Zmiana pracy po 40-tce? Pozwól sobie na żałobę i idź dalej
Adobe Stock

Zmiana pracy po 40-tce? Pozwól sobie na żałobę i idź dalej

„Często przez wiele lat funkcjonujemy na automatycznym pilocie, nie zastanawiając się zbytnio, czego tak naprawdę chcemy. Budzimy się mniej więcej w połowie życia i wtedy zaczynają się zmiany”
Sylwia Niemczyk
07.06.2020

Życiowe zmiany: pracy, miasta, kraju kojarzymy z ciągłym rozwojem, z tym, że wciąż idziemy do przodu. A nie zawsze tak przecież jest. Czasem, żeby dać krok do przodu, najpierw musimy zrobić dwa wstecz – mówi dr Joanna Heidtman, psycholog i coach. Jak zmienić pracę po 40-tce? Zamiast skakać na główkę, dobrze się do tego przygotujmy i pozwólmy sobie na żałobę po dawnym życiu. 

Sylwia Niemczyk: Wciąż słyszymy o tym, że powinniśmy wychodzić ze swojej „strefy komfortu” i decydować się na zmiany w życiu. A przecież nie ma chyba nic bardziej stresującego niż to.

Dr Joanna Heidtman: Większość ludzi odczuwa mniejszy lub większy niepokój związany ze zmianami i to zupełnie normalne. Genetycznie jesteśmy zaprogramowani na ostrożność i względną stałość naszego otoczenia i naszej sytuacji życiowej. Problem w tym, że dzisiaj świat wygląda zupełnie inaczej niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Tempo zmian przyspieszyło w niewyobrażalny sposób, a nasza zdolność adaptacyjna aż tak się nie zmieniła. Nie nadążamy za światem, który sami stworzyliśmy. Dobrze jest to rozumieć i szanować w sobie tę zrozumiałą powściągliwość. Miejmy świadomość, że zmiany, zwłaszcza częste i rewolucyjne, to dla nas stres i wielki wysiłek. 

Choć po przeczytaniu tysięcznej historii o ludziach, którzy z dnia na dzień rzucili pracę i zaczęli nowe, wspaniałe życie na drugim końcu świata, można ulec złudzeniu, że nie ma nic łatwiejszego. 

Obecnie mamy aż nadmiar takich opowieści „ku pokrzepieniu serc”. I dobrze, że są, bo ważne jest, żeby wiedzieć, jak inni sobie radzą, ale pamiętajmy, że nasze podejście do zmian i sposób przechodzenia przez nie może być różny. Zdaniem prof. Heike Bruch istnieją dwie postawy wobec zmian. Pierwsza, którą ona nazywa: „Zdobyć księżniczkę”, to postawa entuzjazmu i pozytywnej wizji przyszłości: „Świetnie, że zaczyna się coś ciekawego, nowego, innego”. Natomiast drugą postawę możemy nazwać „Ucieczką przed smokiem”, kiedy niekoniecznie ekscytuje nas to, co nowe, ale po prostu wyraźnie już czujemy, że „stare” jest niekomfortowe albo zagrażające. Z moich obserwacji jako coacha wynika, że częściej ludzie uciekają przed smokiem, niż zdobywają księżniczki. 

Zmiana pracy po 40-tce? Opracuj plan działania

Jak coach albo doradca może pomóc przejść przez zmianę?

Moja praca bardzo często polega na byciu „akuszerką zmiany”. Osoba, która szuka wsparcia, zazwyczaj już wie, że coś ją uwiera, coś powinna zmienić, ale strach przed nowym i niepewnym jest nadal większy niż dyskomfort związany z tym, co jest. Czasem więc podczas sesji powoli odkrywamy, że ten dyskomfort jest jednak większy, niż by się wydawało, i że bilans zysków i strat przemawia za zmianą. Tutaj na coachu spoczywa bardzo duża odpowiedzialność, ale proszę mi wierzyć, że ludzki umysł ma wielką umiejętność racjonalizowania sobie sytuacji, która jest dla nas niekorzystna. Na tyle świetnie umiemy ją sobie uzasadnić, że możemy w niej tkwić w nieskończoność, ze szkodą dla siebie. Gdy więc dostrzegam tego typu racjonalizację, to jednak daję sobie prawo, żeby krok po kroku, poprzez kolejne pytania, urealnić tę sytuację przed osobą, która do mnie przyszła. Podobnie zresztą dzieje się w psychoterapii, podczas której odzieramy się z naszych złudzeń jak z łupin cebuli. 

Jednocześnie pomagam moim klientom osłabić lęk przed skokiem w nieznane. W tym celu robimy wspólnie podsumowanie mocnych stron, z których nieraz ktoś nie zdaje sobie nawet sprawy. Charakter, wytrwałość, cierpliwość, optymizm, sieć wspierających relacji z ludźmi. Takie zasoby to nasz bagaż na wyprawę w nieznane. Odwołuję się też do przeszłości, pokazuję, ile już zmian ktoś w życiu przeszedł i że z perspektywy wydają się one łatwiejsze i mniej przerażające. Takie spojrzenie wstecz pomaga nam także uświadomić sobie, jak wieloma narzędziami dysponujemy, jaką mamy siłę woli czy zdolność adaptacyjną. Także ci z nas, którzy teoretycznie wolą w życiu stabilność. 

Trzecią rzeczą, którą robimy podczas sesji, to „dzielimy słonia na kawałki”. Opracowujemy plan działania, żeby nie robić wszystkiego na raz, nie rzucać się na głęboką wodę. To naprawdę nie jest banał, że najdłuższa podróż zaczyna się od pierwszego kroku.

Skoro jednak nie lubię zmian, to może, póki nie poczuję wyraźnie oddechu smoka na swoich plecach, nie muszę myśleć o żadnych zmianach?

Tylko czy to naprawdę dobra strategia? Kiedy świat funduje nam mnóstwo niespodzianek ze wszystkich stron, nie możemy się łudzić, że zmiany nas ominą. Jeśli będziemy zwlekać z myśleniem o nich zbyt długo, to jest ryzyko, że z podmiotu zmiany staniemy się jej przedmiotem. Uważam, że warto być o ten krok z przodu, żeby móc w odpowiedniej chwili samemu zadecydować o tym, co się stanie z nami i naszym życiem. Nie mówię tu o robieniu sztywnych, długoterminowych planów, bo te pewnie w dzisiejszej, zmieniającej się rzeczywistości nie będą wykonalne, ale o uważnym monitorowaniu tego, co się dzieje z naszym życiem, relacjami, pracą, a także o otwartości na zmiany mimo tej całej naszej niechęci i lęku. To być może najlepsza strategia na XXI wiek. 

W jaki sposób mamy być uważni i otwarci?

Niedawno przyszła do mnie klientka, u której w firmie zaszła duża zmiana. Zmieniło się całe szefostwo, zakres jej obowiązków, przywileje, sposób komunikacji. To wszystko jednak następowało powoli, tak, że ona sama długo nie zauważała, że jej sytuacja jest diametralnie inna, niż była wcześniej. Właśnie o czymś takim opowiada książka, którą polecam wszystkim biorącym się do zmian: „Kto zabrał mój ser?” Spencera Johnsona. Bohaterami tej pięknej bajki dla dorosłych są m.in. myszy, które znalazły magazyn sera. Przyzwyczajone do tego, że ser zawsze tam jest, przychodziły do niego codziennie – już bez uważności. Aż nagle z dnia na dzień ser znika! Szok! Rewolucja! Później jednak okazuje się, że już wcześniej były widoczne znaki ostrzegawcze, że ser się kończy, ale wszyscy je przegapili. 

Podobnie działo się u mojej klientki – przez to, że pracowała w tej firmie już bardzo długo, to ignorowała różne sygnały. Na szczęście w końcu sama uznała, że coś jest nie tak, że zaczyna odczuwać sygnały wypalenia zawodowego. Zrozumiała, że jeśli czegoś nie zrobi, to niedługo przestanie panować nad sytuacją. Już w pewnej mierze była przedmiotem zmiany, ale postanowiła znów stać się jej podmiotem.

I zamiast czekać na zwolnienie z pracy, sama złożyła wypowiedzenie?

Nie zwolniła się z dnia na dzień, ale uświadomiła sobie, że zmiana pracy ją czeka, bo ona sama chce jej dokonać. Zrozumiała też, że naiwne oczekiwanie, że coś zmieni się „samo z siebie” na lepsze, jest tylko, no właśnie, naiwnym oczekiwaniem. I chociaż nie może z dnia na dzień zmienić sytuacji, w której się znalazła, to może jednak zmienić nastawienie do niej. Nie czeka więc już bezczynnie, ale powoli planuje i kumuluje energię, by w którymś momencie zrobić pierwszy ruch, który pomoże jej się przestawić na inne tory. Dzięki temu jej samopoczucie jest nieporównywalnie lepsze w stosunku do tego, jakie miała jeszcze kilka tygodni temu. 

Zwolnienie, rozwód… pozwól sobie na żałobę po stracie

Czego potrzebujemy, kiedy już zdecydujemy się na to nowe i nieznane: zmianę pracy, życia osobistego, kraju, w którym do tej pory mieszkaliśmy?

Na pewno duże życiowe zmiany, w które często wchodzimy mniej więcej w połowie naszego życia, wymagają wsparcia. Możemy znaleźć je u naszych bliskich, którzy dają nam wsparcie emocjonalne, u coacha, z którym praca pomoże nam wiele rzeczy zrozumieć i się do nich przygotować, albo po prostu u ludzi, którzy byli w podobnej sytuacji życiowej i sami podobne twisty już w życiu wykonali. Jeśli to pozytywny przykład i możemy się z tymi osobami utożsamić, to kontakt z nimi wzmacnia motywację, pomaga uwierzyć, że „się da”. Wspieranie się historiami innych jest uzasadnione psychologicznie – na tym polega idea wszelkich grup wsparcia. Najlepiej radzimy sobie z naszymi lękami dzięki przebywaniu z osobami, które były lub są obecnie w podobnej sytuacji i z którymi możemy się identyfikować. 

Powiedziała pani, że często w okres wielkich zmian wchodzimy w połowie naszego życia. Czemu tak się dzieje? 

Często przez pierwszą połowę życia funkcjonujemy na automatycznym pilocie. Idziemy z rozpędu na jakiś kierunek studiów, potem do pracy, budujemy związki, bo przecież takie są oczekiwania mamy, taty, społeczeństwa. I budzimy się około 35. roku życia z poczuciem, że nie do końca o takie życie chodziło. Obrazowo mówi o tym Stephen Covey, coach i autor książki „Siedem nawyków skutecznego działania”: wdrapywaliśmy się przez lata po szczeblach drabiny i kiedy wreszcie dotarliśmy już do najwyższego, okazało się, że… drabina była przystawiona do niewłaściwej ściany. I zaczynamy sobie wtedy zadawać pytanie: „No dobrze, udowodniłam już światu swoją wartość, ale wciąż nie wiem, na czym tak naprawdę mi zależy?”.

Czyli zmiana zwykle wynika z rozczarowania?

Niekoniecznie, bo drugim wyjaśnieniem może być model rozwoju osobowości opisywany przez Carla Gustava Junga. Jung widział życie człowieka jako drogę, prowadzącą do uzyskania przez nas pełni naszej osobowości. Według niego świadoma część osobowości kieruje naszymi wyborami mniej więcej do połowy życia. Budujemy wtedy swoją pozycję społeczną, rodzinną, określamy, jacy jesteśmy. Niemniej, jest to tylko jedna połowa nas samych. Zdaniem Junga istnieje również druga połowa, wyparta i nieświadoma, pozostająca „w cieniu” – i co ciekawe, będą to te wszystkie rzeczy, które nas najbardziej drażnią u innych i które są przeciwieństwem naszej świadomej części. Dla ekstrawertyka to będzie introwersja, dla „zadaniowca” – refleksja itp. Ta druga część naszej osobowości zaczyna dochodzić do głosu dopiero w połowie życia – na tym właśnie polega nasz naturalny rozwój i osiąganie prawdziwej dojrzałości. 

Jeśli uda nam się zintegrować tę drugą połówkę, to odkrywamy nowy potencjał, nowe wartości, zyskujemy szersze spojrzenie na świat. Zna pani mądrych, dojrzałych starszych ludzi? Podziwiamy ich, bo w niezwykły sposób łączą w sobie coś, co postrzegamy jako odmienności: siłę charakteru i wrażliwość, zdecydowanie i tolerancję, dorosłą odpowiedzialność i dziecięcą spontaniczność.

Czasem jest tak, że to nie my zdecydowaliśmy się zmienić nasze życie osobiste czy pracę, ale to ktoś inny podjął za nas tę decyzję. Jak sobie radzić z sytuacją, kiedy to nie my składamy pozew o rozwód albo wypowiedzenie z pracy, ale dostajemy je do podpisu?

Jeśli zmiana jest stratą, to na pewno musimy sobie pozwolić na naturalny okres żałoby. Trzeba opłakać to, co się straciło, dopiero potem może nadejść adaptacja do nowych warunków. Po jakimś czasie na pewno zobaczymy, że życie się jednak nie skończyło, że ta strata nie zniszczyła nas tak, jak mogło się wydawać na samym początku – ale to wszystko jest rozłożone w czasie. 

Co więcej, żałoba dopada nas także wtedy, kiedy sami decydujemy się na zmiany. To tylko w teorii tak pięknie brzmi, że gdy już zaczniemy nowe życie, to wszystko zacznie się natychmiast wspaniale układać. Każdą zmianę możemy opisać na wykresie: najpierw mamy etap przygotowań, skradania się do zmian, potem wielki skok, następnie jakiś czas lecimy w górę na skrzydłach adrenaliny i ekscytacji, ale w końcu zdajemy sobie sprawę, że skacząc, wcale nie przenieśliśmy się tak łatwo do innego świata. Spostrzegamy, że starego porządku już nie ma, a nowy jeszcze się nie ukształtował. Znajdujemy się w zawieszeniu, czyśćcu albo jak mówią buddyści: w bardo. I to jest moment, kiedy możemy odczuwać ogromne obniżenie nastroju i motywacji. Trzeba być na to gotowym. Nie możemy sobie przed naszym wielkim skokiem mydlić oczu, że się bez tego obejdzie, że od razu będzie wspaniale. Zawsze potrzebujemy czasu, żeby się zadomowić, oswoić z tym, co nowe. 

Trudno jednak na to znaleźć siłę, kiedy musimy zaczynać praktycznie od zera. 

To dlatego, że kulturowo kojarzymy zmiany z ciągłym rozwojem, myśląc, że ze zmiany na zmianę ma być nam tylko lepiej, że całe życie idziemy do przodu. Tymczasem zmiana czasem wiąże się z kryzysem. Czasem, żeby dać jeden krok do przodu, najpierw musimy zrobić dwa wstecz. Ale chociaż nie lubię hasła: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”, bo uważam je za nieprawdziwe, to myślę, że kryzysowa sytuacja też jednak nam coś daje. Możemy np. zyskać większą świadomość siebie. Bywa, że osoby, które straciły niemal wszystko i przeszły przez depresję, po tym trudnym okresie przebudowały się, dotarły do zupełnie innych swoich potrzeb, wartości i zupełnie zmieniły swoje życie. Nie chciałyby oczywiście przechodzić tego ponownie, ale często są w pewnym sensie wdzięczne losowi za to doświadczenie, które tak radykalnie je przebudowało. Naprawdę znam takich ludzi.

Zmiana życiowa zmieniła też ich samych?

Jak najbardziej. Z psychologicznego punktu widzenia nie tylko zmieniło się ich zachowanie czy nawyki, ale uległa zmianie również ich tożsamość: to, jak postrzegają sami siebie. Wiele osób po takim życiowym twiście wyprowadza się do innego miasta, zmienia znajomych. Wyzwalają się dzięki temu z dawnych etykietek nakładanych przez otoczenie. Dosłownie zaczynają nowe życie.

***

Rozmowa z dr Joanną Heidtman ukazała się w „Urodzie Życia” 2/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Sposoby na przewlekły stres
Thibault Debaene 

Psycholog, Joanna Heidtman o naszym napięciu psychicznym: „Same sobie to robimy”

„Wyżej, dalej, szybciej, lepiej”? Zwolnij, bo nie dobiegniesz.
Sylwia Niemczyk
05.07.2019

Pędzimy. W stresie i rozedrganiu, cały czas na pełnej adrenalinie. Od  rana do wieczora, nawet nocą nie umiemy wyhamować. „Tymczasem im dalej  chcemy dobiec, tym bardziej musimy zadbać o mądre rozłożenie własnej energii”, mówi dr Joanna Heidtman, psycholog i coach. Sylwia Niemczyk, „Uroda Życia”: Czy możemy same, bez tabletek i psychoterapii, uwolnić się od ciągłego napięcia i stresu?  Joanna Heidtman: Moje doświadczenie coacha podpowiada mi, że z tym napięciem, rozedrganiem i kotłowaniną myśli możemy walczyć tylko wtedy, kiedy staniemy z nimi oko w oko. Czyli zamiast bezsennie leżeć w łóżku, lepiej wstańmy, weźmy kartkę i wypiszmy wszystko, co mamy w  głowie.  Tyle że wypowiedzenie na głos naszych lęków czy smutków jest bardzo trudne.  Ale dopóki pozostaną niesformułowane, będą wywoływać w nas niepokój. Uzewnętrznienie naszych lęków czy smutków może boleć, ale już po chwili przyniesie ulgę. Poza tym, dlaczego aż tak bardzo boimy się poczuć swój smutek? Czemu uciekamy przed trudnymi uczuciami? To duży błąd, bo jeśli chodzi o emocje, to mamy do wyboru: albo wszystko, albo nic. Nie chcemy czuć smutku, strachu czy złości? OK, to jest możliwe, ale wiąże się z tym, że przestaniemy też czuć radość, entuzjazm czy szczęście. Tutaj nie ma kompromisu.  Skąd się bierze to nasze współczesne rozedrganie nerwów?  Najbardziej oczywistym powodem jest ogromna liczba bodźców, które wołają o naszą uwagę. I ona skacze jak pies za rzucaną piłką – raz tu, raz tam.  Nadmiar informacji może dekoncentrować, ale czemu wywołuje w nas taki stres? Bo jeśli nasza uwaga co chwilę przeskakuje gdzieś indziej, to szybko się męczy. Nie jesteśmy wtedy już w stanie zebrać myśli,...

Czytaj dalej
spotkanie biznesowe w kawiarni
Adobe Stock

Wypalenie zawodowe to nowa epidemia! Najszybciej wypalają się perfekcjoniści

Co czwarty Polak ma ten syndrom. Aż 70 proc. firm zmaga się z wypaleniem zawodowym wśród pracowników.
Aleksandra Nowakowska
14.05.2020

Dlaczego jesteśmy wypaleni zawodowo? Najbardziej oczywisty powód? Za dużo pracujemy. Według raportu Hays Poland „Nadgodziny” aż 75 proc. z nas pracuje więcej niż 40 godzin tygodniowo. Jednocześnie pracujemy w dużym stresie. Z raportu ADP „The Workforce View in Europe 2017” wynika, że spośród przebadanych pracowników z ośmiu różnych państw w Europie, Polacy są najbardziej zestresowani. Aż 22 proc. każdego dnia doświadcza stresu w pracy, a połowa czuje go często lub bardzo często. Można przyjąć, że wypalenie zawodowe ( ang. professional burnout ) to odpowiedź organizmu na stres, którego źródłem jest sytuacja w pracy. Najczęściej to reakcja na długotrwały nadmiar obowiązków, zbyt odpowiedzialne oraz trudne zadania, a także wyczerpującą i monotonną pracę. O wypaleniu zawodowym możemy mówić, gdy praca, która kiedyś sprawiała przyjemność, przestaje dawać satysfakcję i zauważamy, że przestaliśmy się rozwijać zawodowo. Możemy czuć się bardzo przepracowani albo śmiertelnie znudzeni. Świadczy o nim także poczucie bezradności wobec narastającej frustracji, a także niemożność pełnego zaangażowania się w zawodowe aktywności.   Objawy wypalenia zawodowego mają wpływ nie tylko na naszą karierę oraz codzienność w pracy, ale również na życie prywatne: relacje ze znajomymi, związki partnerskie i rodzinę. Bezpośrednio oddziałują też na naszą psychikę oraz zdrowie. Patrycja Załuska, konsultant kariery oraz właścicielka serwisu polkaprzedsiebiorcza.pl, w swojej najnowszej książce „reStart kariery” wyróżnia dwa rodzaje wypalenia zawodowego. Aktywne wywołane jest przez niekorzystne warunki pracy, takie jak na przykład nadmierne wymagania, niekorzystną organizację czasu pracy czy toksyczne relacje ze współpracownikami lub szefem. Natomiast...

Czytaj dalej
Rozwój osobisty: samoakceptacja
Rodney Smith

Psycholożka radzi każdej z nas: „Nie zmieniaj się na siłę”

Rozwój osobisty wcale nie na tym polega, mówi dr Heidtman
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

Wystarczy otworzyć dowolną gazetę, żeby zrozumieć, że żyjemy w kulturze zmiany. Mamy się zmienić na Nowy Rok, na wiosnę, schudnąć, zwolnić i zostać boginiami seksu. Dlaczego zmiana stała się naszym fetyszem? Czemu nasz rozwój osobisty zrównujemy z ciągłymi zmianami? I w końcu najważniejsze pytanie: jak zatrzymać się w pędzie i docenić to, co już mamy? Przeczytaj wywiad z psycholożką i coachem, Joanną Heidtman.   Dlaczego stale mamy coś zmieniać? Bo żyjemy w kulturze, w której zmiana stała się fetyszem. Medialne zachęty do „ulepszenia” swojego życia pojawiają się cyklicznie i sezonowo. Na Nowy Rok obiecujemy sobie, że zerwiemy ze złymi nawykami. Na wiosnę mamy obowiązkowo schudnąć, przed świętami znaleźć czas dla rodziny, w lecie wyglądać seksownie, a jesienią awansować. I to wszyscy razem, jak na komendę. Czy rzeczywiście zachęca się nas do istotnych zmian wewnętrznych, czy tylko do bardzo powierzchownych korekt zachowania, które służą właśnie temu, żeby od głębokiej zmiany uciec? Kiedyś pracowałam w Stanach Zjednoczonych i ludzie zajmujący się marketingiem wytłumaczyli mi, co kryje się pod hasłem „new and improved”, które co jakiś czas pojawiało się w reklamach kolejnych produktów.   No i co się pod nim kryje? Właśnie nic. Chrupki, które w zeszłym sezonie były okrągłe, teraz są kwadratowe. Nie zmienia się ich smak, skład, nic istotnego. Chodzi wyłącznie o wywołanie wrażenia, że coś się zmieniło, bo to zwiększa szanse na to, że klient kupi produkt. Czy nie taką samą pozorną zmianę oferują nam różnego rodzaju poradniki, warsztaty samorozwoju czy kursy internetowe?   Po których mamy wyjść „nowe, lepsze, inne”? Oceniamy jakąkolwiek zmianę jako coś lepszego niż utrzymywanie status quo. Ta fascynacja...

Czytaj dalej