Katarzyna Miller: „Nie ma miłości bez wolności”
getty mages

Katarzyna Miller: „Nie ma miłości bez wolności”

Dwie połówki pomarańczy? Takie myślenie o związku to błąd. W relacji nie dopełniamy się, nie uzupełniamy swoich braków – jesteśmy blisko, ale nie stapiamy się w jedność – piszą w „Być parą i nie zwariować” piszą Katarzyna Miller i Andrzej Gryżewski.
Anna Bimer
29.01.2020

Związek to wolność. Taki wniosek płynie z nowej książki: dialogu seksuologa Andrzeja Gryżewskiego z Katarzyną Miller. Nie chodzi im o wolną miłość, lecz o powietrze, swobodę oddechu dla obojga partnerów, bez nadmiernych wymagań. „Liczy się bliskość, ale bez zarzucania komuś sieci na głowę... Związek to przywilej”, mówi psycholożka Katarzyna Miller.

Anna Bimer: Dlaczego przywilej? Bo nie każdemu będzie dany?

Katarzyna Miller: Bo nie wszystkim się należy. Nie wszyscy panują nad swoim człowieczeństwem, nie wszystkim są znane i dane najistotniejsze życiowe wartości, ważne cele, zgoda na proces życia, szacunek dla siebie, dla drugiego człowieka. Jeśli to wszystko jest w człowieku skupione, to niejako w nagrodę przytrafia mu się związek. Warto być także skromnym i świadomym, że ma się nie tylko fajne cechy, ale też defekty charakteru. Każdy nosi w sobie jakąś skazę. Ale też każdy nosi jakiś diament, o ile gdzieś po drodze go w nas nie zatłuczono.

Pierwsza faza, czyli wstęp do związku, to wręcz ćpanie – mówicie.

Tak, bo zdobyczą naukową ostatnich lat jest zdolność chemicznego i endokrynologicznego czytania człowieka. Dawniej tego narzędzia nie mieliśmy, toteż o miłości mówiło się jak o tajemniczym gromie z nieba, czystej metafizyce. Tymczasem nie jest to żaden cud, wszyscy mamy tę zdolność dostawania totalnego szmergla w relacji i reakcji na drugą osobę. Ten serotoninowy stan pozwala na wzajemne przyciąganie i podejmowanie odważnych decyzji o byciu razem, zakładaniu rodzin. Bez tej chemicznej kumulacji w mózgu być może wcale nie bylibyśmy zdolni do tak brawurowych kroków.

Bezduszne.

Prawdziwe.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Toksyczna miłość, czyli 100 proc. bliskości

Kiedy ten pierwszy amok związany z druga osobą mija, racjonalizujemy sytuację na różne sposoby, często kombinujemy i rozbieramy drobiazgi na atomy. A można prościej. To, co mówisz w książce „Być parą i nie zwariować”: „Bo lepiej nam ze sobą niż bez siebie”, jest kluczem, argumentem przemawiającym za budowaniem i kontynuowaniem związku.

To jest clou wszystkiego. Możemy się różnić, w jednych sytuacjach zgadzać ze sobą, w innych wręcz przeciwnie, potrafimy być sobie za wiele wdzięczni, a coś tam innego mieć za złe. Ale stwierdzam i czuję w głębi, że jak cię nie ma przy mnie, to nie mam się nawet z kim pokłócić. A choćby wykrzyczeć: „To twoja wina!”, żeby się w ten sposób wybielić na tle. Bo mam też taki ukuty aforyzm, że związujemy się po to, by ta osoba mogła być winna. „Gdybyś ty był inny, to ja bym mogła...” – to jeden z podstawowych mechanizmów obronnych człowieka, który polega na tym, że jak mu jest źle, to ma na kogo przerzucić odpowiedzialność. I tego akurat się nie wyzbędziemy. Oczywiście jestem coraz bardziej świadoma siebie, wiem, co siedzi we mnie i że tak naprawdę byłoby lepiej, gdybym to ja była spokojniejsza albo czegoś nie palnęła itd. Ale co ja zrobię, że lubię powiedzieć: „To przez ciebie”.

Inny pogląd zawarty w książce: nie warto gonić za ideałem, bo wcale nie musimy pasować do siebie w 100 procentach. Wystarczy 60 procent zgodności. To już konstytucyjna większość.

A tak naprawdę 51 procent przeważa, tylko źle brzmi „pakiet kontrolny”, bo nie o dominację tu chodzi, ale wprost przeciwnie. Jeżeli dostajesz od partnera 60 procent odpowiedzi na swoje potrzeby, to resztę zaczerpnij skądinąd, zamiast obciążać wszystkim jednego człowieka. Nie wymagaj pełnej zgodności i bycia razem non stop. Jeżeli on nie lubi kina, idź na film z przyjaciółką, a nawet przyjacielem. Wolno ci. Pozwól sobie na wizytę u masażysty. Mój chłop miał ulubioną panią fryzjerkę, która masowała go po głowie jak nikt inny. I wspaniale. Sama żałuję, że już jej nie ma. Nie starajmy się być dla drugiej osoby całym światem. Bo choć tradycyjne „świata poza nią nie widział” brzmi nieźle, to w życiu rzadko się sprawdza.

Wracamy do początku. A to wtedy najczęściej zdarza się „mały akt miłosny”, czyli pocałunek, o którego mocy potem tak często się zapomina.

Samo całowanie jest największą intymnością. Usta-usta – nie ma chyba większej tkliwości.

Prostytutki się nie całuje przecież. I prostytutki nie całują.

Pamiętam takie swoje pocałunki, które były początkiem i końcem, fajerwerki wybuchały nad głową, bo pocałunki rozpalają wyobraźnię jak ogień. A teraz przyszło mi jeszcze na myśl, że do całowania używamy tylko ust, które mamy przecież w ciele wysoko, najbliżej nieba i może dlatego też pocałunek jest najbardziej duchowym aktem miłosnym. A może trwać godzinami... 

„Do kobiety wchodzi się przez ucho” – to złota myśl dla mężczyzn.

Tak, mówimy o tym przy okazji rozmowy o seksie, gdzie zdradzamy też i taką prawdę, że fajną okolicznością dla seksu jest duża różnica wieku partnerów i to w obie strony. A co do ucha – mężczyźni nie zawsze są biegli w grze wstępnej, więc tym bardziej warto, żeby przyswoili sobie starą prawdę, że szeptanie kobiecie komplementów i czułych słówek działa jak wytrych. Z czego zresztą korzystają uwodziciele. Więc dobrze, żeby zapamiętały to także kobiety.

Zalecacie „rozpoznanie emocjonalne ze zdrowym rozsądkiem”. Emocjonalność nie kłóci się z rozsądkiem? 

W fazie tego feromonowo-hormonalnego pierwszego uniesienia wewnętrzne dziecko człowieka – posługuję się teraz pojęciami analizy transakcyjnej – chętnie podda się temu porywającemu hajowi. I dobrze. Ale wewnętrzny dorosły powinien sytuację kontrolować. O dziwo to możliwe jednocześnie. Sprawdziłam. Można skakać do wody na główkę albo wchodzić powoli i sprawdzać krok po kroku, co leży na dnie.

A takie kontrolowanie nie jest studzeniem relacji?

Niekoniecznie, to może być rozwijające. Bo jest sytuacją, w której świadomie można się przekonywać powoli, na ile świadomy jest drugi człowiek: czy umie ustąpić, czy wsłucha się w ciebie, czy nie zrobi piekła, gdy ty nie masz chęci czy nastroju na spotkanie, ale też czy ma własne zdanie, umie coś proponować. Dla kogoś inteligentnego to są niezwykle cenne wskazówki. Chyba że baba jest tak głupia, że za dobrą monetę bierze to, że chłop źle mówi o jej poprzedniczce. Mądrą kobietę przekona raczej ten, kto winę widzi w sobie i umie się do tego przyznać, bierze na siebie odpowiedzialność, jest fair. Zasługuje na szacunek, można go traktować poważnie. Dla mnie to bezcenne. I ten, kto jest inteligentny, bardzo na tym rozpoznaniu skorzysta, bo zobaczy szczerość, uczciwość, odpowiedzialność i będzie skłonny budować na przyszłość.

Mówicie, że w seksie 80 procent uwagi trzeba poświęcać sobie, a 20 procent partnerowi. Ale poza seksem dobry partner powinien być dla kogoś, a nie stwarzać mu problemy.

Powinien pozwolić drugiemu człowiekowi być sobą. Brzmi to jak banał, bo powinno być oczywistością: nie przyduszać, nie manipulować w związku. Niestety ludzie nadal przycinają się nawzajem na wymiar swoich zapotrzebowań i niedostatków.

Związek to dwie 

A związek to powinna być fuzja dwóch wolności – czy tak?

Oczywiście. Chodzi o bliskość, a nie związanie przez jakąś zarzuconą na głowę sieć. Każdy musi móc swobodnie oddychać.

I wtedy „poczucie bezpieczeństwa przestaje stać w opozycji do rozwoju”?

Właśnie, tylko niektórym poczucie bezpieczeństwa myli się z podporządkowaniem i wymuszeniem uległości. 

Mówicie, że już w jakieś dwa miesiące po ślubie następuje moment zdjęcia masek przez małżonków i odsłonięcia prawdy o sobie.

Jak na wakacjach. Sprawdzamy się w różnych sytuacjach i wtedy nie da się stale udawać, pilnować się. Zaczynamy być sobą. A wtedy wszystko wychodzi na jaw. Ostatnio jest fala rozwodów po dwóch latach, a nie jak dawniej, gdy prognozowano pierwszy kryzys po siedmiu latach związku. Jeśli wziąć pod uwagę, że orzeczenie rozwodu następuje w sądzie po wielu miesiącach czekania na termin rozprawy, to składanie pozwów musi następować naprawdę ekspresowo. Z tego wynika, że pierwsze rozczarowanie wywołuje raptowną decyzję: zmiana. Jak samochodu czy pralki. 

Związek, który się nie rozwija, umiera

A może ten pierwszy związek jest w dzisiejszym życiu jak próba generalna? Jak poligon doświadczalny, czas błędów i wypaczeń, skoro zauważacie na przykład, że ludzie nadal błyskawicznie po „zaklepaniu” partnera przestają o siebie dbać, w domu chodzą nie w dresie nawet, tylko w łachmanach. A seksowne majtki zastępują barchanami, chociaż scenę z Bridget Jones oglądali dawno temu... 

Ale to jest skrypt znacznie mocniejszy, to spuścizna po rodzicach: zapamiętaliśmy ich obraz z domów: ojciec w laczkach, a mama w podomce i z wałkami na głowie. Bywa też całkiem inaczej – jest chorobliwa dbałość o wizerunek, kobieta cały czas pokazuje się tylko w makijażu, a kładąc się do łóżka, uważa, jak układa nogi, by wyglądały najkorzystniej. I jest tym pochłonięta bardziej niż osobą męża obok. A przecież można sobie wiele urozmaicić w relacji. 

Kiedy uznajemy, że mamy życie ułożone, to sobie odpuszczamy. A przecież – i tu znów cytat z książki – „życie ułożone to życie nieruchome”.

To sformułowanie jest moim konikiem. Jednym z dwóch. Pierwszy: chcę uświadomić kobietom, że nie ma czegoś takiego jak romantyczna miłość, żeby je wyzwolić z mrzonek. A druga sprawa to właśnie kwestia tego ułożonego życia. Ono ma w sobie taką pułapkę, że to urządzanie – czy to przez bogacenie się, czy przez meblowanie, czy narodziny potomstwa – odracza niejako ponowne spojrzenie na siebie w tej już wspólnie stworzonej rzeczywistości. Docieramy do jakiegoś celu, po czym nieuchronny jest kryzys. Ten czas współistnienia i współdziałania na rzecz zdobycia określonego statusu był czasem odsunięcia, właściwie ucieczki przed problemami, które nosimy w sobie. Chcemy wierzyć, że pora zapomnieć o starych urazach, słabościach, skoro mamy w życiu nowe rozdanie. Lecz niestety przeszłość zwykle nas dopada. Myślimy, że w domu naszych rodziców było tak, a już my dopilnujemy, żeby u nas było inaczej. A potem okazuje się, że jest tak samo. Albo taki przykład: kiedyś byłem ciapowaty i źle traktowany, ale teraz jestem przebojowy, więc problem zniknął – ulegamy złudzeniu. 

A nie powinniśmy?

Nie, problem wraca, nieprzepracowany nie zniknął. Niestety, nikt nas nie uczy, jak wydobyć się z doła, kiedy on nadejdzie, a nawet terapeuta nie jest remedium na wszystko. Wtedy następuje chwila prawdy: jeżeli po drodze tego „ustawiania się w życiu wspólnym” udało się stworzyć więź, możemy wyjść z kryzysu cało. Jeżeli okrzepliśmy w związku, mamy oparcie w sobie, wtedy możemy unieść taki kryzys. Warto o tym wiedzieć i wytrzymać, zwłaszcza gdy stwierdzamy, że szkoda rozpieprzyć coś, co było fajne. Chodzi o to, żeby w tym wspólnym urządzaniu się nie zaniedbać relacji i drugiej osoby. Ani siebie oczywiście.

Często kryzys następuje w relacji, w której ktoś kogoś podniósł, wspomagając choćby przy wyjściu z nałogu lub innej opresji, albo ktoś kogoś zbudował, bo stworzył taki komfort, dzięki któremu ta druga osoba nakarmiła się i zyskała poczucie własnej wartości. 

Nie powinno być tak, że ktoś się rozwija przy drugiej osobie, lepiej jednocześnie albo razem. Bo jak jedna osoba rośnie przy drugiej, to wytwarza się układ rodzicielski, a dziecko w pewnym momencie nieuchronnie odejdzie.

A związek z lęku przed samotnością? 

Lęk przed samotnością oznacza lęk przed sobą. Słowo samotny powinno mieć pozytywne konotacje, w przeciwieństwie do osamotnienia rozumianego jako opuszczenie. Samotność może być świadomym wyborem. Wyborem na czas przejściowy, aż się spotka kogoś odpowiedniego, a nie przypadkowego. Taka postawa jest świadectwem świadomości siebie i akceptacji. Mężczyźni nie potrafią żyć bez kobiet, kobiety bez mężczyzn – owszem. W byciu singlem czuje się współcześnie element zgody na swój stan, ale w ocenie mężczyzn kobieta niezależna wypada źle. Bo oni czują się wtedy zbędni. A nie po to stworzyli patriarchat, żeby kobiety nie były im dostępne.

A czy my, kobiety, nie jesteśmy właśnie w fazie hybrydy?

Jesteśmy na pewno w okresie przejściowym, nie wiemy, co przyniesie przyszłość. Z jednej strony są: fajna niezależność finansowa, zawodowa, satysfakcja i samostanowienie, ale z drugiej nie chodzi o to, by pójść w stronę jakiegoś babochłopa. Tylko o to, żebyśmy z tej swojej męskiej części umiały korzystać. 

A co z kobiecą częścią mężczyzn? 

Oni boją się do niej sięgać. To efekt tysięcy lat zakazów. Chociaż coraz częściej potrafią się rozczulić, przyznają się do łez i do tego, że potrzebują być kochani, a nie eksplorowani jak bankomat rodzinny czy partnerski. Może pozwólmy mężczyznom być w domu bez zbroi, skoro nam już wszystko wolno i wywalczyłyśmy sobie tak wiele swobód. 

Zwłaszcza że – jak rzucacie w książce optymistyczną myśl – mężczyźni coraz częściej szukają kobiet, które potrafią im zaimponować intelektem i cechami trochę męskimi. 

Kiedy pisałyśmy z Suzan Giżyńską „Instrukcję obsługi faceta”, zaczepiałyśmy nagminnie różnych przygodnie spotykanych mężczyzn: taksówkarzy, kelnerów, pytając, czego szukają w kobiecie. Bardzo wielu odpowiadało: „żeby była inteligentna”. Podobać się sobie musimy i tak, bo to jest ta faza początkowa i to się dzieje podprogowo, że decydujemy: ten, a nie tamten. Ale potem w życiu fajnie jest mieć mądrego partnera.

Każdy związek to scenariusz pisany od nowa. A potem rozrastają się te patchworki i do świątecznego stołu siadają rodziny rodzin.

Święta to może być trudny czas. Oczekiwania są wyśrubowane, a moce przerobowe znikome. Ludzie mają też różne klisze tego momentu wyniesione z domu: duży stół, a wokół pełno cioć, wujków, rodzeństwo stryjeczne, wesoła rodzina. Albo wprost przeciwnie: ojciec pijany wtacza się późnym wieczorem i rozwala cały nastrój, bo jeszcze awanturę wszczyna. Ale mimo to o wielkości świąt trąbimy wszyscy. Radziłabym zapatrzeć się na wzorce francuskie – czy to w filmie, czy literaturze. Tam obecni partnerzy spotykają się z byłymi, są dzieci z kolejnych związków i jest spokojnie, miło. Swobodnie.

Swobodnie, znów wracamy do wolności. 

Tak. I dlatego też jeśli syn – nastolatek ma gdzieś święta, to niech idzie do kolegów. Dajmy mu, jak mama Muminka, sok malinowy i powiedzmy: „Bawcie się dobrze”, zamiast drzeć szaty. Za dwa lata wróci sam, z potrzeby własnej i prawdziwej.

Jeszcze ważna myśl: życie trwa coraz dłużej i mamy szansę na więcej związków, toteż warto nad sobą pracować. 

No pewnie. Zresztą nie trzeba czekać na drugą młodość do „trzeciego wieku”. Wystarczy, że odchowamy dzieci, one wyjdą z domów – jaki to dobry czas!

Wtedy związki mogą niejedno mieć imię, o czym czytamy w książce. Można mieszkać razem i oddzielnie.

Albo możemy nawet mieszkać w innych miastach i się spotykać co jakiś czas, albo nawet w różnych miastach czy krajach – znam takie małżeństwa. Albo stałe pary. I nie ma pędu do wspólnego dachu i gniazda.

Ale jednocześnie często dotknięci w poprzednich relacjach uciekamy z trwogi, że powtórzy się coś, co już znamy, co było naszym udziałem. 

Jednak z reguły kolejne związki są lepsze od pierwszego, od poprzednich. Jesteśmy bardziej świadomi, dorośli, dojrzali. 

Czy są ludzie nie do związku?

Trudno mi powiedzieć, bo są introwertycy bardzo głęboko wartościowi, ale trudni do pozyskania. Albo ludzie dość powierzchowni, którzy mają dużo płytkich relacji. Ktoś taki może spotkać kogoś podobnego. W filmie „Nocny kowboj” bohaterowie, mężczyźni, ale nie geje, spotkali się jako dwie pokancerowane bratnie dusze, które sobie pomogły. 

Związek to wolność.

Dla mnie to najważniejsze.

Coraz bardziej świadomi stale dojrzewamy bardziej do tej wolności, więc przyszłość przed nami.

Daj nam Boże.

Rozmowa z psycholożką Katarzyną Miller ukazała się w „Urodzie Życie” 12/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Pixabay.com/zdjecie ilustracyjne

Jeśli jesteś w związku, a idealizujesz inną osobę, tak naprawdę nie jesteś z nikim. Przestań żyć przeszłością

„Lubimy się »zawiesić« na kimś z przeszłości [...] Ale musimy pamiętać, że może to zniszczyć nasz aktualny związek, nie pozwolić zbudować innej relacji, a nawet zrujnować życie”  — piszą psychologowie Sylwia Sitkowska i Andrzej Gryżewski w najnowszej książce „Niekochalni. Lęk przed bliskością ”.
Sylwia Arlak
15.07.2020

Możemy być w stałej relacji, ale wciąż idealizować (zaprzeczać wadom i wyolbrzymiać zalety) poprzedniego partnera. Jak czytamy w najnowszej książce pary psychologów Sylwii Sitkowskiej i Andrzeja Gryżewskiego „Niekochalni. Lęk przed bliskością ”, w ten sposób blokujemy bliskość. Kto dorówna ideałowi? „Kto dorówna ideałowi? Raczej nie żona z wałkami na głowie i w pomiętym szlafroku ani mąż, który po pracy leży na kanapie, drapie się po brzuchu i gapi w telewizor. Normalne życie, codzienność, nawet jeśli jest dobra, przegrywa w starciu z ideałami”  — podkreśla Sitkowska. Dlaczego idealizujemy? Bo — jak tłumaczą autorzy książki — lubimy marzyć. Dzięki temu mamy poczucie, że gdybyśmy tylko mieli tego idealnego partnera, nasze życie byłoby lepsze. „Myślimy: „Ten z przeszłości to taki cudowny i wspaniały. Gdybym z nim była, miałabym lepsze życie, większy dom, pełniejszą miłość” — dodaje Gryżewski. Niestety, jeśli jesteśmy w związku, a mimo to idealizujemy inną osobę, nie angażujemy się w pełni w obecną relację. Często robimy to, bo mamy wówczas wrażenie, że kontrolujemy swój poziom zaangażowania w aktualny związek. Wydaje nam się, że jeśli się rozpadnie, będziemy mniej cierpieli i szybciej znajdziemy ewentualne „zastępstwo”. Możemy idealizować partnera, gdy ten zostawił nas w fazie naszego silnego zakochania. Już go nie przy nas nie ma, więc nie patrzymy na niego realnie. Pamiętamy tylko to, co dobre. Dopowiadamy sobie jego zalety. Idealizacja pojawia się też w momencie, gdy kończymy „letni” związek (taki, który nie był zły, ale też nas w pełni nie satysfakcjonował). Kiedy po jakimś czasie wchodzimy w nową relację, na początku odczuwamy euforię, ale później zaczynamy dostrzegać wady partnera....

Czytaj dalej
Katarzyna Miller o kryzysie w małżeństwie
iStock

„Twój mąż może być twoim największym wrogiem. I sama na to się godzisz” – mówią Katarzyna Miller i Suzan Giżyńska

Kobiety często mówią do synów: „Jesteś moim małym mężczyzną”. To błąd – tłumaczą Katarzyna Miller i Suzan Giżyńska, autorki nowej książki „Mam faceta i mam...problem”.
Katarzyna Miller, Suzan Giżyńska
16.06.2020

Psychoterapeutka Katarzyna Miller i coachyni Suzan Giżyńska w swojej nowej książce „Mam faceta i mam… problem” zastanawiają się nad trudnymi relacjami damsko-męskimi. Okazuje się, że gros  problemów w naszych małżeństwach wynika z naszego wychowania i nieprzepracowanych traum z dzieciństwa. Autorki radzą kobietom,  aby uważnie przyglądały się swoim partnerom – ale też i samym sobie. Przeczytaj fragment książki: *** Katarzyna Miller: Facet mówi: „Coś dziwnego się z tobą dzieje. Kiedy ostatni raz włożyłaś szpilki? Kiedyś się tak ładnie czesałaś, a teraz? Zapuściłaś się”, a ona myśli: „On to wszystko widzi, wie, że się zaniedbałam, i ma rację”. Kobieta z jednej strony nie czuje się dobrze, bo facet jej dokucza, a z drugiej czuje się winna. Suzan Giżyńska: „Dokucza” to zbyt delikatne określenie. Katarzyna: „Niszczy” będzie odpowiedniejsze. Suzan: Tak, bo to wszystko są teksty wroga. Ale może ona w domu rodzinnym była dzieckiem niewidocznym lub dostawała tylko tyle, ile jest niezbędne do przeżycia. Dla dorosłej kobiety, która miała takie dzieciństwo, nawet krytyka jest lepsza niż brak jakiejkolwiek uwagi. Bo wtedy ktoś na nią patrzy. Mówi co prawda, że zbrzydła, ale widzi ją. Oczywiście facet jest też po to, by mówić nam o tym, czego nie dostrzegamy. Na przykład, że się zaniedbałyśmy. Powinien jednak używać innych słów niż „zapuściłaś się”, bo to jest nękanie. Katarzyna Miller: Książę z bajki dla mamusi Katarzyna: Edith Wharton, amerykańska pisarka, wydała kiedyś opowiadanie „Mój najlepszy wróg”. Dotyczyło jej męża. Gdy pierwszy raz je czytałam, byłam bardzo smarkata i go nie rozumiałam. Teraz doskonale wiem, o czym ono mówiło. Partner to bliska...

Czytaj dalej
Kryzys wieku średniego
Geof Kern

„Moje JA domaga się uznania!” – jak objawia się kryzys wieku średniego?

Psychoterapeuta o mężczyznach.
Anna Maruszeczko
04.01.2019

Superspolegliwy księgowy zamienia się w wydziaranego harleyowca, ojciec rodziny rzuca żonę i dzieci, bo „wreszcie chce robić to wszystko, czego wcześniej nie mógł”. O różnych sposobach czterdziestolatków na kryzys połowy życia mówi Jacek Masłowski, filozof i psychoterapeuta.   Koszulka z logo Harleya-Davidsona Specjalnie ją włożyłeś na tę rozmowę? Jest wręcz symboliczna. Bo co robi facet w kryzysie wieku średniego? Kupuje sobie motocykl.   A drugi stereotyp... ...w życiu takiego mężczyzny pojawiają się młode kobiety.   Czy mężczyzna w ogóle wie, co się z nim dzieje w połowie życia? Kryzys wieku średniego został dość dokładnie zdiagnozowany, tylko w społecznym przekazie wciąż krążą stereotypy. Dlatego wielu mężczyzn, którzy wchodzą w ten czas, nie do końca zdaje sobie sprawę z jego dynamiki i tego, z czym on się wiąże, po co jest. Bo przecież po coś jest. Poproszę więc o właściwą diagnozę. Po pierwsze, jest to czas, w którym mężczyzna zaczyna doświadczać efektów swoich dotychczasowych wyborów i działań. Po drugie, zaczyna do niego docierać, że jego ciało się zmienia, nie jest już tak niezawodne i sprawne, w związku z czym zmieniają się również jego możliwości. Kolejnym, głębszym, powodem jest coś, co doskonale opisał Robert Bly w „Żelaznym Janie”. Bly opisał mianowicie trzy fazy życia mężczyzny: fazę czerwonego, białego i czarnego rycerza. Faza czerwonego rycerza jest kluczowa dla późniejszych reakcji na kryzys: to faza silnie popędowej męskiej młodzieńczości, popędowej agresji, popędowej seksualności itd. W społecznościach tradycyjnych, w których obowiązywały różnego rodzaju rytuały „przejścia”, społeczność była przygotowana na to, że młodzi mężczyźni wchodzą w...

Czytaj dalej
miller pierwsza
Adobe Stock

Katarzyna Miller o nieudanych związkach: „Wpadamy w miłość jak śliwka w kompot”

Jakie cechy ma nasz facet? Możemy się tego dowiedzieć już na pierwszej randce. Tylko trzeba umieć słuchać – mówią psycholożka Katarzyna Miller i coach Suzan Giżyńska w nowej książce „Mam faceta i mam...problem”.
Katarzyna Miller, Suzan Giżyńska
16.06.2020

Jedna z najpopularniejszych polskich psychoterapeutek, Katarzyna Miller wraca w nowej książce „Mam faceta i mam… problem” (wyd. Rebis) do tematu miłości i relacji z mężczyznami. W książkowym dialogu z coachynią Suzan Giżyńską, z którą wydała już wcześniej „Instrukcję obsługi faceta”, biorą pod lupę nieudane związki, zawody i rozczarowania miłosne. Dlaczego? Bo, jak tłumaczy Suzan Giżyńska: „Miłość to zawsze lekcja. Życzę Wam, żeby była lekka”. Autorki książki „Mam faceta i mam… problem” wysłuchały kilkudziesięciu kobiecych historii (ich fragmenty rozpoczynają każdy rozdział książki). Uderzyło je jak bardzo – mimo  różnic – są typowe. Na początku pojawia się euforia („Gdyby sobie wyobrazić połączenie Boga z Hugh Grantem, to on tak właśnie wyglądał” – opowiada o swoim byłym partnerze jedna z bohaterek), a następnie – przygniata proza życia. Czujemy rozczarowanie, nie umiemy poczuć spełnienia, romantyczne porozumienie dusz zmienia się w ciągłą wojnę. „Mam faceta i mam… problem” Takich historii jest wiele: często dramatycznie smutnych: „Pewnego dnia, gdy wracałam z siłowni, zobaczyłam przez okno kawiarni mojego faceta”, opowiada jedna z bohaterek. „Siedział z młodą kobietą, trzymał ją za rękę i patrzyli sobie w oczy. Wstrząsnęło to mną. Stanęłam przy ich stoliku. Ta kobieta popatrzyła na mnie i zwróciła się do niego: >>Ona rzeczywiście cię śledzi, Boże, miałeś rację<<. Zignorowałam jej słowa i powiedziałam mu, żeby zabrał z mojego domu wszystkie rzeczy. Serce mi się kroiło, ale byłam z siebie dumna, że zdobyłam się na taką odwagę. Adam nic nie odpowiedział, a ja pobiegłam do domu z płaczem”. Katarzyna Miller tłumaczy:...

Czytaj dalej