Agnieszka Stein o współczesnym wychowaniu seksualnym dzieci: „Nie demonizujmy tematu”
getty images
#lepszeżycie

Agnieszka Stein o współczesnym wychowaniu seksualnym dzieci: „Nie demonizujmy tematu”

Znana psycholog dziecięca rozwiewa mity
Aleksandra Pezda
25.03.2019

Nie mamy żadnych przesłanek, żeby sądzić, że dotykanie własnych narządów płciowych może mieć dla dzieci jakieś negatywne skutki. Nie stają się od tego rozerotyzowane, rozwijają się prawidłowo i nie ma to związku z nadmiernym skupieniem się na seksie w dorosłości” – rozmowa z Agnieszką Stein.
 

Agnieszka Stein – psycholog,  prowadzi warsztaty dla  rodziców, doradza nauczycielom. Autorka książek m.in. „Dziecko z bliska” i wydanego ostatnio poradnika dla rodziców: „Nowe wychowanie seksualne” (wyd. Mamania 2018).

 

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Matka przyłapuje nastoletniego syna na masturbacji – powinna mu przerwać?

Nic podobnego. Zastała syna w intymnej sytuacji i warto, żeby nie naruszała jego granic osobistych. To tak, jakby przeszkodziła komuś w uprawianiu seksu. Ja bym przeprosiła i wyszła.

To jest pełnoprawny seks?

A według pani pełnoprawny seks to tylko ten, który angażuje dwoje ludzi i prowadzi do związku? Seks przede wszystkim zaczynamy od relacji z  samym sobą. Książkę „Nowe wychowanie seksualne” napisałam między innymi po to, aby pokazać, że bez dobrego kontaktu ze sobą nie będziemy w stanie budować zdrowych relacji z  innymi. A masturbacja jest jak każda inna czynność właściwa ludziom: jemy, pijemy, uprawiamy sport, myjemy się, masturbujemy – to wszystko poznawanie siebie.

Może dzieciom lepiej dawać za wzór historie romantyczne?

I oszukiwać je? Seks nie zawsze idzie w  parze z miłością. Jeśli będziemy dzieciom opowiadać o tym, jak chcielibyśmy, żeby było, a ukrywać przed nimi prawdę, pozostaną bezradne wobec rzeczywistości i zapewne trudniej będą sobie radzić w życiu.

Wie pani, że zakochanie jako główny powód małżeństwa ma bardzo krótką historię? Jakieś sto lat, mniej więcej. Warto o tym poczytać w „Historii małżeństwa” Stephanie Coontz. Małżeństwa były trwalsze, kiedy o ich zawarciu decydowały względy społeczno-ekonomiczne. Słowem – kiedy się dobierano w pary po to, aby przetrwał ród, czy po  to, żeby zwielokrotniać majątki.

Takie małżeństwa były trwałe, ponieważ przyczyny ich zawarcia nie zmieniały się z  biegiem lat. Współczesna motywacja, czyli zakochanie, jest krótkotrwałym stanem. Kiedy mija, wiele małżeństw się rozpada. Małżonkowie często nie biorą pod uwagę, że powinni nad związkiem popracować. Uściślijmy zresztą: nastolatek w  kontekście naszej rozmowy to jeszcze dziecko, czyli ma mniej niż 15 lat. To nie jest wiek, w którym radzilibyśmy, żeby uprawiał seks z drugą osobą.

Może w takim razie powinien poczekać też z masturbacją?

Pani zdaje się myśli, że mamy do czynienia z jakimś nienaturalnym zjawiskiem. Otóż jest wprost przeciwnie. Pierwsze akty masturbacji obserwujemy już na  ciążowym USG – robią to ośmiomiesięczne płody. Na tym etapie rozwoju ani my, ani nasze przekonania nie powstrzymają tego zjawiska. Nienarodzonemu dziecku nie możemy rozkazać „przestań”, ono tego po prostu nie posłucha. Podąża za tym, co mu podpowiada instynkt, niezależnie od woli rodziców.

Czy to jednak zawsze jest tylko odruch fizjologiczny?

Najczęściej tak. Choć ludzie niechętnie przyznają, że się masturbują. Seks i  seksualność są u nas obłożone wielkim tabu, ale masturbacja chyba jeszcze większym. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest powielana do dziś ideologia, że to taki gorszy rodzaj seksu. Albo sądy typu: „Robisz to sam? Widocznie masz jakiś problem. Może nikt cię nie chce?”. Lista diagnoz, które stawiamy, jest długa.

To ciekawe jednak, że kiedy poprosiłam rodziców o pytania, na które chcieliby dostać odpowiedź w książce, większość pytała właśnie o masturbację. Dostawałam też często komentarze – najczęściej od mężczyzn, że to groźne, bo uzależnia.

Dlaczego od mężczyzn?

Pewnie są tym częściej straszeni. Rodzice zazwyczaj wobec synów obawiają się uzależnienia od masturbacji i tego, że prosto z tej samomiłości wpadną w uzależnienie od pornografii. Wobec dziewczynek mają najczęściej lęki innego rodzaju – że z powodu masturbacji nie będą chciały nawiązywać relacji z  drugim człowiekiem. Albo że będą „od tego” nadmiernie zainteresowane seksem, że je to nadmiernie rozbudzi. Tymczasem nie ma żadnych przesłanek, aby sądzić, że eksplorowanie i dotykanie własnych narządów płciowych może mieć dla dzieci jakiekolwiek negatywne skutki. Nie stają się od tego rozerotyzowane, rozwijają się prawidłowo i nie ma to związku z nadmiernym skupieniem się na seksie w dorosłości.

Czasem jednak wymyka się spod kontroli.

Wyobrażam sobie dwie takie sytuacje. Pierwsza – nasilenie czynności masturbacyjnych w sytuacji, z którą dziecko sobie nie radzi. Podobnie zwrócilibyśmy uwagę, gdyby w takich okolicznościach zaczęło ssać palec albo skubać włosy. Warto wówczas zadać sobie pytanie, co się dzieje i czy nie potrzebuje wsparcia. Proszę jednak pamiętać, że masturbację traktujemy tutaj jako objaw. Nasza pomoc nie będzie polegała na tym, że zajmiemy się analizą zachowań seksualnych dziecka, ale na tym, że postaramy się znaleźć jego prawdziwy problem.

Druga sytuacja może być taka, że dziecko nie rozumie zasad współżycia społecznego. To jak z dłubaniem w nosie – wiemy, że są czynności, od których powstrzymujemy się przy ludziach. Rozgraniczamy, co jest intymne, a  co publiczne. Uczymy się tego naturalnie, wraz z rozwojem. O ile więc w przedszkolu jeszcze widzimy masturbujące się dzieci, to w szkole już tak często tego nie doświadczamy. Nie dlatego, że dzieci przestały to robić, ale dlatego, że  się nauczyły kontrolować. Jeśli się nie nauczyły, wtedy możemy się zastanowić, dlaczego i co z tym zrobimy.

Nie istnieje zatem ryzyko uzależnienia od masturbacji?

Uzależnienie nie polega na tym, że robimy coś przyjemnego i tak się do tej przyjemności przyzwyczajamy, że będziemy ją powtarzać częściej. Może być natomiast sposobem na radzenie sobie z problemami czy sytuacjami, które nas przerastają. Na brak kontaktu z samym sobą – robimy coś, żeby np. nie czuć tego, co tak naprawdę nas boli, albo zapomnieć o czymś przykrym. Takie zachowania nazywamy regulacyjnymi i  to może rodzić problemy. Jednak w obszarze seksu mniej się ostatnio mówi o uzależnieniach. Raczej o kompulsywnych zachowaniach. W ten sposób psychologowie zajmują się nie tym, żeby dane zachowanie całkowicie znikło, tylko żeby podnieść jakość życia danej osoby. Powtórzę przy tym – masturbacja u dzieci jest zazwyczaj naturalną czynnością, którą nie ma potrzeby jakoś szczególnie się zajmować. Naprawdę rzadkie są przypadki kompulsywnych zachowań dziecięcych tego typu.

Pisze pani, że odmawia rozmowy z dzieckiem o  seksie, kiedy proszą o nią jego rodzice.

Obca osoba ma zaczynać rozmowę z  człowiekiem o tym, co on robi ze swoimi narządami płciowymi? Nie zrobiłabym tego bez decyzji tego człowieka, niezależnie, czy chodzi o dorosłego, czy o dziecko. To by naruszyło granice jego intymności. Jeśli więc rodzice zwracają się do mnie z prośbą, żebym porozmawiała z dzieckiem o jego zachowaniach seksualnych, zawsze odmawiam. Chyba że ono samo zacznie ten temat.

W naszej kulturze funkcjonuje dużo uprzedzeń na tym tle. Na przykład podejście do relacji dziecko  – dorosły, które zakłada, że dorosły jest od tego, aby hamować popędy dziecka, bo inaczej ono będzie działało nieuchronnie na własną zgubę. Albo: jeśli dorosły nie powie dziecku, żeby już przestało jeść, ono będzie jadło tak długo, aż pęknie. Tak właśnie często myślimy. Wynika to z  faktu, że nie ufamy dzieciom, a nawet się ich boimy.

Może boimy się nie dzieci, ale o dzieci? O ich bezpieczeństwo?

Proszę przeczytać „Historię dzieciństwa” Philippe’a Ariesa, on świetnie wykazuje, jak kształtowało się nasze podejście do dzieciństwa. Od średniowiecza dziecko wchodziło w świat ludzi dorosłych, gdy tylko osiągnęło fizyczną samodzielność. Od dorosłych różniło się jedynie wzrostem i siłą. Bez problemów i  zakazów dzieci uczestniczyły w świecie dorosłych i czerpały z niego, ile się dało, również, jeśli chodzi o wiedzę na temat seksu, który był wówczas traktowany jak zwykły element życia. Rozwój psychologii i medycyny, gdzieś pod koniec XVII wieku wyznaczył inną perspektywę: że dziecko to jednak ktoś inny niż człowiek dorosły i że trzeba je chronić. To był początek eksplorowania tematu: relacja dorosły a dziecko. Uznano, że  dorośli nie powinni naruszać granic osobistych dzieci, nie mogą z  nimi wchodzić w relacje seksualne. Bo dziecko jest niewinne i świadomie nie jest w stanie podejmować tego typu decyzji. To niewątpliwie cenna konkluzja i wartościowy obrót spraw. Ale przy okazji przyplątał się mniej uprawniony wniosek, który do dziś obrósł w kolejne mity i fałszywe przekonania. Otóż zaczęliśmy uważać, że dziecku jako istocie aseksualnej nie przystoją zachowania seksualne, kiedy więc się one pojawią, należy je eliminować. Stąd między innymi nasze uprzedzenia wobec masturbacji. W dyskusjach o seksie dzieci też nie mogły już uczestniczyć, uznaliśmy je za nie dość na to dojrzałe.

Coś się w tej kwestii zmieniło?

Dzisiaj podkreślamy, że dziecko jest istotą seksualną, czyli dotyczy go również ten obszar człowieczeństwa, w którym występują płeć i potrzeby z nią związane. Przy rozróżnieniu między seksualnością jako elementem natury ludzkiej a czymś, co nazwalibyśmy erotyzmem i o czym chcemy mówić raczej w odniesieniu do dorosłych.

Mamy też nowe zagrożenia: od sextingu po uwiedzenie przez internet. Jeśli tak zupełnie nie będziemy się wtrącać w to, co robi dziecko, możemy je narazić na niebezpieczeństwo.

Sexting to dla mnie temat zastępczy za  rozmowy o tym, czego dzieci potrzebują od rodziców, a często nie dostają. A  potrzebują bezwarunkowej akceptacji oraz poszanowania granic. Tymczasem głównym sposobem na opiekę i  troszczenie się o dzieci jest kontrola.

W tym widzę największe zagrożenie. Dziecko potrzebuje od dorosłych opieki i wsparcia, ale często ich nie dostaje, za to dorośli naruszają jego granice. Zmuszają do różnych rzeczy „dla ich dobra”, na przykład karmią na siłę, nadmiernie kontrolują, dają kary. Zamiast więc skupiać się na zagrożeniach, które z tego wynikają, wolałabym rozmawiać o tym, na co mamy wpływ, czyli o  relacjach dorośli – dzieci.

Dlaczego pani wychowanie seksualne jest „nowe”?

„Nowe”, bo w refleksji nad ludzką seksualnością wiele się ostatnio zmieniło. Zmiany następowały nawet, kiedy pisałam tę książkę – jedną z  nich była m.in. akcja #MeToo. Od niej zaczęła się powszechna dyskusja nad wagą intymnych i osobistych granic w odniesieniu do sfery seksualnej.

Dzisiaj odchodzimy od skupiania się na ludzkich zachowaniach, czyli tworzenia list „odpowiednich” czy „nieodpowiednich” zachowań. Przechodzimy w  stronę skupiania się nad relacjami: człowieka z samym sobą i z innymi ludźmi. Zamiast kontrolować listę zachowań, wolimy badać własne granice. Najważniejszymi tematami, jeśli chodzi o  seksualność, są: zgoda, dobrowolność i konsensualność, komunikacja.

Wszystko jest dopuszczalne?

Nie oceniamy dziś seksualności, staramy się nie decydować arbitralnie, co jest „dobre”, a co „złe”. Nie wartościujemy jej odmian. Ludzi chcemy akceptować takimi, jacy są. Dużo mówimy dzisiaj o potrzebie pozostawania w  kontakcie z samym sobą, o poznaniu swoich potrzeb i akceptowaniu ich. Dużo jest wątków inspirowanych ideą porozumienia bez przemocy [sposób komunikowania się, opracowany przez Marshalla B. Rosenberga – red.]. Zauważamy też, że seksualność wyraża się u ludzi w bardzo różny sposób i że ta różnorodność jest dużo większa, niż się nam dotąd wydawało. Uznajemy przy tym, że każdy może swoją seksualność realizować we własny sposób. O  ile nie robi przy tym nikomu krzywdy.

Ile decyzji światopoglądowych musiała pani podjąć w trakcie pisania? U nas za taką uznaje się nawet pani stanowisko, że powinniśmy wychowywać nie „chłopca” i „dziewczynkę”, tylko „człowieka”.

Ważną perspektywą, którą mam szczególnie na uwadze, jest nauka. Starałam się zgłębić aktualny stan wiedzy przy kolejnych tematach. U ludzi konfrontowanych z wiedzą o seksualności często obserwuję postawę unikania trudnych pytań z obawy przed kłopotliwymi odpowiedziami. Ja postępuję inaczej – wolę wiedzieć jak najwięcej. Dopuszczam przy tym, że jest wiele pytań, na które nie znamy odpowiedzi. Z tej perspektywy patrząc, przy próbach zdefiniowania kwestii płci napotykamy poważne trudności. Na pytanie, czym się różnią kobiety od mężczyzn, większość odpowie: narządami płciowymi. Biologia wskaże: chromosomami XX i XY. Tylko że natura okazuje się dużo ciekawsza, a mniej doskonała. Ostatnio w trzech miejscach na świecie: w Portugalii, na Malcie i w Kalifornii wprowadzono zasadę, aby nie uzgadniać płci dziecka interseksualnego (o cechach obu płci), zanim ono dorośnie i samo nie zdecyduje. Dotąd o wyborze płci takiego dziecka decydowali lekarze, często skazując je na poważne problemy z  tożsamością. Wiem, że to jest problem małej części populacji, podaję go, bo bardzo nam poszerza rozumienie płci. I dobitnie wskazuje, że mało jeszcze na ten temat wiemy.

Czy w szkole jest potrzebne wychowanie seksualne?

Zależy, jak jest realizowane. Pomocna byłaby taka wersja zajęć, która by dała dzieciom i młodzieży szansę rozmowy. Żeby mogli dowiedzieć się ważnych rzeczy o sobie. Przestrzegałabym jednak przed podejściem, że sprawy seksualności łatwo skupimy w ramach jednego przedmiotu, w dodatku dominującą metodą będzie wykład. Przecież kwestie seksualności obecne są w wielu innych sytuacjach, nie powinniśmy ich oddzielać od reszty życia. Dzieci wchodzą w relacje z rówieśnikami, obserwują świat dorosłych – mamy dużo większe pole, aby mieć wpływ na to, jak dzieci myślą o seksualności, niż tylko jedna wyznaczona godzina lekcyjna. O podejściu do spraw seksu decydują również zwykłe, codzienne sytuacje. Na przykład, czy miałaby pani odwagę zapytać o podpaskę na głos w jakiejś grupie? Nie? No widzi pani, a tak się kształtuje m.in. pewność siebie dziewczynek, tak się realizuje wychowanie seksualne chłopców – albo utrwalamy tematy tabu, albo wobec naturalnych spraw zachowujemy się naturalnie. I  to już jest wychowanie seksualne.

Szkoły jednak wychowują do „życia w rodzinie”. Żeby dzieci miały dobre wzorce.

Ważniejsze byłoby wychowywanie do relacji. Niezależnie od tego, o jakiej relacji mówimy: długotrwałej, sformalizowanej czy krótkiej albo jednorazowej. Przecież z tak różnorodnymi relacjami mamy do czynienia w realnym życiu, nie tylko z  trwałymi związkami i małżeństwami.

To znaczy, że mamy uczyć dzieci, że mogą co i rusz wchodzić w nowe relacje? A odpowiedzialność, a dbałość o głębsze emocje?

To jest takie przekonanie, że my uczymy, co można, a czego nie. Myślę, że dużo ważniejsze jest, byśmy uczyli dzieci, jak budować długotrwałe i głębokie relacje, i zaufali, że wszyscy ludzie takich relacji potrzebują – choć niekoniecznie tylko takie będą mieć.

Ważne jest więc, żebyśmy w każdej relacji traktowali siebie nawzajem podmiotowo. Niezależnie od tego, czy spotykamy się na pół godziny, czy może na całe życie. Jest przecież wielu takich, którzy umówili się ze sobą na całe życie, a  wcale nie traktują się podmiotowo. Długie związki same w sobie nie są więc gwarancją jakościowo dobrej relacji.

Moje wychowanie seksualne nazwałam „nowym” również dlatego, że bardzo mi zależy na przeniesieniu takiego myślenia także w obszar relacji dorosłych z dziećmi. Dorosłym często wydaje się, że wychowanie dziecka powinno polegać na tłumaczeniu mu i opowiadaniu, co i w jaki sposób ma robić. Albo na zakazach. Tymczasem podmiotowe traktowanie dziecka wskazywałoby raczej, że wychowanie polega po prostu na życiu z tym dzieckiem, towarzyszeniu mu i  wspieraniu w rozwoju.

Dziecko jest istotą seksualną, dotyczy go więc ten obszar człowieczeństwa, w którym występują płeć i potrzeby z nią związane. Ale rozróżniamy przy tym seksualność, jako element natury, i erotyzm, o którym chcemy mówić raczej w odniesieniu do dorosłych.

Rozmowa z Agnieszką Stein ukazała się w „Urodzie Życia” 2/2019
 

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Uzależnienie od pornografii
Adobe Stock

Uzależnienie od pornografii to pandemia naszych czasów

Psycholog Mateusz Gola o uzależnieniu od pornografii: „Uzależnieni traktują seks instrumentalnie, może być im obojętne, czy to jest ta konkretna partnerka czy ktokolwiek inny”.
Krystyna Romanowska
04.01.2019

Uzależnienie od pornografii to coraz częstszy problem, który obserwują psycholodzy i seksuolodzy. I wbrew obiegowym opiniom ofiarami pornograficznego nałogu nie padają wyłącznie mężczyźni – choć oni stanowią przeważającą większość, ale także kobiety i nastolatki obojga płci. Nałogowe oglądanie filmów pornograficznych zaburza relacje w związku i tworzy spaczony obraz seksu (często seks zaczyna być utożsamiany z przemocą seksualną).  Krsytyna Romanowska: Uzależnienie od pornografii, podobnie jak alkoholizm i narkomania, trafiło na listę propozycji chorób WHO. Problem może dotyczyć 3 proc. dorosłych mężczyzn. Psycholog Mateusz Gola: Badania dotyczące popularności pornografii prowadzono na reprezentatywnych próbach tylko w krajach skandynawskich. Statystyki pokazują, że w Danii, Szwecji i Norwegii w grupie wiekowej od 18 do 30 lat przynajmniej raz w tygodniu korzysta z pornografii 70 do 80 proc. mężczyzn. W Polsce dopiero zaczynamy się przyglądać temu zjawisku. Zgodnie z danymi, które mamy, w naszym kraju z porno w necie w każdym miesiącu korzysta około 8,5 mln ludzi. Szacujemy, że dla 3 proc. z tej populacji może być to problematyczne zachowanie. To ponad 250 tys. osób. Czyli np. wszyscy mieszkańcy Gdyni albo Tarnowa i Opola razem wzięci. Z jednej strony mało (bo liczba uzależnionych od alkoholu to około 700 tys. osób), z drugiej – przerażająco dużo. Wśród uzależnionych spotykałem ludzi, którzy mimo że mieli czwórkę lub piątkę dzieci, wciąż znajdowali czas na nałóg. Ci, którzy mają wolne zawody i gospodarują czasem w pracy, oglądają porno poza domem. Inni – wieczorem, kiedy wszyscy śpią. Albo zamykają się w łazience z komórką. Nie są to wielogodzinne ciągi, tylko wypady do toalety kilka albo kilkanaście razy w ciągu dnia na kilkunastominutowe sesje....

Czytaj dalej
Michalina Wisłocka, autorka „Sztuki kochania”
getty images

„Dzięki Wisłockiej szwaczka i pani profesor mówiły o orgazmie”.

O autorce „Sztuki kochania” mówi seksuolog, prof. Maria Beisert.
Sylwia Niemczyk
28.11.2018

„Dobry związek dzisiaj to – w oczach seksuologa – relacja między równoprawnymi i równie dojrzałymi partnerami. A nie – jak chciała Wisłocka – macierzyńskiej kobiety z psotnym chłopcem”. Ile Wisłockiej mamy dziś w naszych domach? Czy książka z lat 60. jest nadal aktualna? Przed laty była sensacją i sprzedała się w 7 milionach egzemplarzy – a jak dzisiaj czytać „Sztukę kochania” Michaliny Wisłockiej? I czy w ogóle warto? Z seksuolożką, profesor Marią Beisert*, rozmawia Aleksandra Pezda.   *Prof. dr hab. Maria Beisert psycholożka i seksuolożka kliniczna, prawniczka i biegła sądowa. Jest wiceprezeską Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego. Kieruje Zakładem Seksuologii Społecznej i Klinicznej oraz Podyplomowymi Studiami „Seksuologia Kliniczna Opiniowanie-Edukacja-Terapia” w Instytucie Psychologii Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu.   Aleksandra Pezda: Zaangażowała się pani w seksuologię w 1977 roku – wtedy, kiedy wyszła „Sztuka kochania” Michaliny Wisłockiej. Kupiła ją pani? Profesor Maria Beisert: Kupiłam. Na bazarze, z kartonu ustawionego gdzieś między marchewką a ziemniakami. I to za jakąś gigantyczną cenę, jeśli dobrze pamiętam. Niestety, pożyczyłam komuś ten egzemplarz i już do mnie nie wrócił. Z kolegami z Akademii Medycznej w Poznaniu bardzo na tę książkę czekaliśmy. Michalina Wisłocka była już znaną postacią, jej artykuły czytaliśmy w tygodnikach.   „Dzięki Wisłockiej praczka, szwaczka i pani profesor mówiły o orgazmie” – powiedział seksuolog, prof. Zbigniew Izdebski. Jakie były jej największe zasługi? Wisłocka jako pierwsza w naszym kraju zaczęła mówić o tym, o czym dotąd mówiło się tylko po cichu w sypialniach: że seks nie jest wyłącznie dla reprodukcji,...

Czytaj dalej
seks w związku
Adobe Stock

„Seks sam się nie ułoży” – dr Alicja Długołęcka mówi, jak zawalczyć o intymność 

„Kobiety, wchodząc w związek, podświadomie oddają się w ręce drugiej osoby. Oczekują, że to mężczyzna sprawi, że seks będzie super. A potem mają żal, bo coś je w życiu omija" – mówi seksuolożka dr Alicja Długołęcka.
Joanna Mielewczyk
07.07.2020

Kobiety wchodząc w związek czasem czują się tak, jakby były zwolnione z odpowiedzialności za własne życie. Dotyczy to również seksu, uważa seksuolożka dr Alicja Długołęcka. Za bardzo zdajemy się na partnerów. Za bardzo to oni wpływają na to, czy seks stanie się ważnym obszarem w naszym życiu. J oanna Mielewczyk: Przyzwyczajenie, rutyna, zmęczenie, brak uważności – pani doktor, czy dobrze szukam winnych powolnego odpuszczania i w końcu rezygnacji z seksu w związkach? Dr Alicja Długołęcka: Seks, jak i inne dziedziny życia, porównałabym do dobrych książek. Można je czytać we wczesnej młodości, ale niewiele się z nich rozumie. Podobnie jest z seksem. Wymieniła pani różne powody, a ja myślę, że pierwszym, podstawowym jest to, że wchodzimy w życie seksualne z jakimś o nim wyobrażeniem – z filmów, mediów, literatury, trochę z potocznej wiedzy opartej na stereotypach. Natomiast brakuje nam edukacji seksualnej, szczególnie skoncentrowanej na pozytywnych aspektach seksualności, związanych z jednej strony ze zmysłową radością, z drugiej z odpowiedzialnością. To wszystko sprawia, że podchodzimy do seksu życzeniowo. Zaczynamy eksperymentować i okazuje się, że jest jakoś tak inaczej. A tak w ogóle to rozmawiamy o kobietach czy o mężczyznach? O związkach. Ale skoro rozmawiają dwie kobiety, przyjmijmy kobiecą perspektywę. Rzeczywiście tak jest, że kobiety młode i te we wczesnym średnim wieku, kiedy pojawiają się dzieci, często zgłaszają niższy niż mężczyźni poziom potrzeb seksualnych. A to dlatego, że częściej są niezrealizowane seksualnie. Są aktywne, ale nie są spełnione. Nic więc dziwnego, że ich motywacja jest niska. Kiedy ideał zderza się z rzeczywistością, to rozbieżność jest tak podejrzanie duża, że traci się ochotę na seks. U kobiet rozbieżność jest większa...

Czytaj dalej
Kobieta i manekin
magnum photo/photo power

Polka u seksuologa: czy jesteśmy tak wyzwolone, jak nam się wydaje?

Seks to dla Polek „rzecz do odhaczenia” – często jesteśmy zbyt zmęczone, aby cieszyć się bliskością i kontaktem cielesnym. Dają znać o sobie też nasze kompleksy i pruderyjność… większa niż u naszych babek!
Aleksandra Pezda
30.01.2020

Czy ja jestem nienormalna?” – tak zaczynamy zwykle rozmowę u seksuologa, niezależnie od tego, jaki mamy problem. O nowej seksualności kobiet i wstydzie, który wciąż nas pęta, z Martą Szarejko, autorką książki „Seksuolożki”, rozmawia Aleksandra Pezda. Aleksandra Pezda: Po książce „Seksuolożki” spodziewałam się raczej wyznań, jak ciężko kobietom uprawiać ten zawód, chociaż minęły lata od przełomu Michaliny Wisłockiej. A tu mamy rozmowy o seksie i seksualności. Marta Szarejko: Opowiadam historie seksuolożek, tylko schowałam je między wierszami. Najstarsza z moich rozmówczyń to prof. Maria Beisert, ma ponad 70 lat i mówi o sobie, że jest stara. Jednocześnie kipi energią, mądrością i ma naprawdę wiele do zaoferowania nauce i światu. Opowiedziała mi o trudnych początkach – kiedy ponad 40 lat temu zaczynała pracę, była w grupie kilku kobiet zainteresowanych seksuologią. Sama – prawniczka, pozostałe – psycholożki. Nie było w Polsce takiego kierunku studiów, jeździła więc na kursy do Czech. Jako pierwsze materiały edukacyjne musiały jej służyć zdobywane za granicą kolorowe pisma pornograficzne – to na nich pokazywała klientom pozycje seksualne i uczyła budowy części intymnych. Oprócz prof. Beisert jest kilka seksuolożek lekarek w podobnym wieku, następnie długa pokoleniowa luka. Wysyp – jeśli w ogóle mogę tak nazwać grupę kobiet uprawiających ten zawód w 40-milionowym kraju – mamy dopiero w ostatnich latach.  To dowód na co?  Na to, że sprawy dotyczące zdrowia seksualnego są u nas traktowane niepoważnie, a w odniesieniu do kobiet jest jeszcze gorzej. To pokłosie dominującego jeszcze do niedawna podejścia rodem z patriarchalnej kultury, że sprawy seksu należy zostawić mężczyznom. Co zresztą było powodem, dla...

Czytaj dalej