Wilderness therapy: kontakt z naturą to ratunek dla naszych emocji!
Unsplash

Wilderness therapy: kontakt z naturą to ratunek dla naszych emocji!

Leśna głusza leczy naszą duszę – mówi psychoterapeutka, Jo Roberts. Co to jest wilderness therapy i dlaczego kontakt z naturą to dzisiaj najlepsza rzecz, jaką możemy zrobić same dla siebie.
Anna Maziuk
05.04.2019

Czasem wystarczy spojrzeć na rzekę i dostrzec w niej metaforę życia: pokręconego i zmiennego, żeby trochę lepiej zrozumieć jego sens”. O wartościach przebywania na łonie dzikiej natury i leczeniu duszy poprzez głuszę i las – mówi antropolożka i psychoterapeutka, specjalistka wilderness therapy Jo Roberts w rozmowie z Anną Maziuk. 

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Zatracic się w naturze

Anna Maziuk, „Uroda Życia” Na czym opiera się metoda pracy wilderness therapy, czyli terapii poprzez dziką przyrodę?

Jo Roberts: Od zarania dziejów jesteśmy częścią natury, ona dawała nam schronienie, jedzenie, ale jednocześnie stawiała wyzwania. W naszej WT [wilderness therapy – red.] właśnie o to wyzwanie chodzi. Kiedy jesteśmy wśród dzikiej przyrody, wychodzimy poza naszą strefę komfortu. Musimy się dostosować do warunków pogodowych i klimatycznych, wymyślić, w jaki sposób odtworzyć nasze jaskinie. Takie doświadczenia sprawiają, że uczestnicy tych wypraw, już po powrocie do domu, są bardziej pewni siebie i lepiej radzą sobie z  nieprzewidywalnymi zdarzeniami.

Ale dobrze jest też po prostu poprzebywać w ciszy, przemyśleć pewne sprawy w spokoju, bez elektroniki, telefonów, zbędnego hałasu. Patrzenie na kołyszące się na wietrze gałęzie, wschód słońca czy panoramę gór to zupełnie inne doświadczenie niż wpatrywanie się w  ekran komputera. W zderzeniu z takim pięknem uczymy się pokory, dociera też do nas, że jesteśmy tylko jednym z milionów innych gatunków. To kojąca świadomość, gdyż zwykle myślimy o sobie jako o gatunku wyjątkowym, będącym na mecie ścieżki ewolucyjnej, a to bardzo samotne miejsce.

Na Szetlandach pacjentom cierpiącym na choroby przewlekłe lekarze oficjalnie przepisują „naturę”: długie spacery, podglądanie ptaków, zbieranie kwiatów.

Bo przebywanie wśród natury daje nam tysiąc jeden korzyści! Zapachy wydzielane przez drzewa relaksują. Pośród zieleni uspokajamy się, przestajemy zachowywać się defensywnie. Rozległa przestrzeń pomaga wyzbyć się potrzeby ciągłego kontrolowania. Trudniej jest nam się schować za statusem społecznym, który tu nie obowiązuje, stajemy się więc bardziej autentyczni. Zauważyłam też, że na łonie natury ludzie są dla siebie znacznie milsi.

Wilderness therapy
Unsplash

Na ile istotny jest stopień dzikości miejsca, do którego wyrusza się na taką wyprawę?

Dla mnie podstawowym wyznacznikiem dzikości miejsca jest jego bezludność. Lubię, żeby nie było żadnych dróg, dużej ludzkiej infrastruktury, siedlisk. Niedawno byłam z młodymi ludźmi na  obozie w Szkocji, tamtejsze krajobrazy nie są bardzo urozmaicone, bo przez lata były wykorzystywane pod uprawę pól i hodowlę owiec. Ale kiedy stoi się na którymś z tamtejszych wzgórz, nie widać nic poza przyrodą. Jeśli komuś coś się stanie, pomoc nie dotrze do nas łatwo i szybko.

Doświadczyliśmy tego podczas któregoś obozu, kiedy u jednego z chłopców odnowił się poważny uraz kręgosłupa sprzed lat. Dotarcie do nas GOPR-u zajęłoby za dużo czasu, mieliśmy więc do wyboru wezwanie helikoptera medycznego albo przeniesienie chłopca na noszach. Wybraliśmy nosze. Dla grupy była to bardzo cenna lekcja, większość z nich po raz pierwszy poczuła, że na wszystko w życiu trzeba zapracować. Że pomoc nie zjawia się pięć minut po tym, jak się po nią zadzwoniło. Takie doświadczenie sprawia, że zaczynamy bardziej polegać na sobie samych i  innych ludziach.

Jak takie wyprawy WT wyglądają w praktyce? Kto bierze w nich udział?

Zwykle są to bardzo młodzi ludzie, z  różnych środowisk, szczególnie tych z rodzinnymi problemami. Ale zdarza się, że wyjeżdżamy również z grupami dorosłych. Za dnia maszerujemy, śpimy w namiotach, czasem zatrzymujemy się na noc w górskiej chatce. Jeśli ruszamy zimą, to w pierwszej kolejności musimy zaspokoić podstawowe potrzeby uczestników. Bo gdy poczują się zbyt zmarznięci, głodni i skupieni na swoim dyskomforcie, nie będą w stanie słuchać siebie samych i wykonać jakiejkolwiek konstruktywnej pracy ze sobą czy z innymi. Ale też całe jedzenie, nasze śpiwory i karimaty musimy wnieść na własnych plecach do tej chatki.

Jakie znaczenie ma aspekt podróżowania, przemieszczania się?

To jest zarówno podróż fizyczna, jak i  duchowa, do własnego wnętrza. Mamy uczyć się, jak radzić sobie z tym, co przynosi życie. Wędrówka daje także poczucie dokonania czegoś ważnego. Spora część wilderness therapy opiera się więc na tym, żeby ludzie zrozumieli, że mogą zrobić rzeczy, których wcześniej sobie nie wyobrażali. Często zadajemy uczestnikom pytania ewaluacyjne o to, co osiągnęli, czego się o  sobie nauczyli? Co za sobą zostawili, co przestało im być potrzebne? Co było dla nich ważne i takie pozostało? Każdego dnia maszerujemy, rozbijamy obóz, potem go składamy. Następnego dnia zaczynamy od nowa. Nic nie jest statyczne, wszystko ma potencjał zmiany, ruchu. Są dni, gdy jesteśmy zmęczeni, bolą nas nogi, musimy nauczyć się sobie z tym radzić.

A nie doświadczymy tego wszystkiego bez wyruszenia w dzicz?

Jest wiele rzeczy, które w normalnym życiu robimy codziennie: ścielimy łóżka, pracujemy przy komputerze, piszemy artykuły, uczymy dzieci – mamy dużo różnych umiejętności. Czemu więc wszystko to niekoniecznie sprawia, że czujemy się silni i pewni siebie? Sama się zastanawiam, co takiego jest w podróży w dziką przyrodę, że nas zmienia. Myślę, że chodzi o zrozumienie, co jest dla nas ważne, a co nie aż tak bardzo. Dociera to do nas poprzez osobiste doświadczenie, a nie dlatego, że ktoś nam coś powie czy czegoś nas nauczy. Kiedy radzimy sobie z odnalezieniem drogi czy rozbiciem obozowiska, czujemy się kompetentni i sprawni, bo jesteśmy w  stanie sami o siebie zadbać, nawet w najbardziej ekstremalnych warunkach. Współcześnie młodzi ludzie rzadko doznają takiego poczucia siły, celu i wiary w siebie. Mogą to poczucie „pożyczyć” w czasie wyprawy i używać także później, w codziennym życiu.

Wilderness therapy
Unsplash

Dzisiaj raczej rzadko pozwalamy naszym dzieciom poczuć odpowiedzialność za cokolwiek i zrozumieć konsekwencje swoich działań.

Tymczasem podczas wyprawy przekonujemy się, że jeśli nie weźmiemy odpowiedzialności za swoje zachowania, niemal od razu pojawiają się konsekwencje, przed którymi nie da się uciec. Wilderness therapy to w  dużej mierze praca z konsekwencjami i wyborem. Kiedy widzisz, że nadchodzi ulewa, a jednak nie rozłożysz sobie namiotu, to przemokniesz. Nasze dzieci potrzebują trudności, żeby móc się na nich uczyć, rozwijać i wzmacniać. Często obserwuję rodziców, którzy zabraniają swoim dzieciom wspinania się czy biegania, bo może im się coś stać. Indianie Ameryki Północnej twierdzą, że dzieci, żeby dorosnąć, muszą się nauczyć życia, a więc też ryzykować i doznawać porażek. Matki spokojnie obserwowały swoje maleńkie dzieci próbujące np. samodzielnie otworzyć drzwi, nie wyręczając ich w tym. W ten sposób dzieci nabierały niezbędnych życiowych umiejętności. Oczywiście, w zachodniej kulturze także istnieją inne modele rodzicielstwa. Syn mojej znajomej miał w planach wyjechać do Australii, ale zapomniał opłacić ubezpieczenie samochodu i dostał wysoką grzywnę. Od matki usłyszał: „Pech, nie pojedziesz do Australii. Powinieneś czytać listy od firmy ubezpieczeniowej”. Ja na pewno pomyślałabym, że przecież tak miło jest podróżować i pożyczyłabym mu pieniądze. Ona jest mądrzejszym rodzicem, jej syn nigdy więcej nie zignoruje listu z  ubezpieczalni. Tymczasem moje dziecko pomyśli raczej: „Nie ma znaczenia, co zrobię, mama i tak zawsze wyciągnie mnie z tarapatów”. Pomagamy naszym dzieciom, myśląc, że robimy dobrze, tymczasem często jest wręcz odwrotnie.

To chyba ma związek z niechęcią do poczucia dyskomfortu, który jest kolejnym elementem WT.

Jeden chłopiec, z którym pracuję, ma problem z agresją. A tak naprawdę z bólem, który ma w sobie i który domaga się ujścia przez użycie innego mechanizmu – agresji. Dopóki tego nie przepracuje, nie doświadczy związanego z  tym dyskomfortu, nie poradzi sobie ze złymi emocjami. W dzikiej przyrodzie dyskomfort jest częścią codzienności, doświadczamy go regularnie. Uczymy się, jak go zaakceptować. Nie chodzi o to, aby non stop czuć się źle, ale z drugiej strony dopiero w poczuciu niewygody możemy przejąć kontrolę nad dyskomfortem. Większość naszych emocjonalnych załamań wynika z odłączenia i zaburzenia tego uczucia.

Brzmi trochę tak, jakby tydzień w lesie miał odmienić nasze życie.

Podczas wędrówki próbujemy stworzyć dobrze funkcjonującą grupę, której członkowie czują się docenieni, zrozumiani i nieoceniani. Chodzi o  pokazanie, jak mogą wyglądać relacje międzyludzkie. Dlatego pracujemy nad stworzeniem bezpiecznej przestrzeni do wyrażania emocji, do płaczu, kiedy jesteśmy smutni. Kiedy jesteśmy wkurzeni, możemy wstać i powiedzieć, że potrzebujemy pobyć chwilę sami. Grupa jest po to, żeby nas w tym wesprzeć. Natomiast tym, czego grupa nie może wspierać, są zachowania w stylu: „Jestem zła, więc cię uderzę” albo „Jestem smutna, ale nikomu o tym nie powiem, zamiast tego się potnę”. Wiele z tych dzieciaków na co dzień żyje z ciągłym szumem telewizora w tle, krzykami i  kłótniami rodziców, napięciem, przemocą, alkoholem i narkotykami.

Poczucie przez chwilę innych doznań może coś trwale w nich zmienić?

Często mówię im: „Nikt nie może ci tego zabrać. To doświadczenie należy do ciebie. Może więc pewnego dnia, kiedy będziesz chciał/a założyć własny dom, sprawisz, żeby wyglądał inaczej niż twój rodzinny dom?”. Chodzi o dostrzeżenie, że mają szansę tak pokierować swoim życiem, żeby ono się udało. Czasem będzie ciężko. Bo tak, jak podczas wyprawy – może nam się wydawać, że  jesteśmy na wszystko przygotowani, ale przychodzi wiatr i porywa namioty. Mokniemy, rozlewa nam się woda, kiedy niesiemy ją znad rzeki. A przecież musimy się podnieść, zmienić ubrania, zejść ponownie do rzeki, nabrać więcej wody, zacząć od nowa. To jest możliwe, tylko my coraz bardziej tracimy umiejętność wytrwałego dążenia do celu. Ludzie szybko się poddają, szczególnie jeśli ich działanie wiąże się z bólem. Ból cielesny zwykle jest sygnałem, żeby się zatrzymać, bo coś nie działa, jak należy. Podobnie z bólem psychicznym. Mnie natomiast interesuje, jak przejść przez cierpienie tak, żeby się podnieść i z  niego skorzystać.

Problem w tym, że ci młodzi ludzie wracają potem do tych samych, toksycznych domów.

Dlatego nie jestem zwolenniczką trwających zbyt długo programów WT. Jeśli zabieramy młodych ludzi na wyprawy na całe miesiące, nie uczy ich to, jak sobie radzić w zwykłym otoczeniu. Wilderness therapy postrzegam raczej jako wyrwę w codziennych wzorcach postępowania, która daje szansę zobaczenia różnych rzeczy inaczej, doświadczenia siebie i innych w zupełnie nowy sposób. Ale wszystko, co dzieje się w trakcie wyprawy w dziką głuszę, powinno być przygotowaniem do życia w zewnętrznym świecie. Tematowi powrotu do domu poświęcamy zresztą dużo uwagi podczas samej wyprawy, a do tego dzień po powrocie do domu dzwonimy do uczestników, organizujemy spotkania. Przygotowujemy rodziców, tłumaczymy im, żeby byli dla dzieci delikatni, żeby próbowali ich naprawdę słuchać. Każda z osób spotyka się też później co tydzień z przydzielonym mentorem.

Wilderness therapy
Unsplash

Na czym polega to przygotowanie do powrotu jeszcze podczas wyprawy?

Tworzymy mapy relacji. Szukamy wspólnie osób w naszym codziennym życiu, które kochają nas za to, jacy jesteśmy, z którymi możemy szczerze porozmawiać. Chodzi o to, aby uczestnicy pomyśleli, kto może ich wesprzeć w zmianach, przez które przechodzą. Kto będzie w nich wierzył, a przed kim powinni się mieć na baczności. Wielu z nich wróci więc do tych samych dysfunkcyjnych domów, ale oni sami będą już nieco mniej dysfunkcyjni. Od początku wyjaśniamy im, że są rzeczy, których nie przeskoczą, nie mogą zmienić innych. Mają za to moc i zdolność, żeby inaczej myśleć, także o sobie, i inaczej się zachowywać. To wymaga praktyki i  dyscypliny, ale jest możliwe.

Pracujecie przy użyciu różnych przyrodniczych metafor i rytuałów. Myślisz, że one są zrozumiałe, trafiają do młodych?

Młodzi ludzie muszą poruszać się bez kompasu, nie mają pojęcia, czego się spodziewać po kolejnym etapie życia, jakim jest przejście z dzieciństwa w  dojrzałość. Są pogubieni. We wspólnotach świętuje się zwykle dorastanie. Dlatego podczas wypraw korzystamy z rytuałów, używamy różnych symboli przyrodniczych, żeby zdefiniować zmianę. Jedna strona rzeki może np.  symbolizować przeszłość razem ze wszystkimi problemami, trudnościami i destrukcyjnymi zachowaniami. Zdejmujemy buty i ruszamy w kierunku przyszłości, czyli drugiego brzegu. Zastanawiamy się, jak chcemy, żeby ona wyglądała? Co możemy zrobić, żeby lepiej nam służyła? Wrzucenie do wody kamienia symbolizującego nasz ból, może być nowym początkiem. Podobnie jak ponowne przejście przez rzekę w tym samym albo w innym miejscu, ale ze świadomością, co zabieramy ze sobą z  powrotem do rzeczywistości. Czasem naprawdę wystarczy spojrzeć na rzekę i dostrzec w niej metaforę życia – pokręconego i zmiennego – żeby trochę lepiej zrozumieć jego sens.

Jo Roberts – urodzona w RPA, absolwentka antropologii na Uniwersytecie Stellenbosch. Ukończyła kursy psychoterapeutyczne i kurs technik NLP. W 1985 roku przeprowadziła się do Wielkiej Brytanii. Od 2004 r. kieruje Wilderness Foundation, która zajmuje się organizowaniem terapeutycznych obozów dla młodzieży na łonie dzikiej przyrody. Szkoliła polskich terapeutów pod kątem pracy terapeutycznej WT. Więcej na: www.wildernesstherapy.pl.

Rozmowa z Jo Roberts ukazała się w „Urodzie Życia” 3/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
magda tomasz
Fot. Magda Hueckel

Nocne czuwanie: Magda Hueckel i Tomasz Śliwiński o życiu z synkiem chorym na klątwę Ondyny

Historię Magdy Hueckel, Tomasza Śliwińskiego i ich synka chorującego na klątwę Ondyny poznały przed laty miliony ludzi. Teraz Leo ma dziewięć lat. I uczy się brać z życia to, co najlepsze.
Anna Zaleska
09.11.2020

Film w reżyserii Tomasza Śliwińskiego „Nasza klątwa” był w 2015 roku nominowany do Oscara, zdobył też kilkadziesiąt nagród na całym świecie. Młodzi rodzice w bardzo osobisty sposób opowiadali w nim o życiu z dzieckiem, które każdej nocy może umrzeć. Zespół centralnej hipowentylacji, zwany klątwą Ondyny, polega na tym, że w czasie snu chory przestaje oddychać, dlatego gdy zasypia, musi być natychmiast podłączany do respiratora. Lekarze mówili, że Leo nie ma szans na normalne życie. Anna Zaleska: W pierwszym roku usłyszeli państwo wiele słów, które brzmiały jak wyrok: że Leo nigdy nie będzie sprawny ani fizycznie, ani intelektualnie, że nie będzie mówił, że nie dojdzie dalej niż na balkon… Magda Hueckel: Dziś wspominam te słowa, bo w czasie kwarantanny wszyscy wychodzimy najdalej na balkon. (śmiech) Ale jeden z lekarzy powiedział dosłownie: „Padł na państwa wyrok”. To zdanie jest karygodne! Lekarze nie powinni używać takich słów. Nie jestem zwolenniczką kolorowania rzeczywistości, ale najtrudniejsza prawda powiedziana delikatnie i z wyczuciem jest łatwiejsza do przyswojenia. Usłyszeliśmy też: „Jedno z państwa, najprawdopodobniej mama, będzie musiało zrezygnować z życia towarzyskiego”. Mnie to strasznie ubodło i zbulwersowało. Jakim prawem ktoś decyduje za mnie, jak będzie wyglądało moje życie i kto z nas będzie musiał coś poświęcić? „Nasza klątwa” kończyła się chwytającymi za serce, wzruszającymi zdjęciami radosnego, szczęśliwego dziecka i jego szczęśliwych, zakochanych w sobie rodziców… Tomasz Śliwiński: To była nasza projekcja na przyszłość, wizja tego, jak byśmy chcieli, by nasze życie z Leosiem wyglądało. Magda: Pamiętam taki moment – dla mnie niesamowity – gdy uwierzyłam, że będzie okej:...

Czytaj dalej
kobieta patrzy przez okno
Adobe Stock

Z powodu koronawirusa wszyscy przeżywamy żałobę

COVID-19 zabiera poczucie bezpieczeństwa, wolność, pieniądze. Jak się mierzyć ze stratą podczas pandemii, radzi psychoterapeutka Sylwia Kieszkowska.
Aleksandra Nowakowska
15.04.2020

Życie nie toczy się tak, jak powinno, ale jest takie, jakie jest. Sposób, w jaki sobie z tym radzisz, stanowi całą różnicę – mówiła amerykańska psychoterapeutka Virginia Satir. Jak mamy reagować na spustoszenie, jakie w naszym życiu czyni koronawirus?   Blisko żałoby Aleksandra Nowakowska: Jest z nami dopiero od półtora miesiąca, ale wiele już nam zabrał. Przez koronawirusa straciliśmy biura, plany na wakacje, swobodę robienia zakupów, pieniądze, wyjścia z dziećmi na place zabaw. Długo by można wymieniać. Pandemia wyzwala w nas trudne emocje związane ze stratą.  W każdym z nas kłębi się mnóstwo różnych emocji. Mamy lepsze i gorsze momenty, chwile nadziei i bezradności. Strach przed konsekwencjami ekonomicznymi pandemii czy brak kontaktu z bliskimi to w tym momencie nasze przeżycia kolektywne. Wszystkich nas dotknęła utrata normalności, rutyny. Odczuwamy smutek, który jest odpowiedzią na stratę. Czeka nas przeżywanie żałoby, będącej procesem adaptowania się do tej straty. Ostatnio, odnosząc się do pandemii, mówi się o zjawisku antycypowanej, czyli przewidywanej żałoby. Czujemy, że świat się zmienia, wiemy, że obecny stan jest przejściowy, ale nie wiemy, kiedy się skończy i co będzie dalej. Przeczuwamy duże zmiany i ta niewiadoma rodzi w nas lęk, który dotyczy dopiero tego, co nadejdzie. Można go porównać nawet z lękiem przed śmiercią. To strach podobny do tego, który czujemy, kiedy u kogoś z naszych bliskich zostaje zdiagnozowana poważna choroba i boimy się, że ten ktoś umrze. Wtedy antycypujemy żałobę. Wirus zmienił naszą rzeczywistość, działając jak niewidzialna siła. Nasze poczucie bezpieczeństwa jest zagrożone, bo wiele już straciliśmy i spodziewamy się, że stracimy więcej.   Możemy się w jakiś...

Czytaj dalej
agresja w szkole
getty images,

Polska szkoła bardziej przypomina „13 powodów” a nie „Sex Education”

Przemoc, agresja, molestowanie. Dzieci nikomu o tym nie mówią.
Krystyna Romanowska
04.01.2019

Ile razy można nazwać dziewczynkę dziwką, żeby w końcu coś w niej pękło i by powiedziała: „stop”? „Niestety z moich obserwacji wynika, że współczesne nastolatki w ogóle nie powiedzą »stop«, bo agresja i wulgaryzmy to norma wśród dzisiejszej młodzieży” – mówi socjolog i pedagog dr Iwona Chmura-Rutkowska. Czytaj wywiad.    Krystyna Romanowska: Rozmawiała pani z 400 uczniami gimnazjów w dużych miastach i na prowincji. Dr Iwona Chmura-Rutkowska: To było bardzo trudne doświadczenie – wylałam wiadro łez. Sama jestem matką dwóch synów. Za moment ten starszy będzie w wieku dzieciaków, z którymi rozmawiałam. Wyobrażam sobie, co go czeka...   Aż boję się zapytać... 60 proc. dziewczyn i 50 proc. chłopaków każdego dnia słyszy bardzo wulgarne określenia albo używa ich wobec innych. Rodzice i nauczyciele powinni przejrzeć te tabelki z setkami straszliwych wyrazów: dziwka, cipa, towar, fiut, lesba, pedał, dupa, świnia. Codzienne doświadczenie gimnazjalistów to określenia: "biegasz jak ciota", "rzucasz jak pizda", "zachowujesz się jak głupia blondynka". To nie wszystko: 40 proc. dziewczyn i 30 proc. chłopaków doświadcza przemocy seksualnej! Najczęściej są to niepożądane dotknięcia, uściski, łaskotanie, klepanie, szczypanie, napieranie, ocieranie, blokowanie możliwości poruszania się.   Molestowanie? Molestowaniem seksualnym określamy tylko to, co się dzieje w pracy, wśród dorosłych. De facto nie mamy określenia na to, co robią sobie nawzajem młodzi ludzie w sferze naruszającej granice intymności. Ale dla mnie ważne i przerażające jest także to, co myślą o takich zachowaniach młodzi.   Co myślą? Dziewczyny uważają, że to nie jest przemoc....

Czytaj dalej
relacje w związku
iStock

Seks po polsku: nie mamy czasu, ochoty ani pomysłu. Czemu nie chce nam się kochać?

„Mężczyźni nieraz opowiadają na sesjach terapeutycznych, że prosząc o seks, czują się jak pies, który siedzi pod stołem i czeka, aż pan mu rzuci kość” – mówi psychoterapeutka, seksuolożka dr Agata Loewe.
Sylwia Niemczyk
30.11.2020

Kiedyś Maria Peszek śpiewała: „Nie mam czasu na seks” i zdaniem seksuologów, to samo mogłaby zaśpiewać prawie każda inna Polka. Dopadła nas epidemia braku pożądania. Seks w stałych związkach praktycznie po kilku latach przestaje istnieć. Wystarczy, że jedno z partnerów przestanie odczuwać chęć – brak pożądania w związku może być zaraźliwy, jak mówi dr Agata Loewe, seksuolożka i psycholożka. Brak pożądania może być zaraźliwy Sylwia Niemczyk: Na dziesięć moich koleżanek trzy regularnie i chętnie uprawiają seks. Reszta nie ma ochoty.  Agata Loewe: Wszystkie moje obserwacje mówią to samo: mamy epidemię braku pożądania, coraz mniej chce się nam kochać, coraz częściej przychodzą do mnie na terapię pary, które nawet już nie pamiętają, kiedy był ten ich ostatni raz. Ale jednocześnie chcą być razem, bo się kochają, są do siebie przywiązani albo np. łączą ich dzieci. Często to ludzie, którzy są ze sobą bardzo długo, od wczesnej młodości. Pamiętają, jak na początku było wspaniale, ale potem w zupełnie inny sposób dojrzewali, inaczej kształtowała się ich seksualność. Po latach okazało się, że jedno z nich po prostu nie nadążyło za tym drugim. Bywa, że ciało kobiety z wiekiem staje się bardziej responsywne, rozwija się jej samoświadomość, a partner zostaje w tyle.  Bywa, że to nie on, ale ona zostaje daleko z tyłu.  Oczywiście, np. gdy w związku rodzi się dziecko – pamiętajmy, że zupełnie inną cenę za to płaci kobieta, a inną mężczyzna. Typowa sytuacja: kobieta zostaje matką, jej ciało jest w szoku, hormony szaleją i pożądanie spada do zera. Mija kilka miesięcy, rok, ona wciąż powtarza argument: „Karmię”, „Padam na twarz” albo: „Boli mnie”. Partner przez jakiś czas podejmuje różne działania, żeby...

Czytaj dalej