Wypalenie zawodowe to choroba naszych czasów – najczęściej dopada kobiety
sime/free
#czytajdlaprzyjemności

Wypalenie zawodowe to choroba naszych czasów – najczęściej dopada kobiety

Jak się ratować, gdy pracy nie można rzucić, a życia zmienić?
Karolina Morelowska-Siluk
04.01.2019
Wypalenie może dotknąć każdego, kto styka się z emocjami innych. Lekarza, prezesa, ale też matkę. Jak się ratować, gdy pracy nie można rzucić, a życia zmienić? „Proporcje są najważniejsze. Żadna praca, także ta w domu, nie powinna być naszą jedyną aktywnością", mówi dr hab. Sylwiusz Retowski, psycholog, profesor Uniwersytetu Humanistyczno Społecznego SWPS. Prorektor ds. dydaktycznych. Zakład Psychologii Organizacji i Marketingu.
 
Karolina Morelowska-Siluk: O wypaleniu zawodowym jakiś czas temu mówiło się dużo. Jednak temat przycichł. Jesteśmy sparaliżowani statystykami dotyczącymi bezrobocia, więc nikt nie zastanawia się nad wypaleniem...
Sylwiusz Retowski: I to niestety pułapka. Tak na marginesie: statystyki dotyczące bezrobocia wcale nie są takie przerażające. Wbrew obiegowej opinii poziom bezrobocia nie rośnie, problem leży gdzie indziej. Diametralnie zmienił się komfort pracy, mam na myśli przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa. Paraliżuje nas strach o to, że tę pracę jutro stracimy albo że w znaczący sposób pogorszą się jej warunki.
 
Zatem myślenie o tym, czy dotyczy mnie syndrom wypalenia zawodowego, wydaje się kaprysem w obliczu zagrożenia utratą pracy.
Właśnie. Niepokojąco zwiększa się więc grupa osób, które zagryzają zęby bez względu na koszty psychiczne. To bardzo zły kierunek. Nie wolno przestać mówić o wypaleniu zawodowym, bo jest ono bardzo aktualnym problemem. Powiem więcej: jest problemem, który będzie się nasilał. To wynika ze specyfiki pracy współczesnego człowieka. Rynek pracy uległ gwałtownej przemianie. Do Polski w pełnej krasie dotarła ona mniej więcej 10 lat temu. Całe rzesze ludzi, którzy wcześniej pracowali w przemyśle, rolnictwie, mówiąc ogólnie, pracowali po prostu rękami, fizycznie, teraz pracują w szeroko pojętych zawodach usługowych.
 
Czyli mówiąc najprościej, trafili do pracy z drugim człowiekiem.
I właśnie tu tworzy się żyzne podłoże dla wypalenia zawodowego. Takich wielkich zakładów pracy jak kiedyś Stocznia Gdańska, gdzie człowiek na co dzień obcował ze... stalą, już nie ma i pewnie nie będzie. I to nie jest kwestia polityki gospodarczej, tylko automatyzacji i kalkulacji ekonomicznych.
Mówiąc obrazowo, stal nie ma oczekiwań, pretensji, nie zgłasza reklamacji. Natomiast w pracy z drugim człowiekiem bardzo dużą rolę odgrywają dwa elementy: umiejętność radzenia sobie z emocjami – własnymi i osoby, z którą się stykamy – oraz obciążenia poznawcze połączone z presją czasu. Wspaniale, że są wszelkie nowoczesne udoskonalenia, ale one jednocześnie powodują, że ilość koniecznych do przetworzenia bodźców, informacji, dramatycznie wzrasta.
I jest jeszcze coś: obecnie ciężko określić, kiedy kończy się nasz dzień pracy. Jestem prawie pewien, że kiedy skończymy dziś pracę, oboje jeszcze parę razy usiądziemy do komputera, przeczytamy maile, odbierzemy telefon.
 
Nie potrafimy postawić granicy i wyjść z pracy o siedemnastej. A nawet jak wychodzimy ciałem, to głowa zostaje.
Tak. Zdecydowanie brakuje nam dystansu, przestrzeni do nabrania dystansu do wykonywanych obowiązków zawodowych. I to głównie te trzy czynniki powodują, że wypalenie zawodowe staje się plagą naszych czasów.
 
Wypalają się lekarze, prezesi, a czy kobietę, która postanawia zostać w domu, zaopiekować się dziećmi i rodzinnym ogniskiem, także może ono dotknąć? Znam kobiety, które bardzo świadomie podjęły taką decyzję i mam wrażenie, że po dwóch, trzech latach wypaliły się właśnie. Ich dzień pracy w zasadzie nie kończy się nigdy, presja czasowa bywa ogromna, emocje „klientów” bardzo wybuchowe. Wszystko pasuje.
To prawda. W wypaleniu bardzo istotnymi czynnikami są także: brak satysfakcji, rutyna oraz to, na ile możemy być autonomiczni w swoim działaniu. I rzeczywiście, to pasuje do życia gospodyni domowej. Ciężko bowiem o fajerwerki, kiedy rytm jest taki: spacer, obiad, zajęcia plastyczne. I w kółko to samo. A autonomia ogranicza się w zasadzie do obrania innej trasy spaceru. Wiek dziecka i jego potrzeby determinują nasze poczynania. Jednym słowem: kierat. Więc odczucia takiej kobiety są faktycznie dość podobne w skutkach do tego, co czuje człowiek wypalony zawodowo. Jednak znaku równości nie postawię z jednego powodu.
U osoby wypalonej w pewnym momencie dochodzi do tak zwanej depersonalizacji. To znaczy, że lekarz zaczyna swoich pacjentów traktować bezosobowo, stają się numerem, a nie podmiotem; człowiek pracujący w korporacji przestaje o swoich zadaniach myśleć w kategoriach wyzwania, zmieniają się one w „itemy” do załatwienia. Jasne, matka (czy ojciec, bo mężczyźni coraz częściej decydują się zostać w domu) może mieć momenty słabości, jednak natura emocji, która łączy ją z „klientami”, jest zupełnie inna. Choć odczuwane skutki rzeczywiście są podobne.
 
Mówi się, że wypalenie zawodowe dotyczy ludzi, którzy nie znoszą swojej pracy.
Nic podobnego. Jest dokładnie odwrotnie. Pewna amerykańska psycholog wiele lat temu powiedziała coś, co przetłumaczone brzmi mniej więcej tak: aby się wypalić, musisz się wcześniej zapalić! I to doskonale obrazuje mechanizm wypalenia zawodowego. „Chorują” ci, którzy przynajmniej na pewnym etapie swoją pracę uwielbiali. Tylko ich dotyka ten syndrom. Wypalenie nie pojawi się u osób, które nigdy swoją pracą nie były zainteresowane, które nigdy w nią nie były zaangażowane i traktują ją tymczasowo. Ktoś, kto od samego początku pracy nie lubił, nie jest wypalony, po prostu dokonał niewłaściwego wyboru. Wypalają się pasjonaci, choćby „chwilowi” pasjonaci.
 
W jaki sposób uciekamy przed tym, aby nie zauważyć swojego wypalenia? Miriam Meckel, dziennikarka, profesor uniwersytetu, autorka książki „List do mojego życia. Historia wypalenia zawodowego” pisze, że kompletnie nie miała pojęcia, co się z nią dzieje. Aż któregoś dnia, po latach wytężonej pracy, jej życie nagle rozpadło się na kawałki. Posypało się zdrowie. Dopiero z perspektywy zdała sobie sprawę, że przez długi czas, jak to nazywa, żyła obok swojego życia. Bez żadnego wglądu w siebie.
Zwykle nieświadomie siebie oszukujemy. I „pomagamy” sobie na różne sposoby. Otworzenie butelki wina wieczorem jest pewnym rozwiązaniem, aby na chwilę zapomnieć o pracy. Wzięcie jakiegoś dopalacza, aby móc przetrwać kolejny dzień, niestety także może przyjść nam do głowy. Jest wiele szalenie zwodniczych możliwości „wsparcia”. Dokonujemy też rozmaitych racjonalizacji: „nie lubię pracy, bo szef jest głupi”, „nie znoszę tam chodzić, bo koleżanki z pokoju działają mi na nerwy”. To także może być zasypywanie prawdziwego stanu rzeczy.
 
Bronimy się przed diagnozą, to jest zrozumiałe.
Tak, ale to powoduje, że problem się pogłębia, a my cierpimy coraz bardziej. Aż w końcu, jak w przypadku autorki, o której pani wspomniała, przychodzi dzień, kiedy rozpadamy się na kawałki. Bo już posypało się nasze zdrowie – lądujemy w szpitalu czy też zachorowaliśmy na depresję i bez leczenia farmakologicznego i terapeutycznego nie pójdziemy dalej ani kroku. Bardzo ważna jest rola partnera życiowego, bliskich, przyjaciół. To są ludzie, którzy mogą odczytać pewne sygnały. Dostrzec, że ktoś codziennie wraca do domu rozdrażniony, już w niedzielę wieczorem przeżywa lęk związany z poniedziałkowym pójściem do pracy, nie wypoczywa podczas urlopu, jest przygnębiony, ma kłopoty ze snem, obniżoną samoocenę itd. Wtedy trzeba działać, szukać pomocy.
 
Czasami bliskich nie ma albo niczego nie dostrzegają. Wspomniał pan o wglądzie w siebie. To rodzaj profilaktyki?
Piękny świat wyglądałby tak – jak w krajach skandynawskich, tam jest relatywnie niski odsetek wypalonych – że ludzie, którzy rządzą korporacjami, zajmują wysokie stanowiska w organizacjach, zdają sobie sprawę, że konieczne jest regularne robienie czegoś w rodzaju audytu choćby pod kątem czynników nasilających stres u pracowników. Ale ponieważ nie żyjemy w idealnej północnej rzeczywistości, wróćmy do wglądu w siebie.
Kończymy wypaleni nie tylko dlatego, że musimy zadbać o przetrwanie naszej rodziny. Wypalamy się czasami również dlatego, że zatracamy się w pracy, gubimy dystans, jesteśmy zbyt ambitni albo sami nie do końca wiemy, do czego dążymy.
Ten wgląd w siebie, czyli taki indywidualny rachunek sumienia, jest niezbędny w czasach, w których żyjemy. Oczywiście, są nadal ludzie, i jest ich wielu, którzy walczą o swoje warunki bytowe, ale jest też cała rzesza, która ze względu na bardzo wysoko postawioną samemu sobie poprzeczkę niejako zgadza się na duże przeciążenie. Mamy większe mieszkanie, szybszy samochód, na mapie świata odhaczone kolejne „zdobyte” miejsca i... jesteśmy coraz bardziej nieszczęśliwi. W przypadku tej grupy ludzi możemy powiedzieć o tym, że sami sobie „wybrali” wypalenie przez brak kontaktu ze swoim wnętrzem.
 
Wypaleniu sprzyja także „życie samą pracą”.
Zdrowa sytuacja to taka, w której człowiek realizuje różne cele. W jego życiu jest partner, rodzina, przyjaciele, pasja, praca itd. Więc jesteśmy żoną/mężem, ojcem/matką, synem/córką, przyjacielem, miłośnikiem gotowania/lepienia garnków, pracownikiem korporacji/pielęgniarką. To brzmi banalnie, ale jest sednem: chodzi o proporcje. Zachwianie ich, to znaczy bycie w 95 procentach pracownikiem – praca jest naszym jedynym i wyłącznym napędem w życiu – powoduje, że narażamy się na wypalenie zawodowe. Napęd na jedno koło to za mało. Bo nie ma żadnej odskoczni, żadnego wentyla bezpieczeństwa. Kiedy zerwie się linka, kiedy praca przynosi same negatywne emocje, a jednocześnie jest ona całym życiem – automatycznie wali się świat.
 
A kiedy już z niego wypadliśmy? Co ma robić człowiek wypalony? Rzucić pracę?
Z punktu widzenia psychologa odpowiedź może być tylko jedna – jeśli coś nas zabija, trzeba od tego uciec. Ale taka odpowiedź jest oderwana od realiów – zdaję sobie sprawę z tego, że nie zawsze można po prostu odejść z pracy, bo zwykle nie czeka na nas pięć znakomitych ofert. Więc poczucie odpowiedzialności nakazuje powiedzieć, że nie ma tu dobrego, jedynie słusznego rozwiązania dla każdej osoby. To, co na pewno warto zrobić, to zadbać o wspomniane proporcje, przywrócić sobie napęd na więcej niż jedno koło.

 
Rozmowa z Sylwiuszem Retowskim ukazała się w „Urodzie Życia” 11/2016
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG