Agnieszka Maciąg: „Uczę się od szczęśliwych ludzi”
Zuza Krajewska/LAF

Agnieszka Maciąg: „Uczę się od szczęśliwych ludzi”

Niedługo ukaże się jej nowa książka „Menopauza. Podróż do esencji kobiecości". Nam Agnieszka Maciąg opowiedziała o najważniejszej podróży w życiu – podróży do samej siebie.
Anna Maruszeczko
01.06.2020

Za kilkanaście  dni do księgarń trafi jej książka „Menopauza. Podróż do esencji kobiecości” ( Wydawnictwo „Otwarte", Kraków, 2020). Agnieszka Maciąg pisze w niej, że menopauza jest początkiem złotego okresu w życiu kobiety i tylko od nas – naszych nawyków żywieniowych i stylu życia zależy, jak ten czas spędzimy.  Ale droga do takiej harmonii była kiedyś dla niej samej bardzo trudna. Agnieszka Maciąg - choć jako modelka pracowała dla największych projektantów m.in. Karla Lagerfelda, Laury Biagiotti, Pierra Cardine, nie czuła, że w pełni siebie realizuje, i żyje tak, jakby naprawdę chciała. „Wiedziałam, że dopóki sama ze sobą nie zrobię porządku, będę miała dzień Świstaka” – mówiła kilka lat temu w rozmowie z „Urodą życia” opowiadając nam o swojej trudnej drodze do prywatnego „oświecenia”.

Od kilkunastu lat jest blogerką, pisze książki, prowadzi warsztaty, na których inspiruje kobiety, jak w codziennym życiu szukać spokoju, harmonii i szczęścia.

Anna Maruszeczko: W moim sercu jest spokój. Bogu za to dziękuję!”, powiedziałaś kiedyś.

Agnieszka Maciąg: Skoro od tego zaczynasz, to jest to pewnie coś, czego ty pragniesz. (śmiech)

O tak! Jak wiele kobiet. Jak do tego dojść?

To była długa droga, cała przeprawa. Jestem wrażliwą, wręcz nadwrażliwą osobą. Jakbym się urodziła bez skóry. Kiedyś wszystko, co działo się wokół, do żywego mnie dotykało. Czasem było mi fantastycznie, ale kiedy spotykało mnie coś przykrego, to prawie umierałam. W wieku trzydziestu paru lat przechodziłam poważny kryzys i wiedziałam, że by z tego wyjść, muszę nauczyć się panować nad emocjami, nad swoimi myślami.

Czy są w twoim życiorysie jakieś zdarzenia, które wymazałabyś, gdybyś mogła?

Żyłam pełnią życia i jednocześnie myślałam sobie, że to, co robię, kompletnie nie ma sensu, jestem niespójna, skaczę z kwiatka na kwiatek, niczego nie doprowadzam do końca, jestem wiecznym debiutantem. Ale potem wszystkie puzzle wskoczyły na swoje miejsce. Przychodzi taki fantastyczny moment w życiu, że już rozumiesz, po co było to czy inne zdarzenie. Dziewięć lat temu zaczęło się moje świadome życie – życie człowieka, który coś przeżył, wyciągnął wnioski i zaczął kreować swoją rzeczywistość. Na to, w jakim stanie byłam wcześniej, mam dwie metafory: czułam się jak wystrzelona w kosmos, leciałam bezwładniew tej przestrzeni, w samej sukience, nie wiedząc, gdzie jestem, co się wydarzy, bez żadnego oparcia. Kiedy indziej wyobrażałam sobie, że jestem rozbitkiem na tratwie na szalejącym oceanie i w każdej chwili mogę spaść. Ten kryzys doprowadził mnie do kompletnego dna.

Czy w twoim życiu były wtedy realne burze?

Na pozór było dobrze: „O co chodzi? Odnoszę sukcesy zawodowe, jestem piękna, podziwiana, mam przy sobie kochającego mężczyznę, syna, mnóstwo znajomych i to wszystko się kręci”, ale wewnątrz byłam bardzo samotna.

Co sprawiło, że odbiłaś się od dna?

Odpuściłam wszystkie teorie, które zbudowałam na temat świata, ludzi, związków, przyjaźni, czyli wszystkie swoje przekonania, które doprowadziły mnie do tego punktu, w którym poczułam się nieszczęśliwa. Powiedziałam: „Dobra, Panie Boże, nic nie wiem. Prowadź mnie”.

Zaczynały ci się wyświetlać drogowskazy?

Tak. Przychodziły w postaci ludzi, zdarzeń, książek, filmów. Kluczowa jest świadomość tego, że otrzymaliśmy największy dar, jaki istnieje, czyli wolną wolę. Jeżeli nam się wydaje, że ktoś z góry będzie kierował naszym życiem, to jest nieprawda. To jest nasze życie. To „Prowadź mnie” było moją decyzją, bez tego „poproszę” nic się nie wydarzy. Jeśli ja przestaję słuchać swojego wszystkowiedzącego Ego, to wtedy wszystko zaczyna mi się układać.

Agnieszka Maciąg: Klucz do szczęścia jest w nas

Jeżeli wierzysz w to, że jest jakaś siła ponad tobą, to się nie boisz?

Jeżeli chcę mieć w sercu spokój, to muszę wierzyć. Nasz umysł projektuje różne dziwne rzeczy i ja też byłam kobietą, która kładła się do łóżka, mając tysiąc niepokojących myśli. Nie mogłam zasnąć, bo martwiłam się o siebie i rodzinę, bałam się wojen, końca świata, ocieplenia klimatu, chorób, starości czy biedy. My, kobiety, mamy taką skłonność, że potrafimy sobie to wszystko z detalami wyobrazić. Myślałam też o tym, co się wydarzyło kiedyś, że mogłam coś zrobić inaczej. I te projekcje umysłu doprowadzały mnie do obłędu.

Autor „Rozmów z Bogiem”, Neale Walsch, powiedział, że gdyby miał przekazać ludziom jedną rzecz, żeby ich uratować, to byłaby to jego prośba, żebyśmy zrezygnowali z teologii separacji, czyli że „ja jestem tu, a Bóg jest tam” i „ja jestem tu, ty jesteś tam”, bo tak naprawdę wszystko jest ze sobą połączone.

Czujesz się częścią natury?

O tak! Przeżyłam stan, który sama dla siebie nazywam moim prywatnym „oświeceniem”

To był jakiś konkretny moment czy po prostu dochodziłaś do tego? Pamiętasz?

Takich rzeczy się nie zapomina: mój tato zachorował na raka. Przechodziłam to z nim, bardzo intensywnie. Jeżeli doświadczamy nieuleczalnej choroby rodzica, to wracamy do naszej przeszłości, w ogóle zastanawiamy się nad sensem życia, po co tu jesteśmy, także nad tym, co on mógł zrobić, czego nie zrobił… Kiedy tata już odszedł, wyjechałam na Korfu.

Gąbka już nie wchłaniała i trzeba było ją wycisnąć, żeby wróciła do formy?

Tak. To było mniej więcej dwa tygodnie po tej mojej prośbie „Prowadź mnie”. Chciałam być w spokoju i naturze, a okazało się, że jestem w wielkim hotelu, na małej, zatłoczonej plaży. Czułam się rozdrażniona obecnością ludzi, ale zupełnie intuicyjnie nauczyłam się tam wchodzić w stan medytacji. Leżałam trzy dni na plaży, po prostu, jak zupełnie wyczerpany człowiek i nagle trzeciego dnia poczułam się częścią tego wszystko, co mnie przedtem irytowało – tych krzyków wokół mnie, dzieci, które biegały, nastolatków, którzy wiszczeli.

Wiszczeli? Tak się mówi tylko na Podlasiu. Dowód, że urodziłaś się w Białymstoku.

(śmiech) Poczułam, że ci ludzie to wcale nie jest osobny byt, że to wszystko jest przejawem tego samego życia, którym też ja jestem. Przestałam dostrzegać rzeczy, które mnie irytują, a zaczęłam dostrzegać wokół siebie piękno, miłość i radość. Życie. To wszystko jest tu i teraz, ale często tego nie widzimy. Gdy się wewnętrznie przebudziłam, poczułam się jednością z całą naturą – z drzewami, pod którymi siedzę, z wodą, przy której byłam. To był taki moment, kiedy to na mnie spłynęło i absolutnie tego nie zapomnę, bo znalazłam wtedy to, czego szukałam przez całe życie: spokój i poczucie sensu. Tak po prostu. Nie potrzebowałam do tego żadnego sukcesu ani ładnej sukienki. Ja po prostu byłam.

Przywilej debiutanta?

Jak posmakujesz, to wiesz, że warto, ale potem musisz sama pójść i sobie na to zapracować. Świat się nie zmienił, był taki jak wcześniej, ale ja się zmieniłam. To jest ten magiczny klucz do szczęścia, który jest ukryty wewnątrz nas.

Wróciłaś i zaczęłaś przemeblowywać swoje życie?

Kompletnie.

Uważaj, o czym marzysz

Jak ono wyglądało wcześniej? Jak to się stało, że zostałaś modelką?

Byłam dziewczyną, która miała mnóstwo kompleksów. Wyrosłam wysoka, taka, że jak stałam w kościele, to musiałam się garbić, bo tylko mnie ksiądz widział. Byłam za chuda, nieproporcjonalna i płaska. W domu rodzice za bardzo nas nie chwalili, zależało im na tym, żebyśmy mieli dobrze poukładane w głowach. Także długo nie wiedziałam, że uroda jest moim atutem, nigdy nie myślałam, że mogę być modelką. Jednak całym sercem marzyłam o tym, żeby podróżować, żeby zobaczyć świat. Pamiętam, jak obejrzałam „Gorączkę sobotniej nocy” i urzekła mnie scena, w której John Travolta jechał przez Brooklyn Bridge na Manhattan. Zamarzyłam, żeby kiedyś też tamtędy pojechać. To był czas, kiedy nagle dużo osób zaczęło zwracać uwagę na to, że jestem ładna. Bardzo popularne były wtedy konkursy Miss Polonia i naprawdę ludzie zaczepiali mnie na ulicy: „Pani koniecznie powinna wziąć udział…”. A raz dostałam nawet kartkę o takiej treści: „Grzechem byłoby pozostawić w prywatnych zbiorach dzieło sztuki, jakim jest pani i jej ciało”. Wręczył mi to facet w pociągu i wyszedł, nie zostawiając swojego numeru telefonu, więc mnie nie podrywał. (śmiech)

I wygrałaś casting w Warszawie, pojechałaś do Nowego Jorku. Spełniło się marzenie?

Boże kochany, to było dla mnie absolutnie niesamowite, że pojechałam do tego Nowego Jorku! Ale mówię czasem „uważaj, o czym marzysz”, bo marzenia się spełniają, a nie zawsze okazują się naszym szczęściem.

Nie byłaś szczęśliwa?

Po zachłyśnięciu się wielkim miastem zobaczyłam, że te wszystkie wartości, z którymi wyjechałam z Białegostoku, tam były po prostu śmieszne: „W ogóle jaka pokora?! Jaka skromność, jaka czystość?! Jak ty chcesz zrobić karierę z takimi rzeczami? To nie są atrybuty, to są wady!”. Nie rozumiałam tego, że pieniądz jest najważniejszy, ciśnienie, że „to jest ten moment”... Przecież ja miałam 18 lat.

Skończyłaś Liceum Sztuk Plastycznych w Supraślu, tam były inne ideały?

Fascynowałam się fotografiami, na przykład Avedona, które są jak obrazy, gdzie modelka jest aktorką, więc myślałam, że na tym polega ten zawód. Myślałam, że będę częścią kreacji.

Dla ciebie to był ból mentalny?

I to duży. Moim celem nigdy nie było to, żeby wszyscy mówili „Jaka jesteś piękna!”. Jeżeli wszystko wokół ciebie jest skoncentrowane wyłącznie na twoim wizerunku zewnętrznym, to wszystko w środku płacze. Oczywiście dużo czytałam, studiowałam, wydawałam poezję, żeby udowodnić światu i sobie, że nie jestem tylko ładną buzią.

Ale jednak nie zrezygnowałaś, nie uciekłaś z Ameryki?

Zmieniłam podejście do tego zawodu. Gdy urodziłam dziecko, zmieniły się moje priorytety. Celem stał się mój syn Michał, moja rodzina i dom, a wybiegi to był po prostu sposób na zarabianie pieniędzy.

aga maciag
Zuza Krajewska/Laf

Gdy zaszłam w ciąże mówili: jest po Tobie

Nowojorska agencja modelek zażądała, żebyś zostawiła syna na pół roku...

Gdy zaszłam w ciążę, to wszyscy mówili: „Jest po tobie”. Gdybym chciała wrócić do Stanów, to żeby to wszystko znowu rozkręcić, musiałabym być do dyspozycji 24 godziny na dobę. Castingi, sesje zdjęciowe, trzeba być wyspanym, więc nie mogłabym zajmować się małym dzieckiem. Dlatego agencja uznała, że powinnam poświęcić pół roku na odbudowanie kariery, a potem wrócić po synka. Ale wyobraź sobie, że zostawiasz dziecko na pół roku!

Miałaś wtedy 23 lata, mogłaś podbić świat. Nigdy nie żałowałaś?

Taka karma! (śmiech) Przyspieszony kurs dorastania. Nie spodziewałam się, że tak szybko zostanę mamą. To na mnie spadło i po prostu dzielnie to przyjęłam. Ale ja już wtedy wiedziałam, że ten „wielki świat” szczęścia mi nie da. Już byłam w takich miejscach, o których się marzy, byłam wśród ludzi, których się podziwia, i czułam, że to nie są miejsca szczęśliwe. Więc ja naprawdę pożegnałam się z tym zawodem. Ale po porodzie bardzo schudłam i znowu ludzie zaczepiali mnie na ulicy: „A może by pani przyszła na casting?”.

I tym razem trafiłaś do Paryża.

Do agencji Elite, z Lindą Evangelistą czy Noami Campbell. Gdy się tam pojawiłam, natychmiast dostałam kontrakt. Mówię: „Nie mam nowego portfolio”. „Ale my nie potrzebujemy żadnych zdjęć!”. Zaczął się nowy rozdział. Nie zależało mi na zrobieniu kariery. Postanowiłam, że będę dobrą modelką, która pracuje i zarabia.

Dowiedziałam się, kim nie jestem

Jak doszłaś do tej samotności, o której powiedziałaś mi na początku, która była początkiem twojej życiowej zmiany?

Zawsze gdy czułam, że jest mi źle, wymyślałam sobie kolejne trudne zadanie. Byłam nawet dyrektorem kreatywnym i dyrektorem marketingu ogromnej firmy. Pracowałam z wielkim zaangażowaniem, więc też odnosiłam sukcesy. Mogłam je zobaczyć na słupku giełdowym. Po trzech latach tej pracy byłam kompletnie wypalona. W końcu doszłam do takiego punktu, w którym wiedziałam, że nie znajdę samospełnienia w tych wszystkich rolach, które sobie wymyślam, w które wierzyłam, że dają kobietom szczęście – zawodowe sukcesy, dziecko, rodzina…

Dużo tego. Mogłoby wystarczyć do szczęścia.

Byłam bardzo konsekwentna, z determinacją realizowałam wszystkie swoje marzenia, aż nie pozostała ani jedna z rzeczy, o której mogłabym powiedzieć: „Gdybym to zrobiła lub miała, to bym była szczęśliwa”. Za to jestem bardzo wdzięczna losowi. To jest ten ważny moment, kiedy przestajemy szukać na zewnątrz i zaczynamy szukać w zupełnie innym miejscu.

W sobie?

I tylko tam to jest. Właśnie to zrozumiałam na Korfu.

Powiedziałaś, że kiedyś prowadziłaś zupełnie inny tryb życia, bardziej eksploatujący…

Ja po prostu nie potrafiłam obsługiwać istoty, jaką jestem. Wymyśliłam sobie, co uczyni mnie szczęśliwą.

Wcześniej to nie byłaś ty?

Na tamtym etapie to oczywiście byłam ja, ale nieświadoma, reaktywna. Wtedy poznałam, kim nie jestem, to ważne, i tę część zostawiłam, odpuściłam sobie. Kiedyś nie miałam ze sobą dobrego kontaktu, nie potrafiłam czytać sygnałów, które wysyła mi moje ciało. Nie rozumiałam, co to oznacza, że mam ściśnięty żołądek albo dlaczego po spotkaniu z kimś nie mogę przez dwa dni dojść do siebie. Nie wiedziałam, o co chodzi, „Przecież ta osoba jest wspaniała, sławna, wszyscy mówią o niej takie cudowne rzeczy, zachwycają się nią, więc dlaczego jestem zmęczona?”.

„A ja tam byłam, powinnam być szczęśliwa”?

Właśnie. Musiałam więc nauczyć się siebie: co sprawia, że sama ze sobą czuję się dobrze. Tego nikt nas nie uczy w szkole. Jak moi rodzice mogli mnie tego nauczyć, skoro ich nikt tego nie nauczył? Teraz wiem, że jeżeli idę w miejsce, w którym są ludzie, którzy oceniają czy plotkują, to czuję się tam źle, bo to nie współgra z moją energią. Więc staram się nie zabierać siebie w takie miejsca. (śmiech) To jest moja miłość do samej siebie – wybieram taką pracę, takich ludzi, wśród których czuję się dobrze. Da się tak żyć! Oczywiście wymaga to odwagi, czasem trudnych, ryzykownych decyzji. Ale żyjemy w niesamowitych czasach, kiedy możemy czerpać wiedzę i inspirację z całego świata.

Nie jestem osobą, która zazdrości, jestem osobą, która się inspiruje. Jeżeli ktoś napisał książkę, a ja czuję ukłucie w sercu, to jest to dla mnie znak, że ja też muszę zabrać się do pracy. Jeżeli ktoś ma coś, do czego moje serce się wyrywa, to znaczy, że to jest moja potrzeba, ale też mój potencjał. Skoro to jest moja potrzeba, to jest to też moja możliwość.

Czyli zbudowałaś się na nowo dzięki temu, że zaczęły ci się wyświetlać różne rzeczy, pojawiały się właściwe lektury, właściwi ludzie?

Ja za tym szłam. To nie jest tak, że patrzę na ludzi i na świat naiwnie, bezkrytycznie. Jestem racjonalnym Bykiem, ale mam też w sobie Ryby, więc jestem otwarta na duchowość. Myślę samodzielnie, wybieram to, co mi służy, nie mieszczę się w żadnej szufladzie.

Zmiany we mnie i dobre zmiany w związku

Jesteście z Robertem znaną parą. Również z tego, że jesteście spektakularnie szczęśliwi. Ale lubisz też podkreślać swoją niezależność: „To, że jestem szczęśliwa, to jest moje dzieło”.

Jesteśmy razem od 20 lat. 10 lat temu, w czasie mojego kryzysu, przeszliśmy coś w rodzaju „separacji”, chociaż nie lubię tego słowa. To był mój pomysł. Bardzo wcześnie zostałam mamą, kobietą odpowiedzialną za innych i pierwszy raz w życiu chciałam mieć swoją własną przestrzeń, żeby po prostu się do siebie dokopać. Docierało do mnie, że nie mogę oczekiwać, że drugi człowiek mnie uszczęśliwi, załata moje wewnętrzne dziury, a to jest problem większości kobiet.

Nie możemy się wieszać na męskim ramieniu?

Wtedy ten związek jest po prostu kulawy. My z Robertem przechodziliśmy różne fazy, był czas, kiedy staliśmy się jak bliźniacy syjamscy. Nie zapomnę, jak kiedyś jednakowo ustrojeni pojechaliśmy do Paryża. Lubię męski styl, więc włożyłam ciężkie martensy, oboje mieliśmy skórzane spodnie, takie same swetry, kurtki, plecaki i zegarki. Szliśmy za ręce. Nie mogłam zrozumieć: „Co oni tak na nas patrzą?!”. (śmiech)

„Separacja” to nie było posunięcie ryzykowne?

Bardzo ryzykowne. Nie wiedziałam, do czego nas to doprowadzi. Robert uważał, że zwariowałam. „Ale przecież ja cię kocham, jak ty możesz tak mówić?” A ja wiedziałam, że dopóki sama ze sobą nie zrobię porządku, to będę miała „dzień świstaka”, będę wchodziła w kolejne związki i ciągle powtarzała ten sam błąd. Szłam za tym, żeby siebie uratować, z bardzo dużą determinacją i samodyscypliną. Oboje byliśmy na tyle mądrzy, że nie weszliśmy w tym czasie w inny związek.

Kiedy poczułaś, że już możecie znowu być razem?

Gdy zaczęłam za nim tęsknić. Ale najpierw musiałam dojść do punktu, w którym naprawdę poczułam, jak może mi być dobrze samej ze sobą. To nie było łatwe. Pomimo „separacji” przez cały czas byliśmy w przyjaźni, a być może wtedy tak naprawdę zaczęliśmy tę przyjaźń budować, bo ja mu cały czas z ekscytacją opowiadałam, co przechodzę, co odkrywam, co jest moją prawdą.

Ludziom to się nie mieści w głowie: ma miłość, pieniądze, ma wszystko. Aż tak cierpiałaś?

Ten wewnętrzny ból jest znany większości kobiet. Okoliczności zewnętrzne nie mają znaczenia. Spójrz na Marilyn Monroe. Sukcesy zewnętrzne powodują jeszcze dodatkowe wyrzuty sumienia: „Jak możesz narzekać, przecież masz tyle powodów do radości”. To jest jeszcze gorsze, bo wyraźnie obnaża naszą wewnętrzną pustkę. Nawet do odczuwania cierpienia nie dawałam sobie prawa, bo przecież MUSZĘ być szczęśliwa.

Spokój i dużo więcej

Jakie były najważniejsze kroki na twojej nowej drodze?

Dla mnie naprawdę bardzo ważna była joga. Na początku drogi było poczucie jedności ze wszystkim i totalny zachwyt naturą. Czułam się tak, jakbym nareszcie się obudziła. My, ludzie, jesteśmy tak strasznie skoncentrowani na celu, że ucieka nam tu i teraz, a to jest w życiu esencją i słodyczą.

Czyli?

To, że kupię kwiat i go sobie postawię na stole. Zaczęłam się uczyć tego bycia tu i teraz w gotowaniu. Zaczęłam odkrywać, jakie cuda są wokół. Napisałam wiersz o tym, że kroję marchewkę! (śmiech)

O! Ciekawe. Zaraz go sobie wygugluję.

Ja tak zakochałam się w życiu, że napisałam „Smak życia”, bo nareszcie zaczęłam czuć, jak to życie smakuje. Zrozumiałam, że szczęścia nie znajdę w zawodowych sukcesach czy na czerwonym dywanie, tylko właśnie w codzienności. Joga dała mi narzędzia. Dostałam techniki medytacji, techniki oddechu, mantry, ćwiczenia, żebym mogła uciszyć umysł, a jak już znalazłam ten spokój, to okazało się, że mogę znaleźć dużo więcej. Przestałam palić, pić alkohol, oczyściłam się…

Czy joga nie kłóci się z twoją wiarą w Boga?

Przeciwnie. Moim szefem jest Jezus. (śmiech) Skoro spotkałam jogę na swojej drodze w odpowiedzi na moją prośbę o prowadzenie, to jest to dla mnie dar. Joga i medytacja są dokładnie zbadane naukowo i medycznie, więc ja wiem, co z fizjologicznego punktu się ze mną dzieje. Te techniki to naturalne lekarstwa, bez skutków ubocznych. Wykorzystuję wszystkie bezpieczne i skuteczne narzędzia samorozwoju.

To niesamowite, bo jednak żyłaś w świecie hedonistycznym, celebryckim, w takim „high life”, a teraz mówisz: „Jezus jest moim szefem”…

Ja zawsze wiedziałam, że wiara jest ważna. Zaczęłam mówić o teologii separacji, czyli że „ja jestem tu, Bóg jest tam”. To prowadzi do kosmologii separacji, a ona do naszej prywatnej, codziennej patologii separacji. Jest to poczucie ogromnego osamotnienia, którego doświadcza współczesny człowiek. To z kolei prowadzi do samodestrukcji. Dlatego ludzie palą, piją, źle się odżywają, trwają w wyniszczających związkach. Odkąd naprawiłam siebie, nigdy nie czuję się samotna.

Nawet jak nie ma Roberta?

Ja kocham te momenty. Uwielbiam wstawać o 4.30, choć wcześniej dałabym się posiekać, że jestem typem sowy. Wtedy mam czas i przestrzeń na modlitwę, medytację. Dzięki temu dostaję mnóstwo dobrej, czystej energii. Czasami samą siebie zaskakuję – potrafię od świtu poprowadzić warsztaty, potem przez wiele godzin prowadzę samochód, przyjeżdżam do domu, robię kolację, ogarniam to wszystko i kładę się spać szczęśliwa. Nie tak dawno prowadziłam imprezę w Zakopanem, gdzie grała kapela rockowa. Ja chodzę spać bardzo wcześnie, 21, 22, ale jak potrzeba, to prowadzę imprezę do 2 w nocy. I tam byli muzycy, którzy koło północy mówią do mnie: „Chodź na zaplecze, napijemy się, zapalimy”, a ja mówię: „Nie, ja nie piję i nie palę”, na co oni: „No co ty? To na czym ty jedziesz?”. (śmiech) To jest właśnie ta energia; gdy się do niej podłączymy, to ona daje niesamowity power.

Nie ciągnie cię już do dawnego świata?

Teraz przyciągam do swojego życia osoby, które nadają na tych samych falach i to jest wspaniałe! Na początku tej drogi, gdy już odkryłam w sobie wewnętrzne światy, było mi trochę ciężko poradzić sobie z tym światem materialnym, który tracił dla mnie na atrakcyjności. Przestało mieć dla mnie znaczenie, w co jestem ubrana, jak wyglądam, bo i tak czułam się szczęśliwa. To nie jest dobre, dlatego że we wszystkim musi być równowaga.

To są grzechy neofitów.

Tak, ja je popełniałam. Kolejnym moim wyzwaniem i dużą pracą było to, aby harmonijnie połączyć świat ducha ze światem materii. Udało mi się tego dokonać i teraz czuję się jak drzewo, które ma mocne korzenie wrośnięte w ziemię, a piękną koroną dotyka samego nieba. Uwielbiam ten stan!

I widać, że dbasz o to, jak wyglądasz.

Absolutnie tak. Wygląd przyciąga ludzi. (śmiech) Dzięki temu mogę podzielić się tym, co odkryłam.

Nadal jesteś modelką?

Teraz z dużą przyjemnością mogę powiedzieć: „Jestem modelką”. Kiedyś się buntowałam i mówiłam, że nie, ale teraz czuję, że jest to ważna część mojego życia, moja droga. Jestem też kimś dużo więcej niż tylko modelką. Osoby, które czytają moje książki czy mojego bloga, czują energię, która z tego płynie. Nie muszę już niczego udowadniać. Jestem autentyczna, to duża ulga…

Helenka czekała na dojrzałych rodziców

Urodziłaś Helenkę w domu, w co nie mogłam uwierzyć...

Co za szalona kobieta?! (śmiech)

...w wieku prawie 42 lat, 20 lat po pierwszym dziecku. Absolutnie niebywałe! Ale czy to był także efekt tego, że weszłaś na nową życiową ścieżkę?

Absolutnie tak.

Nie bałaś się rodzić w takim wieku?

Helenka czekała na takich dojrzałych rodziców. Myśmy byli otwarci wcześniej, chcieliśmy mieć dziecko, chociaż zdecydowanie Robert chciał bardziej, bo on nie jest biologicznym ojcem Michała. Marzył o córeczce. Ja nie jestem typem kobiety, która uważa, że każda z nas musi mieć dziecko. Kobieta może być spełniona w różny sposób. Kiedy przekroczyłam 40. rok życia, uznałam, że nie będziemy już mieć tego dziecka, więc zaczęłam sobie wymyślać inne scenariusze na życie. Kiedy okazało się, że jestem w ciąży, to strasznie się śmiałam – bałam się i cieszyłam równocześnie.

A gdy przyszła na świat?

Naturalny poród daje kobiecie niesamowite poczucie mocy: „Wow, teraz ja naprawdę mogę wszystko!”.

Powiedziałaś kiedyś: „Przeraża mnie, gdy sześć tygodni po porodzie modelka bierze udział w pokazie bielizny, a w połogu ćwiczy, żeby szybko mieć płaski brzuch i wszyscy biją jej brawo”?

To jest masakra. Połóg to kluczowy czas dla matki i dla maleństwa.

Ty też miałaś po dzieciach płaski brzuch.

Najpierw uszanowałam potrzeby mojego dziecka i mojego ciała, a później zadbałam o płaski brzuch. Już kilka lat temu miałam potrzebę odreagować ten mój czas bycia modelką, takiego reżimu, który każe nam zawsze mieścić się w ten sam rozmiar ubrań. W agencji w Nowym Jorku byłam ważona co tydzień, nie mogłam przytyć. „Co z tego, że masz okres, jesteś profesjonalistką i musisz spełniać standardy!”.

Więc na pewnym etapie mojej podróży do samej siebie kompletnie odpuściłam i po prostu kupiłam sobie spodnie dwa rozmiary większe. Poczułam, jak to jest, i wtedy dowiedziałam się, że chcę być szczupła, nie ze względu na trendy, tylko dlatego, że dobrze się czuję, kiedy jestem lekka i zwinna. Zaczęłam kombinować– co zrobić, żeby nie tyć, ale jeść, nie czuć się głodnym, bo głodny Byk to naprawdę wściekły Byk!

Mówisz: „Każdego dnia zdarzają się stresujące sytuacje, ale ja już wewnętrznie się tak nie miotam jak kiedyś”.

Zmieniłam stosunek do życia. Już nie mówię: „Boże, świat mi się wali! Co to teraz będzie?”, tylko patrzę i zastanawiam się: „Do czego potrzebuję tego doświadczenia?”. Żeby zmienić sposób myślenia, musimy sobie stworzyć nowe ścieżki w mózgu.

Wyjeździłaś sobie nowe szlaki?

Tak! (śmiech) Freud nie badał osób szczęśliwych. Dlaczego? Ja nie uczę się, jak żyć, od żadnej osoby nieszczęśliwej, inspirują mnie ludzie szczęśliwi. Jak przyjdzie mi głupia myśl do głowy, to mówię: „Dziękuję” i zaczynam sobie projektować inną myśl. Nasze myśli naprawdę stają się naszą rzeczywistością. Zawsze pragnęłam robić rzeczy dobre, wspierające innych. To czuło moje serce. Jestem naturalnym motywatorem.

To co teraz jest dla ciebie najważniejsze w życiu?

(śmiech) Życie.

A ja myślałam, że dopieszczanie i karmienie swoich bliskich.

Najważniejsze jest to, żebyśmy najpierw nakarmiły siebie, swoją duszę. Naprawdę z wyschniętej studni nikt się nie napije. Wtedy możemy szczodrze rozsiewać dary wokół. Jak ja sobie rano pomedytuję, poćwiczę, jak jestem w dobrym nastroju, to wtedy budzą się Robert i Helenka. I wtedy ja ich życie czaruję, karmię ich pozytywną energią, włączam im cudowną muzykę i śpiewamy: „I’m happy, I’m good” albo „Today must be the most beautiful day I ever lived”. A potem dopiero możemy iść na śniadanie.

Rozmowa z Agnieszką Maciąg ukazała się w „Urodzie życia” 3/2016

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Mandel Wiosna lato 2020 Londyn Kampania
fot. Ina Lekiewicz

Najmodniejsza torebka sezonu? Pastelowa, w rozmiarze mini, z metką „Made in Poland”

Na pokazach na wiosnę i lato 2020 zaroiło się od kolorowych minitorebeczek. Chociaż taka it-bag nie mieści zazwyczaj dużo, to ta polskiej marki Mandel cię zaskoczy!
Zuzanna Szustakiewicz
01.06.2020

Dla pięknych torebek potrafimy stracić głowę! A jeśli oprócz wyglądu są superfunkcjonalne, to jesteśmy w siódmym niebie! Być może torebki Mandla odziedziczą kiedyś nasze córki. Bo moda zatacza koła, a dobra jakość i rzemiosło zawsze są na czasie.   It-bags Made in Poland   Dobrze pamiętam, gdy pierwszy raz trzymałam w rękach torebkę marki Mandel. Było to jakieś cztery lata temu na jednych z warszawskich targów Mustache lub Hush Warsaw (które niestety przeszło już do historii). Właściwie to nie była nawet torebka, ale bardzo praktyczne połączenie torebki z etui na telefon . Pamiętam, że zdziwiona powiedziałam: „Niesamowite, że też nikt tego wcześniej nie wymyślił”, a sprzedająca torebki uśmiechnięta brunetka odpowiedziała, że słyszała te słowa sporo razy tego dnia. Zupełnie nie zdziwiło mnie więc, że Mandel szybko stał się nie tylko jedną z moich ulubionych marek torebek „Made in Paland” i od 4 lat odnosi kolejne sukcesy. Monika Kalicińska z sezonu na sezon udoskonala wnętrza swoich torebek, by były jeszcze bardziej praktyczne. A ja cały czas zastanawiam się, jak jej się to udaje!?   Mandel znaczy migdał   Almond to obok kultowej Phone Purse flagowy produkt marki. Co zresztą ma sens, bo Mandel i Almond znaczy to samo, czyli migdał. Różowy, miętowy, holo i nude , w matowej i lakierowanej skórze — to nowa paleta limitowanych, letnich kolorów migdałów. Tej wiosny projektantka zabawiała się nie tylko kolorem, ale i rozmiarem Almonda. Wersja Micro zmieści telefon, karty płatnicze, klucze i pomadkę, ma odpinaną rączkę tak jak każdy Almond. Nano to urocza miniaturka na klucze i karty płatnicze, którą można przypinać do paska czy też przewiązać na nadgarstku. Oprócz migdała w...

Czytaj dalej
Magdalena Biedrzycka, Pan T
fot. Maciej Zienkiewicz/Agencja Gazeta

Magdalena Biedrzycka: „Moja praca to krew, pot i łzy”

Jako kostiumografka pracowała m.in. dla Wajdy, Polańskiego i Krauzego. Sama o sobie mówi, że jest „psychiatrą, praczką, krawcową i czasami artystką”.
Magdalena Żakowska
01.06.2020

Ma na koncie ponad sto produkcji filmowych. Jej projekty znamy z takich obrazów jak „Wałęsa”, „Pianista”, czy „Katyń”, ale również np. z „Listów do M.” i „Czasu honoru”. Po odpowiednie kostiumy potrafi zarówno pojechać do Paryża lub Londynu, jak i zrobić je z wywróconego na drugą stronę obicia kanapy. Czasami to one ją znajdują – jak sztuczne futro z wilka, które kurzyło się na półce w Centrum Obsługi Przedsiębiorstw i Instytucji Artystycznych i czekało na rolę w „Panu T.”.  Czarno-biały film Marcina Krzyształowicza z Pawłem Wilczakiem w roli głównej możesz teraz obejrzeć na platformie VOD Player+. Magdalena Biedrzycka: Postanowiłam przygotować się do naszej rozmowy. Przeczytałam swoje CV, przypomniałam sobie swoje filmy i policzyłam, ile pracuję. Wie pani, co mi wyszło? Magdalena Żakowska :  Równo 40 lat na planie filmowym.  Pani też się przygotowała! Co prawda miałam dwa lata przerwy na stan wojenny, lata 90. też były dziwne, bo nagle rozpadła się filmowa struktura państwowa i zapanował chaos – każdy kręcił, co tylko mógł, w efekcie niewiele jest dobrych filmów z tego okresu. Pracowałam wtedy mało.  Poznałyśmy się na planie „Wałęsy” Wajdy. Opowiadała mi pani o swetrze, w którym Robert Więckiewicz podpisywał akurat tego dnia Porozumienia Sierpniowe...  ...że to oryginalny sweter Wałęsy z tego okresu. Gdzieś w gazecie znalazłam wzmiankę, że pani Danuta oddała ten sweter do Muzeum Solidarności. Oni mi go pożyczyli. Ktoś, kto sobie wyobraża, że moja praca polega na tym, że sobie siedzę przy biureczku i rysuję, albo idę do sklepu i kupuję, ma mylne pojęcie o tym zawodzie. To krew, pot i łzy. Czasem zdarza mi się pracować w garażu z betonową...

Czytaj dalej
Polinezja Francuska
Getty Images

Polinezja Francuska – boskie miejsce na środku Pacyfiku

Błękit jest tutaj tak intensywny, że aż nierzeczywisty. Biel piasku – olśniewająca. Do tego rafy koralowe. Za te cuda natury trzeba słono zapłacić, ale Mooreę czy wyspę Bora-Bora warto chociaż raz odwiedzić.
Małgorzata Sobońska-Szylińska
01.06.2020

W połowie lat 80. wyczynem było prawie wszystko, co dziś wydaje się normą. Okazją do świętowania było nawet zdobycie paru bananów w sklepie. Pamiętam z dzieciństwa taki dzień, gdy właśnie jadłam tego drogocennego banana i przeglądałam przy tym miesięcznik „Poznaj Świat”. W środku była fotografia bajkowo błękitnego morza z wyłaniającymi się z niego górami, pokrytymi zielonym aksamitem, i domkami na palach. Raj na końcu świata . Od tamtej pory zaczęłam o nim marzyć. Niedługo potem obejrzałam film „Bunt na Bounty”, który nie tylko utrwalił te dziecięce marzenia, ale też prawdopodobnie sprawił, że w dorosłym życiu podróżowanie stało się moją drugą naturą. Kiedy wreszcie wybrałam się w podróż na Polinezję Francuską, przekonałam się, że to rzeczywiście jest najbardziej zachwycające miejsce na świecie. Do dziś jestem pod wrażeniem tej wyprawy i gdy ktoś mnie pyta: „Gdzie jest najpiękniej?”, odpowiadam bez namysłu, że właśnie tam.  Na Polinezję zaprowadziła mnie pasja nurkowa . Słyszałam legendy o ławicach rekinów, majestatycznych mantach i ogromnych rybach napoleonach mieszkających w tamtejszych głębinach – musiałam zobaczyć to wszystko na własne oczy. Odległość od Polski sprawiła, że sama wyprawa na wyspy zabrała nam kilka dni. Ale nawet, gdyby miała trwać dwa tygodnie, warto przynajmniej raz w życiu tam dotrzeć.  Tahiti Paula Gauguina i Moorea Lądowanie na lotnisku w Papeete na wyspie Tahiti nie było jednak obiecujące. Pamiętaliśmy wprawdzie, że uroki Tahiti docenił słynny francuski malarz Paul Gauguin (to tutaj powstał m.in. jego obraz „Kiedy mnie poślubisz?”, który kilka lat temu został sprzedany za astronomiczną cenę 300 mln dolarów, stając się tym samym drugim najdroższym obrazem świata), ale było to w drugiej połowie XIX...

Czytaj dalej