„Zabieramy nasze narządy do nieba, choć moglibyśmy nimi ratować ludzi” – mówi prof. Magdalena Durlik, transplantolog
Getty Images

„Zabieramy nasze narządy do nieba, choć moglibyśmy nimi ratować ludzi” – mówi prof. Magdalena Durlik, transplantolog

Transplantacja to więcej niż zabieg medyczny. To dzielenie się życiem, nawet po śmierci. Ale liczba oczekujących na przeszczep rośnie z roku na rok. Dlaczego tak się dzieje ? Rozmawiamy z prof. Magdaleną Durlik.
Tamara Wilk
01.08.2020

Z badań wynika, że jesteśmy raczej dobrze nastawieni do dzielenia się naszymi organami. Ludziom wierzącym nie zabrania tego religia, nawet Jan Paweł II popierał idee transplantologii. Dlaczego więc czas oczekiwania na przeszczep tak się wydłuża?  Może jest to po prostu światowy trend:  ludzie dłużej żyją i w coraz starszym wieku można im przeszczepiać serce, wątrobę czy nerki. Rośnie więc liczna potrzebujących. A może w naszych warunkach sprawy są jeszcze bardziej skomplikowane?

Tamara Wilk: Jest coś takiego, jak „oświadczenie woli”. Podpisując je, godzimy się na pobranie po śmierci naszych narządów. Lekarze nie muszą już pytać krewnych o zgodę. Załóżmy, że rozważam podpisanie takiego dokumentu, jednak się waham. Co by mi pani powiedziała, nie tylko jako transplantolog, ale tak od serca?

Magdalena Durlik: Żeby się pani nie wahała. Bo życiem można się podzielić, nawet po śmierci. W niebie te narządy nie będą pani potrzebne, a tu, na ziemi, paru osobom przedłużą albo uratują życie.

Ilu?

Policzmy: dwie nerki to już dwie osoby. Serce, wątroba, trzustka… kolejne trzy. Czasem jest potrzeba, żeby przeszczepić komuś rękę, więc pani prawą i lewą ręką też ktoś może w życiu jeszcze coś dobrego zdziałać. Ktoś inny może odzyskać wzrok, jeśli da się pobrać od pani rogówkę. A jakbyśmy się uparli, to można by przeszczepić komuś pani twarz. Myślę, że to niemało…

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Twoje narządy, twoja wola

A pani podpisała oświadczenie woli?

Nie. Pewnie zapyta pani dlaczego. Dla moich bliskich jest absolutnie oczywiste, jaki jest mój stosunek do tej sprawy. Jeśli jakiś mój organ mógłby komuś pomóc, chciałabym, by tak się stało. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości.

To prawda, że na przeszczep w Polsce czeka dziś więcej osób niż przed 20 laty?

Dużo więcej i nie tylko w Polsce. To jest obecnie światowa tendencja.

Co za tym stoi? Coraz większa liczba chorych na cukrzycę? Jakieś inne choroby cywilizacyjne?

Również, ale to nie jest decydujący czynnik. Po pierwsze, pacjenci są obecnie dużo lepiej i dużo wcześniej diagnozowani. Po drugie, znakiem naszych czasów jest to, że medycyna wydłużyła ludziom życie, ale nie wyeliminowała chorób. Ludzie żyją więc dłużej, ale i więcej chorują.

Poza tym ćwierć wieku temu do przeszczepu kwalifikował się wyłącznie młody człowiek z mocnym organizmem, który cierpiał na ciężką dysfunkcję któregoś z narządów. Dziś pojawiła się nieznana wówczas kategoria pacjentów: ludzie starsi lub w średnim wieku z niewydolnością narządów i licznymi współistniejącymi schorzeniami. Dawniej stan wiedzy medycznej nie dawał im szans na przeżycie po transplantacji, teraz to się zmieniło. Wszystko to sprawia, że – posługując się językiem handlowym – mamy zwiększony popyt na narządy.

Podaż nadąża za popytem?

Niestety, nie. Paradoksalnie z roku na rok „widełki” obrazujące różnicę między potrzebami a możliwościami transplantologii coraz bardziej się poszerzają. W przypadku nerek, którymi się zajmuję, w ciągu roku połowa pacjentów oczekujących na przeszczep dostaje szansę, a druga połowa czeka. Dializa pozwala tym pacjentom jakoś żyć, ale przy przeszczepach serca lub wątroby to już bywa sprawa życia i śmierci. Moglibyśmy przeprowadzać więcej transplantacji, gdybyśmy pozyskiwali więcej narządów od zmarłych i żywych dawców.
 

Częściej to żony ratują mężów

Dawcami organów są częściej kobiety?

Jeśli chodzi o żywego dawcę, tak. Nerkę częściej oddają dzieciom matki niż ojcowie. I częściej żony lub partnerki ratują w ten sposób mężów niż odwrotnie. My, kobiety, mamy jakoś bardziej rozwinięte instynkty opiekuńcze.

Podobno w Stanach przeszczepia się rocznie tyle nerek, ile u nas w ciągu 50 lat. To szokujące dane.

Ale nieobiektywne, bo w Stanach żyje ponad 300 milionów ludzi, a u nas 40. Bardziej adekwatne byłoby porównanie z Hiszpanią, w której liczba ludności jest zbliżona do naszej. System związany z transplantacjami działa tam sprawnie. W efekcie liczba dawców na milion mieszkańców wynosi 35, a w Polsce 15.

Czy to znaczy, że w Polsce ludzie, których prosi się o zgodę na oddanie do transplantacji narządów bliskich zmarłych mówią „nie” częściej niż gdzie indziej?

Niekoniecznie. To złożona sprawa. Gdy w 2012 roku CBOS badał stosunek Polaków do transplantacji, około 80 procent ankietowanych zadeklarowało akceptację dla przeszczepów. Na pytanie, czy wyraziliby zgodę na pobranie swoich narządów, „zdecydowanie tak” odpowiedziało 44 procent, a „raczej tak” – 30. Zgodę na pobranie narządów od osoby bliskiej zadeklarowało 64 procent. Społeczeństwo jest przychylne.

Moim zdaniem prawdziwy problem polega na tym, że czasem krewni zmarłego, który mógłby zostać dawcą, nie mają nawet szansy usłyszeć pytania, czy wyrażają na to zgodę. Bo nikt im go nie zadaje.

Lekarze nie mają takiego obowiązku?

Przepisy nakładają na lekarzy obowiązek zgłoszenia dawcy, ale nie jest on powszechnie przestrzegany. I niektóre szpitale co chwila dostarczają narządy do przeszczepów, a inne nigdy. Trudno uwierzyć, że na przestrzeni lat ani jedna zmarła w takiej placówce osoba nie kwalifikowała się na biorcę. Wystarczy jednak, że dyrektor szpitala jest niechętny transplantacjom, żeby reszta personelu podporządkowała się niepisanej zasadzie: „my się tym nie zajmujemy”.

Z wygody? Żeby nie mnożyć komplikacji? Nie narażać się na procesy? Dlaczego?

Wszystko po trochu. Decyduje czynnik ludzki. Są lekarze, którzy angażują się z przekonaniem w procedury transplantacyjne, a inni tego nie robią.

Na bijącym sercu

Wróćmy jeszcze do tego, dlaczego wiele osób ma problem z decyzją, gdy sprawa dotyczy kogoś z ich rodziny. Co wzbudza największe obawy?

Jednoznacznie z powodów światopoglądowych transplantacji sprzeciwia się w Polsce zaledwie kilkanaście procent osób. To są najczęściej ludzie, którzy deklarują, że nie zgodziliby się na przeszczep, nawet gdyby miał im uratować życie. Raz spotkałam matkę, która nie pozwoliła przeszczepić nerki ciężko chorej córce, choć z medycznego punktu widzenia było oczywiste, że operacja dałaby jej dziecku szansę na lepsze życie.

Potrafi pani zrozumieć tę matkę?

Nie bardzo, ale musiałam uszanować jej decyzję. Chyba łatwiej mi zrozumieć ludzi, którzy mają wątpliwości, bo słyszą od lekarza, że u bliskiej im osoby orzeczono śmierć mózgową, a jednocześnie widzą, że ona oddycha, bije jej serce.

Właściwie dlaczego śmierć mózgowa jest dziś uznawana przez medycynę za ten ostateczny rodzaj śmierci, skoro ciało może po jej stwierdzeniu oddychać?

W uproszczeniu śmierć mózgowa oznacza, że krew nie przepływa już przez mózg, który w związku z tym obumiera po kilku minutach. Taki mózg nigdy nie będzie potrafił kierować jakimikolwiek procesami życiowymi. W tym sensie śmierć mózgu jest równoznaczna ze śmiercią całego organizmu. Człowiek w stanie śmierci mózgowej może oddychać tylko wtedy, jeśli jest podłączony do odpowiedniej aparatury. Po odłączeniu od niej akcja serca ustaje.

To po co aparatura podtrzymuje pracę serca? Może łatwiej żonie byłoby pogodzić się z tym, że ktoś wytnie serce jej męża i przeszczepi innej osobie, gdyby to serce na jej oczach nie biło?

Ale wtedy do niczego już by się nie nadawało. Narządy pobiera się wyłącznie na „bijącym sercu”. Dlatego też w transplantologii nigdy nie używamy słowa „zwłoki”, tylko mówimy „zmarły dawca”.

Ludzie są omylni, lekarze też. Gdyby mnie poproszono o zgodę na pobranie narządów bliskiej osoby, zastanawiałabym się, jakie jest prawdopodobieństwo błędu.

Stwierdzenie śmierci mózgowej przy dzisiejszym stanie wiedzy medycznej i obowiązujących w Polsce procedurach jest absolutnie jednoznaczne, choć czasem zdarzają się osoby, które sugerują możliwość pomylenia śmierci mózgowej ze śpiączką. Ale, powtórzę to z naciskiem, w praktyce takiej możliwości nie ma. Kryteria stwierdzenia śmierci mózgowej są bardzo jasno określone. Wymagają wielu badań, które eliminują wątpliwości. Każde z tych badań weryfikuje zespół lekarzy. Dopiero wtedy, jeśli wynik jest jednoznaczny, orzeka się śmierć człowieka. Ze stuprocentową pewnością.

Rozmawiałam kiedyś z matką, która nie zgodziła się na pobranie serca od córki, choć stwierdzono u niej śmierć mózgową, bo gdy trzymała swoje dziecko za rękę, jego dłoń drgnęła, jakby chciała się zacisnąć. Matka wzięła to za sygnał…

A to był już tylko odruch martwego ciała. Ktoś, kto nie jest lekarzem, ma prawo nie rozumieć, że taki gest odbywa się już całkowicie bez udziału świadomości. Czasem zmarły ze stwierdzoną śmiercią mózgową jest w stanie prawie usiąść! W medycynie nazywamy to zjawisko odruchem Łazarza. Ale to nie zmienia faktu, że człowiek nie żyje i nie jesteśmy w stanie przywrócić go do życia.

Rozdać ciało na kawałeczki?

Zdarza się, że ludzie nie godzą się na pobranie narządów ze względów religijnych?

Tak. Choć, co ciekawe, większość religii wywodzących się z kręgu chrześcijaństwa, w tym katolicyzm, wypowiada się wobec transplantologii z akceptacją. Jan Paweł II w „Evangelium vitae”, jednej ze swoich encyklik, pisał ze zrozumieniem o potrzebie dzielenia się narządami dla ratowania życia. A podczas Światowego Kongresu Towarzystwa Transplantologicznego w Rzymie w 2000 roku powiedział wprost: „Należy zaszczepić w sercach ludzi, zwłaszcza młodych, przekonanie, że świat potrzebuje braterskiej miłości, której wyrazem może być decyzja o darowaniu organów”.

Spotkałam kiedyś ludzi, którzy zastanawiali się, jak na Sądzie Ostatecznym wyglądałoby zmartwychwstanie ich ciał bez kilku istotnych narządów, gdyby oddali je do transplantacji.

Niedawno uczestniczyłam w koncercie na rzecz pacjentów po transplantacjach. Ksiądz Adam Boniecki powiedział tam, żeby się tym nie martwić, bo z czym jak czym, ale z takim drobiazgiem, jak brak kawałeczka nas gdzieś tam w środku, Bóg na pewno sobie poradzi.

A zdarza się, że ludzie mają opory przed transplantacją, bo uważają, że to narusza integralność ciała ludzkiego? Że to jest w jakiś sposób wbrew naturze – ratować człowieka częściami ciała innej osoby?

Bywa i tak. Mnie trudno się z tym zgodzić, bo widzę tę sytuację od strony ludzi, którzy dzięki transplantacjom żyją. Kończą studia, rodzą dzieci, pracują. Są wdzięczni za ten dar i to wydaje mi się bezcenne.

Życie ludzi po przeszczepach bardzo różni się od życia innych osób?

Nie, choć na pewno muszą zażywać więcej leków i bardziej uważać na siebie. Dożywotnio.

Mogą uprawiać sport?

Oczywiście! Czasem uprawiają go nawet wyczynowo. Co rok odbywa się sporo imprez sportowych z udziałem osób po transplantacjach. Mają nawet swoje Mistrzostwa Europy. W 2014 organizował je Kraków. Pani Krysia Murdzek, jednaz moich pacjentek, zdobyła na nich medal, który mi potem podarowała.Uprawia lekką atletykę, narciarstwo biegowe, jest zawodniczką i trenerem.

Czytałam kiedyś o kobiecie z przeszczepionym sercem, która twierdziła, że po operacji poczuła się osobą… bardziej optymistyczną. Wierzyła, że z nowym organem dostała nową psychiczną jakość. Słyszała pani coś podobnego?

Nie, takich metafizycznych wyznań nie słyszałam, może dlatego, że zajmuję się nerkami, nie sercem. Myślę, że ten optymizm może wynikać z gwałtownej poprawy stanu zdrowia i jakości życia. Ale też nie wnikam aż tak głęboko w przeżycia moich pacjentów. Rozmawiam z nimi o bardziej namacalnych sprawach: jak zdrowie? Co słychać w rodzinie? W pracy? Z niektórymi mam kontakt od 20 lat, czasem dłużej. Jedna z moich pacjentek, która miała przeszczepioną nerkę w latach 80., jako młoda dziewczyna, niedawno została babcią. Cieszyłyśmy się razem. Często po operacji ci ludzie byli przekonani, że darowano im najwyżej kilka lat życia. A tu mija dwadzieścia parę i oni szczęśliwie żyją. Rekordzistą był pacjent, który po przeszczepie nerki odwiedzał mnie w przychodni przez 37 lat! Zmarł niedawno.

Pacjenci zapraszają na chrzciny, śluby?

Zapraszają, ale nie bywam, bo to już byłoby przekroczenie jakiejś granicy. Taki zaprzyjaźniony pacjent mógłby oczekiwać, że dokonam dla niego cudu. A ja nie mam gwarancji, czy za rok, dwa coś się nie popsuje i nie dojdzie do nieodwracalnego pogorszenia stanu zdrowia. Nie chcę nikogo wyróżniać, dawać większej nadziei niż ta, jaką daje medycyna.

Nikt się nie skarży na reakcje otoczenia? Pewna kobieta z wszczepionym sercem usłyszała od sąsiadki: „Ja to się pani dziwię, nigdy bym się nie zgodziła, żeby nosić w sobie serce obcej osoby, trupa!”.

Takie sytuacje są możliwe, choć raczej w małych miasteczkach, na wsiach. W miastach ludzie są bardziej anonimowi. Ale właśnie z obawy przed nieżyczliwymi reakcjami niektórzy moi pacjenci nie informują, że są po przeszczepie. Niektórzy boją się, że mogliby być w pracy narażeni na zwolnienie jako potencjalnie „bardziej chorowici”. Ale są i tacy, którzy stawiają swoją osobę jako przykład promujący ideę transplantacji.

Na nieprzyjazne komentarze bywają narażeni ci, którzy oddali komuś nerkę. Czasem padają oskarżenia, że się na tym dorobili.

W Polsce taki zarzut to absurd! U nas nie ma możliwości, żeby się dorobić na handlu organami, bo nasze prawo transplantacyjne nie pozwala na ofiarowanie narządu komuś nieznanemu. Nie ma „altruistycznego dawcy”.

Dawcy tylko legalni

Nie można przyjść na oddział transplantologiczny ze znalezioną przez siebie osobą, z którą wcześniej nieformalnie zawarliśmy transakcję, i oświadczyć: „To moja przyjaciółka, chce mi oddać nerkę”?

Owszem, jest dopuszczalny dawca, który kiedyś określany był jako „emocjonalny”, a dziś używa się sformułowania „kierujący się szczególnymi względami osobistymi”. Ale nie wystarczy zgodne zapewnienie o wieloletniej przyjaźni. Kandydat na dawcę musi się zgłosić do Komisji Etycznej Krajowej Rady Transplantacyjnej, która bada, również metodą wywiadu środowiskowego, czy daną osobę naprawdę łączą głębokie więzi emocjonalne z biorcą. Następnie musi dostać zgodę sądu rejonowego.

Kiedyś byłam członkiem takiej komisji: w przypadku najmniejszych wątpliwości kandydatura była odrzucana. Oczywiście są różni „sprytni”, którzy próbują przechytrzyć system. Pamiętam szefa firmy, który przyprowadzał do nas kolejno trzech różnych pracowników, rzekomo pragnących altruistycznie oddać mu nerkę. I trzy razy odprawialiśmy go z kwitkiem. W Polsce nie można sprzedać narządu do legalnej transplantacji.

A do nielegalnej?

To niewykonalne! Taka operacja to nie to samo, co wyrwanie zęba. Wymaga ogromnego specjalistycznego zaplecza. W transplantację zaangażowany jest zespół specjalistów: chirurg transplantolog, koordynator, hepatolog, anestezjolog, nefrolog lub kardiolog plus cały personel pomocniczy. W przypadku serca to wszystko musi się jeszcze odbyć w ciągu czterech godzin.

Na razie w prywatnych polskich klinikach nie ma takiego zaplecza ani takich zespołów. Ponadto pacjent, który przeszczepiłby sobie np. nerkę „na lewo”, nie zostałby zarejestrowany w żadnej przychodni. A ludzie po transplantacjach wymagają wieloletniej stałej opieki medycznej.

Nikt nie próbuje przechytrzyć systemu?

Nie, choć zdarzają się sytuacje, które budzą wątpliwości. Kiedyś miałam przypadek, że brat oddał nerkę siostrze – sprawa poza wszelkimi podejrzeniami. Tylko potem ta siostra kupiła mu mieszkanie. I pytanie, czy siostra nakłoniła brata tym mieszkaniem, żeby jej pomógł, czy kupiła mu je z siostrzanej wdzięczności za bezinteresowne poświęcenie. Tego się nie dowiemy.

A tak zwana turystyka transplantacyjna i handel narządami? W świecie są realnym zjawiskiem.

Zgadza się, choć oficjalnie 78 państw podpisało w 2008 roku Deklarację Stambulską sprzeciwiającą się handlowi organami. Ale są kraje, np. Egipt, które specjalizują się w takim procederze. Można tam za sporą kwotę przeszczepić sobie nerkę od Pakistańczyka, który dostaje za to kilkaset dolarów. Nie zetknęłam się dotąd z polskim pacjentem, który zaryzykowałby tak poważną operację w prywatnej klinice o nieznanej renomie. Ja bym takiej drogi nie polecała, bo te kliniki bardziej nastawione są na zysk niż na dobro pacjenta.

Krążą też opowieści o porwaniach dla narządów. Rozumiem, że w Polsce trudno byłoby pobraną od porwanej osoby nerkę przeszczepić, ale przecież to nie problem wywieźć kogoś za granicę w ramach Unii Europejskiej. Jest się czego bać?

W takie historie nie wierzę. Przypomina mi to opowieści o „czarnej wołdze”.  Od czasu do czasu ludzie lubią się straszyć takimi horrorami, ale w moim środowisku nigdy nie słyszałam o żadnym potwierdzonym przypadku.

A zdarza się, że członkowie rodzin przychodzą do pani i mówią: „Błagam o nerkę dla córki, to taka młoda, zdolna osoba, powinna mieć specjalne względy”?

Jeśli już, to zdarza się, że pacjent pyta, jakim sposobem można przeskoczyć kolejkę oczekujących. Wtedy grzecznie tłumaczę, że to niemożliwe, bo decyduje komputer, który pilnuje, żeby właśnie nikt nie przeskakiwał kolejki. Kiedy pojawia się dawca, dostajemy listę wybranych komputerowo osób i wzywamy telefonicznie biorcę. Obowiązkowo w kolejności. Czasem ta pierwsza z listy osoba nagle nie chce, bo i tak się zdarza. Wtedy dzwonimy do następnej.

Ktoś może być przeziębiony, ktoś nie odbiera komórki, a czas gra rolę, więc dzwoni się dalej, do skutku. Ale jeśli na salę operacyjną trafia osoba trzecia na liście, muszę wytłumaczyć w specjalnym raporcie, dlaczego nie pierwsza. Tu obowiązują precyzyjne procedury, Nie ma uznaniowych decyzji.

Może już niedługo wszystko, o czym tu rozmawiamy, będzie nieaktualne, bo narządy będą „hodowane” w laboratoriach…

Żyjemy w czasach eksperymentów i rewolucji technologicznych, więc wszystko jest możliwe. W 2015 roku zespół pod kierownictwem doktora Takashiego Yokoo z Uniwersytetu Medycznego w Tokio wyhodował nerkę, którą przeszczepiono do organizmu szczura. Intuicja mówi mi jednak, że za mojego życia zawodowego te nowinki nie wejdą do szpitali. Ale za 10 lat, kto wie?

Kiedyś zapytano jednego z wybitnych polskich transplantologów, czy w razie śmierci najważniejszej w jego życiu osoby dałby zgodę na pobranie jej serca. Powiedział, że by się nie sprzeciwił, ale chciałby, żeby decyzję podjął ktoś inny. A jaka byłaby pani odpowiedź?

Ja bym się zgodziła na pewno. Inaczej zaprzeczyłabym mojej 37-letniej pracy w zawodzie transplantologa. Wiem, że powiedziałabym „tak”.

***

Rozmowa z prof. Magdaleną Durlik ukazała się w „Urodzie Życia" 4/2016

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
dr Nawrat, sztuczne serce
fot. Rafał Masłow

Zbigniew Nawrat: „Niektóre narządy będzie się wymieniać jak części w samochodzie”

Pracował z prof. Religą nad sztucznym sercem, teraz tworzy roboty medyczne. Ale mówi: „Liczy się tylko mózg, istota człowieczeństwa. To on różni nas od absolutnie wszystkiego, co istnieje w świecie.”
Maria Zawała
25.05.2020

Dr hab. Zbigniew Nawrat to pionier stosowania w medycynie sztucznych narządów (sztuczne serce) i robotyki medycznej (robot chirurgiczny Robin Heart). Przez lata był jednym z najbliższych współpracowników prof. Zbigniewa Religi – to u jego boku stawiał pierwsze kroki na sali operacyjnej. Obecnie prezydent Międzynarodowego Stowarzyszenia na Rzecz Robotyki Medycznej i dyrektor Instytutu Protez Serca Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii im. prof. Zbigniewa Religi w Zabrzu. Maria Zawała: Czy człowiekowi można będzie kiedyś wymieniać organy na sztuczne? Pytam pana, bo to pan stworzył w latach 80. w Zabrzu pierwsze polskie sztuczne serce. dr hab. Zbigniew Nawrat:  Kiedy rozpoczynaliśmy z profesorem Zbigniewem Religą prace nad protezami serca, czas od pomysłu do projektu był liczony w latach. Obecnie postęp w dziedzinie sztucznych narządów nabrał tempa. I to takiego, że wykłady o sztucznych narządach dla studentów Śląskiego Uniwersytetu Medycznego musiałem uaktualniać co pół roku. Jednak ciągle nie mamy sztucznego serca, które może pracować skutecznie pięć lat. W laboratoriach w USA trwają eksperymenty nad wyhodowaniem biologicznego odpowiednika serca – z własnych komórek biorcy, na szkielecie tkanki ludzkiej lub zwierzęcej – ale daleka droga do finału. Na razie człowiek z niewydolnym sercem może korzystać tylko ze sztucznych komór wspomagania serca. Stworzyliśmy je w Zabrzu w celu czasowego zastępowania serca naturalnego aż do momentu znalezienia dawcy i przeszczepienia narządu. W naszym zespole w Pracowni Sztucznego Serca w Zabrzu opracowaliśmy zarówno komory wspomagania serca, jak i sztuczne serce. Okazało się jednak, że po odpowiednio długim wspomaganiu serce czasem powraca do sił, regeneruje się! O tym absolutnym cudzie wcześniej nikt na świecie nie wiedział! To odkrycie zmieniło kierunek naszego...

Czytaj dalej
Preeti Agrawal
Bartosz Mokrzycki

Preeti Agrawal, ginekolożka holistyczna, przypomina: „Człowiek to jedna całość” 

Widzenie bardziej „narządów” niż „człowieka” to stosunkowo nowy wynalazek medycyny, przekonuje lekarka z podwrocławskiej kliniki medycyny integracyjnej.
Sylwia Niemczyk
03.01.2019

Preeti Agrawal, doktor nauk medycznych, specjalistka II stopnia z ginekologii i położnictwa oraz medycyny integracyjnej przekonuje, byśmy uważniej wsłuchiwali się w siebie i szanowali swoje ciało. Lekarzom radzi, by nie skupiali się tylko na chorobie, ale na całym człowieku.  Sylwia Niemczyk: Jak to się stało, że już od 25 lat hinduska lekarka leczy Polki? Preeti Agrawal:  To historia złożona z przypadków, choć mówi się, że w życiu nie ma przypadków, tylko okazje dostrzegane przez osoby z intuicją. Wychowałam się w  tradycyjnej hinduskiej rodzinie, czyli wśród kobiet. Moja mama nigdy nie pracowała, tak samo żadna kobieta w  rodzinie. Nie było potrzeby ani zwyczaju. Ja chciałam realizować swoje pasje, nie odcinając się jednak od ról typowych dla kobiet: bycia żoną, matką. Jako pierwsza kobieta w rodzinie zostałam lekarzem.  25 lat temu rozpoczęłam praktykę ginekologiczną w Polsce. Wysyłałam wtedy swoje pacjentki do różnych szkół rodzenia, niestety wracały nadal, w moim odczuciu, bez niezbędnej wiedzy o sobie, swojej fizjologii i naturze. Postanowiłam więc sama stworzyć szkołę świadomego rodzicielstwa. W końcu ktoś kiedyś zapytał mnie, czy napiszę książkę. Nie planowałam tego, ale myśl zakiełkowała i po jakimś czasie miałam gotową. Tytuł: „Odkrywam macierzyństwo”. Wysłałam ją do jednej z kobiecych organizacji w  Polsce, ale otrzymałam opinię, że nie jest odkrywcza. Pomyślałam: „Nie jest odkrywcza? A czy w macierzyństwie chodzi o odkrywanie rewolucyjnych metod?” . Z tego mojego buntu narodziła się Fundacja Kobieta i Natura. Już od 11 lat organizujemy konferencje, festiwale. Dla naszych pacjentek, ale też dla personelu medycznego. Poza Fundacją prowadzi również pani Klinikę Medycyny Integracyjnej pod...

Czytaj dalej
Agnieszka Szadryn
Rafał Masłow

Ordynatorka SOR-u: „Kiedy ląduje helikopter, czas u nas przestaje płynąć” – rozmowa z dr Agnieszką Szadryn

Agnieszka Szadryn to najmłodsza w Polsce ordynatorka SOR-u, laureatka tegorocznej edycji plebiscytu Warszawianka Roku. Pracuje w warszawskim Szpitalu Bródnowskim, który od marca zmaga się z pandemią koronawirusa.
Sylwia Niemczyk
30.10.2020

Szpitalny Oddział Ratunkowy to miejsce, gdzie spotykają się wszystkie choroby świata. Nieszcześliwe wypadki, zawały, udary, wszelkiego rodzaju bóle brzucha, krwawienia. Dla drobnej blondynki, Agnieszki Szadryn to chleb powszedni. W tym roku doszedł COVID-19, ale nie odeszło nic z poprzednich lat. Praca stała się jeszcze trudniejsza. Jeszcze szybciej trzeba diagnozować, podejmować jeszcze trudniejsze decyzje. Ona w takich warunkach pracuje już 11 lat. Nie umie inaczej.  Sylwia Niemczyk: Jesteś jedynym lekarzem w rodzinie? Agnieszka Szadryn: Tak, miałam chyba siedem lat, kiedy powiedziałam rodzicom po raz pierwszy, że będę lekarzem i będę pracować w szpitalu. W dzieciństwie poważnie zachorowałam, przez dwa lata nie mogłam chodzić – i wtedy zakochałam się w szpitalach. To był trudny okres w moim życiu, ale mnie ukształtował.  Co się stało? Kiedy byłam w pierwszej klasie, zrobiłam akrobację na trzepaku i z wysokości może metra spadłam na ziemię. Niby nic strasznego, każde dziecko zalicza tysiące takich upadków, ale ja już nie wstałam. Mama zaniosła mnie do domu i zaczęła się kilkuletnia droga przez diagnostykę, poszukiwania przyczyny mojej choroby. Zanim wykryto, że chodzi o nieprawidłowe kostnienie, leżałam przez dwa lata. Pamiętam, że to był ciągły ból. Kiedy mama głaskała mnie po głowie, to bałam się, że mnie niechcący poruszy i będzie wtedy bolało jeszcze mocniej. Pamiętam, że niektórzy lekarze nie wierzyli, że tak bardzo mnie boli. Ale jednocześnie pamiętam, jak personel stawał na głowie, żeby umilić mi czas. Panie pielęgniarki plotły mi z przewodów od kroplówek pajączki, które potem wisiały nad moim łóżkiem. Pajączki i rybki. Zdobycie oczka do rybki – dziś wiem, że tym oczkiem była zakrętka do kroplówki – to było szczęście! Kiedy w końcu wyszłam ze...

Czytaj dalej
East News

Michalina Wisłocka wyzwoliła kobiety z seksualnych tabu i kiepskiego seksu

Zrewolucjonizowała życie seksualne w niejednej sypialni, a sama przeżyła swój pierwszy orgazm dopiero przed czterdziestką. Dopóki Michalina Wisłocka nie poznała Jerzego, miłości swojego życia, seks mógł dla niej nie istnieć.
Sylwia Arlak
01.07.2020

Życie w trójkącie to był jej pomysł. Kochała męża, ale w łóżku nigdy im się nie układało. Nie dla niej były też te wszystkie obowiązki pani domu. Zamiast prania, prasowania koszul i codziennych obiadków, wolała siedzieć z nosem w książkach. Michalina Wisłocka przyszła na świat w 1921 roku w Łodzi, jako Michalina Anna Braun. Jej ojcem był kierownik szkoły powszechnej, Jan Braun, matką — gospodyni domowa, Anna Braun. W szkole mała Michalina miała garstkę przyjaciół. Cała reszta nie mogła pogodzić się z jej wycofaniem, a co gorsza bezpośredniością (która sugeruje dzisiejszym psychologom, że pierwsza polska seksuolożka mogła cierpieć na zespół Aspergera). Michalina, Stanisław i Wanda Przyszłego męża, Stanisława Wisłockiego poznała już, jako dwunastolatka. Poślubiła go zaledwie pięć lat później. Mężczyzna miał sprecyzowany plan na ich życie. Uważał, że po skończeniu szkoły żona zostanie jego asystentką, a przede wszystkim, że zajmie się domem. Tymczasem Michalina ma inne ambicje. Chciała się rozwijać. Ukończyła studia medyczne: dyplomem lekarza mogła pochwalić się w 1952 roku, a specjalizacją z ginekologii siedem lat później. Chciała zatrzymać przy sobie męża, ale nie wyobrażała już sobie życie bez medycyny. Poza tym ktoś musiał zaspokajać jego potrzeby seksualne, a ona nie miała na to najmniejszej ochoty. Wszelkie łóżkowe próby kończyły się jedynie rozczarowaniem ich obojga. Michalina Wisłocka stworzyła więc trójkąt miłosny z przyjaciółką, Wandą, która sprawdzała się w roli pani domu i kochanki. Żyli w tym układzie przez wiele lat.   Było to jednak dla niej trudniejsze, niż przypuszczała. Niejednokrotnie w kłótniach – a tych nie brakowało – Stanisław groził, że odejdzie. Izolował...

Czytaj dalej