Work-life balance? Nie istnieje, równowaga między pracą a życiem prywatnym to mit. I to szkodliwy
Fot. iStock

Work-life balance? Nie istnieje, równowaga między pracą a życiem prywatnym to mit. I to szkodliwy

Praca i dom zawsze będą konkurencyjne.Będą kradły dla siebie nasz czas. Mówienie, że można harmonijnie łączyć wszystkie życiowe obowiązki wpędza nas tylko w poczucie winy.
redakcja „Uroda Życia”
17.10.2020

Domyślam się, że kwestia równowagi między domem a pracą spędza sen z powiek każdej pracującej mamie. Ktoś kiedyś wspomniał o istnieniu takiej możliwości – wyrażając w ten sposób swoją opinię – a media ochoczo podchwyciły temat. Gdy ktoś z trudem łączy różne życiowe obowiązki i stale ma poczucie braku równowagi, automatycznie zakładamy, że nie poradził sobie z właściwym wyważeniem składowych swojego życia. Lista macierzyńskich niepowodzeń, na której mamy już „niezbyt udaną fryzurę do szkoły” i nie ten jogurt, co trzeba, wydłuża się tym samym o kolejny punkt... Ech... Szczerze nie cierpię wszystkiego, od czego kobiety czują się gorzej i utwierdzają się w przekonaniu, że sobie z czymś nie radzą – mówi Rachel Hollis, pisarka, blogerka i mówca motywacyjny. Jej książki m.in. „Dziewczyno ogarnij się”, pisane zawsze z bardzo osobistej perspektywy trafiały na listę bestsellerów „New York Timesa”. W nowej książce „Dziewczyno, przestań ciągle przepraszać!” namawia kobiety, by nie przeglądały się stale w oczach partnerów, matek, dzieci, znajomych. Tylko realizowały siebie i swoje życiowe cele.

Cóż to jest ta równowaga między życiem zawodowym a osobistym? Już sama nazwa sugeruje, że mamy do czynienia z dwoma harmonijnymi elementami, które da się równo rozłożyć na szalach życia - tłumaczy Racchel Hollis. Tymczasem moja praca i moje życie rodzinne nigdy, przenigdy nie znajdowały się w stanie równowagi, nawet gdy jako siedemnastolatka robiłam kanapki w Sub Station w moim rodzinnym mieście. Nawet wtedy zdarzało się bowiem, że z powodu jakiegoś ważnego projektu do szkoły musiałam ograniczyć liczbę godzin przeznaczonych na pracę. Zdarzało się też, że rezygnowałam ze spotkania z przyjaciółmi, ponieważ zaproponowano mi opłacalną (z uwagi na napiwki) sobotnią zmianę. Praca i życie osobiste pozostają ze sobą w wiecznym sporze o pierwszeństwo, ponieważ sukces w każdej z tych sfer wymaga naszej pełnej uwagi. Nie ma w tym nic złego, nic niewłaściwego. Tak to już po prostu w życiu jest.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Work life balance, czy to możliwe?

Niekiedy moi chłopcy mają coś w szkole albo trzeba ich zabrać do lekarza – i wtedy rezygnuję z czasu na pracę. A teraz na przykład siedzę przy jedynym biurku w naszym domu (w pokoju starszych chłopców), podczas gdy reszta rodziny świetnie się bawi nad basenem. Słyszę ich, jak się śmieją i podśpiewują popowe piosenki. Popijają sobie napój LaCroix i miło spędzają czas, a ja siedzę tu... i piszę tę książkę. Tyle że ja właśnie realizuję moje pisarskie marzenie o tym, żeby motywować inne kobiety. W imię tego marzenia jestem skłonna niekiedy zrezygnować z czasu nad basenem. Te dwie szale mojego życia nigdy się nie równoważą. Jedna szala zawsze ciągnie mocniej w dół, w zależności od tego, co akurat w większym stopniu wymaga mojej uwagi.

Sądzę, że tak samo rzecz się ma w przypadku większości z nas, na każdym etapie naszego życia. Aby się wreszcie rozprawić z tym mitem, wedle którego niektórzy ludzie mają wszystko idealnie poukładane, trzeba sobie szczerze powiedzieć, o co nam w życiu chodzi i co się dla nas najbardziej liczy.

To może ja zacznę

Gdy jako młoda matka prowadziłam własną firmę, sama dla siebie absolutnie nie byłam priorytetem. Padałam z nóg, dbając o wszystkich dookoła, ale niespecjalnie przejmując się sobą. To była katastrofa. Co najmniej raz w roku dopadała mnie jakaś poważna choroba. Potwornie mnie to stresowało. Miałam kłopot z utrzymaniem prawidłowej masy ciała. Było strasznie. W końcu ktoś zwrócił mi uwagę, że nie będę w stanie o nikogo dobrze zadbać, jeśli nie zadbam najpierw o siebie. Teraz podstawowym priorytetem są dla mnie moje zdrowie i moje dobre samopoczucie. Sypiam codziennie po osiem godzin. Tak, osiem. Nie sześć czy siedem, tylko bite osiem. Dobrze się odżywiam i wiadrami piję wodę. Od ponad czterech lat nie miałam w ustach nawet dietetycznej coli. Owszem, nadal jestem uzależniona od kofeiny, ale ze wszystkiego przecież nie można zrezygnować.

Zaczęłam biegać i pokonuję w tygodniu co najmniej dwadzieścia kilometrów. Znajduję też w ciągu tygodnia kilka godzin na modlitwę, wizytę w kościele i pracę w ramach wolontariatu, ponieważ wiara jest dla mnie bardzo ważna. Jestem absolutnie przekonana, że nie ma czegoś takiego jak zbilansowany cel. Cel powinien być raczej ugruntowany, czyli silnie zakorzeniony w nas i bliski naszemu sercu. Ugruntowanie chroni przed naglą utratą równowagi, nawet w obliczu chaosu. Jeśli za priorytet uznam siebie i zadbam o ugruntowanie, to wszystko inne samo się ułoży... nawet jeśli świat pędzi akurat z astronomiczną prędkością.

Moje małżeństwo

Jestem przekonana, że wielu rodziców bez zastanowienia wskazałoby swoje dzieci jako kwestię priorytetową. Dla mnie jednak najważniejszą życiową relacją zawsze będzie małżeństwo. Dave i ja co tydzień umawiamy się na randkę, co roku organizujemy sobie też ekstrawagancki wypad wakacyjny.Tak,owszem,bez dzieci.W domu na codzień bez przerwy wchodzimy w interakcje z naszymi trzema chłopcami i małą królewną, Noah Elizabeth, ale dbamy też o to, aby utrzymywać stały kontakt ze sobą nawzajem i w tej relacji występować w roli dwojga dorosłych. Wspieramy się wzajemnie w staraniach zawodowych i przez to czasami zdarzało nam się zapomnieć o relacji.

Aby nie ryzykować kryzysu w małżeństwie, postanowiliśmy, że będziemy priorytetem dla siebie nawzajem. Zależy nam na tym, żeby nasze małżeństwo było wyjątkowe, a wyjątkowość wymaga zaangażowania.

Moje dzieci

Mam czworo dzieci: Jacksona, Sawyera, Forda i Noah, więc nawet gdy akurat nie pracuję, zawsze mam pełne ręce roboty. Ranki przebiegają u nas w domu według stałego schematu, którego ostatnim punktem jest podróż do szkoły. Wieczorem jemy kolację, a potem jest pora na kąpiel, książki i tulenie się do snu. Weekendy upływają nam na imprezach urodzinowych i sportowych, więc szybko mijają. Tak to wygląda dziś. Teraz pora opowiedzieć, jak żyliśmy przez dwa pierwsze lata istnienia mojej rmy. Pracowałam jak szalona. Często byłam w biurze już o ósmej rano, więc o żadnym odwożeniu dzieci do szkoły nie było mowy. Mamy ze szkoły podrzucały mi karteczki z kąśliwymi uwagami na temat wycieczek czy imprez szkolnych, w których nie wzięłam udziału. Już nawet nie zliczę, ile wieczorów z tego powodu przepłakałam.

Do mojego męża nikt nie miał pretensji, że pracował, gdy jego dzieci jechały na wycieczkę – ale to już akurat osobna kwestia. W tamtych latach wracałam do domu zwykle około siódmej, więc było już po kolacji. To był czas wielkiego chaosu, ale tak to już jest, gdy się jest przedsiębiorcą i się rozkręca firmę. Ktoś mógłby powiedzieć, że przegapiłam ważny etap z życia moich dzieci, ale nie zgadzam się z tą oceną. Tych trzech małych chłopców miało okazję obserwować, jak ich matka buduje od zera nową firmę.

Przyglądali się, jak tworzę coś wielkiego – tak wielkiego, że w końcu również ich ojciec mógł znaleźć tam zatrudnienie. Mogli na własne oczy obserwować, co da się osiągnąć dzięki zaangażowaniu i ciężkiej pracy, a ja jestem dumna, że im taką okazję stworzyłam. W tamtym czasie dzieci były dla mnie priorytetem, tyle że wyrażałam to w nieco niestandardowy sposób – przyjmując bardziej długoterminową perspektywę.

Moja praca

Skłamałabym, gdybym napisała, że praca nigdy nie pochłaniała większości mojej uwagi. Nie będę też udawać, że to były najlepsze chwile dla mojego małżeństwa, zdrowia i relacji z dziećmi. Teraz mam już pewniejszą pozycję zawodową i częściej udaje mi się uporać ze wszystkimi obowiązkami zawodowymi w godzinach pracy. Działalność prowadzę już od pięciu lat, w związku z czym dziś mam cały zespół wspaniałych współpracowników i nie muszę się wszystkim zajmować sama. Pracę niewątpliwie traktuję priorytetowo, ale teraz wygląda to zupełnie inaczej niż dawniej.

Ani na moment nie zapominaj, że zachowanie zdrowej równowagi między poszczególnymi sferami życia wymaga ciągłego przesuwania akcentów. W pewnych momentach trzeba się bardziej skupić na jednych kwestiach, kiedy indziej zaś coś innego może wymagać uwagi. Nie ma w tym nic złego. Ktoś kiedyś powiedział, że da się ustanowić jakąś równowagę tych elementów – ale mówiąc to, wyrażał tylko swoją opinię. Każda z nas sama powinna rozstrzygnąć, czy się z tym zgadza, czy nie.

Druga opinia, która ma istotny wpływ na nasze wyobrażenia o własnych możliwościach, dotyczy sfery życia, która być może nie dla wszystkich moich czytelniczek będzie istotna, ale prawdopodobnie dla większości ma niebagatelne znaczenie – ponieważ pochłania spore ilości ich emocjonalnej energii. Moim zdaniem warto mówić o tym zjawisku. Chciałabym, żeby wszyscy zdawali sobie sprawę z jego istnienia, żebyśmy jako społeczeństwo mogli skutecznie zapobiegać jego rozprzestrzenianiu się

Moje poczucie winy?

Mowa tu mianowicie o poczuciu winy, które często dręczy matki. Powiem krótko: pieprzyć poczucie winy z powodu zaniedbywania dzieci. Tak, właśnie tak uważam. Osobom niezorientowanym wyjaśnię, że poczucie winy z powodu zaniedbywania dzieci to paskudne, okropne, zżerające człowieka od środka uczucie, które – jeśli się nad nim w porę nie zapanuje – tli się gdzieś w sercu i stamtąd skutecznie zatruwa racjonalną myśl. Ten specyficzny rodzaj poczucia winy ani na chwilę nie pozwala ci zapomnieć o tym, co robisz nie tak wobec swoich dzieci.

Niektóre kobiety mają wyrzuty sumienia z powodu powrotu do pracy. Inne mają do siebie żal, że myślą czasem o sobie, zamiast skupiać się na tym, aby ich dzieci jadły starannie wyselekcjonowane borówki. Zresztą gdyby człowiek tylko tym się martwił, to pewnie nie byłoby tak źle. W praktyce jednak zapewne martwisz się każdego dnia jeszcze z powodu dziewięciuset sześćdziesięciu siedmiu innych rzeczy. Musisz pomyśleć, w co się ubiorą twoje dzieci i gdzie będą mieszkać. Musisz dopilnować, żeby umyły zęby. A mimo to, podejmując dziewięćset sześćdziesiąt siedem innych decyzji, będziesz się zastanawiać, czy aby na pewno robisz wszystko, jak należy, i czy następnym razem nie powinnaś czegoś zrobić lepiej.

Dość tych bzdur! To cię tylko wytrąca z równowagi, to cię niepotrzebnie przytłacza. W ten sposób sama się pozbawiasz resztek pewności siebie, której – powiedzmy sobie szczerze – dzisiejszym matkom bardzo brakuje.

oklad
Fot. mat. prasowe

Powyższy tekst jest fragmentem książki Rachel Hollis „Dziewczyno, przestań ciągle przepraszać!”, wyd. Laurum, 2020.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
dobre rady Miller
fot. iStock

Od nudnej pracy po zdradę. Ludzie piszą: Pani Kasiu, co robić gdy…. Katarzyna Miller odpowiada.

Co robić, gdy mąż ogląda porno, dzieci nawzajem sobie dokuczają, a w pracy jest toksycznie - Katarzyna Miller wnikliwie odpowiada na pytania ludzi, którzy szukają pomocy w mniej lub bardziej codziennych sprawach.
Agnieszka Dajbor
26.11.2020

W swojej nowej książce „Droga Kasiu,jak żyć lepiej?” Katarzyny Miller zaczyna się od wspomnienia jej najważniejszego listu w życiu. „Był to mój list do siebie samej, w którym zgodziłam się na siebie. Napisałam go w momencie, gdy odkryłam, jak potrzebne jest to, by stawać się coraz bardziej dorosłą i odpowiedzialną za siebie samą” – tłumaczy Katarzyna Miller. Do niej samej ludzie piszą zwykle o tym, co ich boli, z czym nie potrafią sobie poradzić. Historie są różne, ale nasze lęki, smutki i potrzeby podobne. Można się więc tymi listowną terapią inspirować. Zdrada w związku Mnóstwo tu tematów i wątków. Pierwszy z brzegu, zdrada. „Tydzień temu dowiedziałam się, że mąż mnie zdradza. Zawalił mi się świat –  pisze jedna z kobiet. I jak wiele z nas, które tego doświadczyłyśmy dodaje: Nie jem, nie śpię, nie mogę zajmować się córką. Poprosiłam o pomoc mamę, bo nie daję rady. W przypływie furii spakowałam jego rzeczy i poczułam, że wcale nie chcę , by się wyprowadzał. On najpierw próbował się wszystkiego wyprzeć, potem to umniejszał, twierdząc, że to nic nie znaczy (ale jak to może nic nie znaczyć?!), a potem wykrzyczał w nerwach, że to wszystko przeze mnie, i wyszedł z domu. Mama mi tego nie ułatwia. Jest załamana. Nie lubiła go nigdy, twierdzi, że powinien się wynieść z domu, abym mogła tę sytuację przemyśleć. Jestem jej mimo wszystko wdzięczna, że zajmuje się Julką. Wczoraj nie spałam całą noc. Pomyślałam, że go już nie chcę, że nie wyobrażam sobie, bym kiedykolwiek miała z nim pójść do łóżka, brzydzi mnie wszystko, co się z nim wiąże. Boję się o córkę. Ma tylko siedem lat, widzi, że dzieje się coś złego, martwi się. Wczoraj popłakała się bez powodu. Nie mogłam jej...

Czytaj dalej
bliskość nowe
Fot. iStock

Myśliwy, księżniczka, murarz - czy jesteś jedną z tych postaci w związku

Czasem nie zdajemy sobie sprawy, że nasze złe relacje w związku wynikają z lęku przed bliskością. Taki lęk jest głęboko ukryty, lubi się kamuflować i przywdziewa różne maski. Jak go rozpoznać?
redakcja „Uroda Życia”
26.11.2020

Lęk przed związkiem (inaczej przed bliskością) bierze się zazwyczaj z naszego dzieciństwa i relacji z matką. Długo może pozostać w ukryciu i daje o sobie znać dopiero wtedy, gdy wchodzimy w relacje oparte na miłości, przyjaźni. Utrudnia je, a czasem prowadzi do ich rozpadu. Znana psycholożka i terapeutka Stephanie Stahl w swojej nowej książce „Jak nie bać się bliskości” (wyd. „Otwarte”, Kraków, 2021) nazywa ów lęk demonem, który tkwi w naszej psychice i sprawia, że nie może powstać prawdziwa bliskość. Opisuje też 3 rodzaje relacji, które mają taki lęk u podstaw i nadaje im etykiety myśliwego, księżniczki i murarza (oczywiście odnoszą się do obu płci).   Myśliwy: muszę cię mieć, dopóki jeszcze cię nie mam! Peter właściwie nie był w typie Sonji. Poznali się na przyjęciu. Dobrze im się rozmawiało.Dwa dni później zadzwonił i zapytał, czy nie miałaby ochoty pójść z nim na otwarcie pubu. Sonja uznała, że zaproszenie brzmi zachęcająco. Peter znów z nią flirtował, ona natomiast delikatnie dawała mu do zrozumienia, że na jego zainteresowanie może odpowiedzieć tylko znajomością na stopie przyjacielskiej. Peter wcale nie wydawał się tym zirytowany, był niezmiennie w świetnym humorze i nadal ją podrywał. W kolejnych dniach kontaktował się z Sonją częściej, by się z nią umawiać, proponując przy tym zawsze ciekawe aktywności. Koniec końców pewnego wieczora Sonja przestała się opierać. W jej mieszkaniu Sonja i Peter wypili po kieliszku wina i spędzili razem noc. Po jakimś czasie spędzili wspólnie weekend, to był cudowny wyjazd, po którym Sonja pozbyła się reszty wątpliwości. Stało się dla niej jasne, że naprawdę zakochała się w Peterze i potrafi wyobrazić sobie dłuższy związek z nim. Teraz również Sonja zaczęła inicjować...

Czytaj dalej
aga maciąg
Robert Wolański

„Nie idź na kulinarny kompromis” – Agnieszka Maciąg poleca swoje 7 superskładników

„Nasze ciało chce być w pełni zdrowe i sprawne, nie utrudniajmy mu tego, nie grzeszmy kulinarnie” – namawia Agnieszka Maciąg w swojej nowej książce „Smak wiecznej młodości” (wyd. Otwarte).
Agnieszka Maciąg Agnieszka Dajbor
10.06.2020

Agnieszka Maciąg od lat jest autorytetem w dziedzinie mądrego odżywiania. Gotuje zdrowo i pysznie, ma prawdziwy talent, nie tylko do doboru składników, ale też do przyprawiania dań i nadawania im smaku. Jej kulinarne wskazówki odnoszą się jednak bardziej do stylu życia niż jakiejkolwiek diety cud. „Nadszedł czas, abyś uhonorowała, nagrodziła i w pełni ukochała siebie – istotę, którą jesteś. Dotyczy to wszystkich aspektów twojego życia, ale zmiana życia zwykle zaczyna się... na talerzu” – pisze w nowej książce „Smak wiecznej młodości” (wyd. Otwarte). I tłumaczy: „Kobiety często idą na kulinarne kompromisy: ponad własne potrzeby przedkładają preferencje męża, partnera, dzieci. Tymczasem menopauza dokonuje niezbędnej korekty. To my musimy znaleźć się w centrum naszego świata – jak słońce, które opromienia wszystko wokół. Aby było to możliwe, musimy dobrze się czuć i cieszyć się zdrowiem. Musimy o siebie zadbać”. Menopauza to temat także innej książki Agnieszki Maciąg:  „Menopauza. Podróż do esencji kobiecości". Autorka pisze w niej: „To od nas zależy, jaki będzie czas naszej dojrzałości, czy będziemy nosić koronę złotą, czy cierniową”. Produkty, które poleca Agnieszka Maciąg, mogą wydać się czasem niepozorne, jak np. kiełki. Ale warto uświadomić sobie ich moc, by z jedzenia korzystać, jako z dodatkowej, łagodnej terapii. 7 superfoods Agnieszki Maciąg Kasze i ryż. Kasze i ryż kupuję pełnoziarniste – tłumaczy Agnieszka Maciąg. „W wielu „dietach cud” są zupełnie zabronione, ponieważ uważa się, że zawierają dużo kalorii. Jest to niezwykle szkodliwy mit, ponieważ te kalorie mają bardzo wysoką wartość odżywczą. Karmią nas i zapewniają...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Kłótnia w związku – lepsza niż małe,codzienne sprzeczki

Kłótnia czasem pomaga lepiej się poznać. Zaakceptować nie tylko zalety, ale i wady partnera. Lepiej się nawykłócać, nagadać, niż tonąć w codziennym rozdrażnieniu.
redakcja „Uroda Życia”
13.07.2020

Kiedy się poznajemy wszystko jest cudowne. Ale po jakimś czasie bycia razem zaczynamy dostrzegać słabości i wady partnera, to co kiedyś wzruszało, drażni. Monika Janiszewska i Katarzyna Kucewicz w swojej nowej książce „Pięknie podzieleni. Jak uwolnić związek od codziennych sprzeczek i nieporozumień” piszą, że kobiety, kiedy przychodzą po poradę często wyznają, że marzy im się, by partner był taki „jak na początku”. A to przecież niemożliwe, bo pierwszy etap miłości ma swoje prawa i już do takiego stanu zauroczenia sobą nie wrócimy. Musimy w pewnym momencie zobaczyć naszego realnego partnera, a nie nasze wyobrażenie o nim. Poza tym wszyscy się zmieniamy. W pewnym sensie trzeba nauczyć się siebie od nowa czy też nauczyć się bycia ze sobą. Zaakceptować, że nasz partner to nie jest rycerz na koniu ani jakiś święty mikołaj, któremu podstawimy pod nos listę życzeń. Tylko nasz (nie)zwykły Wojtek, Grzesiek czy Błażej. Ze wszystkimi swoimi zaletami, ale i słabostkami - tłumaczą Monika Janiszewska i Katarzyna Kucewicz. Kłótnia w związku: nauczyć się bycia ze sobą Tracimy immunitet wyjątkowości. W głowie pojawiają się myśli: co się z nim dzieje?, co z nami jest nie tak? Partner już się nie stara. A po co? Wszak odbył już taniec godowy. Już ją zdobył. Zaklepał. Już jest jego na zawsze. Co się będzie dalej wydurniał i piórka stroszył. Ona z kolei staje się coraz bardziej roszczeniowa i zrzędliwa, bo to, na co zupełnie nie zwracała uwagi na etapie zauroczenia, najwyraźniej zaczyna ją mierzić - tłumaczą Monika Janiszewska i Katarzyna Kucewicz. Teraz trzeba usiąść, nagadać się, czasem nawykłócać, czasem pomilczeć. Spraw do przegadania będzie mnóstwo. Kto robi zakupy? Kto zajmuje się domowymi zwierzakami? Kto jest od sprawdzania szkolnych zeszytów, a kto zawozi dzieci na...

Czytaj dalej