„W naszym społeczeństwie panuje kult jednostki, ale to w grupie mamy siłę!” mówi Miłosz Brzeziński
Adobe Stock

„W naszym społeczeństwie panuje kult jednostki, ale to w grupie mamy siłę!” mówi Miłosz Brzeziński

Praca w zespole nie musi oznaczać wyścigu szczurów. „Badania nie pozostawiają żadnych wątpliwości: jesteśmy gatunkiem, który zdecydowanie lepiej funkcjonuje w grupie niż w pojedynkę” – mówi coach Miłosz Brzeziński.
Karolina Morelowska-Siluk
03.08.2020

Zgubnym mitem kultury Zachodu jest przekonanie, że za przełomowymi sukcesami stoi jeden człowiek. A tak nigdy nie było. Bieg świata zawsze zmieniały zespoły. O sile, jaką daje współpraca, rozmawiamy Miłoszem Brzezińskim, psychologiem, trenerem osobistym, specjalistą w zakresie motywacji, autorem książek m.in. „Biznes, czyli sztuka budowania relacji”.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Kult jednostki

Karolina Siluk-Morelowska: Przygotowując się do naszej rozmowy, przeprowadziłam na swoich najbliższych eksperyment. Zadałam dwa pytania: „Kto wymyślił żarówkę?” oraz „Kto pomalował Kaplicę Sykstyńską?”. Odpowiedzi brzmiały: kaplicę ozdobił Michał Anioł, żarówkę wymyślił Thomas Edison. Tymczasem Edison miał 20-osobowy zespół, Michał Anioł sztab kreatywnych artystów. Skąd więc takie odpowiedzi? Nie wiemy, jaka jest prawda?

Miłosz Brzeziński: Raczej uprawiamy kult jednostki. I jest to ewidentnie skrzywienie obrazu charakterystycznego dla naszego kręgu kulturowego. Uważamy, że jedna osoba bardzo dużo może. Jedna osoba bardzo wiele znaczy.

Mam rozumieć, że taki sposób myślenia cechuje Europejczyków? 

Powiedziałbym, że ludzi kultury Zachodu. Klasyczna kultura Wschodu traktuje pojedynczą osobę jako część całości. Supełek w ogromnej sieci. Dla Zachodu całością jest jednostka. We wschodnim poczuciu bycia elementem wielkiej układanki widzę w zasadzie tylko jedną niedoskonałość. W kulturach, nazwijmy je na potrzeby tej rozmowy zespołowymi, ludzie nigdy się nie wychylają. Nawet jeśli wiedzą lepiej, więcej. Wychodzą z założenia, że wystający gwóźdź dostaje pierwszy. Ponadto czują się skrępowani, kiedy oni coś wiedzą, a inni nie. 

To nie jest dobre. Choć, na marginesie, u nas bywa odwrotnie. Nierzadko zabieramy głos w dyskusji, nie mając pojęcia, o czym mowa. Ale zasadniczą wadą kultury „kultu jednostki” jest to, że funkcjonując w pojedynkę, człowiek traci potężne zasoby motywacji oraz inteligencji. Bo to inni ludzie są dla nas znacznie lepszą motywacją niż my sami dla siebie. 

Przyjrzyjmy się, skąd ta chęć grania wyłącznie na siebie. Zastanawiam się, jaki wkład w ten sposób funkcjonowania mają całe rzesze psychologów nawołujących do patrzenia wyłącznie w głąb siebie, zaspokajania swoich potrzeb. Napompowaliśmy ego, a z takim bagażem ciężko być częścią grupy?

O tak. „Ty jesteś dla siebie światłem”. I wiele podobnych manifestów. Nie jest prawdą, że jednostka może wszystko. Powiedziałbym nawet, że na dłuższą metę takie myślenie jest szkodliwe. Tak jak wspomniałem, największą życiową motywacją dla każdego człowieka są inni ludzie. Ci, którzy podadzą rękę, ci, którzy szepną: „Dasz radę”, którzy podpowiedzą, podziękują albo też ci, którym to my pomożemy.|

Praca zespołowa

Czyli największą motywacją jest interakcja, jakikolwiek rodzaj komunikowania się z drugim człowiekiem, z grupą.

Badania nie pozostawiają żadnych wątpliwości: jesteśmy gatunkiem, który zdecydowanie lepiej funkcjonuje w grupie niż w pojedynkę. Moglibyśmy przeprowadzić teraz taki eksperyment intelektualny. Proszę sobie wyobrazić dwie wyspy. Na jednej jestem tylko ja, na drugiej tylko szympans. Gdybym zapytał panią, kto dłużej przeżyje, zapewne postawiłaby pani na szympansa. 

Owszem.

No właśnie. Ale gdybym powiedział pani, że na jednej wyspie jest sto osób, na drugiej sto szympansów, to sama pani czuje, że ta kalkulacja robi się coraz mniej oczywista. Im więcej osób, tym większa szansa przeżycia. Tę prawidłowość z powodzeniem możemy odczytywać metaforycznie i przenosić na rozmaite płaszczyzny. 

Zgubnym mitem kultury Zachodu, co też wynika z pani eksperymentu, jest myślenie, że za dużymi, przełomowymi sukcesami stoi jeden człowiek. Nigdy tak nie było. Za wszystkim, co w znaczący sposób zmieniło bieg świata, stały zespoły, przynajmniej duety. Nie pamiętam dokładnie, kto powiedział następujące słowa: „Mózg najlepiej rozwija się przez pocieranie się o inne mózgi”. To szalenie trafne. Żaden wybitny umysł nie funkcjonował w izolacji. 

„Postęp ludzki przyśpiesza lub zwalnia w zależności od stopnia komunikacji między ludźmi i współpracy”. Te słowa Matta Ridleya, brytyjskiego pisarza i naukowca brzmią bardzo sensownie. I ponadczasowo. Pamiętam konferencję prasową ze szpitala na Śląsku, w którym przeszczepiono ludzką twarz. „Zrobiliśmy to razem”, powtarzali zmęczeni lekarze. Nagrodę Nobla też najczęściej dostają zespoły.

Przykład z dziedziny medycyny jest tu bardzo trafny. Mamy badania, które doskonale obrazują siłę współpracy. Przeprowadzono je na chirurgach kardiologach. I co się okazało? Otóż znakomity specjalista wyciągnięty ze swojego zespołu staje się całkiem średni, przeciętny. Widać to na przykładzie rywalizujących ze sobą o prestiż szpitali. Pewna klinika podkupiła świetnego specjalistę innemu szpitalowi. I nagle, kiedy ten zmienił pracę, stracił jednocześnie swoją magiczną moc. Zmierzono to ilością pooperacyjnych powikłań. Twarde dane.

Dlaczego tak się dzieje? W zespole, który pracuje ze sobą dłuższy czas, jego poszczególni członkowie potrafią czytać sobie w myślach, pomiędzy wierszami. Ale także umieją siebie wzajemnie na bieżąco korygować. Wiedzą na przykład, że danemu lekarzowi w danym momencie trzeba podać mocną kawę, bo rozpoznają, że traci siły i koncentrację. Wiedzą także, że jeśli doktor X prosi o 20 miligramów jakiegoś preparatu, należy odliczyć i podać trochę mniej lub więcej. Ludzie w zespole znają się, czują i często właśnie w tym tkwi tajemnica sukcesu. 

Czytałam, że na najlepszych uczelniach medycznych świata do grafiku zajęć wszedł przedmiot: praca zespołowa. 

To jest paradoks naszych czasów. Wiemy, że we współpracy jest moc, a ciągle gloryfikujemy jednostki. Powiem brutalnie. Takie ikony lepiej się sprzedają. To biznes.

No właśnie, kiedy jakieś przedsiębiorstwo odnosi wielki sukces, to prezes święci triumf. Czytamy o nim na pierwszych stronach gazet. My sami też chcemy wierzyć, że to triumf pana Kowalskiego.

To wynika także z tego, że szukamy kogoś, komu się udało, aby powielić jego sukces. Sama pani rozumie, ciężko wziąć przykład z zespołu. Jeśli pokażemy komuś zespół i powiemy: funkcjonuj tak jak on, to nie bardzo wiadomo, od czego zacząć. Z tej chęci powielenia czyjegoś blasku wzięła się zresztą kultura celebrycka. Tropimy kogoś, komu coś wyszło, i chcemy dowiedzieć się, jak tego dokonał. Łatwiej zrobić to z pojedynczą osobą.

Krecią pracę robi tu też cały przemysł rozwoju osobistego. Już o tym wspomnieliśmy, ale warto rozwinąć ten wątek. Wszystko, co skłania nas do nadmiernego koncentrowania się na sobie z pominięciem ludzi, którzy nas otaczają, prędzej czy później doprowadza do niezadowolenia z życia, z siebie. Ponadto taki sposób funkcjonowania nakłada całą odpowiedzialność za jakość życia na jednostkę. To może być frustrujące, wywoływać poczucie osamotnienia. 

I jeszcze taka bardzo ogólna, ale szalenie ważna także w tym kontekście prawda (potwierdzona licznymi statystykami): szczęście to zawsze inni ludzie. Dlatego bycie częścią wspólnoty jest tak ważne.

Działanie w pojedynkę jest też zwyczajnie nierozsądne, bo z badań jasno wynika, że zdecydowanie sprawniej rozwiązujemy problemy kogoś innego niż nasze własne. Jesteśmy wtedy bardziej kreatywni. Bycie w grupie bardziej się opłaca?

Jest teoria, która zakłada, że kiedy nabieramy dystansu do jakiegoś problemu, myślimy zdecydowanie inaczej. Bardziej racjonalnie. A ciężko o dystans, gdy w grę wchodzą emocje. 

A te raczej nie są sprzymierzeńcami pracy zespołowej.

Zapewne wiele jest czynników, które współpracę mogą utrudniać. Ale chcę najpierw opowiedzieć o plusach. Ich jest więcej. W zespole łatwiej jest zaryzykować, bo ewentualna porażka rozkłada się na wiele osób. Grupa – nie tylko w sensie zawodowym, ale także na przykład grupa przyjaciół – daje też coś absolutnie nadrzędnego: możliwość dzielenia się swoimi przemyśleniami, troskami, sukcesami. To widać na najprostszym przykładzie. Jeśli idzie pani do kina sama, film jest znakomity, albo przeciwnie – kompletnie beznadziejny, po wyjściu ma pani wielką ochotę podzielić się swoimi wrażeniami, prawda? Dlaczego będąc w rozpaczy, słuchamy smutnych piosenek? 

Wspólnota przeżyć

Bo chcemy, aby ktoś smucił się razem z nami. Wspólnota przeżyć.

Raźniej i rozsądniej jest także otworzyć biznes z kimś niż samemu. Mam teraz katar i zauważyłem, że nigdzie nie ma pomadek do nosa. Są do ust, ale nie ma do wysuszonego, popękanego od kataru nosa. Więc wymyślam sobie, że chcę je wyprodukować. Potrzebuję pieniędzy. Szukam inwestora. Wiadomo, że kiedy działam sam, jego decyzja o zainwestowaniu w mój pomysł jest bardziej ryzykowna. Jeśli jutro potrąci mnie tramwaj i wyląduję w szpitalu na kilka tygodni, interes padnie. A gdy mam wspólnika, ten pociągnie temat. Tak jest ze wszystkim. Zapyta pani: „Skoro jest tyle plusów, to dlaczego nie współpracujemy?”, prawda?

Właśnie, dlaczego? 

Grupa generuje konflikty. Na pierwszy rzut oka to minus. Ale tylko na pierwszy. Konflikt może być twórczy. Potrzebujemy wokół siebie ludzi, którzy mają inne zdanie niż my. 

Gra zespołowa wymaga dojrzałości. Współdziałanie zdecydowanie lepiej wychodzi ludziom starszym. Młodzi mają z nim problem. To jest to napompowane ego, o którym pani wspominała. To jest ogromna potrzeba rywalizacji, pokazania, że to ja jestem najlepszy. W końcu to jest niecierpliwość cechująca młodość. Wyżej, lepiej, szybciej. Osoba starsza jest gotowa poczekać, czasami zamilknąć, aby dać wypowiedzieć się, wykazać komuś innemu, bo może on potrafi spojrzeć na problem z zupełnie innej perspektywy.

I pomoże przerwać twórczy impas.

Sama pani widzi, że z tych zespołowych trudności w dłuższej perspektywie płynie dobro. Pomoże przerwać twórczy impas. Jakąś niemoc. Bywa, że jednostka trwa w niej tygodniami. I to dotyczy każdej dziedziny życia. Ostatnio widziałem na ulicy dziecko w śpiochach z napisem: „Moja mama nie potrzebuje porad”. Sam jestem ojcem i wiem, jak irytujące jest, gdy ktoś zwraca nam uwagę, wtrąca się.

Ale... Przywołam tu ekstremalny przykład. To, że ludzie nie wtrącają się w ogóle, może zakończyć się na przykład przemocą domową. Kiedyś, kiedy żyliśmy we wspólnotach, ktoś mógł złapać nas za rękę, abyśmy nie zrobili czegoś głupiego. A odkąd wymyśliliśmy sobie, że będziemy żyć sami, w wielu momentach brakuje recenzenta. Jest teoria, według której współczesnym problemem wcale nie są samotne matki czy samotni ojcowie, tylko samotne rodziny. Nie ma już lokalnych grup znajomych, właśnie takich współpracujących ze sobą wspólnot, w których dzieci biegały po podwórku, wpadały do sąsiadki na obiad, do kuzyna na ciastko, przenocowały u cioci. Rodziny się wyizolowały. To sprawiło, że zbyt wielka odpowiedzialność, zbyt dużo życiowych trudności leży na barkach dwóch osób. Matce i ojcu ciężko jest ten bagaż racjonalnie i rozważnie udźwignąć. Badania pokazują, że dzieci funkcjonują o wiele lepiej, kiedy mają dookoła siebie wiele dorosłych, wtrącających się osób. 

Mogą zobaczyć, że choć ich rodzice są bardzo impulsywni, to sąsiadka na tę samą sytuację reaguje spokojnie, czyli: można funkcjonować w całkiem inny sposób. Widzą, że jest rozpiętość reakcji, charakterów, temperamentów. Ta wiedza poszerza horyzonty. Kolejny przykład na to, jaką moc ma wspólnota. 

Praca w zespole wymaga treningu? 

Oczywiście, współpraca jest zawsze efektem treningu. Nie da się stworzyć dobrze działającego zespołu samymi chęciami i refleksją. Nie da się też zrekrutować dobrze współpracującego zespołu. Praca zespołowa to efekt porażek i wytrwałości. 

W domu sytuacja jest trudniejsza. Nikt nam nie może kazać, a zmobilizować muszą się wszyscy. Najczęściej robimy to dla wyższych wartości – religii, dobra rodu, wartości patriotycznych. Albo w myśl zasady, że „nasza rodzina jest drużyną”. W dawnych czasach było to wyraźniejsze. Każda rodzina miała cel: zwiększać liczbę osób w rodzie i pomnażać bogactwo. Dziś nie jest to już takie oczywiste. 

Korporacja – praca w zespole czy wyścig szczurów?

A jaką moc ma współczesna wspólnota, grupa zwana korporacją? Niby, jeden organizm grający do tej samej bramki, a jednak tak często w sąsiadujących boksach siedzą ludzie, którzy nie tylko próbują grać wyłącznie na siebie, ale i przeciwko koledze z tej samej drużyny.

Z korporacjami jest taki problem, że często ich cele organizacyjne pozostawiają wiele do życzenia. Zwykle ich celem organizacyjnym jest bogacenie się kadry menedżerskiej, zarządu. Trudno dziwić się ludziom, że nie utożsamiają się z takim celem. Ale to temat na inną rozmowę. 

Grupa w kontekście korporacyjnym służy nam zwykle po to, aby móc się na jej tle wyróżniać, być lepszym. Czasami za wszelką cenę. Zresztą to zaczyna się już w szkole. Dostałem trójkę, ale większość dostała dwójkę, więc to jest wytłumaczenie dla mamy i taty mojej słabej oceny. 

No tak, ale taka grupa jest tu tylko punktem odniesienia. To nie ma nic wspólnego z poczuciem bycia jej częścią.

To jest bardzo cenne spostrzeżenie, jednak prawda jest taka, że my gdzieś bardzo głęboko mamy tę potrzebę bycia we wspólnocie zakorzenioną. I używamy wielu sposobów, aby ją zaspokoić. 

Czy wie pani, że na przykład zasady savoir-vivre’u stosujemy także po to, aby wysłać sygnał podobnym sobie? Pokazujemy: jestem taka i taka, jeśli są tu osoby z tej samej bajki, trzymajmy się razem. 

W książce Carla Honoré „Bez pośpiechu” przeczytałam cenną myśl. Jeśli masz do rozwiązania jakiś problem, na samym początku postaw sobie najważniejsze pytanie: „Kto może mi pomóc?”. Przyznam, że nigdy nie funkcjonowałam w ten sposób.

Zapewniam, że warto. Na najgłupsze pomysły wpadamy najczęściej zatopieni godzinami we własnym problemie. Zwrócenie się o pomoc powoduje – metaforycznie i dosłownie – że zamiast dwóch półkul używamy czterech. Z zespołem, z grupą jest trochę jak z małżeństwem – ciężko znaleźć kogoś odpowiedniego do pary. Ale jak już ten trud wykonamy, nagroda jest ogromna. W pojedynkę nie zachodzi się tak wysoko. Choć rozbieg jest długi, w grupie zawsze dobiega się dalej.

***

Rozmowa z Miłoszem Brzezińskim ukazała się w „Urodzie Życia” 1/2016

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Rosół pociesza i leczy samotność? Cała prawda o „comfort food”

„Comfort food” przywołuje ulubione smaki z dzieciństwa i inne miłe wspomnienia. Ale to nie wszystko, bo pomaga nam załagodzić negatywne emocje i zwalczyć stres. Jak to możliwe?
Sylwia Arlak
24.06.2020

Na smutki najlepsze są lody, na samotność pomidorówka, a na złamane serce placki z jabłkami takie jak z dzieciństwa? Zamiast zmierzyć się z problemami, często próbujemy leczyć je jedzeniem. Zaglądamy do lodówki, „zajadamy” stres. I to naprawdę działa. Terapeutyczną moc „comfort food” udowodnił Jordan D. Trosi, psycholog z amerykańskiego Uniwersytetu w Buffalo.  Comfort food jedzone oczami Korzystnie na nasze samopoczucie wpływa już samo myślenie o „kojących” posiłkach. Troisi wraz z psycholog Shirą Gabriel przeprowadzili eksperyment, w którym podzielili grupę ochotników na dwa zespoły. Pierwszy z nich miał za zadanie przywołać w pamięci i następnie opisać kłótnię z bliską osobą. Takie wspomnienie miało w nich wywołać poczucie osamotnienia. Drugi zespół miał za zadanie opisać dowolne wydarzenie uznane za emocjonalne neutralne. Następnie część badanych z obu grup miała napisać o jedzeniu swojej ulubionej potrawy, a inni o próbowaniu nowych dań. Na koniec wszyscy uczestnicy dostali do wypełnienia specjalne kwestionariusze, które pozwalały ocenić skalę osamotnienia. Okazało się, że osoby piszące o ulubionym jedzeniu pod koniec eksperymentu rzadziej czuły się samotne. Comfort food to nie muszą być fast-foody Pozostaje pytanie, jakie potrawy uznajemy za „comfort food”. Czy wszyscy „pocieszamy się” w ten sam sposób? Nie. I wbrew stereotypom, wcale nie muszą być to fast-foody. „Comfort food” to potrawy, które przywołują miłe wspomnienia. Już w 1977 r. w słownikach zdefiniowano pojęcie, jako „tradycyjnie przygotowywane potrawy, które odwołują się do nostalgicznych i sentymentalnych wspomnień”. Zależą też od kultury. Dla Brytyjczyka czy Niemca nasze „jedzenie na pocieszenie” mogłoby...

Czytaj dalej
Fot. Krzysztof Opaliński

„Mądrość większości jest często problematyczna”. Wywiad z Krystyną Jandą.

„Człowiek jest mały i bywa wielki, jest i tak, i tak. W tym utworze śmiejemy się z siebie, przez łzy, ale jednak” – mówi Krystyna Janda o spektaklu „Wspólnota mieszkaniowa”. Od dziś w Och-Teatrze.
Anna Zaleska
16.07.2020

Sztuka czeskiego dramaturga i reżysera Jiříego Havelki „Wspólnota mieszkaniowa” to pierwsza w Och-Teatrze premiera po pandemicznej przerwie. Arcyzabawna komedia, która w Czechach została zekranizowana, stając się wielkim kinowym przebojem, to zarazem gorzka satyra na współczesne społeczeństwo. W obsadzie spektaklu zobaczymy między innymi Agnieszkę Więdłochę, Katarzynę i Cezarego Żaków oraz Stanisława Brejdyganta. Z Krystyną Jandą, reżyserką „Wspólnoty mieszkaniowej”, rozmawiałam tuż przed premierą. Anna Zaleska: Z czego ostatnio pani się śmiała? Krystyna Janda: Teraz, kiedy po ponad trzech miesiącach wróciliśmy do pracy w teatrach i pracowaliśmy nad nową premierą, poziom optymizmu się podniósł, śmiejemy się na nowo bardzo dużo i często. Praca daje radość i zapomnienie. A ponieważ robimy komedię pokazującą typowe postawy społeczne, karykaturujemy je, sprawia nam to prawdziwą uciechę. Mamy też nadzieję, że ten gorzki śmiech będzie towarzyszył widzom podczas oglądania. O czym jest sztuka „Wspólnota mieszkaniowa”? I dlaczego ją wybrała pani na pierwszą premierę po pandemicznej przerwie? To typowe zebranie członków wspólnoty mieszkańców pewnego domu, pewnej kamienicy. Przekrój społeczny, charakterologiczny i typowe zachowania grupowe śmieszą do łez i przerażają nie na żarty, a jednocześnie uświadamiają aktualność i obecność tych postaw w naszym życiu. Głupota, egoizm, krótkowzroczność, zacofanie, bezmyślny upór i niemożność porozumienia się, niezdolność do najdrobniejszego kompromisu to główne tematy. Jest jak u Gogola: „Z czego się śmiejecie? Sami z siebie się śmiejecie”? Człowiek jest mały i bywa wielki, jest i tak, i tak. W tym utworze śmiejemy się z siebie, przez łzy, ale...

Czytaj dalej
ks. Adam Boniecki
East News

Ks. Adam Boniecki: „Opowiadam się za dawaniem prezentów i to nie tylko od święta”

Dla wszystkich ludzi na całym świecie możliwość obdarowania drugiego człowieka jest czymś ważnym, cennym. Rozmowa z księdzem Adamem Bonieckim.
Karolina Morelowska-Siluk
27.11.2020

Mieć, czy być, a może być minimalistą, to tematy tej rozmowy. Ks. Adam Boniecki mówi, że są przedmioty, który służą nie tylko posiadaniu , temu żeby mieć. Ale też byciu, na przykład książki, albo prezenty od bliskich, wyszukane specjalnie dla nas, żeby zrobić, nam właśnie przyjemność. I sam wspomina, jak w czasach dzieciństwa prezenty były dla niego konkretyzacją miłości bliskich ludzi. Karolina Morelowska-Siluk: Dlaczego określenie „mieć” przeciwstawiamy określeniu „być”? Czy jedno musi wykluczać drugie? Ks. Adam Boniecki: Nie, nie musi. To jest uproszczenie. Chodzi o to, co ma w naszym życiu priorytet. Co czemu służy? Czy jemy po to, żeby żyć, czy żyjemy po to, aby jeść? Przecież są takie sfery, które ciężko przyporządkować do jednej z tych kategorii, na przykład książki. W której sferze one się mieszczą? Niby zaliczamy je do „mieć”, bo stoją w naszej bibliotece – posiadamy je, ale przecież służą temu, aby rozwijać świadomość, służą naszemu „byciu”. Analiza „być” i mieć” pochodzi od francuskiego filozofa Gabriela Marcela, z którym przed laty miałem okazję wypić kawę i porozmawiać. To rozróżnienie, nawet bez wchodzenia w subtelne analizy Gabriela Marcela, okazuje się w życiu codziennym bardzo pożyteczne. Punktem wyjścia do bieżącego rachunku sumienia? Są ludzie bardzo skupieni na sferze „mieć” – nie mam tu na myśli jedynie gromadzenia, posiadania dóbr, ale także coś, co w języku francuskim określa się „apparaître”, czyli „wypaść”. Spotkałem się nawet z rozszerzeniem tego podziału o trzecią kategorię, czyli: „mieć”, „być”, i właśnie „wypaść”. Bywa, że jesteśmy gotowi bronić swojego „dobrego” wizerunku za każdą cenę....

Czytaj dalej
Decyzja o rozwodzie
Adobe Stock

Jak się rozstać, żeby potem nie żałować? 

„W związku nie wystarczy nadążać jedynie za sobą, ale trzeba też nadążać za partnerem. Trzeba trzymać cugle tych dwóch koni jednocześnie. To sztuka”
Karolina Morelowska-Siluk
01.01.2019

Zanim powiesz sobie dość, daj sobie czas. Nie działaj w pośpiechu. Najgorsze co możesz zrobić, to zamknąć oczy i skoczyć. Taki ruch zwykle odbija się czkawką – mówi  Michał Modliński, psychoterapeuta psychoanalityczny, członek Zespołu Pomocy Psychoterapeutycznej. Prowadzi terapie dla osób indywidualnych oraz par. Karolina Morelowska-Siluk: Pracował pan jako terapeuta z dziesiątkami par. Jak pan sądzi? Warto walczyć o związek w kryzysie? Michał Modliński: Recepty są bardzo zwodnicze. W każdym razie ja nie odważyłbym się ich wypisywać. No i przede wszystkim nie podoba mi się słowo walka, ono sugeruje konieczność wejścia na ring – szykowanie się do wojny. A w związku powinniśmy być wzajemnie swoim wyborem, a nie jedna ze stron ma zawłaszczać tę drugą. Czyli nie walczyć, ale... Zabiegać, to lepsze słowo. O związek warto zabiegać. Oczywiście, nie za wszelką cenę. No właśnie. To najtrudniejsze pytania, o cenę. To kiedy warto, a kiedy nie należy ratować związku? Pierwszy ruch to zadanie sobie kilku podstawowych pytań: „Dlaczego w ten związek weszłam/wszedłem? Dlaczego wybrałam/wybrałem właśnie tego człowieka? Czego potrzebuję, jakie są moje oczekiwania wobec związku i na ile ten człowiek w przeszłości i dziś je spełnia?”. Pytania mogą wydać się błahe, ale proszę mi wierzyć, trudno jest szczerze sobie na nie odpowiedzieć. A to także tam, u źródła kryje się odpowiedź na pytanie, czy teraz, kiedy jest ciężko, warto zabiegać o partnera, ratować związek. Oczywiście, ludzie z biegiem lat zmieniają się, dojrzewają, weryfikują się nasze potrzeby, więc pojawia się też pytanie, na ile towarzyszyliśmy sobie wzajemnie w dojrzewaniu. Bo w związku nie wystarczy nadążać jedynie za sobą, choć to bardzo ważne, ale trzeba też nadążać za partnerem. Trzeba trzymać cugle tych dwóch koni...

Czytaj dalej