Co czuje matka, gdy jej córka rodzi dziecko?
getty images

Co czuje matka, gdy jej córka rodzi dziecko?

Totalna rewolucja.
Dominika Buczak
04.01.2019
Justyna Dąbrowska - psycholożka, przed trzema laty obserwowała, jak jej córka staje się matką. O rewolucji totalnej w relacji dwóch bliskich sobie kobiet napisała w książce „Matka młodej matki”. Tekst: Uroda Życia 06/2016.
 
 
Kiedy pani córka została matką, obserwowała pani z podziwem, że nie poddaje się nieproszonym radom i niechcianej pomocy. Miała w sobie siłę, której pani na tym samym etapie bycia mamą nie miała.
Pamiętam bardzo dobrze siebie jako matkę maleńkiego dziecka, byłam o wiele bardziej niepewna i wystraszona. A ona – spokój. Myślę, że miał na to wpływ także jej związek, fakt że dzieckiem zajmowali się we dwoje. Mój mąż też bardzo mi pomagał, ale byłam tak mocno wystraszona, że jego wsparcie nie niwelowało mojego niepokoju. Staram się myśleć, że może i ja dołożyłam cegiełkę do tego, że córka jest taka pewna i silna.
 
Ale patrząc na spokój córki, poczuła pani też jednocześnie ukłucie zazdrości.
Widzę inną matkę, która jest taka spokojna, a ja nie byłam, więc zazdroszczę. Myślę, że wielu z nas, tych, którzy mają dorosłe dzieci, przeżywa, że to, co robiliśmy w przeszłości, było niewystarczające. Analizujemy swoje dawne zachowanie wobec dzieci, bo wiemy, że ono ma
i miało szczególną wagę. Dochodzimy do wniosku, że nasze działanie mogło dziecko obciążyć i dopiero teraz zdajemy sobie z tego sprawę. Myśmy na przykład kilka razy zostawili naszą córkę samą w łóżeczku w sąsiednim pokoju, bo tak nam poradzono. Ona płakała, my zdenerwowani czekaliśmy, aż zaśnie. Dzisiaj wiemy dobrze, jak to szkodzi dziecku, ale kiedyś uważano inaczej, więc analizujemy, rozmyślamy i żałujemy. Takie poczucie winy jest czymś naturalnym, tak jak i cień zazdrości, że ktoś potrafi bez nerwów, spokojnie, mądrze działać od początku swojej relacji z dzieckiem.
 
O zazdrości wspomina też pani córka, która napisała ostatni rozdział książki. Mówi, że czasami musi się z nią zmagać, kiedy widzi, jak pani nawiązuje bliską relację z wnukiem. Cieszy ją to – oczywiście – ale też uwiera.
My się tu przyznajemy do tego, co nie jest łatwe ani przyjemne, ale co często się pojawia w relacjach matka-córka, czyli do rywalizacji o to, kto będzie lepszą matką. To uczucie czasem się pojawia, więc łapiemy się na nim i myślimy: "Chwileczkę, przecież nie będę z nią rywalizować". Ale pokusa jest. Staramy się to wyciągnąć na stół. Rozmawiać o tym.
 
To jest sposób, żeby tę zazdrość zneutralizować?
Mówienie o tym, nazywanie – z pewnością pozwala spuścić napięcie. Kiedy córka mi mówi, że z trudem słucha, jak mały zasypia u mnie w pięć minut, podczas gdy ona musi męczyć się przez pół wieczoru, to klaruje między nami sytuację. Nie jest to może w pierwszej chwili przyjemne, ale przecież w bliskich relacjach nie zawsze jest przyjemnie.
 
"Poczułam, że moja córka jest mi najbliższą kobietą na ziemi. Że oto właśnie nawiązałyśmy unię matek. I coś, czego bym się po sobie zupełnie nie spodziewała: że żaden mężczyzna tego nie zrozumie", tak opisała pani swoje emocje po tym, jak towarzyszyła pani córce podczas jej porodu.
Ten wspólny poród wiele zmienił. Był niezwykłym doświadczeniem, który
dostałam w prezencie. Niezwykłe było to, że mogłyśmy być w tym razem. Patrzyłam na nią oczywiście jak na moją córeczkę, ale jednocześnie widziałam kobietę, która przechodzi transformację, dokonuje rytuału przejścia. Z porodem każda z nas musi poradzić sobie sama, choćby ktoś głaskał i masował, to jednak tę drogę trzeba przejść samodzielnie. Patrzyłam, z jaką siłą, determinacją, kreatywnością, odwagą moja córka przechodzi przez coś, co jest trudne, wyczerpujące. Zachwyciła mnie. Byłam szczęśliwa i uskrzydlona tak bardzo, że trudno znaleźć odpowiednie słowa do opisania tego stanu.
 
Dla pani córki ten wspólny poród również był ważny.
Wtedy wartością dla niej było to, że nie była sama, że ją wspierałam.
Z czasem okazało się, że ważne jest dla niej również to, że byłam uczestniczką i świadkiem tego przeżycia. Kiedy już urodziła, była w stanie lekkiej euforii i wielu osobom opowiadała o tym, że ten poród był wzmacniającym i pięknym przeżyciem. Ta jej opowieść często stykała się z reakcją: to niemożliwe, to nie mogło być takie różowe. Na pewno chciałaś znieczulenie, tylko wyparłaś. Wtedy wracała do mnie i mówiła: "Mamo, ja chyba nie chciałam znieczulenia, prawda?". I ja jej wtedy przypominałam: "Nie chciałaś. Nie było nawet takiego pomysłu". W ten sposób odzyskiwała tę swoją historię, którą otoczenie – zwłaszcza kobiety, które zmagają się ze wspomnieniami własnego złego porodu – torpedowało: wiadomo, że poród to jest jatka, męka, trzeba zacisnąć zęby i przecierpieć.
 
W pani książce często powraca refren, że – jako matka młodej matki – uczyła się pani łapać równowagę pomiędzy tym, żeby być dla córki pomocną i wspierającą, a jednocześnie nie narzucać się. Jak wyglądał ten proces?
On wciąż trwa. Ciągle mam w sobie chęć, żeby pomagać, być obecną, zwłaszcza kiedy widzę, że jest jej ciężko, i drugą chęć, która mówi: pozwól jej poradzić sobie z tym samej, poczekaj, aż sama poprosi. To są dwie siły, które cały czas się ze sobą zmagają. Staram się być ich świadoma i rozmawiać z córką: "Słuchaj, a ty czego byś chciała, co mogę dla ciebie zrobić i jak". Staram się też nie zalewać jej propozycjami: tu ci upiorę, tu zabiorę na spacer, tylko czekać, pytać i słuchać. Chociaż czasami się wyrywam, żeby coś zrobić, bo mi się wydaje, że to będzie dla niej dobre, i – zdarza się – że ona mnie powstrzymuje w tych zapędach: "Ale ja tego nie chcę, to mi wcale nie pomaga". To jest proces ustalania dystansu między nami, ale też ustalania dystansu między tym, żeby być obecną, a jednocześnie dbać o swoje granice, bo ja przecież też mam własne sprawy, pracę i czas wolny.
 
W obiegowej opinii przesadne angażowanie babć w opiekę nad wnukami jest najcięższym z grzechów, których dopuszczają się córki.
Nie jestem specjalistką od grzechów i jestem jak najdalsza od oceniania córek czy matek. Myślę, że dziś młodej matce jest bardzo trudno znaleźć równowagę między sferą prywatną i zawodową. Kiedy dziecko kończy rok, to właściwie nie wiadomo za bardzo, komu je powierzyć pod opiekę. Żłobków jest jak na lekarstwo, a wiele z tych, które są, nie spełnia standardów dobrej opieki. Punkty opiekuna dziennego właściwie nie istnieją, a nianie są bardzo drogie. Jeśli kobieta chce lub musi wrócić
do pracy, usiłuje znaleźć ratunek w rodzinie i w związku z tym jej potrzeby stają w pewnym konflikcie wobec potrzeb jej matki. Moglibyśmy tego uniknąć, gdyby państwo, a właściwie kolejne ekipy rządzące, dostrzegały ten problem i zamiast budować stadiony, budowały żłobkoprzedszkola, punkty opiekuna itp. Na dwóch stadionach wybudowanych na Euro 2012 jest 2,5 raza więcej miejsc niż w żłobkach w całej Polsce.
 
Za największe nadużycie ze strony mam młodych matek uchodzi natomiast ingerowanie w to, jak córka zajmuje się dzieckiem. Rozumiem, że każda rodzina ustala własne zasady, ale czy są jakieś zachowania, uwagi, oceny, które uznałaby pani za przekroczenie granic?
Nie chcę się ustawiać w pozycji eksperckiej, kogoś, kto z pozycji autorytetu będzie mówił innym, co mają robić. To, czy coś jest przekroczeniem granicy, czuje ta osoba, której granice są przekraczane.
Jestem tu bardzo liberalna i zostawiłabym ludziom decydowanie o tym, jak mają układać i rozwijać swoje relacje. Jedni wolą, żeby im się w ogóle nie wtrącać w nic, a inni chętnie zasięgną rady. Albo przy jednym dziecku tak, a przy drugim inaczej. Proszę nie oczekiwać ode mnie instrukcji obsługi babci.
 
Ma pani bardzo dużo zrozumienia dla młodych matek, dla trudności, z którymi muszą się zmagać.
Zajmuję się okresem okołoporodowym również w pracy terapeutycznej i wiem, że to jest bardzo ważny czas w życiu kobiety – ciąża i po ciąży, aż do pierwszych urodzin dziecka. W literaturze mówi się o "psychicznej przejrzystości" matki w tym okresie. Polega to na bardzo dużej wrażliwości, która połączona jest ze skłonnością do aktualizowania się wspomnień, w tym i ciężkich przeżyć. Wspierając matkę, można bardzo dużo zrobić dla jej więzi z dzieckiem.
 
Jak można wspierać matkę?
Możemy starać się robić wszystko, by zmniejszyć jej lęk. Wtedy będzie jej łatwiej spokojnie przyglądać się dziecku, poznawać je, próbować je rozumieć, nawiązywać więź, tworzyć relację. Samo to, że dziecko zaczyna reagować na matkę, że pozwala się ukoić, że się uśmiecha, że zasypia w ramionach zaczyna sprawiać matce przyjemność, a to jest wehikułem do tego dobrego, co może się między nimi wydarzyć w przyszłości.
 
 
W jaki sposób matka może obniżać lęk córki, która właśnie została matką?
Przede wszystkim musi sama być spokojna. Może odwołać się do własnych wspomnień, tych dobrych, które mówią że większość problemów z niemowlakami sama się rozwiązuje. Może pomóc znaleźć dobrą doradczynię laktacyjną w okolicy, która dojedzie do domu, może sama nauczyć się wiązać chustę i na zmianę z córką nosić niemowlaka, jednym słowem może spróbować wejść do nowego świata córki, ale tak, by córka czuła, że matka jest po jej stronie. I jej nie ocenia.
 
Po urodzeniu wnuka zrozumiała pani, że to, co najważniejsze, co może mu dać, to mądrze kochać jego mamę. Mądrze, czyli jak?
Mądrze kochać jego mamę to przede wszystkim stać po jej stronie. Nie zdradzić jej z nowo narodzonym wnukiem i nie odwrócić się od niej do nowej miłości. I koniecznie dać jej przestrzeń na to, by mogła pomarudzić.
To jest tak jak z tą maską tlenową w samolocie – jeśli jest awaria, matka zakłada maskę najpierw sobie, a potem dziecku. Warto dbać o to, by mama była w dobrej kondycji, bo jeśli ona ma się dobrze, to wtedy może być wystarczająco dobra dla swoich dzieci.
 
Zwraca pani uwagę na amnezję, której doznają dojrzałe kobiety, te które mają starsze albo dorosłe dzieci. Zachowują się często, jakby zapomniały o tym, jak wyglądają początki macierzyństwa.
Nie wiem, skąd to się bierze, ale to fakt. Być może to taka polska specyfika, kolejna odsłona naszego matkopolkizmu. Starsze kobiety często nie dają młodszym przestrzeni na to, żeby te mogły przyznać, że jest im trudno, że opieka nad dzieckiem to nie jest non stop tylko doskonała zabawa. Jeżeli mama, ciotka albo teściowa powtarza młodej matce: "Oczywiście, że wszystko da się połączyć, miałam troje dzieci, pracowałam na pełen etat, miałam zawsze idealny porządek
w domu, a na stole codziennie stał dwudaniowy obiad", to wprowadza ją w błąd. Bo tego wszystkiego w pojedynkę, bezkolizyjnie, bez szeroko rozumianej pomocy z zewnątrz naprawdę połączyć się nie da. Młoda matka potrzebuje zrozumienia, że jest w szczególnym momencie swojego życia, a nie opowieści o tym, jak wspaniale i bez kryzysów radziły sobie inne kobiety.
 
Niełatwo też być teściową, bo to jest rola, która już została wielokrotnie napisana. O tym, jaka ona jest, wiadomo z filmów, książek, kawałów. Rodzaj napięcia z córką i zięciem wpisany jest w tę relację. Na czym ono polega?
Najpierw na tym, że córka przyprowadza do domu kompletnie obcego człowieka, który na mocy jej decyzji staje się naszą rodziną. Jestem tu uprzywilejowana, bo moja córka wybrała sobie na ukochanego syna naszych przyjaciół, którego znaliśmy i lubiliśmy od lat. Ale mimo to jest potencjał do jakiegoś napięcia. Przecież teraz to jest dla niej najbliższy człowiek na świecie. Ale ja też jestem jej bardzo bliska. Musimy się do siebie nawzajem jakoś dopasować. Pamiętam ten moment, kiedy byliśmy w szpitalu, dziecko już się urodziło, byłam uskrzydlona i szczęśliwa, zrobiłam parę zdjęć, a potem zostawiłam ich we trójkę. Trochę to było wbrew mnie, bo mogłabym obserwować godzinami tę cudowną scenę, ale coś mi powiedziało: "Słuchaj, to jest naprawdę jedyny taki moment w życiu, zostaw ich samych". Pokazuję to jako przykład – łatwo pomiędzy młodych ludzi wejść, odsunąć mężczyznę, powiedzieć albo zasugerować: przyszedłeś do nas z zewnątrz, nie jesteś nasz. To nie jest dobre dla nikogo. Poskładanie tej układanki wymaga delikatności. I wydaje mi się, że to po naszej stronie, tego starszego pokolenia, stoi to trudne zadanie, aby stawiać pytania: "Ale jak wy chcecie? Mogę wpaść do was dzisiaj?". "Tak, wpadaj", mówią oni. Albo: "Nie, dzisiaj chcielibyśmy być sami". I trzeba to przyjąć bez urazy.
 
Nie ma jednej drogi w macierzyństwie – zdanie, które powraca w pani książce.
Nie ma. Nie ma jej też w małżeństwie, nie ma w życiu w ogóle. Córka wcale nie musi być taką samą matką, jaką była jej matka. Niech sobie buduje relację z dzieckiem po swojemu – może być zupełnie inna, też wystarczająco dobra.
 
Justyna Dąbrowska - psycholożka, psychoterapeutka, dziennikarka. Pracuje w Laboratorium Psychoedukacji, specjalizuje się w psychoterapii kobiet w okresie okołoporodowym. Jest autorką książek "Spojrzenie wstecz. Rozmowy" i "Matka młodej matki".
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG