajesz grubą książkę zasad obowiązujących cię podczas pracy dla rodziny królewskiej. Połowa to rozdział „Nie wolno ci”, a druga połowa – „Jeśli tylko księżniczka będzie chciała, musisz...”. Po jakimś czasie, gdy się do nich zbliżasz, widzisz, że są ludźmi, których wcale tak wiele od ciebie nie dzieli. Z drugiej strony nawet wtedy masz w pamięci to, że gdyby chcieli, mogliby kupić całą ulicę, przy której stoi twój dom. Zajęłoby im to jakieś piętnaście sekund i pewnie nawet nie zauważyliby ubytku na koncie. Do Kalifornii przyjechali na zwykłe zakupy, a przywieźli z sobą w kontenerach 40 milionów dolarów w gotówce. W hotelu dla ekspresu do herbaty wynajęli oddzielny apartament. Za 5 tysięcy dolarów dziennie. To tylko przykłady. Cały świat księżniczek i książąt jest niewyobrażalny.

Zazdrościła im pani?

Po kilku dniach nie wiesz, czy ich życie to marzenie, czy koszmar. Weźmy zakupy. Przedziwne przeżycie, wyczerpujące, ale i fantastycznie ciekawe jednocześnie. Nigdy nie widziałam czegoś takiego. Księżniczki po prostu wchodzą do kolejnych sklepów i dosłownie czyszczą wszystko. Jeśli podoba im się jakaś torebka w Hermesie, kupują model we wszystkich dostępnych kolorach. Niczego nie dotykają, niczego nie przymierzają. Po prostu przechodzą obok kolejnych półek i pokazują palcem, co im się podoba. Kupowały prawie wszystko i szły do następnego sklepu. Nie brały pudełek, tylko papierowe torebki, a i tak na koniec dnia potrzebowaliśmy dziesięciu vanów, żeby przewieźć zakupy kilku księżniczek do hotelu. I tak dzień w dzień.

Co robią z tymi ubraniami po powrocie do domu? Przecież tam większość czasu na ulicy spędzają ubrane w tradycyjne stroje.

Pamiętam, że kiedy czekałam na przylot rodziny królewskiej i zobaczyłam księżniczki, myślałam, że to jakaś wycieczka Brazylijek. Opalone, ubrane w mini, na seksownych szpilkach, wydekoltowane. Prawo nakazuje im zasłaniać twarz i ciało tylko na terenie Arabii Saudyjskiej. Poza jej granicami kobiety ubierają się nawet bardziej wyzywająco niż Amerykanki. Ale fakt, potem wracają do domu i na ulicy nigdy nie pokażą nic oprócz dłoni i oczu. Wszyscy mnie pytają o ten paradoks. A to moim zdaniem wcale nie jest takie dziwne. Czy ty jako facet rozumiesz zjawisko zakupów wśród kobiet?

Szczerze mówiąc, nie bardzo.

No właśnie. Większość kobiet, także te w Los Angeles, chce mieć na sobie piękne rzeczy. Chcą się w nich pokazać przyjaciołom, matkom, kuzynom i prawdopodobnie także mężom. Ale kobiety, które woziłam, są specyficzne. Żadna z nich nie ma pracy. Mało która, nawet jeśli bardzo to lubi, idzie do szkoły. Nawet jeśli, to ojcowie pozwalają im się uczyć góra przez kilka miesięcy. Jeśli nie pracujesz, nie masz przyjaciół, intelektualnych wyzwań czy nauki, a jednocześnie masz niewyobrażalne pieniądze, to czym możesz zająć sobie czas? W takiej sytuacji pójście do pięknego sklepu, gdzie możesz się zatopić w cudownych kolorach, ślicznych wzorach i materiałach, staje się niezwykle ważną aktywnością. Nie masz ich zbyt wielu, więc czymś musisz wypełnić dzień. Nie trzeba być saudyjską księżniczką. Wiele bogatych kobiet z Los Angeles, które woziłam przed saudyjską rodziną, robiło dokładnie to samo. Rano joga, zabiegi upiększające, a potem, dzień w dzień, zakupy. Bo zimą trzeba kupić ciuchy na wiosnę, wiosną na lato. Bo w sobotę mają imprezę. Bo mają gorszy nastrój. Albo po prostu im się nudzi.

Nie wierzę, że to tylko nuda.

Fakt, oprócz nudy są mężczyźni (śmiech). Chociaż trzeba pamiętać, że Saudyjki nie mają bliskich relacji z mężczyznami, bo ich życie społeczne podlega bardzo ostrej segregacji płciowej. Z czasem, kiedy udało mi się do nich zbliżyć, sporo o  tym rozmawiałyśmy. Owszem, po ślubie jest dużo intymności między kobietą a mężczyzną. Ale ona szybko ulatuje i życie żony i męża toczy się właściwie oddzielnie. Może dlatego męska uwaga jest dla kobiet tak istotna.

Stąd moda na operacje plastyczne, o których pisze pani w książce?

I to na skalę, przy której zabiegi zachodnich celebrytów są niewinne jak smarowanie zmarszczek kremem. Saudyjki wydają na to miliony dolarów w ciągu kilku dni i jeszcze niesamowicie cierpią, bo to są bardzo bolesne zabiegi. Na przykład odsysanie tłuszczu z brzucha jest paskudnym, inwazyjnym zabiegiem, po którym rehabilitacja jest mordęgą. Zdarzało mi się odbierać kobiety po zabiegach, które autentycznie traciły przytomność z bólu. Ale wszystkie, dosłownie wszystkie, które były po chociaż jednej ciąży, się na to decydowały. Arabskie kobiety chcą mieć duże i jędrne pupy, ale płaskie brzuchy. Mnóstwo było też operacji naprawiania nosów, redukowania piersi, które po karmieniu się zmieniają, a one chcą, żeby znowu wyglądały tak, jakby miały 20 lat. Operacje plastyczne robią tak samo jak zakupy: hurtem, poprawiając co tylko się da.

Tylko po co, skoro mąż tak rzadko na nie patrzy?

To wynika ze struktury małżeństw w  islamie. Jeśli jesteś najstarszą z czterech żon i zbliża się moment, w którym nie będziesz mogła dać mężowi więcej dzieci, czujesz, że twój czas się kończy. Prawo w Arabii Saudyjskiej pozwala mężczyznom mieć maksymalnie cztery żony. Żaden dobry mąż, szczególnie jeśli masz dzieci, nie wyrzuci cię na ulicę. Będzie cię wspierał, ale prędzej czy później się z tobą rozwiedzie i zastąpi młodą żoną. To nieuchronne, ale żadna kobieta tego nie chce. Zrobią absolutnie wszystko, żeby zostać przy mężczyźnie. Wierzą, że zmieniając siebie, dostarczają mężom nowych wrażeń, dzięki czemu ci ich nie zostawią. Chcą być dla nich jak nowe.

Panią, amerykańską singielkę, to nie denerwowało? Nie złościła się pani, choćby po cichu, że tak poświęcają się dla mężczyzn?

Struktura małżeństw w islamie uwypukla tę desperacką walkę o miłość męża, ale przecież na Zachodzie jest podobnie. Moja skrzynka mailowa, podobnie jak większości kobiet w LA, pełna jest „grouponów” na zabiegi liposukcji, liftingu. Kobiety tutaj robią to samo. Standardem stały się dla mnie dialogi, w których mówię przyjaciółkom: „Wow, świetnie wyglądasz”, a ona z uśmiechem wymienia mi ceny kolejnych zabiegów. Najśmieszniejsze jest to, że kiedy pytam, czy mąż zauważył, że np. wydłużyły sobie rzęsy, odpowiadają: „Nie. On po prostu myśli, że  ładnie wyglądam. I o to mi chodziło”.

AKT 2:  WOLNOŚĆ I STRACH

 To wielkie bogactwo tworzy największe granice między księżniczkami a resztą świata?

Pieniądze, które mają, są dla nas, zwyczajnych ludzi, niewyobrażalne. Ale to nie one tworzą największą barierę. Znacznie trudniejsze są różnice wynikające z kultury. 

Islam czymś panią zadziwił?

Niewiele o nim wiemy na Zachodzie. Ale tak naprawdę różnice między nami wcale nie wynikają z religii. Przynajmniej nie wprost. Monarchia saudyjska w dużej mierze jest oparta na wahabizmie, jednym z najbardziej fundamentalistycznych i restrykcyjnych ruchów w islamie. Spodziewałam się więc, że Saudyjczycy będą wyjątkowo religijni. Tymczasem oni wcale nie mówią o Bogu. Nie demonstrują religii, nie odwołują się do niej, w ogóle nie ma takiego tematu! Uwielbiają plotki, zakupy i dobre jedzenie, ale o Allahu nie mówią w żaden sposób. Jakby nie było go w ich życiu. Ale ich wolność jest bardzo pozorna.  

 

Dlaczego? Mogą kupić wszystko.

Mam wrażenie, że wszystkie kobiety z królewskiej rodziny żyją w specyficznym dualizmie: władza i pieniądze dają im niewyobrażalną swobodę. Kultura zniewala je mocniej niż jakiekolwiek łańcuchy. Weźmy księżniczkę Zahirę [imię na potrzeby książki zostało zmienione – przyp. red.], która w czasie pobytu w USA pełniła funkcję głowy rodziny. Jest przepiękną i  wyjątkowo inteligentną kobietą. Ma całą armię służących, którzy drżą na jej każde życzenie. Ma nad nimi władzę, która dla mnie, Amerykanki, wydaje się nierzeczywista. Czułam się, jakbym oglądała film o czasach średniowiecznego niewolnictwa. Mimo że mogłaby jednym skinieniem kupić pół Los Angeles, nie może robić rzeczy, które są dostępne dla każdej kobiety w Stanach. 

Na przykład?

Jak w każdą podróż zabrała z sobą swojego osobistego fryzjera pochodzącego z Paryża. Wieczorami woziłam tego fryzjera do kasyn, gdzie namiętnie grał w ruletkę i pokera. Księżniczka Zahira była niesamowicie ciekawa tego, jak spędzał tam czas. Kiedy się dowiedziała, że jestem aktorką, prosiła mnie, żebym odgrywała scenki, w których opowiem, jak jej fryzjer przegrał albo wygrał kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Z radością klaskała w dłonie, przeżywała śmieszne i straszne momenty. Bo chociaż jest potężną kobietą, to jej mąż był w tym czasie w Arabii Saudyjskiej, a ona bez męża nie mogłaby się pojawić w kasynie. Ma wielką władzę, ale i wielkie ograniczenia.

Nie rozumiem jednej rzeczy: kobieta nie może pójść do kasyna, ale zakupy i fascynacja kulturą zachodnią są w porządku?

Też tego nie rozumiem. Młode księżniczki wiele razy żądały, żeby im znaleźć takie buty, jakie ma Paris Hilton. Słuchały przebojów Britney Spears i w kółko gadały o romansach celebrytów. Z drugiej strony, nawet będąc w USA, nie uczestniczą w tym świecie, oglądają go „zza szyby”.  Są bardzo ostrożne, żeby nie zamienić słowa z absolutnie żadnym chłopcem. Nigdy nie robią tego, co dzieciaki w każdym zachodnim kraju. Pamiętam, że jako mała dziewczynka uciekłam kilka razy ze szkoły na randki. One nigdy w życiu by tego nie zrobiły.

Ze strachu?

Tak. Młode dziewczyny są przerażone, nie boją się, tylko są przerażone tym, że mogłyby zrobić coś źle. Trzęsą się ze strachu przed błędem. Bo w tej kulturze jeśli młoda kobieta przynosi wstyd rodzinie, to tak naprawdę okrywa wstydem ojca.

Nawet jeśli nikt nie patrzy?

To ich właśnie różni od nastolatków z   Zachodu. U nas dzieciaki boją się zostać przyłapane. One boją się zrobić źle. Ten lęk jest w nich bardzo silny i głęboko zakorzeniony. Także z powodu konsekwencji, które mogą je spotkać. Tutaj za złamanie zakazu nie grozi areszt na komputer albo telewizor, one wiedzą, że ojciec może zabić córkę, jeśli ta go okryje wstydem. Wszyscy to niby wiedzą, ale dla nas to jest abstrakcja. Dla tych dziewczyn to coś tak oczywistego, jak dla ciebie fakt, że jeśli będziesz pędził samochodem przez miasto i przejedziesz na czerwonym świetle, możesz dostać mandat. Znana była historia sprzed dwóch lat, kiedy w Arabii Saudyjskiej ojciec w majestacie prawa zabił własną córkę za to, że rozmawiała z obcym chłopakiem na Facebooku. Do nas docierają tylko niektóre historie, ale to tam się dzieje cały czas. Służące rodziny opowiadały mi o  tym, że w prawie każdym pałacu w Arabii Saudyjskiej buduje się specjalne pokoje. Jeśli dziewczyna zhańbi ojca, na przykład SMS-ując z jakimś chłopakiem, a on nie chce jej zabijać, to więzi ją w tym pokoju. Jedzenie podawane jest w wiadrze na sznurku, tak samo są zabierane odchody. Nie przez kilka tygodni, tylko do końca życia. Bez żadnego kontaktu z  ludźmi. Większość dziewczyn wariuje.

Po mężczyznach, których woziłaś, widać to, że mogą być okrutni?

Nie, wcale! Owszem, są władczy, traktują cię z pogardą, ale wcale nie są agresywni. Zadziwiające jest to, że ojcowie mogą naprawdę i głęboko kochać te dzieci. To często są ich ukochane córeczki, oczka w głowie. Ale obowiązek kulturowy jest tak silny, że nie mogą się temu przeciwstawić. Poza tym przykład idzie z góry. Król Abdullah od 13 lat więzi swoje cztery córki, nie dając im nawet dostępu do bieżącej wody. Są księżniczkami, ale muszą same odsalać morską wodę, bo ich matka miała dość prześladowań i uciekła do Wielkiej Brytanii. Cierpią za nią.

Jak to możliwe, że kobiety, które są tak zafascynowane kulturą Zachodu, które często studiują na najlepszych uczelniach, znają smak wolnego świata, godzą się na taką rolę?

Wiele z nich chciałoby żyć tak jak my. Mam w głowie historie Sorai, księżniczki, która przez wakacje uczestniczyła w kursie literatury w Berkley. Oczywiście, miała tam ochroniarzy, ale była wolna, chodziła sama na zajęcia czy do kawiarni. Przed powrotem do domu przyjechała na chwilę do Kalifornii. Pamiętam, jak poprosiła, żebyśmy pojechały na plażę. Nie chciała wysiąść z samochodu, patrzyła tylko przez szybę na spacerujących ludzi, sklepy, bulwar. Na przemian powtarzała, że jest szczęśliwa, i łkała. To trwało kilka godzin. Bardzo chciała zostać dłużej, ale w domu czekał już na nią mąż. Starszy od niej trzy razy. 

Nie próbowała się buntować?

W Arabii Saudyjskiej prawie nikt się nie buntuje. Zwróć uwagę, że w czasie arabskiej wiosny nie było tam żadnych protestów. Król zobaczył, co się dzieje w Egipcie czy Tunezji, i po prostu rzucił obywatelom pieniądze. Dla tych dziewczyn słowo ojca jest ostatnim słowem. Nie ma wśród nich żadnego ruchu walczącego o zmianę obyczajów czy prawo do głosu. I to nie jest casus Korei Północnej odciętej od informacji, w której ludzie nie mają wyboru. Saudyjczycy podróżują po całym globie. Arabia Saudyjska ma największą częstotliwość korzystania z internetu na świecie. Kobiety żyją Zachodem, ale głównie we własnych sypialniach, z laptopami na kolanach. Studiują? Tak, ale wiedzą, że po powrocie nie będą mogły pracować. 

Więc po co w ogóle wracają?

Podczas poprzedniego wypadu na zakupy jedna z dziewczyn uciekła do Londynu. Zakochała się, będąc w szkole, i postanowiła nie wracać do domu. Po kilku tygodniach bracia i kuzyni złapali ją i przywieźli do domu. Nikt w Wielkiej Brytanii nie próbował im przeszkodzić. To królewska rodzina, mająca wszędzie interesy. Powiedzielibyśmy: OK, nie chcesz z nami żyć, to radź sobie sama. Tam nikt tak nie pomyśli. Jeśli wiesz, że nigdy nie uciekniesz, niezależnie od tego, jak daleko będziesz, to nie próbujesz tego robić.

AKT 3: SZCZĘŚCIE KSIĘŻNICZKI

A może po prostu one są szczęśliwe?

Myślę, że jednym z fenomenów ludzkiej psychiki jest wielka potrzeba stabilności. Wolimy zostać przy tym, co jest nam znane, nawet jeśli jest to trudne, bolesne i nie do końca nam pasuje. Dlatego tak trudno jest cokolwiek zmienić, pozbyć się wygody na rzecz tego, o czym marzysz. Owszem, nowy ląd to szansa na lepsze życie, ale to wciąż tylko szansa. Jeśli masz pałac pełen luksusów i bezpieczeństwa, znanych reguł, trudno rzucić to wszystko za obietnicę szansy. Czy są szczęśliwe? Myślę, że nie.

Może to tylko twój, zachodni punkt widzenia?

Możliwe, bo nie wyobrażam sobie, że można być szczęśliwym, żyjąc tak ograniczonym i pustym życiem, w którym wszystko sprowadza się do zakupów, operacji plastycznych i rodzenia dzieci. Ale to prawda, że ich idea szczęścia jest zupełnie inna niż moja. Ja cenię sobie możliwości, one bezpieczeństwo i opiekę. Bo chociaż Saudyjki widzą, jak żyją kobiety na Zachodzie, większość z nich nie myśli o tych różnicach. Nie postrzegają tego jak ograniczenia wolności. To po prostu ich świat. Świat, w którym wypełnia się wolę ojca, robi zakupy za miliony dolarów, wychodzi za mąż za księcia i rodzi mu się wiele dzieci. 

Może więc wszystkie zachodnie akcje mające na celu zwiększenie praw kobiet w islamie to bzdura?

I tak, i nie. Bo z jednej strony, masz rację: dlaczego mielibyśmy na siłę eksportować nasze poczucie szczęścia? Ale z drugiej strony... Jesteś dziennikarzem. Ale mogę zapytać, kim chciałbyś w życiu być oprócz tego? Masz jakieś marzenia? 

Chciałbym kiedyś być zawodowym scenarzystą filmowym.

O, widzisz! To się świetnie składa. Powinnam cię więc teraz zapytać: naprawdę chcesz być scenarzystą? Wiecznie czekać na zlecenie albo projekt, który nie nadchodzi latami? A kiedy w końcu przyjdzie i  coś napiszesz, nikt się tym nie zainteresuje?

No, jeśli tak na to spojrzeć...

Ale w głębi serca wiesz, że tego chcesz. Nie mogę ci tego zakazać, powiedzieć, że lepiej byłoby, gdybyś został informatykiem. To twój wybór. Podobnie nie mogę mówić Saudyjkom, że aby były szczęśliwe, muszą porzucić despotycznych mężów, robić kariery i czerpać z wolności. Ale uważam, że powinny o  tym zdecydować same. 

Teraz nie mają takiej możliwości.

I to jest najboleśniejsze. Z drugiej strony, czy wszyscy nie jesteśmy ograniczeni? Księżniczki mają pieniądze, za które da się kupić wszystko, ale nie mogą pogadać z chłopakiem w kolejce po kawę w  Starbucksie! Ja mogę gadać z każdym facetem na ulicy, ale nie mam pieniędzy na to, żeby sobie kupić wymarzoną sukienkę. Fakt, mnie nie ograniczają religijne ani społeczne prawa. Ale ograniczają mnie inne reguły.

Szczęście to utopia?

Nie, bo mimo wszystko jestem szczęśliwa. Zresztą zobacz: nawet jeśli masz życie, które inni postrzegają jako pełne sukcesów, wcale nie musisz być szczęśliwy. Świetnym tego przykładem może być aktor Robin Williams, który niedawno popełnił samobójstwo. Codzienne zadajemy sobie pytanie, kim jesteśmy, kim chcemy być w przyszłości.

Saudyjczycy sobie go nie zadają i mają mniej problemów?

Myślę, że mają mniejszą pulę odpowiedzi do wyboru. I nie potrafię powiedzieć, czy to dobrze, czy źle. Jeśli masz pałac  pełen luksusu i bezpieczeństwa, trudno pozbawić się tego dla marzeń. Obietnicy jakiegoś innego, lepszego życia

Rozmowa z Jayne Amelią Larson ukazała się w „Urodzie Życia” 8/2015

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Mela Koteluk
Daniel Duniak, Grzegorz Korzeniowski

Mela Koteluk: „Nie jestem typem imprezowiczki.”

„Wielki świat dał mi do zrozumienia, że wcale nie muszę w nim być.”
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

Mela Koteluk  debiutancką płytę „Spadochron” wydała w 2012 r. Z niego pochodzi przeboje „Melodia ulotna” oraz „Wolna”. W 2014 r. ukazał się z kolei krążek „Migracje”, który również przypadł do gustu zarówno krytykom, jak i publiczności. Do tej pory oba wydawnictwa sprzedały się w nakładzie ponad 30 tysięcy egzemplarzy każde, co zagwarantowało im status Platynowej Płyty.  Mela Koteluk została trzy razy laureatką Fryderyków: w 2013 r. uznano ją Artystką Roku i Debiutem Roku, zaś w 2015 r. nagrodę otrzymała za Teledysk Roku. W rozmowie z Jakubem Janiszewskim mówi o dzieciństwie i odważnych planach na przyszłość.  To prawda, że mieszkałaś przy ulicy Urody Życia? Dalej w pewnym sensie mieszkam, bo jestem tam zameldowana. W domu rodziców, w Sulechowie.   I z czym ci się ta nazwa kojarzy? Z Żeromskim, bo to przecznica ulicy Żeromskiego. Inne przecznice też się tak nazywają: Przedwiośnie, Syzyfowa. Jest też Cezarego Baryki i Siłaczki. Ciepło wspominam tamten czas. Przeszło mi nawet przez głowę, żeby rozejrzeć się tam za jakąś ziemią.   Osobliwe stwierdzenie jak na kogoś, kto nazwał swoją nową płytę „Migracje”… Ale to się łączy dość ściśle, choć w tytule nie chodzi o fizyczne zmiany miejsc. Chodzi o migracje mentalne. I zmęczenie tymi zmianami. Zmian chyba ci nie brakowało. Samych przeprowadzek miałaś 23? Kiedyś myślałam, że przez to, że się ciągle przenoszę, mogę się naprawdę rozwijać, poznawać nowych ludzi, przeżywać zmiany, być na fali. Ale teraz chciałabym gdzieś zatknąć swoją flagę.  Cofnijmy się do pierwszej migracji. Masz 16 lat, wyjeżdżasz do Warszawy. Bo poczułam muzykę. Mocno. I tym chciałam się zajmować. Mając niespełna 16 lat, trafiłam na warsztaty...

Czytaj dalej