Agata Komorowska poszła na wojnę z domem dziecka. Uratowała życie 16-letniemu Michałowi
Iwona Karolak Fotografia

Agata Komorowska poszła na wojnę z domem dziecka. Uratowała życie 16-letniemu Michałowi

„Nie planowałam zakładać rodziny zastępczej, ale nie miałam wyboru, bo nie wyobrażałam sobie, że mogę zrezygnować z Michała” – mówi Agata Komorowska, mama czwórki dzieci, w tym dwojga adoptowanych, i autorka książki „Czy mogę ci mówić mamo” (wyd. Ediprese Ksiażki). 
Sylwia Niemczyk
13.01.2021

Agata Komorowska była samodzielną mamą trójki dzieci, kiedy los postawił na jej drodze 14-letniego Michała. Zbuntowanego, krnąbrnego wagarowicza z domu dziecka, który pierwsze lata życia spędził na ulicy i nie ufał nikomu z dorosłych, bo nieraz go w życiu skrzywdzili. Był przyjacielem z klasy Aleksa, najstarszego syna Agaty. Po dwóch latach stał się jej kolejnym dzieckiem. 

Sylwia Niemczyk: Miałaś już trójkę dzieci: zbuntowanego nastolatka, sześcioletniego Krystiana z zespołem Downa, malutką Adę. Byłaś tuż po rozwodzie, właśnie straciłaś firmę. I ty w takim momencie decydujesz się na kolejną adopcję i to w dodatku adopcję nastolatka. 

Agata Komorowska: Tak właśnie było, a jeśli pytasz, co mną kierowało, to powód jest tylko jeden. My po prostu Michała pokochaliśmy. Był przyjacielem mojego najstarszego syna Aleksa, razem chodzili do klasy. Kiedy Aleks poszedł do gimnazjum, zaczęli się u nas pojawiać jego nowi koledzy, w tym właśnie Michał. Znałam go z widzenia, ale zupełnie nic o nim nie wiedziałam, zauważyłam tylko, że chłopcy się bardzo zaprzyjaźnili. 

Kiedy zwróciłaś na niego uwagę?

Któregoś dnia Aleks mimochodem powiedział: „Mamo, wiesz, Michał mieszka w domu dziecka”. Kompletnie mnie to zszokowało, bo ten uśmiechnięty, ułożony chłopak z ciemną czupryną i chochlikami w oczach zupełnie nie pasował do mojego stereotypu nastolatka z domu dziecka. Bo okazało się, że nawet ja, mając już przecież adoptowaną córkę, wcale nie jestem wolna od uprzedzeń wobec „tych dzieci”. Gdzieś głęboko w głowie siedziało mi połączenie: nastolatek z domu dziecka to patologia. Kompletna bzdura. 

Chociaż szybko potem przekonałaś się, że Michał wcale nie jest taki grzeczny. 

A co to znaczy „grzeczny”? Mój Aleks też wagarował i też nie interesowała go nauka. Michał sprawiał kłopoty nauczycielom i dyrektorkom szkół, do których chodził. Ja jednak starałam się znaleźć odpowiedź na pytanie „Dlaczego to robił?”. Dlaczego z automatu był tak wrogo nastawiony do autorytetów – to mu w pewnej mierze zostało do dziś, choć ma już 19 lat. Każdy nauczyciel, psycholog, policjant to ludzie, którzy mieli go chronić, a którzy go bardzo zawiedli. Nikt nie próbował go zrozumieć ani mu pomóc. Próbowali za to złamać, pokonać, utemperować, zniszczyć, w imię posłuszeństwa. Nie było w tym troski, tylko pogarda. W końcu przestał komukolwiek ufać. Ja też musiałam najpierw w pełni zaufać mu, zanim on zaufał mnie. 

Najpierw ja pokochałam jego, zanim on miał odwagę pokochać mnie. 

Joanna Luberadzka-Gruca: Najważniejsza dla dziecka jest więź z drugim człowiekiem [ŻYCIOWE ROZMOWY]

Dom dziecka jak z koszmaru

W książce opisujesz przełomowy moment: kiedy dałaś Michałowi klucze do waszego domu. 

Siostry zakonne – Michał mieszkał w domu dziecka prowadzonym przez zakonnice – zabroniły mu z nami wyjechać na długi weekend. Bardzo to przeżył, bo marzył o tym wyjeździe i czekał na niego. Dałam mu wtedy klucze do domu i poprosiłam, żeby zajął się kotami. Moi znajomi pukali się w głowę, a ja postanowiłam, że zaufam. Nie zawiodłam się na nim. Nigdy. Chociaż wykręcał różne numery. Zaufałam, pokochałam i szanowałam go bez względu na to co robił, bo wiedziałam, że jego intencje są dobre i szczere, jednak musi nauczyć się, co to znaczy kochać, co to znaczy szanować i czym jest zaufanie. Nauczenie go tego było moim zadaniem. Mogłam to zrobić jedynie troską, bezwarunkową miłością i własnym przykładem. Wygłaszanie wzniosłych formułek nic by tu nie pomogło. Moja taktyka była słuszna. To najbardziej kochająca, szczera i dobra istota, jaką znam. A po przejściu takiego piekła, jakie przeszedł,  przecież mógł zostać przebiegłym diabłem. Nie został. Podziwiam go.

Jak Michał trafił do domu dziecka?

Miał mniej więcej sześć lat, jego matka trafiła z powodu swojej choroby do szpitala i zdecydowała dobrowolnie, by dzieci na ten czas trafiły do domu dziecka. Michał spędził tam kilka miesięcy. Drugi i ostatni raz został zabrany ponad rok później. Kiedy dokładnie?

Wspomnienia Michała są urywane, trudno mu umiejscowić fakty w czasie. Pamięta, że po pierwszym domu dziecka wrócił do rodziców. Pamięta, jak starsza siostra zabierała go na całonocne imprezy, pamięta narkotyki, przemoc, strach, obrzydzenie.

Wspomnienia wracają do niego w postaci nocnych koszmarów. Potem szuka miejsc, które mu się przyśniły, ludzi. I znajduje. Pamięta, że czasem chodził do szkoły, dobrze też pamięta dzień, kiedy do domu przyszli funkcjonariusze, którzy kazali mu się spakować i bez żadnego wyjaśnienia wsadzili do radiowozu. Trafił do pogotowia opiekuńczego tylko dla chłopców, miejsca, w którym była fala jak w wojsku i przemoc: wśród wychowanków, ze strony personelu i ze strony policji. Michał był tam najmłodszy. 

Bezbronny.

Podziwiam go za to, że umiał się tam tak dostosować, że nie stał się ani jedną z ofiar, ani oprawcą. Nauczył się uprawiać slalom pomiędzy jednymi i drugimi, stał się niewidzialny. Przebywał tam osiem miesięcy, potem został przeniesiony do domu dziecka, w którym mieszkał sześć lat, aż do czasu, kiedy zostałam jego matką zastępczą, a potem adopcyjną. 

Co to był za dom dziecka?

Katolicki ośrodek, prowadzony przez siostry zakonne. Po raz kolejny musiał rozszyfrować zasady gry w nowym miejscu i się na tyle dostosować, żeby przetrwać. Szybko dowiedział się, że każde, mniejsze czy większe przewinienie wiąże się z karą. Siostra dyrektor była tam jedynym bogiem. Mogła wszystko – dziecko nie miało absolutnie nic do powiedzenia, a jego dobro było dość pokrętnie interpretowane. Kiedy z nami zamieszkał, musiałam wiele razy prosić go o to, żeby zaczął wyrażać to, co myśli i czuje. Pracujemy nad tym do tej pory.

Piszesz w swojej książce: „Dla dzieci placówkowych »przyszłość« nie istnieje. Istnieje »dzisiaj«, a »dzisiaj« trzeba przetrwać, czyli zjeść i nie oberwać”.

Dzieci wychowujące się w zwykłych domach mają jasno nakreślaną przyszłość. My, jako rodzice, od małego pokazujemy im różne możliwości. Mówimy np.: „Latem pojedziemy nad morze” albo pytamy: „Kim chcesz zostać, jak dorośniesz?” i nasze biologiczne dzieci uczą się myśleć o przyszłości, planować coś. Nikt tak z dziećmi z domu dziecka nie rozmawia, one jedyne co wiedzą, to tylko tyle, że każdego dnia wszystko może się zmienić. Jacyś „oni” mogą zdecydowań, że dziecko wróci do rodziny biologicznej, zostanie gdzieś przeniesione. Dziś mieszkają z tym kolegą, jutro mogą z innym. One uczą się nie przywiązywać do przedmiotów, ani do miejsc, ani tym bardziej do ludzi. Wszystkie dzieci placówkowe marzą o rodzinie, jednak większość nauczyła się, że to jedno marzenie ma najmniejszą szansę się spełnić.

Agata Komorowska
Iwona Karolak Fotografia

Fot.: Agata Komorowska – mama czwórki dzieci, autorka książek m.in. „Depresjologia”, „Optymizm mimo wszystko” i „Czy mogę ci mówić mamo?” wyd. Edipresse Książki. Prowadzi warsztaty na temat: depresji, poszukiwania szczęścia i rodzicielstwa. Kontakt: AgataKomorowska.pl

Najpierw rodzina zastępcza, potem adopcja nastolatka

Jak to się stało, że zostałaś jego mamą?

Kiedy chłopcy byli w drugiej klasie gimnazjum zgłosiłam się, że będę zabierać Michała po drodze i odwozić do szkoły. Woziłam już Aleksa, bo strasznie wagarował. Michał również nie trafiał do szkoły, chociaż wtedy – jeszcze! – nie wagarowali razem. Dostarczałam więc obu pod klasę i czekałam, aż zamkną się za nimi drzwi. Potem zaczęłam robić dla Michała kanapki do szkoły, bo bardzo smakowały mu te, które robiłam dla Aleksa. W końcu było już tak, że Michał codziennie wracał z Aleksem, jadł u nas obiad, odrabiali razem lekcje. 

Wszyscy chcieliśmy, żeby mógł u nas spędzać więcej czasu: żeby mógł zostać na noc, wyjechać z nami na weekend. Zaczęłam szukać, jak to zrobić i dowiedziałam się, że jest coś takiego, jak rodzina zaprzyjaźniona. Żeby nią zostać, musiałam złożyć wniosek do sądu i uzyskać pozytywną opinię domu dziecka, w którym wychowanek przebywa. Kiedy pierwszy raz rozmawiałam o tym z siostrą dyrektor, spodobał jej się ten pomysł, nawet sama mi przekazała dokumenty do wypełnienia. Złożyłam je u niej, miały razem z pozytywną opinią domu dziecka trafić do sądu. 

Ale nie trafiły.

Mijały tygodnie, a ja wciąż nie dostawałam odpowiedzi z sądu, zaczęłam wydzwaniać do domu dziecka, ale siostra była nieuchwytna. W końcu udało mi się do niej dobić i usłyszałam, że ona wcale tych dokumentów nie wysłała. Do tej pory myślałam, że jestem pozytywnie postrzegana przez zarząd domu dziecka, w końcu wożę codziennie Michała do szkoły, pilnuję, żeby się uczył, dbam o niego. Ale siostra powiedziała, że ze względu na zachowanie Aleksa, o którym to zachowaniu ona nie jest w stanie mi opowiedzieć przez telefon, nasz status rodziny zaprzyjaźnionej przestał wchodzić w grę. 

Aleks podpadł, Michał miał ponieść karę. 

Pojechałam do niej i dowiedziałam się, że podczas odwiedzin u Michała w domu dziecka Aleks oświadczył, że nie wierzy w Boga. Poza tym, razem z innymi chłopakami z domu dziecka wygłupiał się, przekręcali krzyże do góry nogami. Umówmy się, przeciętny czternastolatek nie jest rozmodlonym aniołkiem, poza tym dzieci, które tam mieszkały, pochodziły często z zupełnie niereligijnych rodzin. Trudno się dziwić, że miały do katolickiej wiary – i każdej innej – luźny stosunek. Ale, jako że Aleks miał czelność głośno powiedzieć, że nie jest wierzący, siostra doszła do wniosku, że nie jesteśmy rodziną, która się nadaje do opieki nad jednym z jej wychowanków. 

„Czy mogę ci mówić mamo”

Rozmowa z siostrą to jeden z najbardziej poruszających fragmentów w twojej książce.  

Świetnie ją pamiętam, zresztą tuż po powrocie do domu spisałam ją dokładnie. W kółko powtarzała, że ona nie zgadza się, że Michał jest podły, że nie zasługuje na nic dobrego. 

Ja nie wiem, co nią kierowało. Chcę wierzyć, że ona naprawdę sądziła, że strzeże Michała przed naszym szatańskim wpływem i odwrotnie. Wiem, że Michał nie był jedynym dzieckiem, któremu utrudniała kontakty z rodziną, która chciała dać tym dzieciom coś więcej niż miejsce do spania i miskę jedzenia. Kiedy powiedziałam do niej: „Siostro, ja jestem w stanie ofiarować Michałowi prawdziwą rodzinę, a on jej bardzo chce”, odpowiedziała mniej więcej: „Wszyscy tutaj chcą i co z tego. Ja też bym mogła coś takiego powiedzieć”. To mi bardzo dało do myślenia.

Wyszłaś jeszcze bardziej zdeterminowana, by walczyć o Michała. 

Na początku byłam zdruzgotana i bezradna. Szłam i dudniło mi w głowie: „Co ja powiem temu dzieciakowi?”. Ale wiesz, dzisiaj jestem tej siostrze dyrektor bardzo wdzięczna za tamto jej: „Nie zgadzam się”.  

Jak to?

Bycie rodziną zaprzyjaźnioną było dla mnie na tamten czas bardzo bezpiecznym rozwiązaniem. Gdyby siostra się zgodziła, to po prostu spędzalibyśmy z Michałem wakacje, weekendy, święta, ale nie brałabym na siebie pełnej odpowiedzialności emocjonalnej, finansowej i wychowawczej. A w tym momencie okazało się, że jedynym sposobem, żebyśmy mogli spędzać czas razem, jest rodzina zastępcza. To była trudna decyzja dla mnie, ale jedyna, jaką mogłam podjąć. Nie miałam wyboru, bo nie wyobrażałam sobie już wtedy, życia bez Michała. Zarówno ja, jak i cała trójka moich dzieci czuliśmy, że Michał jest integralną częścią naszej rodziny.

Decyzję co do rodziny zastępczej podejmuje sąd. Dom dziecka nie ma już wtedy nic do gadania. Pomimo tego, że już byłam mamą adopcyjną przeszłam całą procedurę kwalifikacyjną i rozpoczęłam dwunastotygodniowe szkolenie. Z każdym tygodniem utwierdzałam się, że w zasadzie każdy rodzic, powinien takie szkolenie przejść. 

Czego się na nim dowiedziałaś – ty, matka trójki dzieci?

Na przykład tego, jak reagować na sytuacje kryzysowe. Np. na sytuację, kiedy twój nastolatek staje w drzwiach pijany. Takie rzeczy się zdarzają, każde dziecko eksperymentuje, bada granice – a my zupełnie nie wiemy, jak się wtedy zachować. Krzyczymy, karzemy, płaczemy, bo  już oczami wyobraźni widzimy to nasze dziecko na ulicy.

A jak powinniśmy zareagować?

W pierwszej kolejności zadbać o jego bezpieczeństwo i zatroszczyć się o jego podstawowe potrzeby. Czyli dziecko musi pójść spać w bezpiecznej pozycji, rano zjeść śniadanie, a dopiero potem możemy z nim rozmawiać. A i to nie w sposób katastroficzny: ty pijaku, degeneracie, ale na spokojnie. Nawet w takiej chwili mamy być po jego stronie. Wrzeszczenie, karanie nic nie da – albo najwyżej da to, że następnym razem, kiedy przesadzi z alkoholem, to po prostu nie wróci do domu. 

Zaadoptowałaś Michała, kiedy miał 16 lat. Dlaczego to zrobiłaś, przecież mogłaś nadal być jego rodziną zastępczą. 

Chciałam dać mu poczucia bezpieczeństwa i uwolnić od lęku, że jakiś urzędnik może zabrać mu rodzinę, którą właśnie nauczył się kochać. Kiedy sąd zdecydował o pozbawieniu matki praw rodzicielskich, mogłam wystąpić z wnioskiem o adopcję. Chociaż, jak wiesz z mojej książki, to też nie przebiegło bez komplikacji, ale w końcu się udało. 

A dlaczego napisałaś tę książkę?

„Czy mogę ci mówić mamo” jest przede wszystkim o Michale i dla Michała. Zresztą jest jej cichym współautorem, bo w książce znajdują się też jego wspomnienia z dzieciństwa i jego odczucia dotyczące naszych relacji i dylematów, które nim targały. To są bardzo poruszające fragmenty, które rzucają światło na to dlaczego dziecko, któremu pragniemy dać cały świat, może nie umieć tego daru przyjąć. Dlaczego ucieka, dlaczego sabotuje własne szczęście. Warto to przeczytać. Wiele razy pytałam, czy na pewno chce, żeby ta książka się ukazała, ale on zawsze mówił twardo, że tak. Jemu bardzo zależy na tym, by ludzie przekonali się, że warto dawać szansę takim dzieciom, jakim on był. Mnie też na tym zależy.

Miałam tyle samo problemów ze swoimi dziećmi biologicznym: Aleksem i Krystianem, co z Adą i Michałem, tyle że przy każdym dziecku były to problemy inne. To jest książka dla każdego rodzina, a w szczególności dla każdego, kto kiedykolwiek myślał o adopcji albo rodzinie zastępczej. Opowiada zarówno o trudach, jak i o cudach związanych z zaproszeniem poranionego dziecka do swojego życia, jak i o metodach radzenia sobie z najtrudniejszymi wyzwaniami wychowawczymi. Kiedy poznałam Michała, na pewno nie planowałam komplikować sobie życia jeszcze jednym nastolatkiem. Jednak mój sposób na szczęśliwe życie, to niezaplanowana zmiana planów. Czasem nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić co los albo Bóg, jak ktoś woli, nam podaruje. Kurczowe trzymanie się planów może sprawić, że przeoczymy najcenniejszy dar.

Kliknij w okładkę i kup książkę o niezwykłej adopcji:

Agata Komorowska
mat. prasowe Edipresse Książki

„Czy mogę ci mówić mamo”, Agata Komorowska, wyd. Edipresse Książki

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Joanna Luberadzka-Gruca
redakcja

Joanna Luberadzka-Gruca: Najważniejsza dla dziecka jest więź z drugim człowiekiem [ŻYCIOWE ROZMOWY]

Gościem Sylwii Niemczyk-Opońskiej, redaktorki naczelnej Urody Życia, jest Joanna Luberadzka-Gruca. Szefowa Fundacji Polki Mogą Wszystko i działaczka na rzecz dzieci opowiada o rodzicielstwie zastępczym – jakie cuda może zdziałać posiadanie rodziny, nawet dla śmiertelnie chorego malucha...
Katarzyna Imiołek
16.04.2020

Sylwia Niemczyk-Opońska zaprosiła swojego gościa w malowniczą podróż barką po Wiśle. Wspomniała, że taka przygoda to marzenie jej dzieci. I na temat dzieci właśnie potoczyła się rozmowa...   Najważniejszą potrzebą każdego dziecka jest posiadanie bliskiej osoby Pierwszym, jakie redaktorka naczelna Urody Życia zadała gościowi, było pytanie o to, co jest dla każdego dziecka najważniejsze w życiu. Odpowiedź Joanny Luberadzkiej-Grucy może być dla wielu z nas zaskakująca – zdaniem szefowej Fundacji Polki Mogą Wszystko, maluchy tylko z pozoru najsilniej potrzebują ciepłego kocyka, przewijania, jedzenia... To są ważne sprawy, niezbędne, by dziecko przeżyło, ale to też potrzeby dopiero drugiego rzędu. Są też inne, znacznie od nich ważniejsze. Taką potrzebą jest potrzeba więzi, potrzeba mamy. Kogoś, dla kogo jesteśmy ważni, przez kogo jesteśmy kochani.  Niestety, wciąż mnóstwo jest dzieci, które nie mają domu i choć jednej bliskiej osoby. To dzieci w domach dziecka, domach opieki społecznej czy zakładach opiekuńczo-leczniczych. Ośrodkach, gdzie przebywają na stałe. Takie maluchy są opieki rodzicielskiej pozbawione.  Alkohol – główna przyczyna utraty domu Joanna Luberadzka-Gruca podkreśla w rozmowie z redaktorką naczelną Urody Życia, że w Polsce ciągle najczęstszym powodem przebywania dzieci poza rodziną jest alkohol. A konkretnie, nadużywanie przez rodziców jego, ale też innych używek. Zazwyczaj nie oznacza to też, niestety, „jedynie” przemocy, której dzieci stają się ofiarą, ale też duże ubytki na zdrowiu już w momencie narodzin... Syndrom FAS, bo o nim między innymi mowa, może oznaczać wiele schorzeń. Dzieci urodzone przez matki, które piją w ciąży alkohol, mają często uszkodzone organy wewnętrzne, często nie...

Czytaj dalej
Małgorzata Nocuń „Wczesne życie”
Jakub Włodek

„Mój synek był dzielniejszy ode mnie”. Co czuje matka, gdy urodzi za wcześnie?

W Polsce co roku przychodzi na świat 25 tysięcy wcześniaków. Często patrzymy na nie ze wzruszeniem: w inkubatorze leży wzruszające maleństwo, okruszek, Calineczka. Waży pół kilograma, ale cóż, przecież niedługo urośnie…
Anna Zaleska
17.11.2020

Opisując swoją osobistą historię i narodziny synka, dziennikarka i pisarka Małgorzata Nocuń w książce „Wczesne życie” opowiada o wielkim dramacie i heroizmie matek wcześniaków. Dla wielu z nas niewidocznym, choć dzieje się tuż obok. Dramat matek wcześniaków Anna Zaleska: Julek w tym roku poszedł do przedszkola. Jak było? Małgorzata Nocuń: Nie było łatwo. Pierwszego dnia wręczono mi go z sześcioma parami zasikanych spodni. Nic nie chciał jeść i cały dzień płakał. No ale trudno, musi przez to przejść i my z mężem też musimy, nie ma wyjścia. Wiem, że kontakt z rówieśnikami jest dla dziecka najlepszy.  U pani wrażliwość i lęk o dziecko po tej drodze, jaką z Julkiem przeszliście, mogą być wyjątkowe. Jestem zapewne bardziej wrażliwa, mam wyrzuty sumienia, że znów muszę zamknąć jakieś drzwi i zostawić dziecko z obcymi ludźmi. Ale Julek tyle w życiu przeszedł, że pozostanie z rówieśnikami w przedszkolu jest tylko naturalnym krokiem do życia w większej dojrzałości. W sierpniu świętowali państwo trzecie urodziny synka. Jakim jest chłopcem? Gadatliwym, energicznym, wesołym. Chyba przez to, że poświęcaliśmy mu z mężem bardzo dużo uwagi, nie umie się zajmować sam sobą, lubi być cały czas w interakcji. To, że przyszedł na świat jako wcześniak, widać tylko po jego drobnej sylwetce. Ma też słabą odporność i poważną postać dysplazji oskrzelowo-płucnej. Początek życia Julka był dramatyczny: urodził się w 29. tygodniu ciąży, ważył 1080 gramów, trafił na Oddział Intensywnej Terapii Noworodka.  Pewnie nigdy tego nie zapomnę. Często wspominam ten moment, gdy lekarz wyciąga go z mojego brzucha i nastaje taka straszna, najgorsza w życiu cisza. Nic nie słychać, dziecko jest nieme… Tygodnie, które potem nastały, opisuje pani jako piekło....

Czytaj dalej
Aleksandra Pezda
Piotr Porebsky

Rodzice przemycają medyczną marihuanę dla swoich dzieci, bo w Polsce nie mogą jej kupić

Medyczna marihuana pomaga chorym z lekooporną padaczką, glejakiem, stwardnieniem rozsianym. Nie można jednak jej dostać w aptekach, a lekarze boją się ją przepisywać swoim pacjentom.
Bartosz Janiszewski
02.10.2020

Jeśli jest coś, co pomaga chorym, to nie powinniśmy się wahać ani sekundy. Nieważne są wtedy nasze uprzedzenia, polityka, kultura ani religia. Chory powinien dostać to, co go leczy. Natychmiast”. Z Aleksandrą Pezdą, autorką książki „Zdrowaś Mario. Reportaże o medycznej marihuanie”, rozmawia Bartosz Janiszewski. Bartosz Janiszewski: Publicznie przyznam ci się do przestępstwa. Załatwiałem olej z konopi bliskiej osobie chorej na glejaka. Aleksandra Pezda: Wcale mnie to nie dziwi. Odkąd zaczęłam pracę nad książką o medycznej marihuanie, nie było dnia, żebym nie usłyszała historii o kimś, kto łamie prawo, żeby zdobyć ten lek. Ponad milion osób w Polsce choruje na raka i gwarantuję ci, że większość z nich słyszała, że marihuana pomaga w walce z nowotworem oraz niweluje skutki uboczne chemioterapii. Padaczka lekooporna u dzieci – to samo: każdy rodzic wie o marihuanie. Chorzy na stwardnienie rozsiane albo już się leczą marihuaną, albo szukają sposobu, żeby to zrobić. I nikt o tym głośno nie mówi? Tabu? Strach? Chorzy wiedzą, że to jest coś, co może im pomóc, mimo że to nielegalne. Wiedzą też lekarze, ale większość udaje, że to nieprawda. Pacjenci boją się więc ryzykować. Poznałam wiele historii, które udowadniają, że strach jest uzasadniony. Jeden z moich bohaterów, Karol, spróbował marihuany, kiedy miał 30 lat, a od 10 cierpiał na chorobę Leśniowskiego-Crohna. To całkowicie upośledza pracę jelit. Przez lata przyjmował tonę leków, bez rezultatów. Lekarze wycięli mu część jelita, założyli stomię, żywił się kleikiem, tracił siły. Wreszcie kupił trawkę od dilera, zapalił i brzuch przestał go boleć, a trawienie wróciło do normy. Ale marihuana od dilera z ulicy jest droga, a jej jakość niepewna – nie wiesz, czy dla zarobku diler czegoś do niej nie dodał....

Czytaj dalej
Nicole Kidman jako Celeste, matka bliżniaków, w serialu „Wielkie kłamstewka” / mat. prasowe HBO

Czego mogą nas nauczyć najfajniejsze (i te mniej fajne!) serialowe matki?

Matka matce nierówna, dlatego dzisiaj bierzemy pod lupę znane seriale i szukamy macierzyńskiego ideału. I zastanawiamy się, do którego typu serialowej matki same jesteśmy podobne.
Anna Zaleska
21.05.2020

Nie jest łatwo być idealną matką, ani w życiu, ani – jak się okazuje – w serialu. Nie jest łatwo być nawet dobrą matką. Kochającą, serdeczną, ciepłą, cierpliwą, wspierającą, potrafiącą ustanawiać jasne zasady i przy nich trwać… – o czymś zapomniałam? Za to raczej nietrudno być „fajną”. Pamiętam taką scenę z filmu „Wredne dziewczyny” z Lindsey Lohan. Najpopularniejsza w liceum nastolatka zaprasza do domu nową koleżankę. Tam wita ją blondynka w różowym dresiku, ze świeżo zoperowanym biustem i miniaturowym pieskiem na rękach: „Jeśli będziesz czegokolwiek potrzebować, po prostu powiedz – zachęca. – W tym domu nie ma żadnych reguł. Ja nie jestem mamą! Ja jestem fajną mamą!”. I takich „fajnych mam” jest w serialach sporo. Ale na szczęście są też fajne bez cudzysłowu, choć trzeba urządzić sobie naprawdę porządny binge-watching, żeby się z nimi spotkać. Matka, która nie mówi „słów na zet i na en” Bycie „fajną” zaczyna się, gdy tylko dziecko przyjdzie na świat. Na przykład Alice z „Pracujących mam” (Netflix) wyznaje na grupie wsparcia, mocno zestresowana, że mówiąc do dziecka, użyła dwóch zakazanych słów: na zet i na en. Nie będę pisać, co przychodzi do głowy innym matkom, bo to nieeleganckie. Tymczasem biedna Alice użyła słów „zakazuję” i „nie”, a niektóre poradniki dla rodziców uznają je za „nadmiernie negatywne”… Można sobie wyobrazić, że za kilkanaście lat Alice będzie w poradnikach szukać odpowiedzi na pytanie: co zrobiłam nie tak? Można by tu przeskoczyć do serialu „Pani Fletcher” (HBO). To opowieść o samotnej matce, która swojego jedynego syna wyprawia właśnie do college'u. Jest w...

Czytaj dalej