Zamiana ról. Kiedy mężczyzna zostaje w domu, a kobieta idzie do pracy
getty images
#lepszeżycie

Zamiana ról. Kiedy mężczyzna zostaje w domu, a kobieta idzie do pracy

Czy jesteśmy gotowi na pełne równouprawnienie w związku?
Anna Maruszeczko
01.02.2020

„Wielu mężczyzn asekuracyjnie banuje swoje partnerki w rozwoju – wiedzą, że w dziewięciu na dziesięć przypadków to jest zagrożenie dla ich funkcjonowania. I tak będzie, dopóki nie powstaną kontrpropozycje dla aktualnych męskich ról społecznych. One powoli się tworzą, ale to jest w offie, w tle, pod spodem”, przekonuje psychoterapeuta i filozof Jacek Masłowski.

Anna Maruszeczko: Sheryl Sandberg, dyrektorka operacyjna Facebooka, napisała w książce „Włącz się do gry”, że nie osiągnęłaby sukcesu i satysfakcji zawodowej, gdyby nie jej mąż – prezes Survey Monkey, potentat w badaniach online – który kiedyś powiedział: „Teraz ty” i postanowił bardziej zająć się dziećmi, żeby żona mogła bardziej zająć się biznesem. Oczywiście stać ich było na najlepsze opiekunki, ale wiadomo, że to nie to samo. Mąż chciał pomóc realizować się żonie bez poczucia winy, że nie ma jej w domu tyle, ile potrzebują dzieci i ile ona by chciała. W Polsce też są tacy mężczyźni? Czy jest to raczej niedościgły wzór?

Jacek Masłowski: Z radością tego słucham. Z moich obserwacji wynika, że coraz więcej mężczyzn zaczyna myśleć w podobny sposób. To jest dla mnie świadectwo głębokiej dojrzałości emocjonalnej. Wspieranie kariery zawodowej, hobby, pasji, czegokolwiek „beze mnie” wymaga uwewnętrznionego źródła siły. Niemniej odnoszę wrażenie, graniczące z pewnością, że jednak życie większości par tak nie wygląda. Zwykle jest to związek oparty na micie romantycznej miłości, co raczej mi przypomina wymienną relację ojciec-córka, matka-syn. To jest taki rodzaj wiązania, które nie pozwala ludziom na budowanie autonomii w ramach związku. Partnerzy wychodzą z założenia, albo tak mają wpojone, że jeśli się z kimś wiążą, to musi to być zlanie się w jedno. Często się słyszy: „Ty robisz to, a co byś powiedział, gdyby twoja żona zaczęła to robić?”. I to nie jest pytanie, tylko wyrzut. Albo w drugą stronę: „Co twoja żona na to? Czy ci pozwoliła?”. Ta narracja świadczy o tym, że jedna osoba jest cały czas anektowana przez drugą w jakiejś sprawie, co jest silnie kaleczące. I co ważne, ten model funkcjonowania najczęściej nie jest omawiany przez parę, sam się wytwarza.

Więc jednak nie ma wielkiego powodu do radości, skoro świadoma współpraca małżonków czy partnerów, na zasadzie „mój sukces jest nasz”, należy do rzadkości. 

W świadomości społecznej męski mężczyzna cały czas utożsamiany jest ze sprawczością w świecie, ocenianą na podstawie jego statusu, na podstawie różnych gadżetów – samochodu, domu, zegarków, odbywanych podróży – które komunikują, że ten mężczyzna daje radę. Jednocześnie – i to jest właśnie powód do radości – coraz więcej mężczyzn, którzy osiągnęli już pewien status społeczny, zawodowy, doświadczyli, zobaczyli, przekonali się, na czym polega podbijanie świata, zaczyna przewartościowywać swoje myślenie i życie pod kątem: „Jak mogę dać dobro ludziom, rodzinie”. 

Serio? Serce rośnie. 

Mam kontakt z takimi osobami. Śmiało mogę ich nazwać milionerami, choć milionerami już nie są. Nie dlatego, że zbankrutowali, tylko dlatego, że nacisnęli hamulec. Mocno przewartościowali swoje życie: „Moją misją życiową nie jest bycie prezesem, dyrektorem, właścicielem firmy, tylko bycie ojcem. I bycie partnerem”.

A co na to kobiety?

To zależy, jakie kobiety. Jeżeli są na podobnym poziomie dojrzałości, co mężczyźni, o których mowa, a często właśnie tak jest, to na taką przemianę reagują z szeroko otwartymi ramionami i uśmiechem na twarzy, ponieważ to jest dokładnie to, o czym przez długi czas nieśmiało marzyły. Dzieją się bardzo ciekawe, wartościowe rzeczy. Na przykład para zaczyna wspólnie realizować projekty społeczne, dobroczynne…

Pięknie, ale podejrzewam, że to dotyczy zamożnych ludzi, takich, którzy szczęśliwie zarobili już na emeryturę i mogą sobie pozwolić, żeby nacisnąć hamulec, a nawet wrzucić wsteczny. 

Wcale nie. 

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Koniec kultury patriarchalnej

Pomówmy o parach, których nie stać na to, żeby przestawić się z działalności zarobkowej na rodzinną czy działalność dobroczynną.

Proszę bardzo. Znam związki, w których partnerzy różne rzeczy robią razem, ale nie ręka w rękę, 50 na 50, tylko na zasadzie wymiany ról. Potrafią już umówić się na pewne rzeczy. „Daj ać ja pobruszę, a ty pocziwaj” (śmiech), stare polskie powiedzenie okazuje się kluczowe. Bez żadnego problemu emocjonalnego wymieniają się rolami. Ich role nie są wieczne, tylko okresowe, a właściwie sytuacyjne. Znam mężczyzn, którzy zajmują się małymi dziećmi czy szeroko pojętym domem więcej niż ich partnerki, które właśnie w tym czasie realizują jakieś projekty. Trwa to miesiąc, pół roku, czasami trzy lata, po czym następuje zamiana. 

To nie muszą być sztywne role?

Nie muszą. Niech to będzie płynne. Jesteśmy przyzwyczajeni do myślenia właściwego dla kultury patriarchalnej – rola życiowa jest raz na zawsze.

Ale jeżeli taki mężczyzna przez połowę zawodowego życia miał ekscytującą, eksploatującą, ważną, przynoszącą dużo pieniędzy pracę i w wieku 45 lat dochodzi do wniosku, że to nie to, że już tak nie chce, a żona przez tę samą połowę życia nie pracowała zarobkowo, zapomniała o tym, co umiała, co jej dawało satysfakcję zawodową – to jest to sytuacja, w której kobieta raczej nie będzie beneficjentką przemiany swojego partnera. 

No nie. Zresztą takich sytuacji jest o wiele więcej.

Jednak teoretycznie ona też może liczyć na to, że praca męża nie będzie zawsze dominować w życiu jej rodziny, że przyjdzie czas na nią.

To zależy, w jakiej sprawie ta kobieta i ten mężczyzna kiedyś związali się ze sobą. Jak powiedziałem, wzór patriarchalny cały czas jest silnie zakorzeniony w naszej świadomości społecznej. Mówi o tym, że to mężczyzna jest odpowiedzialny za ekonomiczny, materialny poziom życia rodziny. Teraz, gdy weszło 500+, widać to jak na dłoni. To kobiety rezygnują z pracy, a nie mężczyźni. Liczba bezrobotnych młodych kobiet rośnie lawinowo. Cały czas obowiązuje myślenie, że przeznaczeniem mężczyzny jest praca. I kobieta jest przyzwyczajona do tego, że jest zabezpieczana przez męża od strony ekonomicznej. Ona czasem jakąś pracę może mimo wszystko wykonuje, ale nierzadko to jest wyraźnie niższy wkład do rzeczywistego bilansu przychodów i rozchodów w rodzinie. 

To, że taki model jest obowiązujący, świadczy o tym, że jest pożądany?

Znam wielu mężczyzn, którzy mówią, że nie mają już ochoty na spędzanie życia za biurkiem, bo na przykład nie znają swoich dzieci.

Ale są w klinczu. Często nie mają wyjścia, ktoś musi utrzymywać rodzinę. 

Przykład z warsztatów dla mężczyzn, które prowadzę: mężczyzna, który dużo pracował, związał się z kobietą, która także pracowała, ale rachunki były po jego stronie. Wybrał się na narty i dotkliwie się połamał. Wylądował w szpitalu. Partnerka przychodzi do niego do szpitala. On leży cały w gipsie. I ten mężczyzna nam opowiada: „Doznałem szoku. Ona mnie zobaczyła i się rozpłakała. Myślałem, że nade mną, ze współczucia, a ona spytała: »Co teraz ze mną będzie?«”. I to był koniec tego związku. Nie było wiadomo, komu współczuć bardziej. Czy tej kobiecie? To nie była jej wina. Tak była ukształtowana przez swój dom, weszła w określoną, znaną sobie rolę, ale świat się rozjechał i się pogubiła. Czy temu mężczyźnie, który, jak się okazało, jest wyłącznie dawcą, bankomatem? 

Każdy ma prawo do zmiany życiowych priorytetów. Trzeba się liczyć z tym, że to może być też udziałem naszego partnera. Czy da się do tego jakoś przygotować i tym samym uniknąć szoku? 

Czasy, w których mężczyźni będą dożywotnio pracowali na przodku w kopalni, odchodzą do lamusa. 

Rodzina nuklearna

Czy mężczyźni są gotowi przyjąć do wiadomości fakt, że tradycyjny podział obowiązków na męskie i kobiece odchodzi w przeszłość?

Nadal jest tak, i są na to badania, że to kobiety częściej podejmują się prac związanych z domem i rodziną. Niezależnie od tego w dyskursie społecznym krążą różne narracje. Społeczna, która sprowadza się do tego: „No właściwie mamy egalitaryzm, nie ma zawodów męskich, nie ma damskich, tak samo z obowiązkami”. Ale odnoszę wrażenie, że to jest narracja deklaratywna. I jest też narracja zakorzeniona w kulturowym, często nieprzemyślanym patrzeniu na te role – w dalszym ciągu facet, który zajmuje się dziećmi, „nie pracuje”, a jeśli żona jest pracująca, to coś jest z nią nie tak. Jest jeszcze narracja, którą ja nazywam nuklearną, ponieważ odnosi się do rodziny nuklearnej.

Czyli jakiej? 

Tata, mama, dzieci – taka podstawowa komórka społeczna, w której jednak partnerzy poprzez dyskusje, docieranie się, eksperymenty zaczynają zmieniać zastane reguły. Coraz więcej mężczyzn na poziomie emocjonalnym nie ma najmniejszego problemu z tym, żeby zajmować się praniem, gotowaniem, sprzątaniem. Wręcz przeciwnie, coraz więcej mężczyzn tego chce.

No tak, ale czy nie przesadzimy w drugą stronę?

W tym, co mówisz, wyczułem jakiś rodzaj przestrachu.

Trochę tak.

A mogę wiedzieć, czego się przestraszyłaś?

Tego, że za dużo będzie na mojej głowie.

Na twojej? Dlaczego, jeśli będziesz miała posprzątane, uprane, uprasowane, dzieci będą pod opieką…?

Ale tylko ja będę musiała teraz być myśliwym.

Trochę tak.

Wolałabym, żeby obowiązkiem zarabiania na rodzinę też się dzielić.

I to jest sedno. Kiedy rozmawiam z dojrzałymi kobietami, które albo nie mają partnera, albo funkcjonują w związkach z długim stażem, to większość z nich mówi to samo: „Chcę mieć partnera, ale nie chcę się nim opiekować”. Chodzi oczywiście o opiekę w wymiarze ekonomicznym. To jest właśnie ten egalitaryzm deklaratywny. 

Zaraz, zaraz, nikt się tutaj nie uchyla od obowiązku zarabiania na rodzinę. Chodzi o to, żeby bliscy sobie i kochający się ludzie wspierali się i wymieniali rolami w zależności od sytuacji. Wiemy, co to znaczy nieść w pojedynkę na swoich plecach budżet rodziny. Wielu mężczyzn tego nie wytrzymuje, uciekają w używki, zaczynają chorować. 

Dokładnie tak.

Model 50 na 50 nie istnieje

Więc gdyby to miał być mój świadomy wybór, to wolałabym model 50 na 50: ty trochę zarabiasz i ja trochę. Ja opiekuję się dziećmi i ty się od tego nie migasz.

To nigdy nie jest 50 na 50.

Nie chodzi o równe proporcje, tylko o to, żeby się wymieniać rolami i obowiązkami, żeby nie wszystko wisiało na jednej osobie.

A dlaczego nie?

Bałabym się tego.

Dziękuję, że to powiedziałaś. Wielu mężczyzn sobie z tym radzi. Bo nie ma innego wyjścia.

No właśnie. Po co? Nie można się tymi obowiązkami sensownie podzielić? A jak coś mu się stanie? Mężczyźni o tym nie myślą?

Na tym jest zbudowany etos męskości. Gdybyśmy zaczęli wychowywać dzieci w przekonaniu, że to kobiety mają przynosić do domu pieniądze, to moja córka wyrosłaby w takim przekonaniu i nie miałaby dylematu. Ale my byliśmy uformowani w innym kontekście społeczno-kulturowym. Kobiety mogą chodzić na polowania, a mężczyźni muszą. I to jest ta różnica. Wielu mężczyzn żyje w dużym oporze wobec tej sytuacji: „Jak to? Ja muszę, a ty możesz?”. „Ja muszę pomagać ci w domu, a ty? Przecież ty nie angażujesz się w moją pracę. Gdzie mamy tę równość?”. Widzą ten dysonans.

Okay. Następuje zamiana ról w rodzinie: On zostaje w domu, ona idzie w świat i zaczyna odnosić sukcesy. Jak mężczyźni reagują na sukces kobiet? Czy nadal jest tak, że przynajmniej początkowo doświadczają spadku samooceny?

U znakomitej większości mężczyzn to się będzie pojawiało. I nic dziwnego. Dopóki będziemy utożsamiali męskość z sukcesem zawodowym i społecznym, dopóty mężczyzna będzie się czuł zagrożony, gdy jego partnerka zacznie go prześcigać na niwie zawodowej. Będzie się czuł zagrożony nie jako człowiek, byt, istota, tylko jako mężczyzna. Bo nawet jeśli wykazuje się w domu, jest niezastąpiony w rodzinie, to jego męskość na tym nie zyskuje, świat nie zobaczy w nim zwycięzcy, człowieka sukcesu. Przynajmniej nie teraz, nie na tym etapie rozwoju społecznego. 

Badania pokazują, że całkiem sporo mężczyzn uważa, że kobieta ma prawo do kariery zawodowej, nawet gdy przez to mniej czasu poświęci rodzinie. Od ciebie słyszę, że są mężczyźni emocjonalnie otwarci na takie zmiany. Co z tego, skoro świat zewnętrzny nie jest jeszcze na to gotowy? Elastyczna wymiana ról i obowiązków w szerszym wymiarze to pieśń przyszłości?

Nie wiem, czy to się w ogóle uda. Może gdybyśmy mieli czarodziejską różdżkę albo nagle szef wszystkich szefów pstryknąłby palcami i ogłosił, że męski mężczyzna to taki, który spędza dużo czasu z dziećmi etc., to poprzestawiałoby się w naszych głowach na masową skalę. Wtedy, jestem pewien, 99 procent mężczyzn nie miałoby żadnego problemu z tym, że zniknęłyście, drogie panie, w  pracy. Powtórzę, dopóki męskość będzie utożsamiana z rywalizacją i zwycięstwami w wymiarze ekonomicznym, dopóty mężczyźni będą się czuli niepewnie, gdy zobaczą, że ich partnerki radzą sobie lepiej w tym wyścigu. 

Pewnie zdecydowanie łatwiej przyjąć do wiadomości osiągnięcia kobiet takim mężczyznom, którzy sami są spełnieni zawodowo. 

Ci mężczyźni, którzy wrzucili wsteczny, to są mężczyźni, którzy mogą powiedzieć: „Ja już byłem na topie”, „Ja już nie muszę sobie nic udowadniać”, „To jest mój świadomy wybór”. To nie jest tak, że on coś przegrał, on po prostu zmienia grę. I nie ma żadnego problemu z tym, żeby jego partnerka sobie w tę samą grę pograła. Tam nie ma pola do rywalizacji. Natomiast mężczyzna, który na topie nigdy nie był i ma partnerkę, która właśnie wchodzi na szczyt, po prostu czuje się źle. Świat zewnętrzny mu tu nie pomaga. Ciągle nie ma sprzyjającego społecznego klimatu. Gdybyśmy teraz przestali oceniać kobiety z poziomu wyglądu, znakomita ich część z pewnością przestałaby zwracać na to uwagę, bo nie to będzie się liczyło. Gdybyśmy dzisiaj powiedzieli mężczyznom, że to ilość i gęstość włosów stanowi o męskości, to zobaczyłabyś, co by się działo na poziomie świata fryzur na ulicach. Wszystko zależy od tego – przepraszam za to określenie – jak współcześnie wyceniamy kobiecość i męskość. 

Prasa, literatura, reklama – może tam powinno być więcej przykładów innych partnerskich układów.

To jest w dużej mierze patowa sytuacja. Gdy patrzymy na mężczyzn, widzimy, że z jednej strony stare reguły gry nadal są mocno eksploatowane: praca w korpo, zarabianie kasy, robienie kariery – to cały czas daje korzyści. Dlatego między innymi kobiety też chcą to robić. Z drugiej strony mówi się mężczyznom: „Wiecie co, chłopaki, jak macie dość, to po co to robicie?”. Ale nie ma alternatywy. Bo co w zamian? Co innego mogę robić, żeby mieć status męskiego mężczyzny, żeby móc się dobrze czuć jako mężczyzna. Nie ma tego. 

Mężczyźni potrzebują nowych ról społecznych

I często mężczyźni dochodzą do wniosku: to ja sobie lepiej znajdę mniej ambitną partnerkę. 

Oczywiście, że tak. I tak będzie, dopóki nie powstaną kontrpropozycje dla aktualnych męskich ról społecznych. One powoli się tworzą, ale to jest w offie, w tle, pod spodem. Świetnym przykładem jest nowa rola ojca. Mężczyzna zaangażowany w wychowanie dzieci to zdobycz najnowszych czasów.

Niektóre kobiety czerpią niezdrową satysfakcję z tego, że są na topie. I z premedytacją umniejszają zasługi mężczyzny. To nie sprzyja pozytywnym zmianom.

O nie. Taki przykład: fajna para. Oboje startowali mniej więcej z tego samego poziomu w korporacji. Mieli dwóch synów. On czuł bardzo silną więź z tymi chłopakami. I zaproponował: „Tobie idzie dobrze w pracy, czekają cię awanse, to może zróbmy tak: ty się rozwijaj, ja się trochę zatrzymam na poziomie, który naprawdę jest dla mnie OK, i będę się zajmował dziećmi”. Takiego ojca jak on, życzyłbym każdemu dzieciakowi. Ale minęło kilka lat. Rozmawiamy. I on: „Mam problem w związku. Żona zarzuca mi, że się nie rozwijam, że jej koledzy z pracy...”. Mamy dokładnie to samo co kiedyś, tylko w drugą stronę. I to się cały czas dzieje. Wielu mężczyzn pewnie asekuracyjnie banuje swoje partnerki w rozwoju – wiedzą, że w dziewięciu na dziesięć przypadków to jest zagrożenie dla ich funkcjonowania. Słyszę od mężczyzn, co się dzieje z człowiekiem, gdy zbuduje sobie więź z dziećmi, a potem rozpada mu się rodzina i traci z dziećmi kontakt. Zostaje z niczym i ze złamanym sercem. I takich przypadków jest mnóstwo. 

Najpierw rób to, co umiesz i lubisz

Czy ten model: wspólne dochody, wspólne dzieci, wymiana w dużym porozumieniu, obopólnym wsparciu – to nie jest możliwe? Przecież można by tak szczęśliwie żyć. Nie musi być po równo.

Niestety musi być. „Jak ja wynoszę śmieci dziś, to ty jutro”. I wynoszenie śmieci staje się osią niezgody w relacji. Tymczasem jest taka naprawdę prosta reguła, na której można oprzeć wspólne życie. Jednak i ona wymaga emocjonalnej dojrzałości. Otóż najpierw każdy zajmuje się tym, co umie i lubi najbardziej. To oczywiście nie rozwiązuje problemu w stu procentach, ponieważ są obszary, których oboje nie lubimy i nie umiemy się nimi zajmować. Wtedy musimy zacząć się dogadywać. Jestem zwolennikiem dogadywania się. Namawiam ludzi do tego. W życiu nie zawsze robimy to, co lubimy. I naprawdę nie jest to nasze największe nieszczęście. Trzeba robić rzeczy, które należy robić i już. Chyba że można coś delegować na osoby trzecie. Coraz więcej Polaków dochodzi do przekonania, że nie wszystko trzeba robić samemu i coraz więcej obowiązków oddaje na zewnątrz. Rynek usług się rozszerza, tylko trzeba być na to otwartym. 

Natalia Kukulska, od lat w udanym związku z muzykiem, choć światła reflektorów od zawsze były skierowane na nią, potrafiła powiedzieć na naszych łamach: „Perkusista gra z tyłu, ale to on nadaje rytm. Między nami nie ma rywalizacji”. 

To jest właśnie ta dojrzałość. Żyjemy w świecie, który przypomina rwącą rzekę. Przeprawienie się na drugą stronę w pojedynkę jest niemożliwe. Świat próbuje nas okłamać, wmawiając, że gracze solo wygrywają. Tak naprawdę potrzebujemy drugiej osoby, żeby nam pomogła przeprawić się na drugi brzeg. Ta metafora dokładnie opisuje to, o czym dzisiaj rozmawiamy – sukcesem nie jest to, że każda osoba zrobi coś. Sukcesem jest to, co każda z tych osób może zrobić i robi dla dobrostanu tej pary, tej rodziny, czy innych bliskich. Nikt nie próbuje przeciągać liny na swoją stronę.

Pamiętam, co w „Urodzie Życia” opowiadały kobiety, które próbowały założyć własny biznes: „Brak wsparcia jest jak brak słońca”, „Nie do przecenienia jest to, że mój mąż mi zaufał. W kryzysowym momencie powiedział: »Dasz radę, poradzimy sobie«”.

To jest ta metafora o rwącej rzece.

Ale znam też historie, gdy mężowi grunt usuwał się spod nóg, a żona nie załamywała rąk, tylko ciągnęła go psychicznie w górę.

Życie jest zmienne. Nie możemy się umawiać na sztywne role, ponieważ świat zmienia się zbyt dynamicznie. Nawet te role, do których chcielibyśmy aspirować, za pięć, dziesięć lat przestaną być adekwatne. Najważniejsze jest to, żeby w jak największym stopniu mieć dostęp do swoich zasobów i umieć się tym dzielić w zależności od sytuacji, nie patrząc na to, czy coś jest męskie, czy kobiece. Bo w tej naszej nuklearnej umowie męskie jest wtedy, kiedy umówimy się, że jest męskie, poza rodzeniem i karmieniem piersią oczywiście, co na razie mężczyznom raczej słabo wychodzi. (śmiech) Świadomość tego, że generalnie nasze życie jest umawianiem się na coś, popędzanym dużymi zmianami cywilizacyjnymi, powoduje, że bardziej elastycznie reagujemy na zmianę u drugiej osoby, u swojego partnera. Jest zresztą drugi biegun sytuacji, o  której dziś mówimy. Niejedna kobieta ma kłopot z tym, że mężczyzna ma większą kosmetyczkę niż ona. Też mają rywala w łóżku. On zaczyna wchodzić na terytorium, które jest zaanektowane przez kobiety. „Co by to było, gdyby on był bardziej zadbany niż ja?” – to może być dla niej dyskomfortem. Więc mamy symetrię. Tylko często jeszcze jej nie widzimy. Sami nie zmienimy zjawisk społecznych. Czasami wystarczy zrozumieć, na czym to polega, z czego wynika. Ale czasem nie wystarczy. Zmiana musi być paralelna.

Jak wyliczył Alvin E. Roth, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, związek może istnieć tylko w stanie równowagi, w której żadna ze stron nie może być szczęśliwsza niż druga. Jeśli obie strony zrozumieją tę zasadę, okaże się, że wzajemne wsparcie daje satysfakcję. A sukces jest nasz. 

I ja się z tym stwierdzeniem zgadzam. Dobrze jednak, jeśli jeszcze dorzucimy do niego wydłużoną oś czasu. Mam tu na myśli, że lepiej by było, aby pomiar szczęścia nie zachodził w cyklu dobowym, lecz znacznie dłuższym. (śmiech)

***

Rozmowa z psychologiem Jackiem Masłowskim ukazała się w „Urodzie Życia” 10/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Katarzyna Miller o kryzysie w małżeństwie
iStock

„Twój mąż może być twoim największym wrogiem. I sama na to się godzisz” – mówią Katarzyna Miller i Suzan Giżyńska

Kobiety często mówią do synów: „Jesteś moim małym mężczyzną”. To błąd – tłumaczą Katarzyna Miller i Suzan Giżyńska, autorki nowej książki „Mam faceta i mam...problem”.
Katarzyna Miller, Suzan Giżyńska
16.06.2020

Psychoterapeutka Katarzyna Miller i coachyni Suzan Giżyńska w swojej nowej książce „Mam faceta i mam… problem” zastanawiają się nad trudnymi relacjami damsko-męskimi. Okazuje się, że gros  problemów w naszych małżeństwach wynika z naszego wychowania i nieprzepracowanych traum z dzieciństwa. Autorki radzą kobietom,  aby uważnie przyglądały się swoim partnerom – ale też i samym sobie. Przeczytaj fragment książki: *** Katarzyna Miller: Facet mówi: „Coś dziwnego się z tobą dzieje. Kiedy ostatni raz włożyłaś szpilki? Kiedyś się tak ładnie czesałaś, a teraz? Zapuściłaś się”, a ona myśli: „On to wszystko widzi, wie, że się zaniedbałam, i ma rację”. Kobieta z jednej strony nie czuje się dobrze, bo facet jej dokucza, a z drugiej czuje się winna. Suzan Giżyńska: „Dokucza” to zbyt delikatne określenie. Katarzyna: „Niszczy” będzie odpowiedniejsze. Suzan: Tak, bo to wszystko są teksty wroga. Ale może ona w domu rodzinnym była dzieckiem niewidocznym lub dostawała tylko tyle, ile jest niezbędne do przeżycia. Dla dorosłej kobiety, która miała takie dzieciństwo, nawet krytyka jest lepsza niż brak jakiejkolwiek uwagi. Bo wtedy ktoś na nią patrzy. Mówi co prawda, że zbrzydła, ale widzi ją. Oczywiście facet jest też po to, by mówić nam o tym, czego nie dostrzegamy. Na przykład, że się zaniedbałyśmy. Powinien jednak używać innych słów niż „zapuściłaś się”, bo to jest nękanie. Katarzyna Miller: Książę z bajki dla mamusi Katarzyna: Edith Wharton, amerykańska pisarka, wydała kiedyś opowiadanie „Mój najlepszy wróg”. Dotyczyło jej męża. Gdy pierwszy raz je czytałam, byłam bardzo smarkata i go nie rozumiałam. Teraz doskonale wiem, o czym ono mówiło. Partner to bliska...

Czytaj dalej
czarny protest kobiet w sprawie aborcji
getty images

Czarny protest to sprawa również facetów, mówi Jacek Masłowski, psychoterapeuta

"Nie możemy udawać, że aborcja dotyczy tylko kobiet”.
Anna Maruszeczko
04.01.2019

Niemęska sprawa? Rozmowa Anny Maruszeczko z psychoterapeutą Jackiem Masłowskim w Urodzie Życia 1/17 z psychoterapeutą Jackiem Masłowskim.   Jacek Masłowski - psychoterapeuta i filozof. Prowadzi warsztaty rozwoju osobistego dla mężczyzn, prezes Fundacji Masculinum. Pracuje w Warszawskim Ośrodku Psychoterapii i Psychiatrii.   Anna Maruszeczko: Co mężczyźni myślą o czarnych protestach kobiet? Jacek Masłowski: Zależy jacy – to po pierwsze. A po drugie, mężczyźni w większości nic na ten temat nie mówią. Ten temat trochę nie żyje w męskim świecie.   Jak to możliwe? Oczywiście są tacy, którzy się angażują i mówią tym samym głosem, co kobiety.   I idą też na demonstracje? Różnie bywa z tym chodzeniem. Myślę, że więcej jest tych mówiących o poparciu, niż popierających. Oczywiście są też mężczyźni, którzy trzymają stronę, nie powiem władzy, ale zwolenników chronienia życia za wszelką cenę. Jednak w znakomitej większości mężczyźni w ogóle się tym nie zajmują.   To wnioski z obserwacji codzienności, z rozmów w gabinecie? Spotykam się z różnymi mężczyznami, w różnych miejscach i rolach, i ten temat jest prawie nieobecny.   Z czego to może wynikać? Jest pewnie kilka źródeł. Zacznę od takiego, że narracja, w której media informują o tej sprawie, zawiera się w takim zdaniu: "Moja pochwa, moja sprawa" czy "Mój brzuch, moja sprawa". Dla świata mężczyzn to nie są hasła zapraszające, tylko raczej wykluczające. Poza tym, moim zdaniem dosyć nieszczęśliwie, podczas tych demonstracji pojawiają się hasła, które generalizują: "Stop dyktaturze mężczyzn!" albo "Wkurza mnie to, jak mężczyźni zajmują się...

Czytaj dalej
Katarzyna Miller o miłości
iStock

Niedokochane kobiety nie wiedzą, jak kochać, mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka

Brak bezpieczeństwa w dzieciństwie, brak poczucia pewności siebie w dorosłości… – nasze problemy w związkach często mają źródło nie w naszych partnerach, ale gdzieś zupełnie indziej.
Sylwia Niemczyk
10.09.2020

Kobiety mają problem z mężczyznami, ale przede wszystkim same ze sobą. Brakuje im poczucia własnej wartości, więc mają problem z partnerstwem. Kiedy wchodzą w związek, kontrolują i rządzą, bo to im daje namiastkę bezpieczeństwa – tłumaczy Katarzyna Miller, psychoterapeutka. Sylwia Niemczyk: Czemu nam nie wychodzi w związkach? Tak jest pięknie na początku… Katarzyna Miller: A po kilku latach budzimy się w piekle albo w czyśćcu. Ale jak ma się udać związek z drugim człowiekiem, skoro nie wychodzi nam relacja ze sobą? Oczekujemy, że wymarzony narzeczony nas zrozumie, tymczasem same się dobrze nie rozumiemy. W ogóle nie zajmujemy się sobą, nie zastanawiamy: „Czego ja tak naprawdę chcę, co ja naprawdę czuję”. Więc te wszystkie rozwody wynikają z naszych wewnętrznych problemów? Nie tylko naszych, także różnych wewnętrznych problemów partnera. Ale dziś mówimy o kobietach, wiec muszę powiedzieć, że w dużej mierze problemy w związkach wynikają z naszego wewnętrznego niedokochania. Jeśli kobieta wyszła z dobrego, serdecznego domu rodzinnego, to najpewniej będzie miała udanego partnera i udany związek. Będą sobie żyli spokojnie, oczywiście czasem z jakimiś kryzysami – to jest normalne, a wręcz niezbędne. Ale nie będzie walki, ciągłych podejrzeń, lęku przed odrzuceniem, samotności.  A jeśli dziewczyna jest z zimnego domu – i to wcale nie musi być przemocowy dom, wystarczy, że rodzice będą zaharowani, nieobecni, dyscyplinujący, a nie akceptujący – to wtedy w 9 przypadkach na 10 jej związki w dorosłym życiu nie będą się dobrze układały. Im dłużej pracuję z kobietami, tym wyraźniej widzę tę regułę. A niestety w Polsce jest dużo takich zimnych, pustych domów, z których dziewczyna wychodzi bardzo stęskniona bliskości i miłości.  Co złego jest w...

Czytaj dalej
Toksyczna miłość
iStock

„Rozum swoje, a serce swoje” – mówią kobiety uzależnione od miłości

Eugenia Herzyk, psychoterapeutka z Fundacji Kobiece Serca mówi o nałogowej miłości: „To uzależnienie takie samo, jak hazard czy alkohol”.
Sylwia Niemczyk
22.01.2019

Miłość może stać się toksycznym nałogiem, który może tak samo zniszczyć nam życie, jak alkohol czy narkotyki – mówi krakowska psychoterapeutka Eugenia Herzyk, założycielka Fundacji Kobiece Serca,  specjalizującej się w problematyce uzależnienia od miłości, i autorka książek „Nałogowa miłość” i „DDD – Dorosłe Dziewczynki z rodzin Dysfunkcyjnych”. Wyjaśnia, że uzależnienie od miłości jest jednym z tzw. uzależnień behawioralnych, które można – i warto – leczyć.  Sylwia Niemczyk: Określenie: „uzależnienie od miłości” nie  kojarzy się poważnie. Eugenia Herzyk: To prawda, podobnie jak seksoholizm. Niewtajemniczeni w problematykę mężczyźni żartują, że jeśli już od czegoś się w życiu uzależniać, to właśnie od seksu, tymczasem osoby, które zmagają się z  tym zaburzeniem, cierpią katusze. Uzależnienie od miłości, tak jak każdy inny nałóg, może być groźne dla życia i zdrowia. Wszyscy znamy tragiczne historie Whitney Houston czy Amy Winehouse – to są przypadki kobiet, które kochały za bardzo. Wiele z nas zna z własnego otoczenia czy nawet osobistego doświadczenia sytuacje, kiedy miłość nie karmi nas i nie wzmacnia, ale jest toksyną. W polskim piśmiennictwie psychologicznym rzadko pojawia się nawet nazwa tego zaburzenia, choć na Zachodzie psychiatrzy, psychologowie i  psychoterapeuci traktują uzależnienie od miłości poważnie. Nałogowej miłości poświęconych jest wiele prac naukowych, choćby w wydanej w 2014  roku, cenionej przez specjalistów książce „Behavioral Addictions” („Uzależnienia behawioralne”), jest rozdział dotyczący uzależnienia od miłości. Jestem typem naukowca, zrobiłam doktorat z  chemii, więc praca badawcza nie jest mi obca. W taki sam naukowy...

Czytaj dalej