Wciąż wierzysz, że chudsza znaczy bardziej sexy? Mylisz się
getty images

Wciąż wierzysz, że chudsza znaczy bardziej sexy? Mylisz się

Badania mówią wyraźnie: w cenie są kragłości. „Kobiety nie potrafią uwierzyć w to, na co wskazują badania: że to pełnia, a nie chudość jest sexy. Nie chodzi o to, aby popaść w abnegację, ale o to, by odpowiedzieć sobie na pytanie, czy na pewno waga świadczy o szczęściu”, mówi psycholożka, profesor Anna Brytek-Matera. 
Hanna Węgorzewska
04.01.2019

Chude jest piękne? Niekoniecznie! Wyniki badań dowodzą, że kobiety, które miały nadwagę i wyższy wskaźnik WHR (stosunek talia/biodra) były oceniane jako bardziej atrakcyjne aniżeli te szczupłe z niskim wskaźnikiem BMI. Rozmowa z terapeutką, ekspertką od zaburzeń odżywiania na temat postrzegania i akceptacji ciała przez kobiety.

Hanna Węgorzewska: Co dzisiaj znaczy określenie: piękna kobieta?

Prof. Anna Brytek-Matera: To zależy, jaki aspekt weźmiemy pod uwagę – psychologiczny czy antropologiczny. Obecnie zwracamy uwagę na wskaźnik masy ciała (Body Mass Index, BMI). Zgodnie z wytycznymi Światowej Organizacji Zdrowia prawidłowa waga mieści się w granicach 18,5–24,9 kg/m2. W przekazie medialnym często słyszymy, że szczupła sylwetka świadczy o atrakcyjności fizycznej.

Czyli im szczuplejsza, tym ładniejsza.

Owszem. Ale to jeden punkt widzenia. Badania antropologiczne pokazują jednoznacznie, że  o atrakcyjności kobiety świadczy co innego – wskaźnik WHR (Waist to Hip Radio), czyli stosunek obwodu talii do obwodu bioder. Wyniki badań dowodzą, że kobiety, które miały nadwagę i wyższy wskaźnik WHR, były oceniane jako bardziej atrakcyjne aniżeli te szczupłe z niskim wskaźnikiem BMI.   

Marilyn Monroe to nadal ideał?

Nie znam jej wskaźnika BMI, ale aktorka uważana była za  najatrakcyjniejszą, ponieważ miała sylwetkę w kształcie klepsydry: szersze biodra i węższą talię. Monroe nie wpisuje się  w dzisiejszy medialny kanon piękna. Ale to właśnie sylwetka w kształcie klepsydry okazuje się największym wyznacznikiem atrakcyjności fizycznej i seksualnej dla mężczyzny. Chodzi o atawizm. Pełne piersi, szczupła talia i szeroka miednica, oznacza, że kobieta będzie dobrą kandydatką na matkę. Jeśli weźmiemy pod uwagę czystą biologię, wyłączając czynniki społeczno-kulturowe, dla samca najlepszą partnerką będzie ta, która urodzi mu dzieci i je wykarmi. I takich kobiet w dużej mierze pożądają mężczyźni, co wyraźnie potwierdzają badania antropologów. 

Zostawmy fizyczność i „klepsydrę”; jak psychologowie definiują kobiece piękno?

Biorą pod uwagę wszelkie aspekty – nie tylko cielesność, ale i walory wewnętrzne. Na przykład to,  że kobieta potrafi nawiązywać kontakt z innymi, że jest dobrą partnerką, mamą, osobą czułą, spełnioną w pracy. Mamy na myśli obraz holistyczny – wewnętrzne i zewnętrzne zalety.  Piękno nie musi wpisywać się w medialny kanon XXI wieku – ciała szczupłego u kobiety czy muskularnego u mężczyzny. Warto zapytać siebie: „Czym dla mnie jest uroda?”. Dla jednej z nas może to być tożsame z dobrocią, samorealizacją, niezależnością, dla innej – z fizycznością. Nasz obraz siebie zależy głównie od nas, od tego, co uważamy na  swój temat i jak postrzegamy, oceniamy siebie. To proste przełożenie.

Nasze myśli wpływają na emocje. Jeśli patrzę na siebie w lustrze i gardzę sobą, uznając: „Jestem brzydka”, to z pewnością odczuję negatywne emocje, np. złość, rozczarowanie, smutek. Zarówno myśli, jak i emocje wpłyną na moje zachowanie. Na przykład zacznę ograniczać spotkania  towarzyskie. Ponadto to, co myślę o sobie i co w związku z tym czuję, spowoduje jakąś reakcję somatyczną w moim ciele. U jednej kobiety to może być przyspieszone bicie serca, nerwowy, krótki oddech, u innej – ból głowy.

To, co myślimy o sobie, wywołuje emocje, a co za tym idzie – reakcję ciała.

Grzech pierwszy: porównywanie się do innych?

W latach 90. podczas badań psychologicznych amerykańskim studentom pokazywano dwa typy sylwetek. Bardzo szczupłe, czyli chudsze niż badani, oraz zdecydowanie bardziej  pulchne niż oni. Okazało się, że duża część osób oceniała się negatywnie, porównując się z chudszymi sylwetkami, a pozytywnie – z grubszymi od siebie. Jednak moje prace badawcze po 20 latach pokazują coś innego. Okazuje się, że samoocena studentów nie zmienia się przy oglądaniu szczupłego bądź krągłego ciała. Porównywanie nie jest tak silne. Młodzi ludzie nie przykładają takiej wagi do tego, jak wyglądają na tle innej osoby. Stąd trend do coraz większej akceptacji ciała, wcale nie według medialnego wizerunku chudych modelek z okładek.

To jednak deklaracje, a co słyszy pani od kobiet w  gabinecie?

Im są młodsze, między 20. a 22. rokiem życia, tym większe istnieje prawdopodobieństwo, że będą się porównywać z kobietami z okładek. Okres adolescencji jest  newralgiczny, bo wtedy kształtujemy swoją tożsamość, czyli także kobiecość. Odchodzimy od rodziców, a naszą przestrzeń modeluje otoczenie. Dodatkowo dostajemy przekaz medialny i internalizujemy te ideały, czyli wierzymy w zewnętrzne standardy i staramy się im sprostać. Starsze kobiety naprawdę są z siebie bardziej zadowolone – jest to wiedza poparta badaniami.  Dojrzała dziewczyna wie, że panie z telewizji wyglądają „bosko”, ale być może dzięki drogim zabiegom kosmetycznym, ćwiczeniom na siłowni czy operacjom. Kobiety na ulicy tak nie wyglądają. Mają krąglejsze biodra, nie zawsze bluzka dopina im się na biuście, gdy podbiegają do autobusu, ich piersi falują, a niektórzy kierowcy nie mogą od nich oderwać wzroku. Pełnia, a nie chudość jest sexy. Mówiłam – biologia rządzi. Niezmiennie: krągłe kobiety są uznawane za najbardziej atrakcyjne! Jednak kobiety pytane w testach o to, jaka sylwetka podoba się mężczyznom, odpowiadają: „Chuda”. A mężczyźni niezmiennie twierdzą: „Krągła, miękka, z wcięciem w talii, biust i pupa na pierwszym miejscu, nawet jeśli są fałdki…”.

Co sprawia, że kobieta w dzisiejszych czasach uwierzy w taki komunikat?

Na początku wystarczy, że zapyta siebie: „Co jest dla mnie ważne? Być szczupłą? Co mi to da? Czy w życiu są inne ważne rzeczy, jak spełnienie rodzinne, praca, miłość, dobro?”. Takie kwestie odciążą ją od presji bycia „piękną”, czyli szczupłą.

Ale zacznijmy od drobniejszych ruchów. Załóżmy, że idzie pani na plażę z myślą: „Mam grubą pupę”. Błędem jest przekonanie, że wszyscy na kocach wokół nie będą robić nic innego, tylko spoglądać na pani pupę. Mają inne zajęcia. Budują z dziećmi zamki z piasku, kąpią się. Nie bądźmy egocentryczni, ludzie nie patrzą na nasze grube pośladki czy brzuchy – to nasze zniekształcenie poznawcze, że otoczenie zwraca na nas tak baczną uwagę. 

Jak wyjść z tego egocentryzmu i obsesji wyglądu? Ta katorga zbyt wiele nas kosztuje…

Pytam pacjentki: „Czy chcesz, żeby  twoje życie wyglądało tak przez pięć, dziesięć, trzydzieści lat? Chcesz być szczupła dzięki ćwiczeniom i pragniesz, aby to było najważniejszym elementem twojego życia?”. Jeśli mówią: „Nie chcę takiej egzystencji, nie chcę konsekwencji związanych z wyrzeczeniami i poświęceniami, obsesyjnymi myślami o ćwiczeniach”, to wiem, że potrzebują zmiany. Będą szczęśliwsze, mniej nerwowe, gdy dadzą sobie przyzwolenie: „Tak, wolę być pełna, z krągłymi biodrami i zjeść z  mężem na sofie bezę z bitą śmietaną. Bez poczucia winy”. Pytanie klucz to: „Czy dzięki chudości będę szczęśliwa?”. 

A potem? Sama odpowiedź na to pytanie nie sprawi, że poczuję się piękna w rozmiarze „plus”.  Jak pogodzić się z tą niepotrzebną obsesją smukłego wyglądu? Jak pokochać krągłości?

Pierwszą kwestią jest uświadomienie sobie, że posiadamy zniekształcenia poznawcze. Że często wydaje się nam, że wszyscy dookoła dostrzegają nasze niedoskonałości. To nie jest prawda.

Recepta numer dwa. Badania mówią – im częściej dostajemy komplementy i aprobatę od osób nam bliskich, tym częściej siebie akceptujemy. Ale to nie jest takie proste – wiele zależy od naszych doświadczeń z dzieciństwa, tego, jak nas wychowywano. Jeśli  dostałyśmy akceptację, to łatwiej zareagujemy na komplement, wierząc w dobre słowo. Natomiast jeśli w dzieciństwie dochodziło do krytycznych wydarzeń – przemocy, braku akceptacji i miłości – to takie słowa nie będą dla nas wiarygodne. Trudno uogólniać, wszystko zależy od tego, co przeżyłyśmy. Bo cytując jedną z pacjentek, która słyszała w dzieciństwie: „Ty tłusty prosiaku”, bywa, że niełatwo jej uwierzyć w zachwyt partnera czy otoczenia: „Jesteś piękna, pokochaj siebie”.

Wyświechtany slogan.

Ale słuszny.  W gabinecie pracuję z  pacjentkami nad tym, jak uporać się z nieakceptacją ciała. Jednym ze sposobów jest… zwyczajny dotyk. Znam badania, które mówią, że częste dotykanie swojego ciała wpływa na jego akceptację.  Bo masaż, głaskanie – nawet gdy robimy to same – przypomina nam, że jesteśmy ciałem, że to część nas.

Kobiety negujące swój wygląd często nie mają holistycznego obrazu siebie: skupiają się wyłącznie na tym, jak wyglądają, a zapominają o tym, jakie są.

Równie interesujący jest czynnik biologiczny. Zrezygnujmy z rygorystycznych wysiłków, by wyglądać jak modelki. Bo być może na świat przyszłyśmy z pewnymi predyspozycjami. Mamy różne typy sylwetki.  Na przykład leptosomatyczna, czyli wysoka z chudymi nogami.

A może apiotyczna – ze  średnim otłuszczeniem – lub pykniczna z obfitą tkanką tłuszczową?  Uogólniając, gdy się rodzimy, mamy pewne predyspozycje biologiczne. Jeśli w rodzinie kobiety miały duże piersi, to my z natury też tak będziemy wyglądały. Nawet wbrew chęciom. Oczywiście można to zniwelować do pewnego stopnia, choćby  chirurgią. Jeśli będziemy sobie z tego zdawać sprawę, to łatwiej będzie się pogodzić z wyglądem. Weźmy pod uwagę, na co nasze ciało stać.

Sporo mówimy o wzorcach – z punktu widzenia psychologii i antropologii. Nurtuje mnie, kto ma być naszym lustrem, nie zgadzam się, że tylko mężczyźni. Powiedzmy o tym, dlaczego chcemy być atrakcyjne dla siebie samych?

Kto ma być naszym lustrem? Ja raczej zapytam: „Do czego potrzebuję lustra?”. Istotne jest, aby to, jak się wygląda, realizować ze względu na swoje potrzeby, a  nie oczekiwania innych. 

A co, gdy kobieta zostaje mamą? Ciąża i macierzyństwo często zabierają jej dawną sylwetkę. Jak zaakceptować ciało w nowej roli, gdy na Instagramie panie pokazują płaski brzuch zaledwie miesiąc po porodzie?

Biologia mówi o tym, że po ciąży nie można być szczupłą. I to nasza zaleta. Dla kobiety po porodzie więcej znaczy bycie mamą – to jej pierwszoplanowa rola – niż bycie szczupłą kobietą. To właśnie jej piękno i siła. Pełne piersi, miękkość dają dziecku duży komfort. Biologiczna rola mamy sprowadza się do „karmicielki”, posiadającej  tkankę tłuszczową, biust, kosztem rozstępów czy wymiany garderoby na większy rozmiar.

Antropologia też nas popiera. Kobieta w ciąży przestaje być obiektem seksualnym dla innych mężczyzn, bo w tym czasie przygotowuje się przede wszystkim do roli matki. Seksualność może zejść na dalszy plan. Wciąż jako psycholog zwracam się ku biologii. Matka to opiekunka domu, co czyni ją wyjątkową. Kobieta, która spędza czas ze swoim dzieckiem, może czuć się bardzo szczęśliwa i zdecydowanie mniejszą uwagę zwracać na swój wygląd, co nie znaczy, że ma siebie zaniedbywać. Ale przede wszystkim ważna jest samoakceptacja. Jeśli pani partnera interesuje wyłącznie fizyczność i wygląd, powinna się pani nad taką relacją zastanowić. Nie wróżę dobrze związkowi, który opiera się na tym, na ile atrakcyjne jest nasze ciało.  

Jak odnaleźć siebie w sypialni w rozmiarze „plus”, gdy obok nasz mężczyzna, a tu brzuch nieco lejący i biodra zbyt obfite?  Chować się w obszernej koszuli? Tak robi wiele kobiet?

Stańmy przed lustrem i zastanówmy się: „Co w sobie lubię, co mi się podoba?” Poczujmy się dobrze z zaletami, a nie skupiajmy na wadach. Powtórzę: najważniejsza jest akceptacja siebie. Ideały nie istnieją.

Jak mądrze uczyć dzieci akceptacji ciała, nawet jeśli same mamy z nią problem?

I znowu posłużę się badaniami: u dziewczynek, których mamy są stale na dietach i powtarzają, że trzeba się odchudzać, mogą wystąpić w przyszłości zaburzenia odżywiania i brak akceptacji własnego ciała. Modelujemy zachowanie dziecka. Jeśli je pani tylko chrupkie pieczywo, to najprawdopodobniej córka będzie panią naśladować.  Nie dawajmy takiego przykładu. Pokazujmy zdrowe nawyki i akceptację ciała, nie mówmy przy córce: „Zobacz, jaka jestem gruba, zobacz, jaki mam cellulit”, bo to może obciążyć nasze dziecko. Ono zacznie się martwić, będzie mu przykro z tego powodu. Inne badania podkreślają, żeby uświadamiać nasze dzieci, że sylwetki, które widzą w mediach, często są nieprawdziwe.

Pokażmy zatem Photoshop: „Tak wygląda ciało tej pani przed i po komputerowej obróbce zdjęcia”. Mówmy dzieciom, że ten obraz jest inny aniżeli ten, który widzą na co dzień w mediach. Jeśli córka ogląda seriale dla nastolatek, gdzie widzi rówieśnice zawsze z pofalowanymi włosami, w szortach, ze szczupłymi nogami, trzeba zabrać ją na spacer z  następującym zadaniem: „A teraz szukamy dziesięciu tak samo wyglądających dziewczynek”. 

Rzeczywistość będzie inna od wzorca z telewizji.

Do tego, wedle badań, ważna jest postawa ojca wobec córki – w końcu to reprezentant płci przeciwnej i jego rola jest bardzo istotna. Jeśli wysyła dziecku pozytywne komunikaty: „Ładnie wyglądasz, super się ubrałaś, jesteś śliczna”, to u dziecka zaowocuje to w przyszłości większą akceptacją ciała. Od najmłodszych lat możemy też dzieciom zapewnić stymulację sensoryczną – dotykanie, głaskanie, kołysanie daje poczucie bezpieczeństwa. I potem jako dorośli ludzie będą się też czuli bezpiecznie w swoim ciele. Unikajmy zaprzeczania temu, co czuje ciało. Jeśli dziecko upadnie, nie mówmy: „Nic się nie stało”. To nieprawda. Dziecko może odczuwać ból. Powiedzmy raczej: „Rozumiem, że cię boli”.

Trzeba kształtować świadomość doznań płynących z ciała, bo bez tego w  dorosłości nie będziemy umieli rozpoznawać własnych emocji, nie będziemy „czuć” swojego ciała. Oczywiście pamiętajmy: żadnych negatywnych komentarzy i kpin. Nie zwracajmy się do dziecka „mój ty pączusiu”, bo według badań te niby-pieszczotliwe komentarze zaburzają w przyszłości obraz ciała. I na koniec, co bardzo ważne, przeprowadźmy edukację o zmianach w organizmie podczas dojrzewania – dziewczynka ma wiedzieć, że jej ciało będzie się zmieniać. I nie musi dostosowywać się do „okładek”, choć oczywiście powinna o siebie dbać. Nie przesadźmy też w drugą stronę. To wielka nauka dla młodej kobiety.

Anna Brytek-Matera, psycholog i terapeuta poznawczo-behawioralny, profesor nadzwyczajny w SWPS, autorka ponad 80 publikacji naukowych. Pracuje z osobami z zaburzeniami odżywiania.

***

Wywiad z Anną Brytek-Materą ukazał się w „Urodzie Życia” 9/2017

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Pewność siebie, Kasia Malinowska
Adobe Stock

Pewność siebie trzeba w sobie zbudować! Jak to możesz robić, mówi Kasia Malinowska, coach

Z pewnością siebie jest jak z jazdą na rowerze: im dłużej ją w sobie ćwiczysz, tym lepiej ci wychodzi. Dlatego nie czekaj, poczujesz w sobie pewność siebie. Bój się i rób – to pierwsza zasada, dzięki której zyskasz więcej pewności siebie
Sylwia Niemczyk
03.09.2020

Niepewne czasy to… najlepsze czasy, żeby budować własną pewność siebie. Ale – co podkreśla coacherka Kasia Malinowska – nie opierać jej na zawodowych sukcesach, tylko na świadomości tego, kim tak naprawdę jesteśmy i do czego dążymy w życiu. Sylwia Niemczyk: Kto ma rację: ci, co mówią, że z pewnością siebie się rodzimy, tak jak z kolorem oczu, czy ci, którzy mówią, że to umiejętność, w której trening czyni mistrza? Kasia Malinowska: Jedni i drudzy po trochu. Na pewno każdy z nas rodzi się z jakimś poziomem pewności siebie, tak samo jak każdy z nas już od urodzenia ma predyspozycje do tego, żeby rozwijać się muzycznie, matematycznie czy jeszcze inaczej. Każdy ma inny pakiet startowy. Ale później w zależności od tego, w jakim otoczeniu wzrastamy, nasza pewność siebie może się trochę zwiększać albo zmniejszać.  Mówiąc o otoczeniu, masz na myśli zbyt krytycznych rodziców? Mam wrażenie, że w psychologii są oni najczęstszym wytłumaczeniem wszelkich naszych braków i słabości.  Rodzice są ważni, ale to nie jest tak, że od nich zależy wszystko. Gdyby tak było, to każde z, powiedzmy, pięciorga rodzeństwa miałoby podobną pewność siebie, a tak przecież nie jest: jeden brat jest bardziej pewny siebie, drugi mniej. Więc uspokajam wszystkich rodziców: to, czy wasze dzieci będą pewne siebie w dorosłym życiu, zależy od wielu rzeczy, nie tylko od tego, czy ich uważnie słuchaliście i wzmacnialiście w ich najwcześniejszych latach. Chociaż oczywiście zachęcam, aby to robić.  Niedawno w „Urodzie Życia” Martyna Wojciechowska dziękowała rodzicom za to, że to właśnie dzięki nim z nieśmiałej dziewczynki wyrosła na odważną, pewną siebie kobietę.  Jeśli to ich zasługa, to naprawdę zrobili dobrą robotę! Kiedyś w mojej grupie na...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Sado-maso perfekcjonizm. Dlaczego czuję potrzebę bycia dobrą we wszystkim?

Wiesz, że nie można być najlepszym we wszystkim. Ale i tak zamiast dać sobie trochę więcej luzu, chcesz być perfekcyjna. Najwyższy czas, żeby z tym skończyć.
Sylwia Arlak
22.07.2020

Perfekcjonizm dotyczy przede wszystkim nas, kobiet. Media społecznościowe uczą nas, że sukces jest jedyną rzeczą, którą warto się dzielić. Pokazują, jak przyjemnie jest „żonglować” karierą, obowiązkami matki i kochanki. Trudno się dziwić, że wciąż bodźcowane komunikatami: „Możesz! Powinnaś!” odczuwamy presję i za wszelką cenę chcemy być najlepsze w każdej dziedzinie naszego życia. I koniecznie chcemy spełnić oczekiwania wszystkim wokół. Kluczem jest życzliwość „Samokrytyczny perfekcjonizm to nic innego, jak intensywne pragnienie bycia dobrym we wszystkim w połączeniu ze zwiększoną wrażliwością na oczekiwania innych ludzi i krytykę, jeśli te nie zostaną spełnione” — wyjaśnia psycholożka dr Meg Arroll, cytowana przez portal The Stylist. „Oskarżamy sami siebie i wątpimy w swoje umiejętności. To dość powszechna cecha, szczególnie u kobiet” — dodaje. Ekspertka przytacza wyniki ankiety przeprowadzonej przez firmę Healthspan. Wynika z niej, że to kobiety spędzają więcej czasu, zamartwiając się, czy to, co robią, jest wystarczająco dobre (robi tak aż 30 proc. kobiet i zaledwie 15 proc. mężczyzn).  Poza tym, że mamy obsesję na punkcie samodoskonalenia, opieramy naszą samoocenę na opiniach innych ludzi. Jak możemy z tym walczyć? „Musimy być świadomi, tego co sobie robimy, bo prowadzi to do wielu schorzeń psychicznych. Możemy częściej odczuwać lęk, albo nawet zachorować na depresję. Ważne, żeby kwestionować negatywne myśli” — wyjaśnia Arroll. Psycholog radzi, aby zamienić takie słowa, jak: „zawsze”, „nigdy”, „nic” „doskonałość” łagodniejszymi, mniej czarno-białymi zwrotami, takimi jak: „czasami”, „ok” i  „wystarczająco dobre”. Życzliwość dla samej...

Czytaj dalej
Pływaczka
getty images

Pomagamy, dbamy, wyręczamy. Czy potrafimy być w pełni dla siebie?

Sprawdź wyniki ankiety przeprowadzonej przez „Urodę Życia”
Sylwia Niemczyk
30.01.2020

Kilka miesięcy temu, podczas naszej akcji #wpełnidlasiebie  zaprosiłyśmy czytelniczki „Urody Życia”, do udziału w anonimowej ankiecie. Pytałyśmy o to, jak rozumieją: „bycie w pełni dla siebie”, „dbanie o siebie”, o to, jak spędzają wolny czas, o podejście do pieniędzy, o relacje z najbliższymi i resztą świata. Dostałyśmy ponad 700 wypełnionych ankiet, których wyniki to kopalnia wiedzy o nas, kobietach, o naszych dzisiejszych potrzebach i problemach. Odpowiedzi analizuje Marta Majchrzak, psycholożka i badaczka społeczna, która od lat zajmuje się badaniem Polek.  Sylwia Niemczyk: Zaskoczyło cię coś w naszej ankiecie? Marta Majchrzak: Mile zaskoczył mnie pozytywny odbiór hasła akcji: #wpełnidlasiebie. Zastanawiałam się, czy nie zostanie ono odebrane jako zachęta do  egoizmu: „Żyję w pełni dla siebie, więc myślę tylko o sobie i o nikim więcej”. Tymczasem większość uczestniczek ankiety rozumie to hasło zgodnie z naszymi intencjami: „Być w pełni dla siebie to dbać o swoje potrzeby, szanując przy tym potrzeby innych”. Do tego co trzecia ankietowana uznała, że życie w pełni dla siebie jest jednoznaczne z życiem na własnych zasadach. Moim zdaniem te wyniki świadczą o tym, że w ankiecie wzięły kobiety w okolicy 40. roku życia, a już z pewnością po 35.  Bo życie na własnych zasadach wiąże się z wiekiem? Z ogólnopolskich, niezwykle szerokich badań „Kobiety w Polsce”, które w agencji badawczej IQS, w której pracuję, przeprowadziliśmy dwa lata temu, wiemy, że my, Polki, jesteśmy dość tradycyjne. Ale z wiekiem, mniej więcej w okolicach czterdziestki, orientujemy się, że jeśli same nie zadbamy o siebie, to nikt tego za nas nie zrobi. Analizując tamto badanie, stworzyłyśmy typologię Polek: tradycyjne Królowe Domowe,...

Czytaj dalej