„Możesz mieć same dobre wspomnienia”, mówi Meik Wiking, twórca hygge
Getty Images

„Możesz mieć same dobre wspomnienia”, mówi Meik Wiking, twórca hygge

Zapamiętywanie dobrych chwil to sztuka, której możemy – a nawet powinnyśmy – się nauczyć, mówi specjalista od szczęścia w życiu.
Bartosz Janiszewski
17.02.2020

Czy to, co pamiętamy, jest zupełnie przypadkowe? Które wspomnienia zostają z nami na dłużej i kiedy po nie sięgamy? Meik Wiking założyciel Instytutu Badań nad Szczęściem w Kopenhadze wyjaśnia, dlaczego mózg najchętniej zapamiętuje nowości, skąd w nas taka skłonność do nostalgii i jak się mierzy szczęście. 

Bartosz Janiszewski: Pewnie odpowiadał pan na to pytanie tysiące razy, ale i tak muszę je zadać. Co to jest szczęście? 

Meik Wiking: To bardzo ogólne pojęcie, prawda? Dla mnie szczęście jest jak danie, które ma wiele składników. To doświadczanie sensu i celu w życiu, poczucie połączenia z  ludźmi i zadowolenia ze swojego życia oraz to, jak czujemy się w danej chwili. 

Jak się to bada? 

Pytając ludzi o to, czy są szczęśliwi. Naprawdę. Oczywiście są różne, bardziej szczegółowe kwestionariusze, ale u  nas, w Instytucie, podobnie zresztą jak przy tworzeniu Raportu Szczęścia ONZ najważniejsze jest pytanie: „Jak bardzo, w  skali od 1 do 10, jesteś zadowolony/a ze swojego życia?”. Bardzo istotne są też poczucie celu i sensu życia, bo ono łączy się z poczuciem szczęścia. 

Spodziewałam się czegoś bardzie konkretnego od dyrektora Instytutu Badań nad Szczęściem w Kopenhadze. 

Wielu ludzi reaguje sceptycznie, kiedy mówię, czym się zajmuję. Najczęściej słyszę, że szczęścia nie można badać, bo to pojęcie subiektywne – przecież każdy rozumie przez to co innego. 

Nie jest tak?

Jest. Ale to nie żadna przeszkoda, raczej zaleta. Jako badacz mam dowiedzieć się, jak TY doświadczasz swojego życia. Jakie jest TWOJE poczucie szczęścia. Jesteś w tej sprawie jedynym ekspertem, który może mi to powiedzieć. Nie dostanę wiarygodnej odpowiedzi od twojej matki, żony czy przyjaciela. Nauka od lat bada bardzo wiele zjawisk, które są równie niemierzalne jak szczęście. Stres, lęk, depresje – one wszystkie odczuwane są na tak samo subiektywnym poziomie. Powinniśmy patrzeć na szczęście w taki sam sposób, jak patrzymy na ekonomię. Rozkładamy ją na różne wskaźniki: PKB, wzrost gospodarczy, eksport, inflację, bezrobocie, dostęp do służby medycznej i tak dalej. Dzięki temu możemy o tym dyskutować, oceniać, czy gospodarka jakiegoś  państwa ma się lepiej lub gorzej. Na szczęście powinniśmy patrzeć w podobny, kompleksowy sposób. 

Meik Wiking
mat.pras.

Nowa książka autora pojęcia hygge, „Sztuka tworzenia wspomnień”, to efekt badań Meika Wikinga nad naszym poczuciem szczęścia.

Bycie „tu i teraz”

To dlatego w najnowszej książce „Sztuka tworzenia wspomnień” proponuje pan, by do szczęścia dodać kolejny dotąd pomijany element: pamięć. Dominująca we współczesnej psychologii narracja przekonuje raczej, że szczęście jest tu i teraz. Ewentualnie w przyszłości. 

Ale to, kim jesteśmy, to nasze „tu i  teraz” w ogromnej mierze zależy od pamięci. To  z niej czerpiemy poczucie sensu istnienia. To ona kształtuje naszą osobowość. To ona odpowiada za nasze relacje z  ludźmi: jeśli dzielimy te same wspomnienia, to poprzez nie jesteśmy sobie bliscy.

Albo dalecy. W pamięci mamy też przecież wszystkie nasze krzywdy. 

Złe i smutne wspomnienia są częścią ludzkiego życia. Wszyscy doświadczamy trudności, smutku, samotności i tak dalej. Nie zmienimy tego. Ale zawsze mamy też dobre wspomnienia i to one są kluczowe dla naszego zdrowia psychicznego i szczęścia. Pracuję z wieloma osobami z depresją. Łączy je to, że w najgorszych chwilach nie są w stanie nie tylko poczuć radości, ale też nawet przypomnieć sobie czasu, w  którym czuli się dobrze. Choćby krótkiego. Co więcej, rozmyślają raczej o złych rzeczach. 

I jest im od tego jeszcze gorzej. 

Badanie na Uniwersytecie Cambridge potwierdziło, że przywoływanie szczęśliwych wspomnień redukuje lęk i poczucie samotności. Trzeba się tylko tego nauczyć. Jest jak zapasowy zbiornik ze szczęściem, do którego możemy sięgnąć, kiedy jest nam źle. Zresztą już to robimy – na tym polega przecież nostalgia. Badania potwierdzają, że do wspomnień sięgamy znacznie częściej, gdy czujemy się źle, a nie dobrze. To dlatego wracamy do nich, kiedy czujemy się samotni –  chcemy się ukoić czymś z naszej pamięci. Dlatego warto mieć coś dobrego, czego możemy się złapać. 

 

Mam wątpliwości. Polacy wyjątkowo chętnie przypominają sobie wszystkie przykre chwile. Wręcz dobrze się z tym czują i lubią je celebrować. To rodzaj masochizmu? 

Nie i nie sądzę, żeby to była wyjątkowo polska przypadłość. To raczej ludzka cecha. Wielu z nas doświadcza przyjemności z melancholii i gorzko-słodkich wspomnień. Tak już jesteśmy skonstruowani. Nie kształtują nas tylko dobre wspomnienia, te złe także są dla nas ważne. W swojej pracy nie skupiam się na tym, by zapomnieć to, co złe, ale żeby upewnić się, że potrafimy tworzyć dobre wspomnienia, które wprowadzą w  naszym życiu równowagę. 

Naprawdę możemy na to jakoś wpływać? 

Istnieje przekonanie, że wspomnienia, które podsuwa nam pamięć, są przypadkowe. Jak gdyby pamięć kręciła kołem fortuny i losowała nam pocztówkę na dziś. Przy pracy nad tą książką zyskałem poczucie, że jest inaczej. Mamy sprawczość. To od nas zależy, co i jak będziemy zapamiętywać w przyszłości. Możemy być architektami własnej pamięci. 

Skąd pan to wie? 

W 2018 roku zrobiliśmy w naszym Instytucie największe chyba na świecie badanie szczęśliwych wspomnień. Zebraliśmy dane od ponad tysiąca respondentów z  75 państw, prosząc ich o opisanie szczęśliwego wspomnienia. Chociaż ankietowani pochodzili z  różnych stron świata, często skrajnie od siebie odmiennych kulturowo – m.in. z  Danii, Korei, Botswany, Nepalu, Nowej Zelandii – byłem w stanie bez problemu poczuć i  zrozumieć te wspomnienia. Pytaliśmy też badanych, dlaczego wybrali właśnie to wspomnienie. Chcieliśmy zobaczyć, co i  dlaczego zapamiętujemy, żeby nauczyć się zapisywać w pamięci silniej i  bardziej trwale dobre rzeczy. 

Mózg lubi nowości

I co odpowiadali? Jak zapamiętujemy? 

Zaobserwowaliśmy kilka wzorców: dużo silniej zapamiętujemy to, co nowe i  wyjątkowe. Pierwszą wizytę w Azji, pierwszy pocałunek, pierwszy własny tekst opublikowany w gazecie, pierwszy występ na scenie, pierwszą pracę, pierwszy egzamin. 

Mózg zapamiętuje nowości. 

I dlatego, jeśli zapytamy kogoś po czterdziestce o wspomnienia, to najprawdopodobniej opowie nam historię z okresu, kiedy miał 15–20 lat. Bo wtedy przeżywamy najwięcej „pierwszych razów”. Chociaż minęło od tej pory znacznie więcej czasu, pamiętamy to lepiej niż zdarzenia sprzed dwóch, trzech lat.

Ale gdy przestajemy być nastolatkami, tych pierwszych rzeczy jest w naszym życiu coraz mniej. 

Nadal możemy je sami kreować. Nie musimy od razu jechać na nieznane wyspy na drugim końcu świata, wystarczy, że odwiedzimy część naszego miasta, do której rzadko zaglądamy. Moją ulubioną techniką kreowania wspomnień jest „nowe danie” dla uczczenia ważnych momentów. Jeśli w  moim życiu wydarzyło się coś dobrego, co chciałbym zachować w pamięci na lata, staram się podkreślić to specjalnym posiłkiem. To mogą być wielkie sukcesy, ale może być pozornie zwykły dzień. Mam takie wspomnienie, kiedy ze swoją dziewczyną spędzałem piękne popołudnie na Bornholmie i czułem się bardzo szczęśliwy. Pamiętam, że patrzyliśmy, jak na niebie pojawia się księżyc i  jedliśmy tosty z jajkiem i krewetkami. Ta dziewczyna jest dziś moją żoną i do dziś, kiedy przygotowujemy tosty z jajkiem i krewetkami, wracamy do tamtego popołudnia na Bornholmie. To danie przywołuje w nas to wspomnienie. Kolejną ważną rzeczą pomocną przy tworzeniu wspomnień są zmysły. W  naszych badaniach okazało się, że dużo mocniej zapamiętujemy wspomnienia, z  którymi wiąże się kilka zmysłów: węch, słuch. 

Dlatego piosenki potrafią wywoływać wspomnienia. 

Piosenki robią to w niebywały sposób! Każdy z nas mógłby wymienić przynajmniej 10 piosenek, które bardzo silnie kojarzą mu się  z jakimś okresem. Na podstawie analizy danych z serwisu Spotify, którą przeprowadził Seth Stephens-Davidowitz, możemy nawet wskazać dokładnie lata w naszym życiu, w  których muzyka na stałe zapisuje się na naszych prywatnych „twardych dyskach”. I co ciekawe, mężczyźni najlepiej pamiętają piosenki, które usłyszeli po raz pierwszy, gdy mieli 15–16 lat, z kolei u  kobiet ten okres jest dużo dłuższy: 11–15 lat. Ale taką samą wspomnieniotwórczą moc jak dźwięki mogą mieć też widoki, smaki czy zapachy. Andy Warhol zmieniał perfumy co kilka miesięcy po to, żeby konkretne zapachy kojarzyły mu się z  konkretnymi okresami życia.

Co jeszcze jest ważne? 

Uważność. Lepiej zapamiętujemy, kiedy jesteśmy obecni i świadomi. To coś, co metaforycznie Sherlock Holmes nazywał różnicą między patrzeniem a obserwowaniem. Widzimy mnóstwo rzeczy i nie rejestrujemy wszystkiego w umyśle, bo nie bylibyśmy nawet w stanie. Obserwacja wymaga uwagi, ale dzięki niej zapamiętujemy coś znacznie mocniej.

Jak wydobywamy wspomnienia z głowy?

Są dwa rodzaje pamięci: epizodyczna i  semantyczna. Kiedy zapytam cię, co jest stolicą Francji, sięgniesz do pamięci semantycznej. Nie pamiętasz, gdzie i  kiedy się dowiedziałeś o tym, że istnieje Paryż, po prostu wydobywasz informację. Pamięć epizodyczna sprawia natomiast, że podczas rozmowy o stolicy Francji przypominasz sobie wizytę w  Paryżu. Trochę jakbyś podróżował w czasie. To daje poczucie, że przeżywamy coś ponownie. 

Media społecznościowe a wspomnienia

Kiedy opowiadamy sobie wspomnienia z dzieciństwa, wracamy do niego, nawet jeśli już dawno jesteśmy dorośli? 

Słowa są niezwykle ważne, to one formują pamięć. Moja mama zmarła, kiedy miałem niewiele ponad 20 lat. To ona była „opowiadaczem” w rodzinie, opowiadała historie z naszego dzieciństwa. Nie zdążyłem tych historii od niej przejąć, nie „zapisałem ich sobie na dysku”. I  one zniknęły. Uważam, że warto, nie tylko dla siebie, ale także dla przyszłych pokoleń, opowiadać sobie o tym, co wspólnie przeżyliśmy. To zapewnia poczucie więzi. 

Dziś zamiast opowiadać, wrzucamy zdjęcia na Instagrama. 

Media społecznościowe można fantastycznie wykorzystać do tworzenia wspomnień, ale wiemy już na pewno, że bywają też destrukcyjne dla naszego poczucia szczęścia. W naszym Instytucie przeprowadziliśmy badanie – zapytaliśmy ponad tysiąc ochotników o ich poczucie zadowolenia z życia, a  potem podzieliliśmy ich na dwie grupy i pierwszą z nich poprosiliśmy o to, żeby przez tydzień nie używała Facebooka. Druga grupa korzystała z niego z taką samą częstotliwością jak wcześniej. Kiedy zbadaliśmy ich po tygodniu, ci, którzy zrobili sobie wolne od mediów społecznościowych, deklarowali wyraźnie wyższe poczucie zadowolenia z życia. 

Dlaczego? 

Wszyscy wiemy, że media społecznościowe to 24-godzinny kanał informacyjny z  samymi fantastycznymi informacjami, strumień wyedytowanych biografii, które zaburzają nasze poczucie rzeczywistości. Większość z nas zdaje sobie sprawę z  tego, że Instagram to nie jest pełny obraz rzeczywistości – ale i tak na nas działa. 

Przeglądamy przy śniadaniu kolejne posty i widzimy, że jedni znajomi w Alpach, inni w Azji, a ci, którzy nigdzie nie wyjechali, na śniadanie wypiją dziś cudownie zielony koktajl i zjedzą fantazyjnie udekorowane tosty…

A potem patrzymy na naszą kanapkę z  żółtym serem, którą jemy przy domowym stole, i trudniej nam jest być zadowolonym z życia. Co nie znaczy, że powinniśmy tę współczesną technologię odrzucić. Tak jak mówiłem, Instagram czy Facebook mogą być też wspaniałym magazynem naszych wspomnień. Większość ludzi starannie wybiera to, co pokaże światu. Kiedyś mieliśmy 36  zdjęć z jednego filmu w aparacie i dopóki nie odebraliśmy odbitek z punktu foto, nie wiedzieliśmy, co właściwie będzie na tych zdjęciach. Owszem, mieliśmy więcej uwagi na przeżywanie chwil, w których te zdjęcia powstawały, ale też mieliśmy albumy, które potem można było godzinami oglądać. Polecam wybieranie najlepszych zdjęć, np. z  wyjazdów, i drukowanie ich w fizycznej formie.

To jedno z tych pięknych i mądrych postanowień, których w kolejnym roku nie udaje nam się zrealizować. 

Spodziewałem się, że to usłyszę, dlatego polecam od razu drugi, tak samo dobry sposób: prywatne konto na Instagramie czy Facebooku. Każdy z nas ma w sobie silniejszą lub słabszą potrzebę autokreacji. Jeśli stworzymy profil tylko dla siebie i  najbliższych, będziemy mogli tam wrzucać coś, co naprawdę jest dla nas ważne – bez martwienia się o filtr, podpis, nie przejmując się tym, że kadr z plaży jest nieidealny, a panorama miasta na zdjęciu nie wygląda tak imponująco jak na plakatach. Zamiast skupiać się na tym, jak będzie wyglądał twój wizerunek w  oczach innych, pomyśl o sobie samym za kilka lat i tym, co chciałbyś wtedy zobaczyć, jeśli najdzie cię nostalgia. I jeśli dzisiaj miałeś naprawdę szczęśliwy poranek, dlaczego nie może to być kanapka z żółtym serem?

Rozmowa z Meikiem Wikingiem ukazała się w „Urodzie Życia” 3/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Hygge w pracy
getty images

Szwedzkie hygge w polskiej korpo, czyli nie daj się zwariować!

Czy korporacje mogą być bardziej hygge?
Anna Bimer
24.08.2019

Wydawało się,  że celebrowanie prostych przyjemności według hygge jest dla tych, którzy mają dużo wolnego czasu i żyją w harmonii z naturą. Oznaczało to emigrację z miejskiego życia. A może zwrot nie musi być o 180 stopni? Czy da się mieć hygge-nicznie w pracy, nawet w korporacji, mówi Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, nauczyciel akademicki, wieloletnia wykładowczyni na Gender Studies UW, felietonistka i autorka książek. Anna Bimer, „Uroda Życia”: Duńczycy – czyli twórcy nurtu hygge, oznaczającego dobrostan, poczucie szczęścia i harmonii, a w ich imieniu Meik Wiking, dyrektor Instytutu Badań nad Szczęściem w Kopenhadze – twierdzą, że nawet w korpo może być miło i ciepło. Naprawdę? Katarzyna Miller: Szczęśliwie dojrzeliśmy już do wniosku, że życie nie może być nastawione tylko na karierę, staramy się wprowadzać równowagę między pracą a życiem po pracy. Stąd idea work-life balance. Chociażby. Hygge i podobne trendy czy mody temu sprzyjają, ale też wynikają z  potrzeby szukania nowych teorii, które mają nas zauroczyć treścią i jakością. Bo  ciągle coś odkrywamy. Podoba nam się to napominanie: nie pędźcie, nie bądźcie szczurami, jednak cały czas tkwimy w tym wyścigu, nawet książki, które mają nas otrzeźwić, wydajemy w  tempie torpedy. W terapii to się nazywa podwójnym wiązaniem. Słyszymy komunikaty: pracuj, osiągaj, twórz, rozwijaj się, a jednocześnie: zatrzymaj się, bądź uważny, pozbywaj się rzeczy itd. No to bądź mądry i pisz wiersze! Nie twierdzę, że nie warto mówić o kwiatach, herbacie czy ciepłym szalu. Ale w open space możemy sobie co najwyżej wyobrazić, że stoimy na brzegu morza. Dobre i to, bo przecież w  tym zawodowym kołowrotku nie można się zatracić i dać zwariować. Jak się nie dać?...

Czytaj dalej
Seks na długie lata
Getty Images

Seks w stałym związku może cieszyć nawet po latach

To jest mit, że gdzieś za ścianą ktoś uprawia nieziemski seks. Każda para ma okresy, w których martwi się brakiem namiętności – rozmowa z psychoterapeutą seksuologiem Michałem Pozdałem.
Joanna Kalewicz
12.05.2020

Jesteśmy zgranym teamem, ale po latach nie mamy ochoty na wspólny seks. Czy tzw. białe małżeństwo może być szczęśliwe? A może za wszelką cenę szukać sposobu na wspólny powrót do łóżka? O braku seksu w długoletnich związkach rozmawiamy z Michałem Pozdałem, psychoterapeutą i seksuologiem, wykładowcą Uniwersytetu SWPS, autorem książki „Męskie sprawy. Życie, seks i cała reszta” oraz ekspertem akcji #sexedpl. Joanna Kalewicz: Jak nakreśliłby pan krzywą pożądania w odniesieniu do kolejnych lat trwania związku? Michał Pozdał : Gdyby się tak dało, to by było prosto. Pamiętajmy, że ludzie się wiążą z różnych powodów. Jesteśmy przyzwyczajeni do myślenia o relacjach trochę, jak z bajek i filmów hollywoodzkich. A tak nie jest. Nie zawsze ludzie zakochują się w sobie i czują ogromną namiętność. Owszem, tak bywa, ale im dłużej pracuję jako psychoterapeuta, tym częściej znajduję potwierdzenie, że nie zawsze wzajemne pożądanie jest tym, co łączy ludzi. Niektórzy wiążą się z lęku przed samotnością albo dlatego, że nie spotkali nikogo lepszego. Nawet ostatnio miałem taką sytuację: przyszła do mojego gabinetu para, ich problemem był brak pożądania w relacji. Zapytałem o to, jak zostali parą. Pani powiedziała wtedy o swoim małżonku: „Chodził, chodził i wychodził”. A ona się łaskawie zgodziła. Jeśli popatrzymy na tę relację pod tym bajkowym kątem, to odbiega ona od naszych wyobrażeń. Rzeczywiście zwykle na początku jest fajnie, ludzie się poznają, jest duża namiętność, pojawia się to wszystko, co Helen Fisher [amerykańska antropolog i psycholog, badaczka ludzkich zachowań – red.] opisuje jako koktajl hormonalny, czyli działają wszystkie neuroprzekaźniki –noradrenalina, serotonina, dopamina, fenyloetyloamina – i to jest bardzo przyjemne. Nawet z...

Czytaj dalej
Relacje w związku
Getty Images

W miłości nie chodzi o „dziękuję”, mówi psycholożka, Katarzyna Miller 

Robisz śniadania, prasujesz koszule i czekasz, aż on doceni i powie chociażby: „dziękuję”? Psycholożka, Katarzyna Miller, wyjaśnia, dlaczego poświęcanie się w imię miłości to prosta droga do rozstania.
Sylwia Niemczyk
02.04.2020

Rzetelne dawanie i rzetelne branie ma swoje zasady. Pierwsza jest taka, że ten, kto dostał coś, o co prosił, docenia dar i umie za niego podziękować. A druga zasada: ten, kto daje, nie liczy na wdzięczność i wzajemność. Bo nagrodą jest już samo dawanie” – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka. Sylwia Niemczyk: Lubimy się poświęcać dla innych? Katarzyna Miller: Nawet bym powiedziała, że my to wprost uwielbiamy! Poświęcanie się dla dzieci, męża, matki, szefa to typowo kobiecy grzech, choć oczywiście znam też paru mężczyzn, którzy również to robią. Ale bez względu na to, kto się poświęca i z jakiego powodu, zawsze wtedy z góry jest skazany na to, że będzie stratny. To przegrana inwestycja, zły interes – specjalnie używam takich określeń, bo bardzo bym chciała, żeby ludzie w końcu uświadomili sobie, że każda nasza relacja z drugim człowiekiem to nic innego, jak interes emocjonalny. Handel, w którym każda strona coś daje i coś bierze. Interes, handel – jakbym słyszała Moryca z „Ziemi obiecanej”. Idziemy na wojnę z romantyzmem? Ja na tej wojnie jestem od wielu lat i zawsze powtarzam: dla własnego dobra przestańmy się wiecznie doszukiwać romantyzmu w życiu, bo to czysta iluzja. A z drugiej strony przestańmy też myśleć, że interes od razu oznacza oszustwo i łódzki geszeft z „Ziemi obiecanej”.. Interesy, w tym te emocjonalne, to normalna, dobra rzecz. Dajemy i bierzemy, umawiamy się na jakąś wymianę i dotrzymujemy umowy. Robimy coś dla kogoś, ale sami też coś z tego mamy. W takim razie co ja mam z tego, że codziennie rano robię mężowi śniadanie? Na przykład masz to, że się sobie taka podobasz: taka jesteś pracowita, dobra, miła. Taka pomocna i potrzebna. Już od samego rana masz poczucie, że zrobiłaś coś dobrego i to już jest twoja...

Czytaj dalej