„W lesie boję się tylko myśliwych" – mówi Adam Wajrak
Dominika Gajda/Reporter

„W lesie boję się tylko myśliwych" – mówi Adam Wajrak

Puszcza Białowieska to jedyny naturalny las w Europie. Jeden z najstarszych na świecie. Znanego dziennikarza Adama Wajraka puszcza najpierw przeraziła. A potem stała się jego domem.
redakcja „Uroda Życia” Jakub Janiszewski
31.07.2020

Adam Wajrak mieszka w Puszczy Białowieskiej od 23 lat. Razem ze swoją żoną, biolożką i badaczką dzikich zwierząt Nurią Selvą Fernandez działa na rzecz ochrony przyrody. Walczyli o zachowanie Doliny Rospudy. Protestowali przeciwko wycince drzew w Puszczy Białowieskiej i traktowaniu jej przez polityków jako lasu gospodarczego. Teraz Nuria wraz z wieloma innymi naukowcami podpisała protest w sprawie wykorzystywania drewna z naszych lasów jako paliwa w elektrowniach. Bo będzie to prowadziło do wycinki drzew na znacznie szerszą skalę

W ich domu zawsze jest mnóstwo zwierząt – jeżyki, bociany, kuny, wydry, kruki i oczywiście psy. Niektóre, jak wydrę Julka wychowywali od maleńkości. Nuria jest naukowcem, Adam – dziennikarzem i popularyzatorem przyrody i ekologii. To m.in. dzięki niemu i jego autentycznej miłości do natury mnóstwo ludzi podchodzi z większą empatią do lasu i jego mieszkańców, wielu zainteresowało się samą Białowieżą. Dla Wajraka dziki las to naturalne środowisko. „Boję się tu tylko myśliwych” – powiedział w rozmowie z nami.

Jakub Janiszewski: Pamiętasz swoją pierwszą wycieczkę do lasu ?

Nie. Pamiętam, że tata, który pochodzi ze wsi na Lubelszczyźnie, zabierał mnie na grzyby. Ale to był zupełnie inny las niż ten, w którym teraz mieszkam. Bo pierwszą wizytę w Puszczy Białowieskiej pamiętam jak dziś. Arek Szymura, ornitolog, zabrał mnie i mojego przyjaciela Szymona Kaczanowskiego na wycieczkę do ścisłego rezerwatu. Myślałem, że idziemy do zwykłego lasu, a to wcale nie był las. To była jakaś mroczna sprawa. Byłem przerażony, że takie coś w ogóle istnieje. Kurcze, gdzie ja jestem, jak ja tu trafiłem.

Nieźle się zaczyna.

Puszcza jest bardzo nietypowym lasem. Innym niż to, co większość z nas zna. Masa wywalonych drzew, poskręcanych, dziwacznych, wielkich. No i ciemno, w puszczy jest przecież ciemno. Arek Szymura wdrapał się na drzewo, żeby spojrzeć na gniazdo myszołowa. Zjechał z tego drzewa, poranił ręce, zawinął je chusteczkami i wlazł ponownie, tym razem bardzo wysoko.

Zostaliśmy z Szymonem na dole. Rozglądamy się, czekamy, a ja myślę: „Ten facet zaraz spadnie z tego drzewa i zostaniemy tutaj sami, w tym dziwnym, strasznym miejscu pełnym śmierci, zgnilizny i robali”. Z puszczą jest tak, jak z dobrym winem. Ono nie musi smakować każdemu. Niektórzy lubią słodkie bełty z taniego sklepu, więc jak spróbują czegoś bardzo wytrawnego, to się krzywią, że kwaśne i niedobre. To jest smak, którego trzeba się nauczyć. Na szczęście coraz więcej ludzi się uczy.

Puszcza Białowieska nie potrzebuje niczyjej opieki

A o co chodzi z tą śmiercią? Brzmi strasznie.

Idziesz przez las i widzisz wielki dąb, który jeszcze przedwczoraj stał i był żywy, a w nocy przewrócił go wiatr. Albo widzisz rozszarpanego jelenia, albo żubra, który położył się i umarł. Patrzysz, a obok kępa świerków zabita przez korniki. Trzy miesiące temu były zielonymi drzewami, dzisiaj są suchymi kikutami, z których opadają igły. Widzisz śmierć wszędzie wkoło. Ale pod tymi świerkami są małe świerki. Na tym żubrze coś się pożywiło, na dębie wyrasta mech. Bo zarazem to jest miejsce pełne nadziei. Masz śmierć i tuż obok odżywanie.

Mówisz o tym tak, jakby to było doświadczenie egzystencjalne, filozofia w praktyce.

Doświadczenie puszczy jest z pewnością doświadczeniem filozoficznym. W tym sensie największym wrogiem puszczy jest las gospodarczy.

Co to znaczy ?

Ludzie są przyzwyczajeni do tego, że las to jest uprawa drzew. Więc patrzą na puszczę z perspektywy warzywnego ogródka, że coś tu się marnuje i gnije. Chore drzewa, obumierające – jak to, przecież to marnotrawstwo! Z naszej kultury wyparliśmy śmierć, rozpad, starość i całą masę rzeczy, które przypominają o przemijaniu. A tutaj widzisz to na każdym kroku. Puszczę kształtuje walka o byt, jak choćby walka pomiędzy drzewami o światło.

A jak się zdarza katastrofa, na przykład pożar ?

Puszczę właśnie kształtują katastrofy takie jak korniki, huragan, pożar. Człowiek myśli, że pożar w lesie to największa tragedia, jaką można sobie wyobrazić. Puszcza nie rządzi się taką logiką. Tu nie ma katastrof ostatecznych. Jeśli wydarza się katastrofa, która niszczy jeden gatunek drzew, to poprawia się byt innych gatunków. W szkole uczą cię, że las trzeba otaczać opieką. Puszcza nie potrzebuje niczyjej opieki. O lesie mówimy, że trzeba go chronić przed szkodnikami. W puszczy nie ma szkodników. To po prostu jeden z gatunków, część puszczy.

Wchodząc w puszczę z naszą ludzką, ochronną perspektywą, zabijamy to, co jest sednem jej istnienia, zabijamy tę puszczańskość. Zamieniamy puszczę w zwykły las. Wystarczy się wsłuchać w to słowo: puszcza, zapuścić. Zapuszczamy włosy, więc ich nie ścinamy. Zapuszczamy nasze mieszkania i godzimy się na to, że będą gromadziły kurz, brud, robactwo i zgniliznę. Puszcza to odmowa kontrolowania wszystkiego wokół nas.

Zwykły las cię już nie kręci ?

Nie. W zwykłym lesie czuję się coraz gorzej. Jak idę po lesie i nie widzę zbyt dużej liczby powalonych drzew, to coś mi nie pasuje, czuję jakiś fałsz. Kiedy chodzę po puszczy, widzę rozmaite, bardzo ciekawe stworzenia – od dzięcioła trójpalczastego i dzięcioła białogrzbietego po śluzowce i rozmaite grzyby, których istnienie jest bezpośrednio związane z obumieraniem drzew. To sprawia, że puszcza jest nieustannie inna, zmienia się. To fascynujące.

Nie muszę przejść 10 kilometrów, żeby spotkać żubra czy wilka, to nie o to chodzi. Mogę go spotkać raz na parę tygodni. Mnie wystarczy, że odejdę od domu na 500 metrów i widzę rośliny, krajobrazy, zjawiska, których wcześniej nie było. A taki zwykły las jest doskonale przewidywalny i nudny. Drzewa, drzewa, drzewa – i tyle. Prawdziwy las nie składa się tylko z drzew.

Czyli to, co cię ciekawi, to cały ten układ różnorakich sił ?

Tak. Ta dynamika. Bulgotanie. Umieranie i odżywanie. Ludzie myślą, że las to coś stabilnego, te drzewa rosły tu sto lat, niechże rosną następne sto, dwieście, albo nawet i pięćset. A puszcza uczy czegoś innego. Rzeczywistość ciągle się zmienia. Nie ma żadnego constans.

Nie ma równowagi w postaci doskonałej harmonii. Raz jest więcej gryzoni, bo dęby zaowocowały – a owocują raz na sześć, siedem lat. Wtedy ptaki śpiewające mają gorzej. Co jakiś czas pojawiają się gąsienice, które zżerają prawie wszystkie liście i puszcza wygląda na bezlistną. Ale gdy gąsienice wejdą do ziemi, drzewa wypuszczają kolejne pączki i znowu są liście.

Las daje nam szczęście, ale nie jesteśmy gatunkiem leśnym

Adam, czy ciebie kiedykolwiek w życiu kręciło miasto ?

Tylko jako otoczenie towarzyskie, bo tam mam przyjaciół. Spotykamy się, gadamy, pijemy winko. Ale jak pisałem książkę o wilkach, to słabo mi szła praca tutaj, w Białowieży. Ciągnęło mnie do puszczy. A jak byłem w mieście, to nic mnie nie interesowało, mogłem siedzieć i pisać godzinami. Z przyjaciółmi umawiałem się na wieczór, cały dzień nic mnie nie rozpraszało. Tu, na miejscu, mam tysiące powodów, żeby nie pisać, nie pracować, tylko wyjść do lasu.

I dalej masz poczucie tej grozy, tak jak na początku?

Nie, już nie. W lesie czuję się teraz bardzo bezpiecznie. Myślę, że ten lęk przed lasem jest w nas zakodowany ewolucyjnie. Ludzie nie są gatunkiem leśnym, tylko sawannowym. Trochę trawy i drzewa co jakiś czas – to nasze naturalne siedlisko.

Las daje nam szczęście, ale siedzieć tam cały czas, w środku, to nie jest tak całkiem zgodne z ludzką naturą. Mój kolega robił badania nad jeleniami w puszczy i wyszło mu, że one unikają miejsc, w których są zwalone drzewa, najprawdopodobniej obawiając się, że tam dopadną je wilki. Dystans wobec zwalonych drzew u ludzi, niepokój, który w nas budzą, może wynikać z tego samego lęku przed drapieżnikami.

Czyli jednak są zagrożenia.

W Puszczy Białowieskiej wilki ludzi nie atakują. W mieście mogę wpaść pod samochód, kawał tynku może spaść mi na głowę, ktoś może mnie napaść. A w lesie? W lesie mogę się bać tylko myśliwych.

jelonek wajraka
Fot. Adam Wajrak

„Pan od zwierzątek"

Dlaczego właściwie zostałeś dziennikarzem?

Przez przypadek. W moim życiu wszystko dzieje się przez przypadek. Miałem 17 lat, szedłem sobie przez podwórko, spotkałem Jolę Wiszowatą, która pracowała w „Gazecie Wyborczej”. Jola zapytała, co robię, powiedziałem, że nic. Zapytała, czy nie chciałbym pisać do gazety. Powiedziałem, że chętnie. I tyle.

Przecież to jednak zawód wymagający pewnego zaangażowania. Trzeba się poświęcić, ciągle się ma syndrom nieodrobionych lekcji, nie ma samowolki i bujania się.

Ale ja miałem wtedy 17 lat i nie miałem żadnych obowiązków, tylko balangowałem, co akurat temu mojemu dziennikarstwu sprzyjało. Co prawda pierwszy tekst napisałem o orłach bielikach, ale potem kazali mi się zająć jakimiś subkulturami, takimi rzeczami. Jeździłem na zadymy ze skinheadami, pisałem teksty śledcze czy kryminalne. Nudziło mnie to potwornie. Potem Julek Rawicz powiedział: „Jak chcesz pisać o zwierzętach, to pisz o zwierzętach”. I to właściwie on te moje tematy w „Gazecie Wyborczej” przeforsował.

To trochę oryginalny model dziennikarstwa.

Dziennikarstwo polega na obserwacji otaczającego świata. Z całym szacunkiem, ale świat nie składa się tylko z ludzi, a już na pewno nie z samych polityków. Świat składa się także z drzew, owadów, grzybów, żubrów. I dla mnie to one są najciekawsze.

I to dla nich uciekłeś z Warszawy?

Ja od niczego nie uciekłem. To nie tak, że powiedziałem sobie: „Mam w nosie to miasto, jego konwenanse i układy, chcę być zapuszczonym puszczakiem”. Dalej jestem chłopakiem z Żoliborza, imprezowym, balangowym. Jak jestem w mieście, to prowadzę bardzo towarzyskie życie. To, że zamieszkałem w Puszczy Białowieskiej, też wydarzyło się przypadkiem. Poznałem Nurię, moją obecną żonę, w której zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Nuria jest naukowcem, biologiem, pracowała wtedy nad swoim doktoratem, prowadziła badania i wyszło na to, że wyprowadzka do puszczy to właściwie jedyny sposób, żeby być razem, jedyne miejsce, w którym nam to się uda.

Siedziałem wtedy na dyżurach w „Gazecie”, w dziale politycznym, gdzie zajmowałem się rzeczami, które straszliwie mnie nudziły, i pomyślałem, że może faktycznie warto się przenieść, słać do „Gazety” tylko korespondencje. Poszedłem z tym pomysłem do Heleny Łuczywo, mówię, że muszę jechać, a ona mi na to, że absolutnie nie, miejsce dziennikarza jest w redakcji. Na co Julek Rawicz, który miał wyjątkowy talent perswazyjny, podniósł wzrok nad gazety i powiedział: „Helenko, czy myśmy w ubiegłym tygodniu nie puścili tekstu, o tym, że praca zdalna staje się modna, jest bardzo przyszłościowa i stwarza nowe możliwości rozwoju Bardzo ci się podobał ten tekst”. „No tak” – odpowiedziała Helena. „No właśnie!” – powiedział Julek. „OK, jedź, ale musisz przyjeżdżać na dyżury”. I tak zostało.

Przyjeżdżałem na cztery dni w miesiącu do Warszawy, dalej robiłem polityków i było całkiem zabawnie, bo oni wybuchali śmiechem, gdy dzwonił do nich „ten pan od zwierzątek”. Zresztą  parę lat temu, jak pojechałem do sejmu, to strażnicy mnie powitali: „O, pan Wajrak. Ale tu nie ma żadnych ciekawych zwierząt. Chociaż w nocy na dziedzińcu są kuny i jeże”.

Obroną doliny Rospudy też zająłeś się przypadkiem ?

Tak. Zawiózł mnie tam jeden znajomy, że to niby takie zjawiskowe miejsce. Średnio mnie to przekonywało. Jakieś storczyki, diabli wiedzą, co jeszcze. Ten mnie prowadzi przez straszliwie zniszczony las sosnowy, a ja się zastanawiam, co on mi tu takiego rewelacyjnego chce pokazać – mnie, który na co dzień ma Puszczę Białowieską. I nagle wychodzimy do doliny, w której literalnie opadła mi szczęka. Otwarty teren, porośnięty na krańcach małymi brzózkami, sosenkami – wszystko wyglądało tak, jakby za chwilę mamut miał wyjść z tych drzew. To było po prostu wyjątkowo piękne.

Twoje zaangażowanie w walkę o zachowanie doliny Rospudy przyniosło ci tytuł Bohatera Europy tygodnika „Time” w 2005 roku oraz miejsce w gronie 50 najbardziej wpływowych osobistości Europy belgijskiego dziennika „European Voice” w 2007 roku.

Ale ja tego nigdy nie chciałem. Jestem człowiekiem bez ambicji. Ja chcę chodzić do lasu, czasem pojechać w Arktykę, którą bardzo lubię, i wieść spokojne życie. Pisać felietony o zwierzętach, o tym, że ta sikorka to tak robi kupę, a tamta dziobie owak. Nie chciałem nigdy zostawać twarzą żadnego ruchu. To jest przecież olbrzymia odpowiedzialność. Musisz wiedzieć, co mówisz, ludzie ci ufają, liczą się z twoim zdaniem. Ja bym wolał, żeby puszczy nie cięli, Rospudy nie chcieli rozjechać, a do wilków nie strzelali.

Tymczasem szykuje się kolejna batalia, tym razem o zachowanie Puszczy Białowieskiej. I ty masz największe nazwisko z grona jej obrońców.

Nie wiem, czy największe, to spora grupa ludzi. A co do samej batalii, to zobaczymy, jak będzie. Walka o puszczę toczy się od dawna, od 1915 roku, gdy weszli do niej Niemcy i zaczęli ją ciąć. Pierwszym, który wybłagał, żeby zostawić chociaż kawałek, był Hugo Conwentz, dyrektor Muzeum Historii Naturalnej w Gdańsku. Ten kawałek jest teraz rezerwatem ścisłym, już wtedy było jasne, że to niezwykły obszar. Ten las nie jest dziewiczy, tu ludzie zawsze byli. Ale to jest najlepiej zachowany las nizinny strefy umiarkowanej, czyli taki, który pierwszy ginął pod siekierą. To jest kontynuacja czegoś, co istnieje od 10 tysięcy lat. Kampania na rzecz zachowania tego obszaru była prowadzona także po 1989 roku, choćby o powiększenie obszaru rezerwatu w 1996 roku czy ostatni akord, czyli prace zespołu działającego przy Lechu Kaczyńskim. Wtedy wypracowano przyzwoite zasady zakładające, że jeśli w ogóle pozyskiwać tutaj drewno, to tylko na lokalne potrzeby.

Ministerstwo twierdzi, że chodzi o plagę korników, że wycinka drzew w Białowieży ma jej zaradzić.

Korniki zabiły od 2011 roku pół miliona metrów sześciennych świerków. A świerk w puszczy to jest pięć milionów metrów sześciennych – obumarło więc 10 procent. To jakieś trzy procent całego drzewostanu. Bez przesady, to nie jest jakaś nadzwyczajna sytuacja. Zresztą świerk to specyficzne drzewo, potrafi szybko zamierać całymi połaciami i potem równie szybko się odrodzić. Drzewa różnie umierają.

Dęby powoli. Odpadnie gałąź, uschnie jakiś konar, umieranie może trwać 80 lat. Jesiony i świerki szybko. Lipa z kolei nie umiera wcale, jest nieśmiertelna. Z dużego drzewa odrasta ciągle nowe i nowe. Lipy są pewnie najstarszymi drzewami, ale pustymi w środku, nie sposób stwierdzić ich wieku.

Cały czas wracamy do tematu śmierci.

Bo ona tutaj jest. I to o nią chodzi w tym sporze. Z punktu widzenia leśnika tylko on ma prawo zabijać drzewa. Nikt poza nim, żaden cholerny kornik. Tak samo rozumują myśliwi – to oni są od zabijania, nie jakieś wilki. Spór o puszczę jest sporem o władzę nad życiem drzew i zwierząt. O prawo do wydawania na nie wyroków śmierci.

Rozmowa z Adamem Wajrakiem ukazała się w „Urodzie Życia” 4/2016

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Ucieczka z miasta
Getty Images

Chcesz być szczęśliwsza? Spokojniejsza? Wprowadź do swojego życia więcej zieleni

Nasz związek z przyrodą jest czymś podstawowym. Jasne, dziś w większości mieszkamy w miastach, ale to stosunkowo nowa sytuacja. Jest wiele badań, które pokazują, że o wiele lepiej żyje nam się gdy mamy choć namiastkę kontaktu z naturą, zielenią.
Paulina Nowosielska
12.06.2020

Wysyp książek o sekretnym życiu drzew, tajnikach duszy zwierząt. W kinach – filmy pokazujące nasz świat z perspektywy psów czy kotów. Natura w wersji dzikiej i oswojonej staje się bohaterką masowej wyobraźni. Nauczyliśmy się na nowo dostrzegać jej bogactwo, niezwykłą obecność wokół nas. To wewnętrzna potrzeba, konieczność czy moda? Rozmowa z psychologiem, doktorem Adrianem Wójcikiem. Jak odnaleźć szczęście? Paulina Nowosielska: Coraz wyraźniej czujemy, że czegoś nam brakuje. Oddechu, zieleni, słońca. Betonowy świat nie jest naszym naturalnym środowiskiem Adrian Wójcik: Usiłując wytłumaczyć przyrodę, zyskujemy najpewniejsze poznanie samych siebie, nawet wtedy, kiedy błądzimy w poznawaniu przyrody”, mówił pisarz i pedagog Adolf Dygasiński. Tylko czy naprawdę chcemy zrozumieć naturę? I co z tą wiedzą dalej zrobimy? Nasz związek z przyrodą jest czymś podstawowym. Jasne, dziś w większości mieszkamy w miastach, ale to stosunkowo nowa sytuacja. Gwałtowny rozwój metropolii zaczął się raptem 300, 400 lat temu, a dopiero w 2007 roku odsetek osób żyjących w miastach przekroczył 50 procent...  Jedynie kilka wieków, cóż to jest!  Niewiele, biorąc pod uwagę rozwój naszego gatunku. W środowisku miejskim, jakkolwiek byśmy się starali, nadal jesteśmy nieosadzeni. Uczymy się go.  Jakoś trudno mi w to uwierzyć. Są ludzie, którzy znają tylko realia domów z betonu.  I coraz wyraźniej czują, że czegoś im brakuje. Jest wiele badań, które pokazują, że o wiele lepiej żyje nam się w miastach, które dają, choć namiastkę kontaktu z naturą, zielenią. Bo to pozytywnie wpływa na nasze procesy uwagowe, pamięciowe.  W jaki sposób?  Weźmy mój gabinet, w którym rozmawiamy. Ma fantastyczny...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Stres, ataki paniki, wypalenie zawodowe? Pomoże ci „leśna kąpiel”

Jeśli wiecznie się czymś zamartwiasz, weź przykład z Japończyków – i idź do lasu. Już w latach 80. XX wieku, mieszkańcy Dalekiego Wschodu wiedzieli, że nic nie działa na nas lepiej niż „leśna kąpiel”.
Sylwia Arlak
29.05.2020

Pojęcie „leśnej kąpieli” (Shinrin-Yoku) pojawiło się po raz pierwszy w Japonii w latach 80. Zamiast przepisywać pacjentom kolejne lekarstwa, lekarze zaczęli wysyłać ich na wyprawy do lasu. Zwyczaj ten szybko podchwyciły kolejne kraje. Można śmiało powiedzieć, że moda na „leśne kąpiele” opanowała część Ameryki i wiele krajów europejskich – i słusznie. Shinrin-Yoku, czyli powolne chodzenie przez las, pomoże nam przywrócić równowagę.  Nigdy nie byliśmy tak  oderwani od świata przyrody. Jak pisze magazyn „Time”, przewiduje się, że do 2050 roku 66 proc. światowej populacji zamieszka w miastach. Według badań sponsorowanych przez Agencję Ochrony Środowiska przeciętny Amerykanin spędza 93 proc.  swojego czasu w domu.  Chłoń las wszystkimi zmysłami Ale jest też dobra wiadomość. Badania wykazały, że nawet krótkie spacery wśród natury pomagają nam ukoić nerwy. Dzięki nim obniżymy poziom kortyzolu we krwi, odzyskamy spokój i siłę. Kontakt z naturą może nam pomóc w walce z lękiem i depresją. Spacer po lesie także rodzaj naturalnej aromaterapii. Wdychając leśne powietrze z naturalnymi olejkami sosnowymi czy świerkowymi, uodparniamy organizm na wiele chorób. Aby jednak skorzystać z dobroczynnego działania lasu, podczas spacerów schowaj telefon (albo jeszcze lepiej: zostaw go w domu) i postaraj się chłonąć las  wszystkimi zmysłami. Zamknij oczy i słuchaj kołysania się koron drzew albo śpiewu ptaków. Poczuj wiatr na skórze. Oddychaj głęboko. Wąchaj zielone rośliny, mech, glebę. Przegryź świeżą igłę sosnową (zawiera przeciwutleniacze i witaminę C). Jeśli czujesz się z tym komfortowo, zdejmij buty i poczuj pod stopami twardą ziemię. Las jest dla każdej z nas  Dr. Quing Li, ekspert w...

Czytaj dalej
dorociński
Szymon Szcześniak/laf

Marcin Dorociński: „Największym drapieżnikiem na świecie jest człowiek”

Dla Marcina Dorocińskiego pomoc zwierzakom to niemal codzienność. Angażuje się w nią bezinteresownie i z przekonaniem. Wspaniale, że są ludzie, którzy dają taki przykład!
Anna Bimer
21.05.2020

Znanemu aktorowi Marcinowi Dorocińskiemu prawa zwierząt są bliskie od lat. Angażuje się w wiele akcji, m.in. w ubiegłoroczną, głośną sprawę protestu przeciw podwyżce VAT-u na leki weterynaryjne dla zwierząt. Anna Bimer: Zbigniew Boniek napisał w internecie: „Jest Pan wielki. To wielki wyczyn bezinteresownie walczyć o prawa zwierząt”. Wyrasta pan na Owsiaka od braci mniejszych. Marcin Dorociński: Nie, nie. Jurek jest tylko jeden. Nawet nie śmiem się równać, nie spędzam życia w fundacji, pozostaję czynnym aktorem. Ale robię, co mogę. Staram się mieć oczy i uszy otwarte na krzywdę i reagować. Używam swoich mediów społecznościowych do edukacji ludzi w zakresie ochrony przyrody i praw zwierząt. Ale to nie ja wykonuję największą, najbardziej mozolną pracę. Biorą ją na siebie moi idole, czyli wolontariusze w schroniskach. Nie jestem też ani weterynarzem, ani leśniczym czy klimatologiem. Czerpię wiedzę od mądrzejszych ode mnie, od specjalistów. Potem ją tylko przekazuję dalej – czy to na Instagramie, czy na Facebooku – w takiej formie, żeby inni się zreflektowali. Zreflektowało się bardzo wielu, jeśli chodzi o obronę zwierząt. Przykładem był np. wielki społeczny gniew na oprawcę psa Fijo. To przełom, nie wiem tylko, czy dotyczy również mniejszych ośrodków i wsi. Tam też zmienia się grunt, poza tym unikałbym generalizowania. Wszędzie są ludzie i dobrzy, i źli, bez względu na to, skąd pochodzą. Przekonaliśmy się o tym ostatnio, kiedy moja żona zainterweniowała w sprawie miejscowego psa u przyjaciół na wsi, gdzie często bywamy. Pies był uwiązany przy budzie na łańcuchu. Monika podjęła temat spokojnie, bez pretensji i napiętnowania. Padły jedynie rzeczowe argumenty. A kiedy przyjechaliśmy następnym razem, pies już biegał całkiem wolno. Widzę, że coraz częściej gospodarze i właściciele...

Czytaj dalej
Janusz Józefowicz
fot. Grzegorz Korzeniowski

Janusz Józefowicz: „Uwiodła mnie przytulia czepna…” Artysta o ziołach i domu na wsi! 

Za miastem, w Emilinie, Janusz Józefowicz z zapracowanego, wciąż zajętego artysty zamienia się w spokojnego zielarza. „Zbyt często jesteśmy aroganccy wobec piękna przyrody”, mówi.
Marta Strzelecka
18.06.2020

Kiedyś mógł latami nie ruszać się z Warszawy i jak sam mówi, nie rozumiał ludzi, którzy „z jakiegoś powodu umawiają się, że nagle wyjeżdżają z tak wspaniałego przecież miejsca”. Od prawie dwunastu lat J anusz Józefowicz  dzieli swój czas między sielskie życie na wsi, gdzie mieszka z żoną Nataszą Urbańską i córką Kalinką, a prowadzenie teatru muzycznego  Studio Buffo w stolicy. Chociaż w Emilinie również zdarza mu się pracować. „Na tym tarasie pisaliśmy z Rosjanami libretto do »Mistrza i Małgorzaty«”, przyznaje Janusz Józefowicz w rozmowie z Martą Strzelecką, która odbyła się... na tarasie w Emilinie. Tu też pięć lat temu, będąc już po pięćdziesiątce, odkrył nową pasję – zielarstwo. „Kto by pomyślał, że będę wstawał rano i pytał: »Z czego dziś pijemy herbatkę?«. A potem wychodził do ogrodu, rozglądał się, skrzypu trochę zerwał, parę listków lipy, kwiat czarnego bzu, trochę pokrzywy, mięty kawałek.” – mówi Janusz Józefowicz. Marta Strzelecka: Jakie kwiaty pojawiają się u pana jako pierwsze? Janusz Józefowicz: Głogu. Zrywam je wczesną wiosną, robię nalewkę, suszę, potem zbieram owoce. Następnie są mirabelka, drzewa owocowe, jaśminowiec, kasztan. Po kolei rodzą się różne gatunki roślin, żeby pszczoły miały bez przerwy robotę. W ubiegłym roku wszystko jednocześnie zakwitło, to była anomalia. Ale kiedy idzie zgodnie z planem, w maju zbieramy pokrzywę, potem mniszek lekarski, krwawnik, dziurawiec, czarny bez. Znad stawu – wierzbownicę wielokwiatową. W tym roku wiosną ususzyłem też konwalie. Po co suszy pan konwalie? Na serce, to jest cudowne zioło. Nie trucizna?...

Czytaj dalej