Zapach popcornu, tłok na basenie… A wam czego brakuje najbardziej?
East News

Zapach popcornu, tłok na basenie… A wam czego brakuje najbardziej?

Nie sądziłam, że to kiedyś napiszę, ale tęsknię za wypadem do zatłoczonego baru, basenem pełnym ludzi, na którym nikt nie ma własnego toru i kinem uwalanym popcornem.  
Magdalena Żakowska
23.05.2020

Kiedy myślę o tęsknocie i poczuciu braku, przypominam sobie esej Josifa Brodskiego „Łupy wojenne”, w którym z czułością wspomina swoje dzieciństwo w powojennym ZSRR. To tęsknota za światem, którego powrotu przecież nikt już nie chce. To trochę tak, jak my dzisiaj. Tęsknimy za rzeczywistością sprzed epidemii, a jednocześnie chcielibyśmy, żeby była inna, lepsza, mądrzejsza i zdrowsza dla wszystkich istot na ziemi. Żeby pandy w ZOO w Hong Kongu nadal uprawiały seks, mimo że wrócą do niego zwiedzający. Żeby do naszych miast już nigdy nie powrócił smog, a Himalaje nadal były widoczne z Indii. Ale jednocześnie, żeby wszystko „było jak dawniej”.

Kiedy myślę o tęsknocie, przypominam sobie też ostatnie zdanie z „Żegnaj, laleczko” Chandlera. Kompletnie nie na temat, ale nic nie poradzę, bo to najpiękniejsze zdanie o tęsknocie w historii literatury. I oczywiście o „Liście rzeczy, których będzie mi brakować” mojej największej idolki, Nory Ephron.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Lista rzeczy, których brak

Kiedy Nora Ephron była nastolatką marzyła o tym, żeby być córką prezydenta, bo wyobrażała sobie, że chłopcy zapraszaliby ją wtedy częściej na randki. Ja marzyłam o tym, żeby być Norą Ephron, bo będę tak za…ista, że żadni chłopcy nie będą mi już do niczego potrzebni. Miałam 16 lat, a „Zgaga”, „Kiedy Harry poznał Sally” i „Bezsenność w Seattle” były w pierwszej piątce najważniejszych filmów mojego życia (z „Łowcą Androidów” i „Łowcą jeleni”). Na felietonach Nory Ephron uczyłam się angielskiego, wydawała mi się lepszą wersją Susan Sontag, bo z poczuciem humoru. 

W swoich książkach, scenariuszach, tekstach zawsze pisała o sobie, czerpała z własnego życia. Była ekshibicjonistką doskonałą, a jednocześnie swoje doświadczenia przerabiała na sytuacje dla kobiet uniwersalne. Kiedy zachorowała na białaczkę, przez 6 lat ukrywała to nie tylko przed światem, ale też przyjaciółmi. Choroba była jedyną rzeczą, której o sobie nie napisała, a jej śmierć zaskoczyła wszystkich. Ale w swojej ostatniej książce („I Remember Nothing”) stworzyła dwie listy: rzeczy, za którymi będzie najbardziej tęsknić, i tych, za którymi nie będzie tęsknić wcale. Tak po prostu.

Wśród rzeczy, których będzie jej brakowało, znalazły się najbardziej przyziemne i zwyczajne sytuacje. Kolacja z przyjaciółmi na mieście, rodzinny obiad, spacery w parku, ulubiona knajpa. Czy coś wam to przypomina? 

Tłok przy barze, pełen basen

Dziś, po niespełna trzech miesiącach życia w kwarantannie, każda z nas ma podobną listę. Marzymy o powrocie do normalności, o tym, żeby spotkać się wreszcie jak dawniej, nie myśleć o myciu rąk, przejść się nocą po knajpach i wrócić bez obaw Uberem do domu. Ja też mam to wszystko na liście. Ale zauważyłam, że pojawiły się na niej też rzeczy, które wcześniej wydawały mi się uciążliwe i wkurzające. Tęsknię za wypadem z przyjaciółmi do strasznie zatłoczonego klubu, gdzie trudno się dobić do baru, ludzie się przekrzykują, dziewczyny uśmiechają szeroko do barmana, licząc na to, że przyciągną jego uwagę i pierwsze zamówią winko, wszyscy się popychają, bo są bardziej lub mniej nietrzeźwi. Tęsknię za powrotem na pełen życia basen i wcale mi już nie będzie przeszkadzać, jeśli nie będę miała własnego toru, a mijając kogoś na torze, nie będę już myślała o tym, że ludzie pod wodą też się pocą. Wcale. Ale najbardziej tęsknię za powrotem do kina. Roman Gutek opowiadał mi ostatnio o procedurach bezpieczeństwa, które po otwarciu wdrożą wszystkie kina. Cieszę się, że będzie bezpiecznie. Ale nie za takim kinem tęsknię. 

Popcorn, nachosy i siorbanie coli

Wszyscy tęsknimy za powrotem do normalności, ale przecież w tym „dystansie społecznym” nie ma nic normalnego. To namiastka normalności, którą można się oczywiście cieszyć, ale TO NIE TO. Nie marzę o powrocie do kina, w którym przed wejściem ktoś mierzy mi temperaturę, ludzie rozsadzeni są co kilka miejsc, a w powietrzu unosi się zapach środka dezynfekcyjnego.

Marzę o powrocie do kina, w którym jest wszystko to, czego nienawidzę najbardziej. Marzę o pełnej sali, ludziach, którzy zajęli moje miejsce, bo wydawało im się, że wszyscy, tak jak oni, spieszą się na trwające pół godziny reklamy i skoro mnie nie było, to znaczy, że nie będzie. Marzę o unoszącym się w powietrzu zapachu popcornu i nachosów z sosem serowym. O chrupiącym popcornie pod nogami. O ludziach siorbiących colę, gadających za głośno w trakcie filmu, walących nogami o moje oparcie i wstających do wyjścia w trakcie napisów końcowych (tego nienawidzę chyba najbardziej).

W kinie nienawidzę ludzi, jestem zaprzeczeniem filmowej Amelii. Ale nie mogę się już tego wszystkiego doczekać. Wyobrażam tam sobie siebie, jak siedzę i z radością znoszę to wszystko. Co będę oglądała? Zgodnie z przewidywaniami Romana Gutka, obejrzę coś spektakularnego, superprodukcję, w której człowiek może wszystko – lecieć w kosmos i uratować wszechświat („Diuna” Denisa Villeneuve), albo chociaż zapobiec wybuchowi trzeciej wojny światowej („Tenet” Christophera Nolana). Niech to będzie „Wonder Woman 1984”, albo „The Witches” Roberta Zemeckisa, byle by w tym okropnym, hałaśliwym irytującym tłumie. 

Wyobrażam sobie, że jak już w końcu wyjdę w świat po epidemii, będę  jak Lady Gaga podczas ostatniego balu Met Gala w 2019 roku – w pięciu stylizacjach na raz, witana owacjami, odpowiadająca na nie uściskami i pocałunkami. Zero rozsądku i żadnych procedur bezpieczeństwa. Tyle że w scenerii zatłoczonego baru, albo sali kinowej, w której ktoś siedzi na moim miejscu. Tego mi brak. Minie jeszcze trochę czasu, zanim to wszystko wróci, ale wróci na pewno. Wszystko, poza Norą Ephron.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Roman Gutek
Łukasz Gawroński

Roman Gutek o przyszłości kina: „Ludzie wrócą. Już za nimi tęsknię” 

Pierwsze kina otworzą się na widzów prawdopodobnie na przełomie maja i czerwca, ale rygory sanitarne będą bardzo wysokie.
Magdalena Żakowska
06.05.2020

Roman Gutek co roku na festiwalu Nowe Horyzonty, nie tylko prezentuje najlepsze premiery filmowe, ale też pokazuje nam, co ciekawego dzieje się w kinie światowym. W tym roku, po raz pierwszy od 20 lat festiwal się nie odbędzie w lipcu, ale w listopadzie, razem z drugim festiwalem organizowanym przez Stowarzyszenie Nowe Horyzonty: American Film Festival. Takie są plany – bo dzisiaj niczego nie wiadomo na pewno. Wiadomo jednak, że tęsknimy za kinem i czekamy na premiery filmowe 2020. Pytamy Romana Gutka o przyszłość kina i filmy najlepsze na kwarantannę.  Magdalena Żakowska, „Uroda Życia”: Myśli pan, że ludzie wrócą do kin? Roman Gutek: Wrócą. To będzie proces. Sieć Multikino zrobiła niedawno badania wśród swoich widzów, z których wynika, że 20 procent z nich jest gotowa wrócić do kin natychmiast, 40 procent po miesiącu od ich otwarcia, a kolejne 20 procent po dwóch miesiącach. To w sumie 80 procent widzów – bardzo optymistyczne dane. W ramach komisji antykryzysowej przygotowujemy też dużą akcję „Powrót do kina”, na którą złożą się PISF, dystrybutorzy, kiniarze. Mamy nadzieję, że pomogą również media. Będziemy informować w niej widzów, jakie zasady bezpieczeństwa dla nich przygotowaliśmy, ale też, że po prostu za nimi tęsknimy. Bo tęsknimy. Kiedy kina już się dla widzów otworzą, będzie co oglądać. Wielkie wytwórnie filmowe trzymają na ten moment swoje najważniejsze produkcje.  No właśnie niekoniecznie. W pierwszym etapie po otwarciu kin, którego można spodziewać się na przełomie maja i czerwca, może być z tym problem. Rygory sanitarne wymuszą ograniczoną liczbę widzów, czyli też mniejsze przychody dla dystrybutorów. Obawiam się, że nie będą chcieli dać dużych tytułów. Błędne koło. ...

Czytaj dalej
15 najlepszych książek dla kobiet
Adobe Stock

15 ważnych historii napisanych przez kobiety – książki, o jakich nigdy nie zapomnimy

Od „Ani z Zielonego Wzgórza” po „Brzemię” Agaty Christie albo powieści Zadie Smith.
Marta Strzelecka
17.06.2020

Są książki, o jakich nigdy nie zapomnimy. Te, które sprawiły, że poczułyśmy się bardziej odważne, nie tak zagubione jak zwykle albo nie tak bardzo zwyczajne, przewidywalne jak na co dzień. Każda z nas wymieniłaby co najmniej kilkanaście tytułów opisujących nas, bliskie nam kobiety, wpisujących się w nasze rozmowy. I chociaż niemodnie jest być może wymieniać na takiej liście inne autorki niż Elena Ferrante czy Margaret Atwood, my to robimy, bo nie chodzi o modę. To jest zupełnie subiektywny zestaw. Poszukajcie w nim swoich historii. I stwórzcie własne listy niezapomnianych ważnych książek. 1. „Lato”, Tove Jansson Każdego lata ta niewielka książka wraca do mojej podręcznej biblioteki. Rodzaj dziennika z pobytu wnuczki z babcią na tajemniczej szwedzkiej wyspie. A życie na wyspie z kimś, kto doskonale cię rozumie, w okolicznościach jak z baśni, jest przecież spełnieniem marzenia o niekończących się wakacjach. Ta rzeczywistość wydaje się odrealniona, a jednocześnie dostępna, bo nikt nie opisuje promieni słońca czy dźwięku deszczu na tak wiele zaskakujących sposobów jak Jansson. Nikt nie odkrywa świata tak jak ona – i kiedy pisze o kobietach w różnym wieku, i kiedy pisze o Muminkach. „Lato”, Tove Jansson, tłum. Zygmunt Łanowski, Marginesy 2. „Matki”, Brit Bennett Małe miasteczko, społeczność, w której plotki rozchodzą się błyskawicznie, nadzieja na lepsze życie, licealna miłość. Każdy z tych elementów buduje początek opowieści. Ale najważniejszy okazuje się koniec niewinności. Przyjaźń dziewczyn, brak sekretów przestają być najważniejsze, kiedy okazuje się, że jedna z nich jest w ciąży – za wcześnie, zupełnie wbrew planowi, żeby zbudować swoje życie bez zdecydowanych kompromisów. To historia o pierwszych poważnych decyzjach,...

Czytaj dalej
Tom Hanks i Rita Wilson
East News

Tom Hanks i Rita Wilson są razem od 32 lat.  „To moja siódma i ostatnia kochanka: moja żona”.

Żaden inny aktor nie potrafi tak pięknie mówić o żonie, jak Tom Hanks. Jego wyznania miłości wygłaszane podczas radosnych chwil, jak ceremonia rozdania Oscarów, albo trudnych, jak choroba, wzruszają nie tylko Ritę Wilson. I tak już od 32 lat.
Magdalena Żakowska
03.09.2020

Amerykanie traktują Toma Hanksa i Ritę Wilson jak narodowe dobro. Hanksowie stanowią wzór w wielu kategoriach: szczęśliwego, kochającego się małżeństwa z 30-letnim stażem, ludzi sukcesu, którym nie przewróciło się w głowie, skromności i po prostu normalności. Kiedy dyskretnie, bez epatowania sensacją, poinformowali świat o tym, że zarazili się w Australii koronawirusem, dla Ameryki przekaz był jasny: jeśli spotkało to ich, to znaczy, że może spotkać każdego z nas. Hanksowie pokazali, jak przejść przez ten trudny czas godnie, nie popadając w histerię i zachowując pogodę ducha. W każdym wpisie na Instagramie dziękowali lekarzom za opiekę, Tom żartował z wybitnych osiągnięć Rity w prostych grach zręcznościowych, które ściągnęła na telefon w czasie kwarantanny, publikował zdjęcia kanapek z wegetariańską pastą Vegemite, regionalnym przysmakiem Australijczyków, który u większości pozostałych mieszkańców Ziemi wywołuje nudności. Tak jak do wszystkiego w życiu, podeszli do choroby z optymizmem i poczuciem humoru. Wyzdrowieli, a Ameryka odetchnęła z ulgą. To był happy end w amerykańskim stylu, który w tych trudnych czasach dawał wszystkim nadzieję.  Tom Hanks: „Znałem ją długo przed pierwszym spotkaniem” Po raz pierwszy spotkali się na planie serialu komediowego „Bosom Buddies”. Tom miał na sobie różową sukienkę i cieliste szpilki. Łatwo sobie wyobrazić, że zrobił na Ricie piorunujące wrażenie.  Oboje mieli po 24 lata i w zasadzie czyste konto zawodowe. On tkwił w nieudanym małżeństwie, z dwójką dzieci (Elizabeth i Colin) i wieczną dziurą na koncie. Ona twierdziła, że nigdy się nie zakocha, ale na wszelki wypadek się zaręczyła. „Wszyscy to robili: zaręczali się, brali śluby, mieli dzieci. Nie chciałam być gorsza” – żartowała potem. Kto...

Czytaj dalej
Maryla Rodowicz i Daniel Olbrychski
PAWEL DABROWSKI/East News

Maryla Rodowicz i Daniel Olbrychski: „To wąskie żelazne łóżko świetnie pamiętam”

Ona — z hitem „Małgośka” na koncie święciła triumfy na największych festiwalach muzycznych w Polsce. On — słynny Kmicic z ekranizacji „Potopu”, bohater, w którym kochały się wszystkie dziewczyny. W czasach PRL-u o burzliwym romansie Maryli Rodowicz i Daniela Olbrychskiego mówili wszyscy.
Sylwia Arlak
10.12.2020

On narzekał, że ona nie ma dla niego czasu. Ona miała już dosyć jego przygód z alkoholem. W końcu powiedziała „dość” i pojechała na Mokotów do domu przyjaciela. Do Daniela od dawna dochodziły plotki o romansie ukochanej. Nie chciał im wierzyć, ale mówiono, że Maryla spodobała się Andrzejowi Jaroszewiczowi, synowi ówczesnego premiera. Zadzwonił do jego domu, a kiedy odebrała Maryla, oświadczył, że zaraz po nią przyjedzie. W ciągu dziesięciu minut miał pojawić się przed willą. Dotarł na miejsce, ale jego ukochanej nie było. Nie powiedziała: zostań, nie odchodź Kiedy wbiegł do domu i zobaczył, jak Maryla i jej adorator siedzą przy stole, popijając alkohol, przestał nad sobą panować. „Furtka na posesję była zamknięta, więc przeskoczył przez parkan. Gdy wszedł do środka, Jaroszewicz dostał w dziób” — opowiadała w jednym z wywiadów artystka. Maryla kazała Danielowi natychmiast wyprowadzić się z jej wynajmowanego mieszkania przy alei Szucha. Zmieniła zdanie, gdy po powrocie nad ranem do domu zobaczyła ukochanego. „Żal jej było, że coś się kończy. Nie powiedziała: »Zostań! Nie odchodź!«. Nie, tylko trzymała jedną rączką za skarpetę, a jej palec po palcu odginałem i tak spakowałem się”, wspomina Olbrychski w książce „Maryla. Życie Marii Antoniny”. Ich romans zaczął się trzy lata wcześniej. Na początku lat 70. oboje byli u szczytu sławy. Poznali się w 1973 roku na jednym z bankietów przygotowanych przez organizatorów koncertu Maryli. Jak wspominali członkowie jej zespołu, od razu wpadli sobie w oko. Olbrychski nie tylko zafascynował się jej urodą, ale też pasją do motoryzacji. Rodowicz kupiła sobie czerwone porsche 914, auto, o którym w czasach PRL-u większość osób mogła jedynie pomarzyć.   Nawet Olbrychski jeździł...

Czytaj dalej