Adwokatka kobiet: „Polacy są dobrze wyedukowani, jak nie płacić alimentów na swoje dzieci” 
Rafał Masłow

Adwokatka kobiet: „Polacy są dobrze wyedukowani, jak nie płacić alimentów na swoje dzieci” 

„Nie jesteśmy z natury ani szlachetniejsze, ani uczciwsze od mężczyzn. Ale pełniąc określone funkcje w życiu, musimy zadbać o nasze prawa”, mówi Daria Skrzypczak-Kozikowska, prawniczka.
Sylwia Niemczyk
07.09.2020

Alimenty, opieka nad dzieckiem albo procesy o mobbing – Daria Skrzypczak-Kozikowska reprezentuje kobiety, które muszą dochodzić swoich praw w sądzie nieraz miesiącami albo całymi latami. Na sali sądowej widzi łzy, często jest świadkiem wielkich emocji. 

Sylwia Niemczyk: Pamiętasz swój pierwszy proces w sądzie?

Daria Skrzypczak-Kozikowska: Oczywiście! Sprawa o zabójstwo, w grę wchodziła kara 25 lat więzienia. Jeszcze jako nieopierzona aplikantka – bo ja tej sprawy nie prowadziłam, tylko przyglądałam się temu, co mówi i robi mój patron – siedziałam w sali rozpraw z przeświadczeniem, że tak mile wyglądający, spokojny gość nie mógłby przecież być zabójcą. A on nagle wstaje na rozprawie i przyznaje się do winy. I choć to był wtedy dla mnie szok, to dzięki tamtej sprawie uświadomiłam sobie, że moja ocena, czy oskarżony jest winny, czy nie, nie jest tak istotna. Zadaniem adwokata jest to, by zadbać o prawa oskarżonego i dać mu możliwie najlepsze wsparcie. 

A jaka była pierwsza sprawa, którą już prowadziłaś sama?

W sądzie rodzinnym o ustalenie kontaktów z dzieckiem i o powierzenie władzy rodzicielskiej matce. Wtedy myślałam, że biorę udział w batalii – dziś wiem, że w sumie to była bardzo ugodowa sprawa, bo choć rodzice dziecka nie mogli porozumieć się w kilku kwestiach, to zakończyła się na kilku posiedzeniach. 

Zwykle tak się nie dzieje?

Bywa, że byli partnerzy, małżonkowie nie są w stanie przez całe lata się ze sobą dogadać. Sprawy, które toczą się między dwojgiem kiedyś bliskich sobie ludzi, są bardzo trudne i adwokat musi być w nich nie tylko prawnikiem, ale też trochę psychologiem. Musi wiedzieć, kiedy walczyć, a kiedy lepiej będzie odpuścić – a już na pewno nie może dodawać emocji, ale raczej je studzić. I nie mówię tu tylko o sprawach związanych z opieką nad dzieckiem. Czasem nawet jak nie ma dzieci, tylko toczy się sprawa np. o rozwód, to i tak na rozprawach jest bardzo dużo żalu, poczucia krzywdy, złości. W takich emocjach trudno się ze sobą porozumieć.

Widzisz te trudne emocje na sali sądowej?

Często widzę bardzo silne emocje. Ostatnio brałam udział w sprawie o znęcanie się męża nad żoną: to była przemoc fizyczna, psychiczna, ekonomiczna. Proces ciągnął się od 10 lat, prowadziło go kilka wspaniałych prawniczek, ja dołączyłam na ostatnim etapie i reprezentowałam pokrzywdzoną na rozprawie apelacyjnej. Sąd pierwszej instancji nie znalazł jednak podstaw do skazania oskarżonego. Uznał, że działania obu stron były symetryczne, a przemoc wzajemna. Dopiero sąd apelacyjny uchylił wyrok uniewinniający wobec oskarżonego i przekazał sprawę do ponownego rozpoznania. Nie mógł ze względów proceduralnych skazać oskarżonego, mógł jedynie – i zrobił to – uchylić wyrok, który w jego ocenie był błędny, bezpodstawny i krzywdzący. I wtedy rzeczywiście były emocje i łzy. Ale nie smutku: to były łzy odważnej kobiety, która się nie poddała i nie pozwoliła na to, by dalej być ofiarą. 

Nie wiem, czy ona zdecyduje się jeszcze raz przechodzić przez to wszystko, ale dla niej najważniejsze już było, że ktoś jej uwierzył. Że ona sama jeszcze nie zwariowała i że to, że nie pozostała bierna w stosunku do swojego oprawcy, nie znaczy, że sama stała się oprawcą.

Ty też czułaś wzruszenie? Wkładasz serce w sprawy, które prowadzisz?

Zdecydowanie tak. Chyba inaczej się nie da. Do dziś pamiętam jedną sprawę w sądzie rodzinnym. Moja klientka wniosła o pozbawienie ojca jej dzieci praw rodzicielskich ze względu na to, że mieszkał za granicą, co w praktyce bardzo utrudniało jej opiekę nad dziećmi. Chodziło tam m.in. o każdorazową potrzebę zgody i podpisu ojca w związku ze świadczeniami, rehabilitacją i leczeniem dzieci. Ale choć on rzadko je widywał, to kochał je i bał się, że je straci. To była bardzo poruszająca rozprawa, po obu stronach płacz, mnóstwo emocji. 

Wszyscy chcieli dobrze, nie było żadnych złośliwości w sali, ale było widać wielki strach ojca, że po zrzeczeniu się praw rodzicielskich straci dzieci, które kocha najbardziej w życiu. Chciał postąpić właściwie, ale nie wiedział, jakie będą konsekwencje decyzji o pozbawieniu go praw rodzicielskich – nie wszyscy przecież wiedzą, że orzeczenie o ograniczeniu czy pozbawieniu władzy rodzicielskiej zupełnie nie ma wpływu na prawo i obowiązek rodzica do kontaktów z dziećmi. Kiedy ostatecznie zgodził się zrezygnować z przysługujących mu praw rodzicielskich, matka dziecka dziękowała mu ze łzami w oczach. 

Prowadzisz sprawy o alimenty? 

Coraz częściej. To ciągle trudny i bolesny temat dla wielu kobiet, które zostają same z ograniczonymi środkami do życia. Taki proces to zazwyczaj jest walka praktycznie o każdy grosz. Przedstawianie wszystkich rachunków, przerzucanie się kosztami, fakturami, wydatkami… I niestety – mówię to z doświadczenia – ta walka wynika z tego, że często ojcowie po prostu nie wiedzą, jakie są realne koszty utrzymania dziecka. Często uważają, że matka dziecka przeznacza zasądzone alimenty na swoje potrzeby. To w tej niewiedzy jest źródło konfliktu. Dlatego zazwyczaj taka sprawa trwa pół roku, rok, a bywa, że i dłużej. 

Skąd w tym czasie mama ma brać pieniądze na dziecko?

Jeśli już w pozwie o alimenty wniesiemy o zabezpieczenie jakiejś kwoty, to jest duża szansa, że sąd na pierwszej rozprawie wyrazi na to zgodę i ojciec już podczas procesu będzie zobowiązany płacić na utrzymanie dziecka. Problem w tym, że sądy rodzinne są przeciążone: składasz pozew w lutym, a pierwszą rozprawę masz wyznaczoną na lipiec. 

Jaka jest najniższa kwota alimentów w Polsce?

Nie ma konkretnego przepisu, który reguluje wysokość alimentów, sąd ustala to indywidualnie, biorąc pod uwagę uzasadnione potrzeby dziecka i możliwości zarobkowe rodzica, oczywiście z uwzględnieniem kwoty zawartej w pozwie. Znam wyroki, w których ojciec dziecka był zobowiązany do zapłaty 200 złotych miesięcznie. I jeśli rzeczywiście był w trudnej sytuacji życiowej, a wyższe alimenty byłyby faktycznie niemożliwe do zapłaty, to taki wyrok mógłby być uzasadniony. W sprawach o alimenty zawsze kluczowe jest ustalenie realnej sytuacji finansowej ojca. Nagminnie pojawia się problem zaniżania dochodów czy deklarowania przez ojców umów na pół etatu i przekonywania, że przez to ich wynagrodzenie nie wystarcza na utrzymanie dziecka. 

Żeby to ukrócić, sąd może zobowiązać ojca dziecka do podjęcia pracy; zresztą może też do tego zobowiązać matkę, która nie pracuje i np. wnioskuje o podwyższenie alimentów. 

Daria Skrzypczak-Kozikowska
Rafał Masłow

A jeśli ojciec nie podejmie pracy i nie będzie płacił zasądzonych alimentów?

Wtedy robi się trudniej, bo ściągalność alimentów w Polsce jest bardzo niska. Niestety jesteśmy bardzo dobrze „wyedukowani” w tym, co robić, by nie płacić na swoje dzieci. Jeśli rodzic nie płaci alimentów, sprawa trafia do komornika, problem w tym, że nieraz ojciec nie posiada żadnego majątku, z którego można byłoby prowadzić egzekucję komorniczą. Wtedy mamie dziecka pozostaje tylko Fundusz Alimentacyjny, z którego może otrzymać maksymalnie 500 złotych na miesiąc. Oczywiście mamy też przepisy w prawie karnym, bo niealimentacja jest przestępstwem, ale często nawet gdy ktoś zostanie skazany, to pieniędzy na dziecko dalej nie ma.

Poszłaś na prawo, bo taka była w twoim domu tradycja rodzinna?

Zupełnie nie, ale rzeczywiście: zostałam wychowana tak, żeby zawsze bronić swoich racji – przez co mama nieraz była wzywana do szkoły. Na szczęście za każdym razem miałam w niej wsparcie. Jeżeli miałam inne zdanie, to nigdy nie odpuszczałam „dla świętego spokoju”. 

Poza tym kiedy byłam nastolatką, trafiłam w telewizji na „Ally McBeal” – jak ja ją pokochałam! Dla niej nie było barier, nietuzinkowo rozwiązywała sprawy, byłam w nią absolutnie zapatrzona. W liceum zaczęłam marzyć o teatrze, tyle że po maturze nie dostałam się do szkoły aktorskiej, a na prawo – tak. Pamiętam, jak na pierwszych zajęciach z prawa konstytucyjnego wykładowca zapytał nas, jak trafiliśmy na te studia. Odpowiedziałam wtedy zupełnie szczerze, że chciałam być aktorką, ale to nie szkodzi, że się nie dostałam na wydział aktorski, bo ja ten teatr przełożę na salę sądową! 

Na początku kariery zajmowałaś się głównie sprawami związanymi z pracą.

To przez lata była moja specjalizacja – i nadal się nią zajmuję, ale dzisiaj można powiedzieć, że moją główną specjalizacją są kobiety. 

Jak to się stało, że z jednego tematu weszłaś w drugi? 

Pomysł wspierania kobiet zrodził się w piaskownicy, i to dosłownie! Któregoś dnia byłam z synkiem na placu zabaw i niechcący podsłuchałam rozmowę dwóch matek, które planowały powrót do pracy po urlopie macierzyńskim. Obie były pełne obaw, że zostaną od razu zwolnione, już robiły plany, jak się mogą przed tym obronić, mówiły, że coś wyczytały w internecie, wspominały o jakichś sztuczkach prawnych – były totalnie pogubione i przestraszone. Wtrąciłam się do ich rozmowy, dałam kilka porad. Powiedziałam, że jeśli będą chciały jeszcze o coś zapytać, to niech po prostu zadzwonią, i dałam im mój telefon. I sama byłam tym zdziwiona, że prawie od razu zaczęły się telefony: od nich, od koleżanek, potem od koleżanek tych koleżanek.

Okazało się, że nawet jeśli kobiety wiedzą, że mają jakieś prawa, to jednak zwykle potrzebują kogoś, kto je poprowadzi, podpowie, jak mogą je wyegzekwować, co konkretnie zrobić. Albo po prostu chcą, żeby ktoś je wsparł, poszedł z nimi na rozmowę z pracodawcą, negocjacje, podpisanie porozumienia.

Mężczyźni też tego na pewno potrzebują – ty jednak działasz tylko „w sprawie kobiet”? 

Na pewno kobiety są w trochę innej sytuacji niż mężczyźni i nie chodzi mi o to, że np. z racji płci jesteśmy uczciwsze czy szlachetniejsze. Tak nie uważam. Pełnimy jednak inne funkcje w społeczeństwie, np. macierzyństwo powoduje w naszym życiu lawinę konsekwencji, także prawnych. Zależy mi więc na tym, żeby kobiety korzystały ze swoich praw i by miały oparcie w kimś, kto je rozumie i kto przeprowadzi je przez trudne momenty, np. podczas procesu. I ja to właśnie robię. Doradzam, rozmawiam, słucham, a czasem walczę jak lwica! (śmiech) 

Ale gdy mężczyźni dzwonią do mnie np. z problemami z prawa pracy, nie odmawiam im pomocy. Umawiam konsultację, negocjuję z pracodawcą. Tyle że w procesach sądowych faktycznie występuję wyłącznie w sprawie kobiet.

I nie słyszysz nigdy, że to niesprawiedliwe? 

Zdarza się, że ktoś pisze na moim fanpage’u z oburzeniem, że na przykład utożsamiam przemoc domową tylko z kobiecym dramatem, podczas gdy mężczyźni też przecież padają ofiarami przemocy. Odpowiadam im wtedy, że ja w swojej działalności skupiam się na kobietach, że taka jest moja specjalizacja, ale że jednocześnie nie widzę powodu, dla którego ktoś inny nie miałby walczyć o prawa mężczyzn, jeśli czuje, że są łamane. Jedno naprawdę nie wyklucza drugiego. Moją intencją nie jest dyskryminacja mężczyzn, umniejszanie ich roli czy udowadnianie, że mają w życiu lepiej. Ja po prostu chcę zapewnić jak najlepsze wsparcie kobietom, które reprezentuję. I gdy widzę, że druga strona też walczy o swoje prawa, to bardzo się cieszę: uważam, że tak właśnie powinno być.

Daria Skrzypczak-Kozikowska – prawniczka specjalizująca się w prawie pracy i prawie rodzinnym. Interesuje się tematyką praw człowieka, w tym w szczególności prawami kobiet w Polsce i na świecie, ukończyła kurs Rady Europy na temat standardów w sprawach zapobiegania i zwalczania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Działa m.in. w zespole prawnym Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, jest członkinią Zespołu ds. Kobiet przy Naczelnej Radzie Adwokackiej, prowadzi własną kancelarię adwokacką i fanpage: „W sprawie kobiet”.

***

Rozmowa z Darią Skrzypczak-Kozikowską ukazała się w „Urodzie Życia” 3/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
mediacje rodzinne
Getty Images

Rozwód? Mediacje rodzinne to ostatnia szansa przez rozpadem związku

Mediacje rodzinne może uchronić przed rozwodem albo sprawić, że rozwód przebiegnie spokojniej. Na czym polegają? Pytamy mediatorki, Anny Cebulko.
Karolina Rogalska
21.10.2018

Z perspektywy mediatorki widzę, jak często mamy kłopot w kontaktach z bliskimi. Nie rozmawiamy z partnerami o tym, co nas niepokoi. Nie komunikujemy potrzeb. Robimy to dopiero wtedy, gdy jesteśmy już ekstremalnie wściekłe i sfrustrowane. A skrajne emocje blokują nam możliwość porozumienia” – mówi w „Urodzie Życia” Anna Cybulko, wykładowczyni i mediatorka w sprawach cywilnych i rodzinnych. Karolina Rogalska, „Uroda Życia”: Mediacje rodzinne to takie rozmowy ostatniej szansy. Skrajne emocje. Pewnie się pani nasłucha płaczu, krzyków? Anna Cybulko:  Emocji jest rzeczywiście dużo. Podczas mediacji ludzie zwykle bardzo szybko wchodzą w te same schematy reagowania, które stosują, kłócąc się w  domu. Czasem destrukcyjne: agresywne, sarkastyczne, przemocowe. Rola mediatora polega między innymi na tym, żeby pomóc im te schematy dostrzec, przewentylować emocje. Żeby ludzie mogli się wzajemnie spotkać, usłyszeć, porozumieć. I wypracować wspólnie rozwiązania, które zadowolą obie strony sporu. Część par na mediacje zgłasza się z własnej inicjatywy, czasem takie rozwiązanie proponuje sąd. Ale zawsze naczelną zasadą jest dobrowolność – ludzie muszą chcieć się dogadać. Najtrudniejsze jest pierwsze spotkanie. Potem już jest tylko lepiej. Co podsyca konflikt? Powodów może być wiele. Podzieliłabym je roboczo na trzy poziomy. Pierwszy to różnice społeczne: odmienne potrzeby, wartości, oczekiwania, style życia, konteksty rodzinne, w których się wychowywaliśmy. Drugi to poziom indywidualny. Tu przeszkody mogą być natury psychologicznej: brak poczucia bezpieczeństwa, stabilności czy własnej wartości. Ostatni, ten najbliższy mojej pracy, to poziom komunikacyjny. Z perspektywy gabinetu widzę, jak duża część z nas ma z tym kłopot. Nie rozmawiamy z partnerami...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

„Wciąż przeżywasz rozstanie? Patrz na kalendarz!” Psycholożka o długoterminowych singielkach

„Wierzymy wciąż w mit księcia, ideału. Liczymy na to, że miłość romantyczna będzie spełnieniem dziecięcych marzeń o bezwarunkowej akceptacji. A jeśli taka nie jest — wycofujemy się, kręcąc nosem” — mówi w rozmowie z nami psycholog, Katarzyna Kucewicz.
Sylwia Arlak
20.08.2020

Samotność to nie jest najgorsza rzecz na świecie – ale niekoniecznie też musi być dla nas najlepsza. Zdaniem psychologów większość z nas jest stworzona do życia w zwiazku: wg badań żyjąc w związkach, jesteśmy zdrowsze i bardziej odporne na stres. Czasem jednak – np. po  trudnym rozwodzie, wielkim rozczarowaniu albo setce nieudanych randek z Tindera – wydaje nam się, że jesteśmy już skazane na samotność do końca życia. O tym czy naprawdę tak musi być, rozmawiamy z psycholożką Katarzyną Kucewicz, współwłaścicielką gabinetu psychologicznego Inner Garden, autorką książki „Pięknie odmienni” wyd. Sensus. Sylwia Arlak: Jak szukać miłości, kiedy nie ma w nas już nadziei? Katarzyna Kucewicz:  Pytanie, skąd wziął się w nas ten brak nadziei? Ile trwa? Jeżeli jesteśmy po bardzo trudnym rozstaniu, włożyłyśmy dużo energii we wcześniejszt związek, w ratowanie go, a mimo to nam się nie udało, to jesteśmy rozczarowane mężczyznami, potrzebujemy czasu, regeneracji, żeby z powrotem się na kogoś otworzyć. Nie mamy wtedy nadziei, bo jesteśmy umęczone przeżywaniem żalu po stracie i jeszcze nie gotowe na przyjęcie nowej osoby. To zupełnie normalna i zdrowa reakcja. Nie warto rzucać się wówczas na siłę w kolejne związki. Lepiej dać sobie przestrzeń i przyzwolenie na to, żeby pobyć singielką, nawet jeśli wszystkie nasze koleżanki wokół mają partnerów. Dojść ze sobą do ładu i świadomie pobyć w stanie braku nadziei, apatii i zrezygnowania. Ze spokojem przyjąć te uczucia, jako naturalną reakcję organizmu na przeżycie straty. Ale będąc w tym smutku, warto patrzeć na zegarek i kalendarz. Bo jeżeli jesteśmy same już piąty rok i ze złością kręcimy głową, że już nie mamy nadziei, to znaczy, że w tej rezygnacji się zatraciłyśmy. I wtedy zastanówmy się, co kryje się za...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Jak poradzić sobie z rozstaniem? Poznaj 7 etapów żałoby po utracie związku

Koniec związku jest porównywalny z doświadczeniem śmierci bliskiej osoby. Zanim poczujemy się lepiej i rozpoczniemy nowy etap życia, czeka nas wiele pracy nad sobą.
Sylwia Arlak
28.07.2020

Czułaś, że rozstanie jest nieuniknione, a jednak wcale nie byłaś na nie przygotowana. Jesteś przytłoczona, czujesz strach. Nie możesz wyobrazić sobie życia bez „tej” osoby. Za wszelką cenę próbujesz ją zatrzymać. Wszystkie uczucia, które się wówczas pojawiają, są niewygodne, ale normalne. Potrzebne, abyś w końcu mogła zamknąć ten rozdział życia i zaczęła wszystko od nowa. Oto siedem etapów, przez które prawdopodobnie przejdziesz w czasie żałoby po rozstaniu (często występują one wszystkie naraz lub w zmienionej kolejności). Etap 1. Desperacko szukasz odpowiedzi Koniecznie chcesz zrozumieć, co się wydarzyło. „Dlaczego on mnie porzucił? Jak mógł mi to zrobić” — pytasz samą siebie. Skupiasz się na rzeczach, które twój były mówił na różnych etapach związku. Przypominasz sobie miłe chwile i nie możesz uwierzyć, że już nigdy się nie powtórzą. Są krótkie chwile, kiedy dochodzi do ciebie, że to naprawdę koniec. I że już nic nie da się zrobić. Ale potem znów sięgasz po telefon do przyjaciół i rodziny, pytając ich: „dlaczego?”. Nawet ze współpracownikami i z nieznajomymi rozmawiasz  tylko o swoim eks. Etap 2. Zaprzeczenie „To nie może być prawda. To się nie dzieje” — powtarzasz. Wydaje ci się, że nie możesz żyć bez swojego byłego. Wydaje ci się, że włożyłaś w ten związek całą siebie i nic ci już nie zostało. To był twój cały świat, twoje życie. Nie akceptujesz tego, że to koniec. Znów pojawia się w tobie nadzieja, że uratujesz związek, nawet jeśli miałoby cię to wiele kosztować. Nie chcesz już czuć bólu. Oszukujesz samą siebie Etap 3. Targujesz się Zrobisz wszystko, byle tylko nie zaakceptować tego, że to koniec. Będziesz lepszą, bardziej uważną...

Czytaj dalej