Wewnętrzne dziecko, krytyk, matka – kto kieruje twoimi myślami? 
Adobe Stock

Wewnętrzne dziecko, krytyk, matka – kto kieruje twoimi myślami? 

„Zrób robocze założenie, że istnieją też inne części twojej osobowości niż te, które na co dzień dopuszczasz do głosu. I że jeśli im również pozwolisz się ujawnić, to twoje życie będzie pełniejsze” – mówi dr Joanna Heidtman, psycholog i coach.
Sylwia Niemczyk
13.06.2020

Wewnętrzny krytyk, czyli ta część twojej osobowości, która napomina i stawia do pionu, jest nam niezbędny do rozwoju. Warto dopuszczać go do głosu – byle nie za często i nie na długo. Tak samo warto słuchać swoich innych wewnętrznych głosów: egoisty, sędziego, dziecka – dzięki tworzonej przez nich orkiestrze, nasze życie będzie pełniejsze.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Wewnętrzne dziecko, krytyk, matka...

Sylwia Niemczyk: Ile wiemy o sobie? Wydawałoby się, że w pewnym wieku powinnyśmy już znać się na wylot, a np. idziemy na warsztaty z rozwoju samoświadomości i okazuje się, że co krok to niespodzianka. 

Joanna Heidtman: Jedną z przyczyn naszego braku samoświadomości jest to, że często przez całe dzieciństwo, dorastanie, a bywa, że i potem w dorosłym życiu, myśląc o sobie, kierujemy się tylko opiniami innych. Słyszymy: „Jesteś nieśmiała” i zaczynamy w to wierzyć, a co więcej, właśnie tak się zachowywać. 

Ale nasz podstawowy błąd w myśleniu polega na czymś innym. Błędne jest przede wszystkim przekonanie, że w ogóle jesteśmy „jakieś” – stałe i niezmienne.

Lubimy myśleć o sobie jak o monolicie: „Ja to jestem taka…”.

Myślenie „monolityczne” dominuje w całej naszej kulturze, więc w taki sam sposób budujemy też narrację o sobie. Szukamy sztywnych określeń: „Jestem za poważna na takie zabawy…” albo: „Ja to lubię pomagać innym…”, albo: „Z natury jestem cicha, nie lubię się rzucać w oczy…”. Brzmi to bardzo stanowczo, tyle że te narracje najczęściej są pozbawione głębszej refleksji. Ludzie, którzy tak mówią o sobie, zazwyczaj wcale nie znają się aż tak dobrze, jak myślą. Jeśli trochę pogrzebiemy w ich przeszłości, to okaże się, że w wielu sytuacjach wcale nie byli aż tak cisi i ustępliwi, albo to pomaganie innym, którym dziś się chlubią, wcale nie zawsze dawało im satysfakcję, tylko np. wynikało z poczucia obowiązku czy presji otoczenia. Żeby uniknąć takich uproszczeń, trzeba się uważnie przyjrzeć sobie. Zobaczyć, że raz jesteśmy tacy, a raz inni. Jak pisze prof. Carol Dweck, badaczka z Uniwersytetu Stanforda, nasze cechy, talenty i nasza inteligencja cały czas mogą się rozwijać w różnych kierunkach. Zmiany w nas samych są możliwe, w dużej mierze to kwestia woli, koncentracji, powtórzeń, ćwiczeń. Uwierzmy w to, bo takie myślenie o sobie, że jesteśmy zmienni, daje nam wolność. Dzięki niemu nie musimy ciągle tkwić w szufladce, do której same się włożyłyśmy albo zrobił to ktoś za nas. 

A co będzie, jeśli jednak tej własnej zmienności nie zauważymy?

Najpewniej i tak da nam ona o sobie znać. Bardzo często w okolicach czterdziestki czy pięćdziesiątki ludzie zaczynają odczuwać, że to, co myśleli dotąd o sobie, nie jest jednak do końca prawdą albo przynajmniej nie jest całą prawdą. Wcześniejsze przyzwyczajenia zaczynają nas uwierać, nie czujemy już satysfakcji z tego, jakimi byliśmy do tej pory. Pojawiają się nowe zachowania, przeciwstawne potrzeby życiowe. Znajomi zaczynają się dziwić: „Ależ ona się zmieniła!” albo: „Co się z nią dzieje?”. 

Jeden głos w głowie mówi mi jedno, drugi – coś przeciwnego. Zaczynamy się zastanawiać, czego tak naprawdę chcemy i kim tak naprawdę jesteśmy. Znów wracamy do tego braku samoświadomości.

Nieraz na sesjach coachingowych słyszę od kobiet: „Kocham moje dziecko, ale jednocześnie bardzo mnie męczy” albo: „Lubię swoją pracę, ale strasznie się nią stresuję”, albo odwrotnie: „Nie cierpię mojej pracy, ale nie wyobrażam sobie innej”. Opowiadają, że są niepoukładane, niespójne, nie wiedzą, czego chcą od życia, a przecież takie różne, nieraz przeciwstawne potrzeby w głowie to po prostu różne aspekty nas samych. Tak jak mówiłyśmy, nie jesteśmy z jednego kawałka marmuru. 

Ta wewnętrzna niespójność to coś normalnego. Dużo gorzej będzie, jeśli jakaś część naszej osobowości stanie się na tyle dominująca, że kompletnie zagłuszy wszystkie inne – a tak też bywa. Na przykład często taką dominującą częścią u kobiet jest „wybawca” albo „ratownik”, który poświęca się dla innych, nic nie robi dla siebie. Oczywiście to jest bardzo fajna, pozytywna rzecz, dobrze jest mieć w sobie takiego wybawcę, ale jeśli on zagłuszy wszystkie inne postaci, którymi przecież też jesteśmy – w tym naszego zdrowego egoistę – to trudno będzie czuć satysfakcję i przyjemność z życia.

Wybawianie i ratowanie innych też daje przyjemność. 

Pewnie, że daje, ale pod warunkiem, że czasem jednak wychodzimy z tej roli wybawcy. A wiele kobiet nie wychodzi nawet na chwilę. Jadą na wakacje i zamiast cieszyć się plażą, całe dnie opiekują się resztą wycieczki, podają śniadanie, organizują plan dnia. Nie odpoczywają, nie odprężają się. Nie pozwolą sobie pomóc, a co więcej, zrobią wszystko, żeby nie mieć w swoim otoczeniu takich osób, które mogłyby im coś dać od siebie. Jest mnóstwo takich kobiet, które nie umieją i nie chcą przyjmować wsparcia, tylko całe życie będą się poświęcać dla innych. Czemu tak się umartwiamy na własne życzenie? 

Wszystkie te części naszej osobowości – wybawca, sędzia, egoista i inne – chcą dla nas dobrze. Być może głos wybawcy stał się dla nas dominujący, bo w dzieciństwie obserwowałyśmy, że ukochana babcia zyskiwała szacunek, podziw czy miłość właśnie poprzez poświęcanie się dla innych. Zapamiętałyśmy to, przejęłyśmy i pozwoliłyśmy, żeby ta część zdominowała resztę. A przecież do pełni życia potrzebujemy też wszystkich innych części – tak samo jak do stworzenia symfonii trzeba całej orkiestry. Nie da się zagrać symfonii tylko na flecie albo tylko na skrzypcach. I tak samo jak w orkiestrze potrzebny jest dyrygent – tak i my musimy nauczyć się dyrygować głosami, którymi mówimy do siebie. 

Jak się można tego nauczyć?

Poprzez proces coachingowy albo terapeutyczny, w zależności od sytuacji i potrzeb. Możemy też oczywiście spróbować sami, choć wtedy może być nam trochę trudniej. 

Przede wszystkim musisz zrobić robocze założenie, że istnieją też inne części ciebie niż te, które na co dzień dopuszczasz do głosu. I że jeśli je też dopuścisz, to twoje życie będzie pełniejsze. Kiedy już zrobimy takie założenie, spróbujmy uważniej wsłuchiwać się w siebie, żeby te części rozpoznawać, ponazywać. Coach może nam podpowiedzieć: „Teraz kieruje tobą wybawca, a teraz idziesz za głosem wewnętrznego perfekcjonisty itd”, ale my też możemy dawać im swoje własne nazwy i przyporządkowywać np.: „O, tak zawsze mówiła ciocia Ela” albo „Jakbym słyszała własnego ojca!”.

Następnie szukamy tych części orkiestry, które latami w sobie uciszaliśmy. W procesie coachingowym takie nabywanie świadomego ja trwa nawet kilka sesji. Robimy np. ćwiczenia, podczas których szukamy różnych części swojej osobowości, np. przesiadając się z krzesła na krzesło: na miejsce sędziego, krytyka wewnętrznego, perfekcjonisty, wybawcy. Takie fizyczne zmiany pomagają na zmianę naszego stanu. W końcu jednak wracamy na krzesełko reżysera czy za pulpit dyrygenta, który zawiaduje tymi wszystkimi postaciami. 

Z boku to może wyglądać jak zabawa, ale często takim ćwiczeniom towarzyszy dużo wzruszenia, poruszenia, bardzo silne emocje. Często ludzie dopiero podczas takich sesji uświadamiają sobie, że mają też taką część osobowości, o której do tej pory nie wiedzieli. Albo zaczynają rozumieć, że głos, którym się dotąd kierowali, jest tylko jednym z wielu, jakie posiadają.

Zaczynam się zastanawiać, ile tak naprawdę ludzi mieszka we mnie?! 

(śmiech) Różnie z tym jest – przecież nie ma dwóch takich samych orkiestr. Pewnie u każdej z nas czasem w głowie odzywa się sędzia czy krytyk wewnętrzny, który surowo nas ocenia – ale u jednej będzie odzywał się rzadziej, a u drugiej częściej. U jednej będzie robił tylko ciche wyrzuty przez wieczór czy dwa, inną będzie katował całymi tygodniami. 

Albo wewnętrzna perfekcjonistka – u jednej kobiety odezwie się tylko w pracy, ale już inna będzie słyszeć ją na okrągło. A jeszcze u innej perfekcjonistka będzie śpiewała w duecie z poświęcającą się matką Polką. Wyobraźmy sobie życie tylko na tych dwóch głosach. 

Okropnie męczące. 

I w ogóle niesatysfakcjonujące. Dla własnej satysfakcji, dla własnego rozwoju ważne jest, żeby na scenę wpuszczać też inne głosy.

Jeśli jednak przez lata kierowałam się tylko głosem wybawcy, to trudno mi się nagle przestawić na bycie radosną hedonistką i domową księżniczką. Mogę przez chwilę udawać, ale i tak będę czuła, że to nie jestem ja.

Jeśli nasz wybawca i nasza wewnętrzna hedonistka będą ze sobą w konflikcie, to na pewno tak będzie. Ale one mogą żyć ze sobą w zgodzie, jeśli tylko – powtórzę – świadomie nauczymy się nimi dyrygować. Kiedy powiemy sobie: „To jestem ja, ale ta druga to też jestem ja”. Mam taką stronę, ale mam też inną. Nie tylko umiem dawać, ale też umiem przyjmować. Nie tylko umiem grać trzecie skrzypce, ale też i pierwsze. Nie chodzi o to, żeby na siłę udawać kogoś innego, ale o to, żeby odkryć w sobie inne aspekty swojej osobowości. I nie tłumić ich.

Zabawa z krzesłami to jeden sposób, a jakie są inne? 

Namawiam moich klientów, żeby po prostu dużo opowiadali mi o sobie, przypominali historie z przeszłości, z dzieciństwa, młodości, studiów, pierwszej pracy. I to właśnie z tych rozmów wychodzi, że poważna pani w marynarce dawała czadu na studenckich imprezach albo nie bała się wędrować w błocie po górach i śpiewać na całe gardło. Tylko że jakoś o tym zapomniała. 

Może po prostu dojrzała?

Dojrzewanie nie polega na tym, że jeden głos zagłusza całą orkiestrę. To, że jestem poważną, dojrzałą kobietą, profesjonalistką w pracy albo odpowiedzialną matką, nie znaczy, że już nigdy w życiu mam sobie nie pośpiewać przy ognisku, nie pośmiać się z głupiego dowcipu. Te inne części osobowości ciągle w nas są, tylko zagłuszone. Ale skoro jednak są, to ciągle można do nich wrócić. 

Powiedziała pani przed chwilą, że nasz wewnętrzny wybawca mógł się wziąć od dobrej babci czy cioci – a skąd się wziął nasz surowy wewnętrzny krytyk?

Przynajmniej połowa naszej osobowości, pochodzi z otoczenia, w którym się wychowywaliśmy. To nic innego, jak uwewnętrznione opinie na nasz temat – rodziców, nauczycieli czy innych dorosłych, ważnych dla nas w dzieciństwie. Mechanizmy nabywania tych aspektów naszej osobowości są bardzo dobrze opisane w psychologii: jednym z nich jest mechanizm identyfikacji – kiedy po prostu kopiujemy zachowania osób, które się nami zajmowały i były dla nas ważne. Drugi mechanizm to introjekcja, kiedy zaczynamy siebie traktować tak, jak nas traktowano. Więc jeśli mama czy tata byli wobec nas krytyczni i osądzający w stylu: „Czemu piątka, a nie szóstka?” itd, to w dorosłym życiu też będziemy właśnie tacy wobec siebie. 

Jeśli sobie tego nie uświadomimy, zawsze będziemy bezradne wobec naszego krytyka. Dopiero kiedy nauczymy się go rozpoznawać, możemy zacząć nad nim panować. Wejść z nim w dialog i próbować się dogadać. Dokładnie tak samo, jak robimy z resztą naszej orkiestry.

Rozmowa z dr Joanną Heidtman ukazała się w „Urodzie Życia” 9/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
krytyka w pracy
Adobe Stock

„Jestem beznadziejna, leniwa, gruba, głupia…”.  Twój wewnętrzny krytyk to ty

Perfekcjonista, zadaniowiec, zawstydzacz. Twój wewnętrzny krytyk może mieć różne twarze. Jak go nie słuchać i robić swoje – mówi psychoterapeutka Anna Pilecka.
Aleksandra Nowakowska
22.05.2020

Życie wymaga uważności na to, co dzieje się w naszej głowie. Może ją zamieszkiwać spora grupka wewnętrznych krytyków, którzy często bywają odpowiedzialni nie tylko za nasze odkładanie życia na później, ale także za depresję albo nerwicę. Jak z nimi postępować? Jak się nie dać wewnętrznemu krytykowi? Aleksandra Nowakowska: Kim jest krytyk wewnętrzny? Anna Pilecka: Można powiedzieć, że jest to pewien zbiór postaw i przekonań o zabarwieniu emocjonalnym, najczęściej negatywnym. Krytyka wewnętrznego łatwiej sobie wyobrazić, jeśli myślimy o nim jako o postaci. Jest jedną z wielu figur, które zasiedlają naszą psychikę, ale aktywnością może przewyższać inne. Sprawia nam zazwyczaj więcej kłopotów niż działa rozwojowo. Krytyk może być prawdziwym szkodnikiem. Jeśli go słuchamy, możemy na przykład sabotować swoje cele, pasje czy w ogóle wyjście ze sobą do świata. W efekcie stoimy w miejscu, a krytyk trzyma nas w cuglach. Chociaż z drugiej strony można na krytyka spojrzeć w ten sposób, że jego pierwotne intencje są dobre, ale forma w jakiej to komunikuje, sprawia, że jest to działanie przeciwskuteczne. Zawsze warto dowiedzieć się, o co mu chodzi, wchodzić z nim w dialog, pracować, żeby jego przekaz nie był dla nas destruktywny, tylko przydatny i budujący. Ale krytyk przecież może nam wyrządzić wiele szkód. Jeśli krytyka nie namierzymy, nie będziemy z nim negocjować i nie przetransformujemy go, rzeczywiście może dać nam nieźle popalić. Samokrytycyzm nie wiąże się jedynie z dyskomfortem codziennego życia, kiedy jakiś głos w głowie mówi nam, że wszystko robimy źle i torpeduje nasze działania i pomysły. Krytyk wewnętrzny może przyczynić się do pojawienia zaburzeń psychicznych, takich jak na przykład depresja. Wieloletnie badania prowadzone nad samokrytycyzmem na 107...

Czytaj dalej
Mat.prasowe

Nie walcz z wewnętrznym krytykiem. Zaprzyjaźnij się z nim

„Krytyk kwestionuje wszystko, co robimy. Sprawia, że czujemy się niewystarczająco dobre, niewystarczająco mądre, niewystarczająco ładne. W końcu same uznajemy się za niewystarczająco dobre, ładne, zdolne. To właśnie ten krytyczny głos sprawił, że Polki znalazły się na ostatnim miejscu w Europie pod względem samooceny” — mówią nam autorki książki „Jak uciszyć wewnętrznego krytyka i uwierzyć w siebie”, psychoterapeutka Joanna Godecka i coach Alina Adamowicz. 
Sylwia Arlak
05.11.2020

Robimy kariery i jesteśmy mistrzyniami ogarniania rzeczywistości. Zawsze znajdujemy czas dla partnera, dzieci, przyjaciółki i naszego psa. Jesteśmy atrakcyjne i wykształcone. A jednak wciąż nie możemy w to wszystko uwierzyć. Dlaczego i jak to zmienić? Zapytałyśmy o to autorki książki „Jak uciszyć wewnętrznego krytyka i uwierzyć w siebie”, psychoterapeutkę Joannę Godecką i coach Alinę Adamowicz. Sylwia Arlak: Dlaczego tak często sobie umniejszamy? Joanna Godecka : Jest to zazwyczaj spuścizna po osobie (lub osobach), która w taki sposób traktowała nas w dzieciństwie, okresie dojrzewania. Opiekunowie, nauczyciele, rówieśnicy potrafią nieraz mocno zachwiać naszym poczuciem wartości. Nabierając przekonania, że coś jest z nami nie tak, naszym mechanizmem obronnym staje się skupienie na słabościach, brakach, po to, aby uniknąć katastrofy. Jeśli bowiem kiedyś często słyszeliśmy na przykład: „nic z ciebie nie będzie”, „do niczego się nie nadajesz”, „dlaczego inne dzieci mają lepsze stopnie?”, postrzegamy siebie jako nieudaczników. Mówiąc: „przepraszam, kompletna ze mnie idiotka”, usprawiedliwiamy się i uprzedzamy osąd innej osoby, gdyż zakładamy, że jest on właśnie taki. Alina Adamowicz : W naszej książce napisałam, że krytykowanie siebie jest najbardziej destrukcyjnym i odbierającym siły nawykiem myślowym. Wykształcamy w sobie ten nawyk przez lata. Jest to wyuczony nawyk, bo przecież nikt z nas nie urodził się, krytykując siebie. Odwrotnie, tak jak inne małe dzieci – lubiłyśmy siebie i chciałyśmy przyciągać uwagę innych osób – rodziców, dziadków i koleżanek z podwórka. Jednak z upływem czasu widziałyśmy i słyszałyśmy, że większość ludzi wokół nas ciągle osądza innych i siebie samych. I w ten sposób, każdego...

Czytaj dalej
Agnieszka Maciąg
Robert Wolański

Agnieszka Maciąg apeluje do kobiet: „Relacja ze sobą wymaga troski i zaangażowania, tak jak każda inna relacja w życiu”

Była supermodelka, joginka, autorka książek dla kobiet, Agnieszka Maciąg, przeszła długą drogę do punktu, w którym dziś jest.
Magdalena Żakowska
30.12.2019

Książki Agnieszki Maciąg rozchodzą się w kiludziesięciotysięcznych nakładach. Na organizowane przez nią warsztaty ustawia się wielomiesięczna kolejka. Była modelka, dzisiaj joginka i autorka książek pomaga kobietom w odnalezieniu tego, co w ich życiu najważniejsze.  Magdalena Żakowska: Trzy lata temu wywiad na łamach „Urody Życia” zakończyłaś słowami: „Najważniejsze jest to, żebyśmy najpierw nakarmiły siebie, swoją duszę. Wtedy możemy szczodrze rozsiewać dary wokół siebie. Z wyschniętej studni nikt się nie napije”. Agnieszka Maciąg: W teorii to wydaje się oczywiste, ale w praktyce wymaga systematycznej pracy, ponieważ nieustannie się zmieniamy. Relacja ze sobą wymaga troski i zaangażowania, tak jak każda inna relacja w życiu. Wiem, że kochanie siebie jest trudne dla wielu kobiet. Moja nowa książka „Miłość. Ścieżki do wolności” jest właśnie o tym. O naszej miłości do nas samych. O twojej drodze do pełnej samoakceptacji. Chociaż wiele lat żyłam w ekstrawaganckim świecie, byłam modelką, to przeżywałam te same kryzysy, które dotyczą nas wszystkich. Nasza wewnętrzna droga jest podobna, niezależnie od tego, jaki wykonujemy zawód. Możesz już powiedzieć, że kochasz siebie? To nie jest tak, że powiemy sobie kilka razy: „Kocham siebie” i sprawa załatwiona. To jest głęboki, wewnętrzny proces, zdejmowanie z siebie ograniczających przekonań i wzorców. Ja zaczęłam kochać siebie w pełni dopiero jako dojrzała kobieta. Kiedy miałam 37 lat, całkowicie przewartościowałam i zmieniłam siebie i swoje życie. Zaczęłam ćwiczyć jogę, medytować, inaczej myśleć, zaczęłam pisać książki i blog. Ale proces trwa cały czas. Co zmieniłaś już w tym procesie? Na początku to był mój stosunek do ciała. Byłam modelką, ale zaczęłam odczuwać upływ czasu,...

Czytaj dalej
pewność siebie u kobiet
Adobe Stock

Pewności siebie możesz się nauczyć! Poznaj sposoby, które działają

Poczucie własnej wartości w dużej mierze zależy od tego, jak zostałyśmy wychowane. Ale nawet jeśli w dzieciństwie zabrakło nam wsparcia, w dorosłym życiu możemy budować pewność siebie – mówi coach, Magdalena Malicka.
Sylwia Niemczyk
29.10.2018

Pewność siebie to cecha dana nam raz na zawsze, jak kolor oczu albo kształt uszu? Nic bardziej mylnego! Po pierwsze, pewność siebie to raczej nasza umiejętność, a nie cecha osobowości. Po drugie – nawet jeśli nie została w nas zaszczepiona w dzieciństwie, możemy zacząć ją budować na każdym etapie życia, i to z dużą szansą na powodzenie. Żeby jednak tak było, musimy zmienić nasze nawyki myślowe, a to ciężka praca: – Mówiąc:  »Nie uda mi się« albo: »Inni są mądrzejsi«, odbieramy sobie moc – mówi coach, Magdalena Malicka w rozmowie z Anną Maruszeczko („Uroda Życia” 11/2018) i wyjaśnia: – Gdy dopytuję, co ludzie rozumieją przez pojęcie pewności siebie, mówią zwykle, że brakuje im pewności siebie, bo ich nie pochwalono, bo ich skrytykowano, bo ktoś jest w czymś wyraźnie lepszy. Jakby istniał czynnik zewnętrzny, jakaś magiczna siła, która sprawi, że będą pewni siebie. Pewność siebie zewnętrzna, wewnętrzna i… fasadowa Taką pewność siebie, która zależy od okoliczności: np. ludzi, w jakich otoczeniu przebywamy, stanowiska pracy, jakie zajmujemy itd, możemy nazwać zewnętrzną pewnością siebie. Chociaż daje nam poczucie komfortu, to jednak kiedy zostaniemy pozbawieni naszych zewnętrznych atrybutów, szybko się ulatnia.  – Bardziej pożądana jest ta wewnętrzna pewność siebie. Tylko ona daje wolność emocjonalną i jesteśmy pewni siebie niezależnie od tego, co ktoś o nas powie lub pomyśli. Emocjonalna wolność od naszych wyobrażeń i czynników zewnętrznych – to jest wartość – tłumaczy coach w „Urodzie Życia”.  Istnieje także trzeci rodzaj pewności siebie: fasadowa, którą pokazujemy poprzez nasze gesty, głos, słowa, jakie wypowiadamy.  – Ta...

Czytaj dalej