Katarzyna Miller: „Nie ma miłości bez wolności”
getty mages

Katarzyna Miller: „Nie ma miłości bez wolności”

Dwie połówki pomarańczy? Takie myślenie o związku to błąd. W relacji nie dopełniamy się, nie uzupełniamy swoich braków – jesteśmy blisko, ale nie stapiamy się w jedność – piszą w „Być parą i nie zwariować” piszą Katarzyna Miller i Andrzej Gryżewski.
Anna Bimer
29.01.2020

Związek to wolność. Taki wniosek płynie z nowej książki: dialogu seksuologa Andrzeja Gryżewskiego z Katarzyną Miller. Nie chodzi im o wolną miłość, lecz o powietrze, swobodę oddechu dla obojga partnerów, bez nadmiernych wymagań. „Liczy się bliskość, ale bez zarzucania komuś sieci na głowę... Związek to przywilej”, mówi psycholożka Katarzyna Miller.

Anna Bimer: Dlaczego przywilej? Bo nie każdemu będzie dany?

Katarzyna Miller: Bo nie wszystkim się należy. Nie wszyscy panują nad swoim człowieczeństwem, nie wszystkim są znane i dane najistotniejsze życiowe wartości, ważne cele, zgoda na proces życia, szacunek dla siebie, dla drugiego człowieka. Jeśli to wszystko jest w człowieku skupione, to niejako w nagrodę przytrafia mu się związek. Warto być także skromnym i świadomym, że ma się nie tylko fajne cechy, ale też defekty charakteru. Każdy nosi w sobie jakąś skazę. Ale też każdy nosi jakiś diament, o ile gdzieś po drodze go w nas nie zatłuczono.

Pierwsza faza, czyli wstęp do związku, to wręcz ćpanie – mówicie.

Tak, bo zdobyczą naukową ostatnich lat jest zdolność chemicznego i endokrynologicznego czytania człowieka. Dawniej tego narzędzia nie mieliśmy, toteż o miłości mówiło się jak o tajemniczym gromie z nieba, czystej metafizyce. Tymczasem nie jest to żaden cud, wszyscy mamy tę zdolność dostawania totalnego szmergla w relacji i reakcji na drugą osobę. Ten serotoninowy stan pozwala na wzajemne przyciąganie i podejmowanie odważnych decyzji o byciu razem, zakładaniu rodzin. Bez tej chemicznej kumulacji w mózgu być może wcale nie bylibyśmy zdolni do tak brawurowych kroków.

Bezduszne.

Prawdziwe.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Toksyczna miłość, czyli 100 proc. bliskości

Kiedy ten pierwszy amok związany z druga osobą mija, racjonalizujemy sytuację na różne sposoby, często kombinujemy i rozbieramy drobiazgi na atomy. A można prościej. To, co mówisz w książce „Być parą i nie zwariować”: „Bo lepiej nam ze sobą niż bez siebie”, jest kluczem, argumentem przemawiającym za budowaniem i kontynuowaniem związku.

To jest clou wszystkiego. Możemy się różnić, w jednych sytuacjach zgadzać ze sobą, w innych wręcz przeciwnie, potrafimy być sobie za wiele wdzięczni, a coś tam innego mieć za złe. Ale stwierdzam i czuję w głębi, że jak cię nie ma przy mnie, to nie mam się nawet z kim pokłócić. A choćby wykrzyczeć: „To twoja wina!”, żeby się w ten sposób wybielić na tle. Bo mam też taki ukuty aforyzm, że związujemy się po to, by ta osoba mogła być winna. „Gdybyś ty był inny, to ja bym mogła...” – to jeden z podstawowych mechanizmów obronnych człowieka, który polega na tym, że jak mu jest źle, to ma na kogo przerzucić odpowiedzialność. I tego akurat się nie wyzbędziemy. Oczywiście jestem coraz bardziej świadoma siebie, wiem, co siedzi we mnie i że tak naprawdę byłoby lepiej, gdybym to ja była spokojniejsza albo czegoś nie palnęła itd. Ale co ja zrobię, że lubię powiedzieć: „To przez ciebie”.

Inny pogląd zawarty w książce: nie warto gonić za ideałem, bo wcale nie musimy pasować do siebie w 100 procentach. Wystarczy 60 procent zgodności. To już konstytucyjna większość.

A tak naprawdę 51 procent przeważa, tylko źle brzmi „pakiet kontrolny”, bo nie o dominację tu chodzi, ale wprost przeciwnie. Jeżeli dostajesz od partnera 60 procent odpowiedzi na swoje potrzeby, to resztę zaczerpnij skądinąd, zamiast obciążać wszystkim jednego człowieka. Nie wymagaj pełnej zgodności i bycia razem non stop. Jeżeli on nie lubi kina, idź na film z przyjaciółką, a nawet przyjacielem. Wolno ci. Pozwól sobie na wizytę u masażysty. Mój chłop miał ulubioną panią fryzjerkę, która masowała go po głowie jak nikt inny. I wspaniale. Sama żałuję, że już jej nie ma. Nie starajmy się być dla drugiej osoby całym światem. Bo choć tradycyjne „świata poza nią nie widział” brzmi nieźle, to w życiu rzadko się sprawdza.

Wracamy do początku. A to wtedy najczęściej zdarza się „mały akt miłosny”, czyli pocałunek, o którego mocy potem tak często się zapomina.

Samo całowanie jest największą intymnością. Usta-usta – nie ma chyba większej tkliwości.

Prostytutki się nie całuje przecież. I prostytutki nie całują.

Pamiętam takie swoje pocałunki, które były początkiem i końcem, fajerwerki wybuchały nad głową, bo pocałunki rozpalają wyobraźnię jak ogień. A teraz przyszło mi jeszcze na myśl, że do całowania używamy tylko ust, które mamy przecież w ciele wysoko, najbliżej nieba i może dlatego też pocałunek jest najbardziej duchowym aktem miłosnym. A może trwać godzinami... 

„Do kobiety wchodzi się przez ucho” – to złota myśl dla mężczyzn.

Tak, mówimy o tym przy okazji rozmowy o seksie, gdzie zdradzamy też i taką prawdę, że fajną okolicznością dla seksu jest duża różnica wieku partnerów i to w obie strony. A co do ucha – mężczyźni nie zawsze są biegli w grze wstępnej, więc tym bardziej warto, żeby przyswoili sobie starą prawdę, że szeptanie kobiecie komplementów i czułych słówek działa jak wytrych. Z czego zresztą korzystają uwodziciele. Więc dobrze, żeby zapamiętały to także kobiety.

Zalecacie „rozpoznanie emocjonalne ze zdrowym rozsądkiem”. Emocjonalność nie kłóci się z rozsądkiem? 

W fazie tego feromonowo-hormonalnego pierwszego uniesienia wewnętrzne dziecko człowieka – posługuję się teraz pojęciami analizy transakcyjnej – chętnie podda się temu porywającemu hajowi. I dobrze. Ale wewnętrzny dorosły powinien sytuację kontrolować. O dziwo to możliwe jednocześnie. Sprawdziłam. Można skakać do wody na główkę albo wchodzić powoli i sprawdzać krok po kroku, co leży na dnie.

A takie kontrolowanie nie jest studzeniem relacji?

Niekoniecznie, to może być rozwijające. Bo jest sytuacją, w której świadomie można się przekonywać powoli, na ile świadomy jest drugi człowiek: czy umie ustąpić, czy wsłucha się w ciebie, czy nie zrobi piekła, gdy ty nie masz chęci czy nastroju na spotkanie, ale też czy ma własne zdanie, umie coś proponować. Dla kogoś inteligentnego to są niezwykle cenne wskazówki. Chyba że baba jest tak głupia, że za dobrą monetę bierze to, że chłop źle mówi o jej poprzedniczce. Mądrą kobietę przekona raczej ten, kto winę widzi w sobie i umie się do tego przyznać, bierze na siebie odpowiedzialność, jest fair. Zasługuje na szacunek, można go traktować poważnie. Dla mnie to bezcenne. I ten, kto jest inteligentny, bardzo na tym rozpoznaniu skorzysta, bo zobaczy szczerość, uczciwość, odpowiedzialność i będzie skłonny budować na przyszłość.

Mówicie, że w seksie 80 procent uwagi trzeba poświęcać sobie, a 20 procent partnerowi. Ale poza seksem dobry partner powinien być dla kogoś, a nie stwarzać mu problemy.

Powinien pozwolić drugiemu człowiekowi być sobą. Brzmi to jak banał, bo powinno być oczywistością: nie przyduszać, nie manipulować w związku. Niestety ludzie nadal przycinają się nawzajem na wymiar swoich zapotrzebowań i niedostatków.

Związek to dwie 

A związek to powinna być fuzja dwóch wolności – czy tak?

Oczywiście. Chodzi o bliskość, a nie związanie przez jakąś zarzuconą na głowę sieć. Każdy musi móc swobodnie oddychać.

I wtedy „poczucie bezpieczeństwa przestaje stać w opozycji do rozwoju”?

Właśnie, tylko niektórym poczucie bezpieczeństwa myli się z podporządkowaniem i wymuszeniem uległości. 

Mówicie, że już w jakieś dwa miesiące po ślubie następuje moment zdjęcia masek przez małżonków i odsłonięcia prawdy o sobie.

Jak na wakacjach. Sprawdzamy się w różnych sytuacjach i wtedy nie da się stale udawać, pilnować się. Zaczynamy być sobą. A wtedy wszystko wychodzi na jaw. Ostatnio jest fala rozwodów po dwóch latach, a nie jak dawniej, gdy prognozowano pierwszy kryzys po siedmiu latach związku. Jeśli wziąć pod uwagę, że orzeczenie rozwodu następuje w sądzie po wielu miesiącach czekania na termin rozprawy, to składanie pozwów musi następować naprawdę ekspresowo. Z tego wynika, że pierwsze rozczarowanie wywołuje raptowną decyzję: zmiana. Jak samochodu czy pralki. 

Związek, który się nie rozwija, umiera

A może ten pierwszy związek jest w dzisiejszym życiu jak próba generalna? Jak poligon doświadczalny, czas błędów i wypaczeń, skoro zauważacie na przykład, że ludzie nadal błyskawicznie po „zaklepaniu” partnera przestają o siebie dbać, w domu chodzą nie w dresie nawet, tylko w łachmanach. A seksowne majtki zastępują barchanami, chociaż scenę z Bridget Jones oglądali dawno temu... 

Ale to jest skrypt znacznie mocniejszy, to spuścizna po rodzicach: zapamiętaliśmy ich obraz z domów: ojciec w laczkach, a mama w podomce i z wałkami na głowie. Bywa też całkiem inaczej – jest chorobliwa dbałość o wizerunek, kobieta cały czas pokazuje się tylko w makijażu, a kładąc się do łóżka, uważa, jak układa nogi, by wyglądały najkorzystniej. I jest tym pochłonięta bardziej niż osobą męża obok. A przecież można sobie wiele urozmaicić w relacji. 

Kiedy uznajemy, że mamy życie ułożone, to sobie odpuszczamy. A przecież – i tu znów cytat z książki – „życie ułożone to życie nieruchome”.

To sformułowanie jest moim konikiem. Jednym z dwóch. Pierwszy: chcę uświadomić kobietom, że nie ma czegoś takiego jak romantyczna miłość, żeby je wyzwolić z mrzonek. A druga sprawa to właśnie kwestia tego ułożonego życia. Ono ma w sobie taką pułapkę, że to urządzanie – czy to przez bogacenie się, czy przez meblowanie, czy narodziny potomstwa – odracza niejako ponowne spojrzenie na siebie w tej już wspólnie stworzonej rzeczywistości. Docieramy do jakiegoś celu, po czym nieuchronny jest kryzys. Ten czas współistnienia i współdziałania na rzecz zdobycia określonego statusu był czasem odsunięcia, właściwie ucieczki przed problemami, które nosimy w sobie. Chcemy wierzyć, że pora zapomnieć o starych urazach, słabościach, skoro mamy w życiu nowe rozdanie. Lecz niestety przeszłość zwykle nas dopada. Myślimy, że w domu naszych rodziców było tak, a już my dopilnujemy, żeby u nas było inaczej. A potem okazuje się, że jest tak samo. Albo taki przykład: kiedyś byłem ciapowaty i źle traktowany, ale teraz jestem przebojowy, więc problem zniknął – ulegamy złudzeniu. 

A nie powinniśmy?

Nie, problem wraca, nieprzepracowany nie zniknął. Niestety, nikt nas nie uczy, jak wydobyć się z doła, kiedy on nadejdzie, a nawet terapeuta nie jest remedium na wszystko. Wtedy następuje chwila prawdy: jeżeli po drodze tego „ustawiania się w życiu wspólnym” udało się stworzyć więź, możemy wyjść z kryzysu cało. Jeżeli okrzepliśmy w związku, mamy oparcie w sobie, wtedy możemy unieść taki kryzys. Warto o tym wiedzieć i wytrzymać, zwłaszcza gdy stwierdzamy, że szkoda rozpieprzyć coś, co było fajne. Chodzi o to, żeby w tym wspólnym urządzaniu się nie zaniedbać relacji i drugiej osoby. Ani siebie oczywiście.

Często kryzys następuje w relacji, w której ktoś kogoś podniósł, wspomagając choćby przy wyjściu z nałogu lub innej opresji, albo ktoś kogoś zbudował, bo stworzył taki komfort, dzięki któremu ta druga osoba nakarmiła się i zyskała poczucie własnej wartości. 

Nie powinno być tak, że ktoś się rozwija przy drugiej osobie, lepiej jednocześnie albo razem. Bo jak jedna osoba rośnie przy drugiej, to wytwarza się układ rodzicielski, a dziecko w pewnym momencie nieuchronnie odejdzie.

A związek z lęku przed samotnością? 

Lęk przed samotnością oznacza lęk przed sobą. Słowo samotny powinno mieć pozytywne konotacje, w przeciwieństwie do osamotnienia rozumianego jako opuszczenie. Samotność może być świadomym wyborem. Wyborem na czas przejściowy, aż się spotka kogoś odpowiedniego, a nie przypadkowego. Taka postawa jest świadectwem świadomości siebie i akceptacji. Mężczyźni nie potrafią żyć bez kobiet, kobiety bez mężczyzn – owszem. W byciu singlem czuje się współcześnie element zgody na swój stan, ale w ocenie mężczyzn kobieta niezależna wypada źle. Bo oni czują się wtedy zbędni. A nie po to stworzyli patriarchat, żeby kobiety nie były im dostępne.

A czy my, kobiety, nie jesteśmy właśnie w fazie hybrydy?

Jesteśmy na pewno w okresie przejściowym, nie wiemy, co przyniesie przyszłość. Z jednej strony są: fajna niezależność finansowa, zawodowa, satysfakcja i samostanowienie, ale z drugiej nie chodzi o to, by pójść w stronę jakiegoś babochłopa. Tylko o to, żebyśmy z tej swojej męskiej części umiały korzystać. 

A co z kobiecą częścią mężczyzn? 

Oni boją się do niej sięgać. To efekt tysięcy lat zakazów. Chociaż coraz częściej potrafią się rozczulić, przyznają się do łez i do tego, że potrzebują być kochani, a nie eksplorowani jak bankomat rodzinny czy partnerski. Może pozwólmy mężczyznom być w domu bez zbroi, skoro nam już wszystko wolno i wywalczyłyśmy sobie tak wiele swobód. 

Zwłaszcza że – jak rzucacie w książce optymistyczną myśl – mężczyźni coraz częściej szukają kobiet, które potrafią im zaimponować intelektem i cechami trochę męskimi. 

Kiedy pisałyśmy z Suzan Giżyńską „Instrukcję obsługi faceta”, zaczepiałyśmy nagminnie różnych przygodnie spotykanych mężczyzn: taksówkarzy, kelnerów, pytając, czego szukają w kobiecie. Bardzo wielu odpowiadało: „żeby była inteligentna”. Podobać się sobie musimy i tak, bo to jest ta faza początkowa i to się dzieje podprogowo, że decydujemy: ten, a nie tamten. Ale potem w życiu fajnie jest mieć mądrego partnera.

Każdy związek to scenariusz pisany od nowa. A potem rozrastają się te patchworki i do świątecznego stołu siadają rodziny rodzin.

Święta to może być trudny czas. Oczekiwania są wyśrubowane, a moce przerobowe znikome. Ludzie mają też różne klisze tego momentu wyniesione z domu: duży stół, a wokół pełno cioć, wujków, rodzeństwo stryjeczne, wesoła rodzina. Albo wprost przeciwnie: ojciec pijany wtacza się późnym wieczorem i rozwala cały nastrój, bo jeszcze awanturę wszczyna. Ale mimo to o wielkości świąt trąbimy wszyscy. Radziłabym zapatrzeć się na wzorce francuskie – czy to w filmie, czy literaturze. Tam obecni partnerzy spotykają się z byłymi, są dzieci z kolejnych związków i jest spokojnie, miło. Swobodnie.

Swobodnie, znów wracamy do wolności. 

Tak. I dlatego też jeśli syn – nastolatek ma gdzieś święta, to niech idzie do kolegów. Dajmy mu, jak mama Muminka, sok malinowy i powiedzmy: „Bawcie się dobrze”, zamiast drzeć szaty. Za dwa lata wróci sam, z potrzeby własnej i prawdziwej.

Jeszcze ważna myśl: życie trwa coraz dłużej i mamy szansę na więcej związków, toteż warto nad sobą pracować. 

No pewnie. Zresztą nie trzeba czekać na drugą młodość do „trzeciego wieku”. Wystarczy, że odchowamy dzieci, one wyjdą z domów – jaki to dobry czas!

Wtedy związki mogą niejedno mieć imię, o czym czytamy w książce. Można mieszkać razem i oddzielnie.

Albo możemy nawet mieszkać w innych miastach i się spotykać co jakiś czas, albo nawet w różnych miastach czy krajach – znam takie małżeństwa. Albo stałe pary. I nie ma pędu do wspólnego dachu i gniazda.

Ale jednocześnie często dotknięci w poprzednich relacjach uciekamy z trwogi, że powtórzy się coś, co już znamy, co było naszym udziałem. 

Jednak z reguły kolejne związki są lepsze od pierwszego, od poprzednich. Jesteśmy bardziej świadomi, dorośli, dojrzali. 

Czy są ludzie nie do związku?

Trudno mi powiedzieć, bo są introwertycy bardzo głęboko wartościowi, ale trudni do pozyskania. Albo ludzie dość powierzchowni, którzy mają dużo płytkich relacji. Ktoś taki może spotkać kogoś podobnego. W filmie „Nocny kowboj” bohaterowie, mężczyźni, ale nie geje, spotkali się jako dwie pokancerowane bratnie dusze, które sobie pomogły. 

Związek to wolność.

Dla mnie to najważniejsze.

Coraz bardziej świadomi stale dojrzewamy bardziej do tej wolności, więc przyszłość przed nami.

Daj nam Boże.

Rozmowa z psycholożką Katarzyną Miller ukazała się w „Urodzie Życie” 12/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
para na rowerze
magnum photo/photo power

I żyli razem długo i szczęśliwie. Czy istnieje przepis na udany związek?

Skoro namiętność wygasa po 4 latach, jak przeżyć razem 60?
Karolina Rogalska
28.01.2020

Aby związek był udany nie musimy być idealnie dobrani. Teoria o dwóch połówkach jabłka odchodzi do lamusu. Szczęsliwy związek to patrzenie w tym samym kierunku i decyzja, że pomimo dzielących nas różnic chemy iść tą samą drogą. Razem.  Karolina Rogalska: W książce „Psychologia miłości” pisze pan, że namiętność wygasa po czterech latach. Czy to nieunikniony etap romantycznej relacji, czy średnia statystyczna? prof. Bogdan Wojciszke:  Arthur Aron, badacz, który od 40 lat zajmuje się bliskimi związkami, twierdzi, że nie musi tak być. Uważa, że namiętność może trwać w nieskończoność, a mija tylko komponent omamienia, czyli stan, w którym siada ci obszar mózgu odpowiedzialny za krytyczne myślenie, gdy patrzysz na zdjęcie ukochanej osoby. Ale ta idealizacja jest niezbędna, żeby stworzyć parę. Bo gdybyśmy od początku wiedzieli, jacy naprawdę jesteśmy, to może w ogóle nie decydowalibyśmy się na wchodzenie w związki. Na szczęście człowiek jest istotą obdarzoną nadzieją, która z definicji jest głupia, ale też piękna. Mam córkę, która jest wypisz wymaluj podobna do mnie. Ma taki sam sposób odczuwania świata, jest bardzo racjonalna. Właśnie się zakochała. Obserwuję z boku, jak nadzieja w niej przygasa, a za chwilę wybucha z wielką siłą. I ja mimo całego mojego racjonalizmu życzę jej z całego serca, żeby poszła za głosem nadziei i wybrała miłość. Cóż lepszego może nas w życiu spotkać? A jednak w ostatnich latach lawinowo rośnie liczba rozwodów. Co trzecie małżeństwo się rozpada. Przestaliśmy dbać o związki? Reguła jest taka, że przeciętne małżeństwo pogarsza się w miarę czasu jego trwania. Gołym okiem tak bardzo tego nie widać, bo najgorsze związki się rozpadają i zostają tylko te bardziej udane. Ale zmiana...

Czytaj dalej
zaburzenia lękowe
corbis

Jak radzić sobie z codziennym lękiem? Zobacz, co mówią psycholodzy

Zaburzenia lękowe można oswoić, trzeba tylko najpierw przyznać, że jest problem.
Dorota Szuszkiewicz
24.01.2019

Kto nie zna lęku, ten nie żyje. Lęk chroni nas przed niebezpieczeństwem, jest nieodłącznym elementem życia, które samo w sobie jest płynne, niestabilne, nieprzewidywalne. Na co dzień jednak rzadko spotykają nas prawdziwe zagrożenia, a mimo to wielu z nas nie umie przestać się bać. Lęki nękają każdego. Każdy ma swojego potwora, który go straszy, skrada się znienacka i łapie za gardło rano, tuż po przebudzeniu, albo przed snem. Przez głowę przelatują pytania: co mnie czeka? Jak sobie poradzić z kolejnym dniem? „Lęk jest związany z naszą przyszłością, z oczekiwaniem tego, co ma nastąpić. Wysiłek życia koncentruje się na zdobywaniu przyszłości, przemaganiu własnego lęku wywoływanego przez nieznane” – pisze Antoni Kępiński, wybitny polski psycholog. Większość naszych lęków powszednich też jest nieracjonalna, a co więcej – jest destrukcyjna, zatruwa życie nam i otoczeniu. Skąd się to bierze? Dlaczego tak niesprawdzone, nielogiczne obawy mają wpływ na nasze logiczne i uporządkowane życie codzienne? Skąd ich siła? Prawdopodobnie stąd, że zostały nam zaszczepione w dzieciństwie, w okresie, gdy byliśmy podatni na wszelkie wpływy. Nie dlatego, że mieliśmy tzw. trudne dzieciństwo. Przeciwnie, z dobrego i łatwego dzieciństwa można wynieść tyle lęków, że starczy na całe życie. Zaburzenia lękowe wynosimy już z dzieciństwa Troskliwi rodzice pilnują, żebyśmy założyli czapkę, ciepłą spódnicę i zabrali śniadanie do szkoły. Bo choroby czyhają. Kochający rodzice sprawdzają i poprawiają domowe zadania, piszą za nas wypracowania „bo byłby wstyd przed klasą”. Pomagają na każdym kroku, przy wyborze zabawek, swetra, szkoły. Decydują za nas i wyręczają w trudnych sprawach. Kto z nas nie słyszał od najmłodszych lat: „Uważaj na siebie”, „Wracaj wcześniej”,...

Czytaj dalej
Jedzenie i emocje
Rodney Smith

Zajadasz emocje? Nie ty jedna, objadanie się to epidemia naszych czasów

Nigdy jeszcze sformułowanie „Jesteś tym, co jesz” nie było równie na czasie. Jedzenie przestało po prostu zaspokajać głód i stało się naszą nagrodą, pocieszeniem, lekiem i obsesją?
Aleksandra Więcka
04.02.2019

Kuchnia stała się nowym salonem, bazary ze zdrową żywnością – miejscem towarzyskich spotkań, a blogi kulinarne mają więcej odsłon niż serwisy informacyjne. Właściwy jadłospis wydaje się lekiem na wszystko – od raka po złamane serce. Chociaż coraz pilniej wyłapujemy kolejne niebezpieczne E ukryte w opakowaniach z jogurtem czy serem, to równocześnie zdajemy się wierzyć, że lodówka jest naszą najlepszą przyjaciółką. Tymczasem co trzecia Polka ma nadwagę, a co druga chciałaby schudnąć. Dlaczego jedzenie przestało po prostu zaspokajać głód i stało się naszą nagrodą, pocieszeniem, lekiem i obsesją? Zajadanie emocji to epidemia naszych czasów Z jednej strony mamy jeść to, co najlepsze, i tym się rozkoszować. Z drugiej – nosić rozmiar zero. Nie możemy pójść na zakupy do supermarketu, bo jesteśmy straszeni, że masowe jedzenie to czysta chemia. – Z zaspokajaniem podstawowej potrzeby życiowej, jaką jest jedzenie, wiążą się dziś sprzeczne lub negatywne emocje – mówi psycholog i terapeutka zaburzeń odżywania Dorota Minta. Wygląda na to, że najlepiej by było, gdybyśmy mogły się najeść, patrząc na reklamy jedzenia. Albo jak w „Matriksie” wcinać wirtualne steki. Niestety, to wciąż niemożliwe, więc żyjemy w permanentnym napięciu między apetytem na życie i próbami jego poskromienia. Do tego większość sposobów, jakie w tym celu stosujemy, nie skutkuje. – Nasz stosunek do jedzenia niewiele ma wspólnego z racjonalnością – przekonuje Dorota Minta. – Wewnętrzny dialog „zjeść czy nie zjeść” odbywa się na poziomie naszych instynktów, lęków i nieuświadomionych przekonań. Kompulsywne jedzenie łagodzi stres, ale też go generuje Według Briana Wansinka, autora książki „Beztroskie jedzenie”, o...

Czytaj dalej
Rozwód rodziców krzywdzi dzieci
getty images

Rozwód rodziców jest dla dzieci jak wojna. Płacą za nią depresją, zaburzeniami odżywiania…

Dzieci udają bohaterów przed rodzicami, mówiąc: „Wszystko jest świetnie, uda się to zrobić, nic się nie dzieje”. Ale kiedy zostają same, ogarnia je wielki strach – o tym, jak rozwód wpływa na dzieci, mówi Gro Dahle, norweska psychoterapeutka.
Maja Lenartowicz
04.01.2019

Nawet kilka lat po rozwodzie okazuje się, że najstarsze dziecko, szczególnie jeśli jest to córka, wpada w depresję. Rodzice się dziwią: „Dlaczego? Tak świetnie sobie radziła! Co się z nią stało?”. A w niej pękają wszystkie przez lata ukrywane emocje – o tym, jak rozwód wpływa na dzieci, mówi  Gro Dahle, norweska psychoterapeutka,   poetka i pisarka, autorka książek dla dzieci o trudnych rodzinnych relacjach.  W 2016 roku wyszła w Polsce jej książka dla dzieci: „Wojna”, której tematem jest rozwód rodziców.    Maja Lenartowicz: Kiedy postanowiłaś, że twoja książka będzie nosiła tytuł „Wojna” – bardzo mocny, biorąc pod uwagę, że to książka dla dzieci o rozwodzie rodziców? Gro Dahle: Wiedziałam o tym od samego początku. Rodzina terapeutów zaproponowała mi, żebym napisała książkę o wojnie między rodzicami w trakcie rozwodu. Przyszli do mnie już z gotową metaforą. A wzięła się ona z wielu rozmów, które przeprowadzali z dziećmi rozwodzących się rodziców. I to właśnie dzieci używały najczęściej tego terminu. Widziały zdjęcia i filmy wojny z krajów arabskich, Syrii, wcześniej Bośni i Hercegowiny. Opowiadały, że czują się jak szpiedzy („mama prosi, żeby obserwować tatę”), uchodźcy (ciągłe przenoszenie się z miejsca na miejsce w ramach opieki naprzemiennej).   Nawet 10 lat po rozwodzie najstarsze córki cierpią. Dlaczego? Ba, zdarza się, że nawet 10 lat po rozwodzie rodzice ciągle nie mogą przepracować tej sytuacji. Używają dzieci jako posłańców przenoszących wiadomości, nie rozmawiają ze sobą. To sytuacje skrajne, ale się zdarzają. Dzieci w takiej sytuacji zastanawiają się na przykład, czy wypowiedzenie imienia matki lub ojca jest „legalne”,...

Czytaj dalej