„W naszym społeczeństwie panuje kult jednostki, ale to w grupie mamy siłę!” mówi Miłosz Brzeziński
Adobe Stock

„W naszym społeczeństwie panuje kult jednostki, ale to w grupie mamy siłę!” mówi Miłosz Brzeziński

Praca w zespole nie musi oznaczać wyścigu szczurów. „Badania nie pozostawiają żadnych wątpliwości: jesteśmy gatunkiem, który zdecydowanie lepiej funkcjonuje w grupie niż w pojedynkę” – mówi coach Miłosz Brzeziński.
Karolina Morelowska-Siluk
03.08.2020

Zgubnym mitem kultury Zachodu jest przekonanie, że za przełomowymi sukcesami stoi jeden człowiek. A tak nigdy nie było. Bieg świata zawsze zmieniały zespoły. O sile, jaką daje współpraca, rozmawiamy Miłoszem Brzezińskim, psychologiem, trenerem osobistym, specjalistą w zakresie motywacji, autorem książek m.in. „Biznes, czyli sztuka budowania relacji”.

Karolina Siluk-Morelowska: Przygotowując się do naszej rozmowy, przeprowadziłam na swoich najbliższych eksperyment. Zadałam dwa pytania: „Kto wymyślił żarówkę?” oraz „Kto pomalował Kaplicę Sykstyńską?”. Odpowiedzi brzmiały: kaplicę ozdobił Michał Anioł, żarówkę wymyślił Thomas Edison. Tymczasem Edison miał 20-osobowy zespół, Michał Anioł sztab kreatywnych artystów. Skąd więc takie odpowiedzi? Nie wiemy, jaka jest prawda?

Miłosz Brzeziński: Raczej uprawiamy kult jednostki. I jest to ewidentnie skrzywienie obrazu charakterystycznego dla naszego kręgu kulturowego. Uważamy, że jedna osoba bardzo dużo może. Jedna osoba bardzo wiele znaczy.

Mam rozumieć, że taki sposób myślenia cechuje Europejczyków? 

Powiedziałbym, że ludzi kultury Zachodu. Klasyczna kultura Wschodu traktuje pojedynczą osobę jako część całości. Supełek w ogromnej sieci. Dla Zachodu całością jest jednostka. We wschodnim poczuciu bycia elementem wielkiej układanki widzę w zasadzie tylko jedną niedoskonałość. W kulturach, nazwijmy je na potrzeby tej rozmowy zespołowymi, ludzie nigdy się nie wychylają. Nawet jeśli wiedzą lepiej, więcej. Wychodzą z założenia, że wystający gwóźdź dostaje pierwszy. Ponadto czują się skrępowani, kiedy oni coś wiedzą, a inni nie. 

To nie jest dobre. Choć, na marginesie, u nas bywa odwrotnie. Nierzadko zabieramy głos w dyskusji, nie mając pojęcia, o czym mowa. Ale zasadniczą wadą kultury „kultu jednostki” jest to, że funkcjonując w pojedynkę, człowiek traci potężne zasoby motywacji oraz inteligencji. Bo to inni ludzie są dla nas znacznie lepszą motywacją niż my sami dla siebie. 

Przyjrzyjmy się, skąd ta chęć grania wyłącznie na siebie. Zastanawiam się, jaki wkład w ten sposób funkcjonowania mają całe rzesze psychologów nawołujących do patrzenia wyłącznie w głąb siebie, zaspokajania swoich potrzeb. Napompowaliśmy ego, a z takim bagażem ciężko być częścią grupy?

O tak. „Ty jesteś dla siebie światłem”. I wiele podobnych manifestów. Nie jest prawdą, że jednostka może wszystko. Powiedziałbym nawet, że na dłuższą metę takie myślenie jest szkodliwe. Tak jak wspomniałem, największą życiową motywacją dla każdego człowieka są inni ludzie. Ci, którzy podadzą rękę, ci, którzy szepną: „Dasz radę”, którzy podpowiedzą, podziękują albo też ci, którym to my pomożemy.|

Praca zespołowa

Czyli największą motywacją jest interakcja, jakikolwiek rodzaj komunikowania się z drugim człowiekiem, z grupą.

Badania nie pozostawiają żadnych wątpliwości: jesteśmy gatunkiem, który zdecydowanie lepiej funkcjonuje w grupie niż w pojedynkę. Moglibyśmy przeprowadzić teraz taki eksperyment intelektualny. Proszę sobie wyobrazić dwie wyspy. Na jednej jestem tylko ja, na drugiej tylko szympans. Gdybym zapytał panią, kto dłużej przeżyje, zapewne postawiłaby pani na szympansa. 

Owszem.

No właśnie. Ale gdybym powiedział pani, że na jednej wyspie jest sto osób, na drugiej sto szympansów, to sama pani czuje, że ta kalkulacja robi się coraz mniej oczywista. Im więcej osób, tym większa szansa przeżycia. Tę prawidłowość z powodzeniem możemy odczytywać metaforycznie i przenosić na rozmaite płaszczyzny. 

Zgubnym mitem kultury Zachodu, co też wynika z pani eksperymentu, jest myślenie, że za dużymi, przełomowymi sukcesami stoi jeden człowiek. Nigdy tak nie było. Za wszystkim, co w znaczący sposób zmieniło bieg świata, stały zespoły, przynajmniej duety. Nie pamiętam dokładnie, kto powiedział następujące słowa: „Mózg najlepiej rozwija się przez pocieranie się o inne mózgi”. To szalenie trafne. Żaden wybitny umysł nie funkcjonował w izolacji. 

„Postęp ludzki przyśpiesza lub zwalnia w zależności od stopnia komunikacji między ludźmi i współpracy”. Te słowa Matta Ridleya, brytyjskiego pisarza i naukowca brzmią bardzo sensownie. I ponadczasowo. Pamiętam konferencję prasową ze szpitala na Śląsku, w którym przeszczepiono ludzką twarz. „Zrobiliśmy to razem”, powtarzali zmęczeni lekarze. Nagrodę Nobla też najczęściej dostają zespoły.

Przykład z dziedziny medycyny jest tu bardzo trafny. Mamy badania, które doskonale obrazują siłę współpracy. Przeprowadzono je na chirurgach kardiologach. I co się okazało? Otóż znakomity specjalista wyciągnięty ze swojego zespołu staje się całkiem średni, przeciętny. Widać to na przykładzie rywalizujących ze sobą o prestiż szpitali. Pewna klinika podkupiła świetnego specjalistę innemu szpitalowi. I nagle, kiedy ten zmienił pracę, stracił jednocześnie swoją magiczną moc. Zmierzono to ilością pooperacyjnych powikłań. Twarde dane.

Dlaczego tak się dzieje? W zespole, który pracuje ze sobą dłuższy czas, jego poszczególni członkowie potrafią czytać sobie w myślach, pomiędzy wierszami. Ale także umieją siebie wzajemnie na bieżąco korygować. Wiedzą na przykład, że danemu lekarzowi w danym momencie trzeba podać mocną kawę, bo rozpoznają, że traci siły i koncentrację. Wiedzą także, że jeśli doktor X prosi o 20 miligramów jakiegoś preparatu, należy odliczyć i podać trochę mniej lub więcej. Ludzie w zespole znają się, czują i często właśnie w tym tkwi tajemnica sukcesu. 

Czytałam, że na najlepszych uczelniach medycznych świata do grafiku zajęć wszedł przedmiot: praca zespołowa. 

To jest paradoks naszych czasów. Wiemy, że we współpracy jest moc, a ciągle gloryfikujemy jednostki. Powiem brutalnie. Takie ikony lepiej się sprzedają. To biznes.

No właśnie, kiedy jakieś przedsiębiorstwo odnosi wielki sukces, to prezes święci triumf. Czytamy o nim na pierwszych stronach gazet. My sami też chcemy wierzyć, że to triumf pana Kowalskiego.

To wynika także z tego, że szukamy kogoś, komu się udało, aby powielić jego sukces. Sama pani rozumie, ciężko wziąć przykład z zespołu. Jeśli pokażemy komuś zespół i powiemy: funkcjonuj tak jak on, to nie bardzo wiadomo, od czego zacząć. Z tej chęci powielenia czyjegoś blasku wzięła się zresztą kultura celebrycka. Tropimy kogoś, komu coś wyszło, i chcemy dowiedzieć się, jak tego dokonał. Łatwiej zrobić to z pojedynczą osobą.

Krecią pracę robi tu też cały przemysł rozwoju osobistego. Już o tym wspomnieliśmy, ale warto rozwinąć ten wątek. Wszystko, co skłania nas do nadmiernego koncentrowania się na sobie z pominięciem ludzi, którzy nas otaczają, prędzej czy później doprowadza do niezadowolenia z życia, z siebie. Ponadto taki sposób funkcjonowania nakłada całą odpowiedzialność za jakość życia na jednostkę. To może być frustrujące, wywoływać poczucie osamotnienia. 

I jeszcze taka bardzo ogólna, ale szalenie ważna także w tym kontekście prawda (potwierdzona licznymi statystykami): szczęście to zawsze inni ludzie. Dlatego bycie częścią wspólnoty jest tak ważne.

Działanie w pojedynkę jest też zwyczajnie nierozsądne, bo z badań jasno wynika, że zdecydowanie sprawniej rozwiązujemy problemy kogoś innego niż nasze własne. Jesteśmy wtedy bardziej kreatywni. Bycie w grupie bardziej się opłaca?

Jest teoria, która zakłada, że kiedy nabieramy dystansu do jakiegoś problemu, myślimy zdecydowanie inaczej. Bardziej racjonalnie. A ciężko o dystans, gdy w grę wchodzą emocje. 

A te raczej nie są sprzymierzeńcami pracy zespołowej.

Zapewne wiele jest czynników, które współpracę mogą utrudniać. Ale chcę najpierw opowiedzieć o plusach. Ich jest więcej. W zespole łatwiej jest zaryzykować, bo ewentualna porażka rozkłada się na wiele osób. Grupa – nie tylko w sensie zawodowym, ale także na przykład grupa przyjaciół – daje też coś absolutnie nadrzędnego: możliwość dzielenia się swoimi przemyśleniami, troskami, sukcesami. To widać na najprostszym przykładzie. Jeśli idzie pani do kina sama, film jest znakomity, albo przeciwnie – kompletnie beznadziejny, po wyjściu ma pani wielką ochotę podzielić się swoimi wrażeniami, prawda? Dlaczego będąc w rozpaczy, słuchamy smutnych piosenek? 

Wspólnota przeżyć

Bo chcemy, aby ktoś smucił się razem z nami. Wspólnota przeżyć.

Raźniej i rozsądniej jest także otworzyć biznes z kimś niż samemu. Mam teraz katar i zauważyłem, że nigdzie nie ma pomadek do nosa. Są do ust, ale nie ma do wysuszonego, popękanego od kataru nosa. Więc wymyślam sobie, że chcę je wyprodukować. Potrzebuję pieniędzy. Szukam inwestora. Wiadomo, że kiedy działam sam, jego decyzja o zainwestowaniu w mój pomysł jest bardziej ryzykowna. Jeśli jutro potrąci mnie tramwaj i wyląduję w szpitalu na kilka tygodni, interes padnie. A gdy mam wspólnika, ten pociągnie temat. Tak jest ze wszystkim. Zapyta pani: „Skoro jest tyle plusów, to dlaczego nie współpracujemy?”, prawda?

Właśnie, dlaczego? 

Grupa generuje konflikty. Na pierwszy rzut oka to minus. Ale tylko na pierwszy. Konflikt może być twórczy. Potrzebujemy wokół siebie ludzi, którzy mają inne zdanie niż my. 

Gra zespołowa wymaga dojrzałości. Współdziałanie zdecydowanie lepiej wychodzi ludziom starszym. Młodzi mają z nim problem. To jest to napompowane ego, o którym pani wspominała. To jest ogromna potrzeba rywalizacji, pokazania, że to ja jestem najlepszy. W końcu to jest niecierpliwość cechująca młodość. Wyżej, lepiej, szybciej. Osoba starsza jest gotowa poczekać, czasami zamilknąć, aby dać wypowiedzieć się, wykazać komuś innemu, bo może on potrafi spojrzeć na problem z zupełnie innej perspektywy.

I pomoże przerwać twórczy impas.

Sama pani widzi, że z tych zespołowych trudności w dłuższej perspektywie płynie dobro. Pomoże przerwać twórczy impas. Jakąś niemoc. Bywa, że jednostka trwa w niej tygodniami. I to dotyczy każdej dziedziny życia. Ostatnio widziałem na ulicy dziecko w śpiochach z napisem: „Moja mama nie potrzebuje porad”. Sam jestem ojcem i wiem, jak irytujące jest, gdy ktoś zwraca nam uwagę, wtrąca się.

Ale... Przywołam tu ekstremalny przykład. To, że ludzie nie wtrącają się w ogóle, może zakończyć się na przykład przemocą domową. Kiedyś, kiedy żyliśmy we wspólnotach, ktoś mógł złapać nas za rękę, abyśmy nie zrobili czegoś głupiego. A odkąd wymyśliliśmy sobie, że będziemy żyć sami, w wielu momentach brakuje recenzenta. Jest teoria, według której współczesnym problemem wcale nie są samotne matki czy samotni ojcowie, tylko samotne rodziny. Nie ma już lokalnych grup znajomych, właśnie takich współpracujących ze sobą wspólnot, w których dzieci biegały po podwórku, wpadały do sąsiadki na obiad, do kuzyna na ciastko, przenocowały u cioci. Rodziny się wyizolowały. To sprawiło, że zbyt wielka odpowiedzialność, zbyt dużo życiowych trudności leży na barkach dwóch osób. Matce i ojcu ciężko jest ten bagaż racjonalnie i rozważnie udźwignąć. Badania pokazują, że dzieci funkcjonują o wiele lepiej, kiedy mają dookoła siebie wiele dorosłych, wtrącających się osób. 

Mogą zobaczyć, że choć ich rodzice są bardzo impulsywni, to sąsiadka na tę samą sytuację reaguje spokojnie, czyli: można funkcjonować w całkiem inny sposób. Widzą, że jest rozpiętość reakcji, charakterów, temperamentów. Ta wiedza poszerza horyzonty. Kolejny przykład na to, jaką moc ma wspólnota. 

Praca w zespole wymaga treningu? 

Oczywiście, współpraca jest zawsze efektem treningu. Nie da się stworzyć dobrze działającego zespołu samymi chęciami i refleksją. Nie da się też zrekrutować dobrze współpracującego zespołu. Praca zespołowa to efekt porażek i wytrwałości. 

W domu sytuacja jest trudniejsza. Nikt nam nie może kazać, a zmobilizować muszą się wszyscy. Najczęściej robimy to dla wyższych wartości – religii, dobra rodu, wartości patriotycznych. Albo w myśl zasady, że „nasza rodzina jest drużyną”. W dawnych czasach było to wyraźniejsze. Każda rodzina miała cel: zwiększać liczbę osób w rodzie i pomnażać bogactwo. Dziś nie jest to już takie oczywiste. 

Korporacja – praca w zespole czy wyścig szczurów?

A jaką moc ma współczesna wspólnota, grupa zwana korporacją? Niby, jeden organizm grający do tej samej bramki, a jednak tak często w sąsiadujących boksach siedzą ludzie, którzy nie tylko próbują grać wyłącznie na siebie, ale i przeciwko koledze z tej samej drużyny.

Z korporacjami jest taki problem, że często ich cele organizacyjne pozostawiają wiele do życzenia. Zwykle ich celem organizacyjnym jest bogacenie się kadry menedżerskiej, zarządu. Trudno dziwić się ludziom, że nie utożsamiają się z takim celem. Ale to temat na inną rozmowę. 

Grupa w kontekście korporacyjnym służy nam zwykle po to, aby móc się na jej tle wyróżniać, być lepszym. Czasami za wszelką cenę. Zresztą to zaczyna się już w szkole. Dostałem trójkę, ale większość dostała dwójkę, więc to jest wytłumaczenie dla mamy i taty mojej słabej oceny. 

No tak, ale taka grupa jest tu tylko punktem odniesienia. To nie ma nic wspólnego z poczuciem bycia jej częścią.

To jest bardzo cenne spostrzeżenie, jednak prawda jest taka, że my gdzieś bardzo głęboko mamy tę potrzebę bycia we wspólnocie zakorzenioną. I używamy wielu sposobów, aby ją zaspokoić. 

Czy wie pani, że na przykład zasady savoir-vivre’u stosujemy także po to, aby wysłać sygnał podobnym sobie? Pokazujemy: jestem taka i taka, jeśli są tu osoby z tej samej bajki, trzymajmy się razem. 

W książce Carla Honoré „Bez pośpiechu” przeczytałam cenną myśl. Jeśli masz do rozwiązania jakiś problem, na samym początku postaw sobie najważniejsze pytanie: „Kto może mi pomóc?”. Przyznam, że nigdy nie funkcjonowałam w ten sposób.

Zapewniam, że warto. Na najgłupsze pomysły wpadamy najczęściej zatopieni godzinami we własnym problemie. Zwrócenie się o pomoc powoduje – metaforycznie i dosłownie – że zamiast dwóch półkul używamy czterech. Z zespołem, z grupą jest trochę jak z małżeństwem – ciężko znaleźć kogoś odpowiedniego do pary. Ale jak już ten trud wykonamy, nagroda jest ogromna. W pojedynkę nie zachodzi się tak wysoko. Choć rozbieg jest długi, w grupie zawsze dobiega się dalej.

***

Rozmowa z Miłoszem Brzezińskim ukazała się w „Urodzie Życia” 1/2016

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Urlop ze znajomymi
iStock

Urlop z przyjaciółmi: jak wyjechać i wrócić w komplecie?

Urlop ze znajomymi to ćwiczenie naszej cierpliwości i elastyczności. I wielki sprawdzian dla tego, co tak naprawdę nas z tymi ludźmi łączy.
Anna Bimer
02.08.2020

Wakacje to namiastka dzieciństwa. A spędzane z przyjaciółmi potrafią być burzliwe jak kłótnia w piaskownicy” – mówi psycholog Katarzyna Kucewicz. Umawiając się na wspólny wyjazd, zaczynamy projektować w głowie własną wizję jedynych, niepowtarzalnych wakacji. A potem, już na miejscu, okazuje się, że oczywiście nie jest ona taka sama, jak wizja męża czy przyjaciół. Anna Bimer Słyszałam taki okrutny dowcip o wyjeździe małżeństwa na urlop: docierają nad ukochane jezioro, on rozbija namiot, ona szykuje kolację, rozstawiają fotele, sączą wino. Jest bosko, ale on, patrząc na żonę, myśli: „Żebyś ty jeszcze obca była”. Katarzyna Kucewicz: Okrutne, ale znam wielu, którzy fantazjują, że wakacje to magiczny moment w roku, w którym cuda się zdarzają, konflikty ustają, mamy o czym rozmawiać, nie kłócimy się i nagle zaczynamy podobać się sobie. Pary często atakują siebie słowami: „Chociaż w wakacje mogłabyś nie marudzić, zadbać o siebie, być milsza”. Oczekujemy, że wakacje będą oderwaniem od problemów. Ale czy na Malediwach, czy w Kamieniu Pomorskim para w kryzysie będzie parą w kryzysie i żadna piękna fauna i flora, jezioro i namiot tego nie zmienią.  Wyjazd na urlop uruchamia jednak w ludziach magiczne, dziecięce myślenie, że wakacje to okres beztroskiej zabawy po całym roku szkolnym. Liczymy na niespodzianki, przygody, pragniemy, żeby wszystko było doskonałe. Dlatego latem robimy rzeczy, na które w życiu byśmy sobie nie pozwolili jesienią. Zaplatamy dredy, wracamy nad ranem z imprezy, wdajemy się w przelotny romans. Po roku pracy i życia według reguł, z ograniczeniami, wyrzeczeniami, samokontrolą, potrzebujemy się wyluzować, ale też coś przeżyć, czegoś doświadczyć.  W czasie wakacji ludzie zachowują się, jakby tracili rozum, ryzykują na...

Czytaj dalej
Przyjaźń w czasach Facebooka i Instagrama
Adobe Stock

Czy przyjaźń w czasach Instagrama i Facebooka jest „jakaś inna”?

Popularność naszych postów, ilość lajków i serduszek daje nam poczucie, że jesteśmy lubiani, że inni się nam interesują i nas doceniają. Ale czy jest tak naprawdę? I czy takie poczucie wspólnoty może zastąpić prawdziwą przyjaźń?
Grzegorz Kapla
31.07.2020

Sprawy, z którymi kiedyś dzwoniliśmy do bliskich, teraz lokujemy w internecie. Zwierzenia zastępujemy mailami. O to jak wygląda teraz przyjaźń i czy w dobie mediów społecznościowych ta tradycyjna jest nam w ogóle potrzebna, pytamy psychoterapeutkę Izę Falkowską-Tyliszcza z Zespołu Pomocy Psychoterapeutycznej. Grzegorz Kapla „Uroda Życia” : Redefiniujemy pojęcia patriotyzmu, wiary, rodziny, w szkołach coraz mniej klas, w których wszystkie dzieci są z rodzin trwających przy sobie długo i szczęśliwie. Wszystko się zmienia. A co z przyjaźnią? Bo wydaje się, że wciąż potrzebna jest nam w życiu bezgraniczna akceptacja. Kto nam da taki komfort, jeśli nie przyjaciele?  Iza Falkowska-Tyliszczak:  Tak pan uważa? Wyobrażenie, że możemy być akceptowani stuprocentowo, zarówno w miłości, jak i w przyjaźni, jest nierealistyczne, bo taki wyjątkowy rodzaj zaangażowania jest możliwy tylko w jednej relacji: pomiędzy matką a niemowlęciem do trzeciego miesiąca życia. Potem nie ma już takiej sytuacji, żebyśmy byli przez drugiego człowieka akceptowani bezgranicznie.  Kultura masowa, choć o miłości po grób mówi jedynie w bajkach, wciąż utrzymuje nas w przekonaniu że przyjaźń rozwija się wedle zasady: jeden za wszystkich, a wszyscy za jednego. I że trwa bez końca.   Zacznijmy od źródłosłowu. Przyjaźń w naszym języku ma wyjątkowo trafne konotacje. Oznacza bycie przy czyjejś jaźni. A więc niesie w sobie otwartość na zaangażowane, na akceptujące i aktywne poznawanie drugiej osoby. Rzeczywiście przyjaźń może trwać długo. Takie przyjaźnie są szczególnie cenne, ponieważ ludzie, którzy znają nas długo, stają się świadkami naszego istnienia. W dzisiejszym świecie przywykliśmy zaznaczać naszą obecność za pomocą...

Czytaj dalej
Uzależnienie od seksu
iStock

Portale randkowe, seksczaty, Tinder – coraz częściej „używamy” seksu, zamiast szukać prawdziwej bliskości

Seks jest wszędzie. Nie trzeba już nawet wychodzić z domu. W internecie znajdziemy sto możliwości, żeby zaspokajać fantazje i pragnienia. Istnieje jedno ryzyko: że się uzależnimy i przegapimy miłość, związek, życie.
Magdalena Felis
31.07.2020

Uzależnienie od seksu to coraz powszechniejszy problem, ale wciąż mówienie o nim budzi złośliwe uśmieszki. Myślimy, że to tylko wymówka, usprawiedliwienie zdrady, oznaka słabości. Czasem nawet zazdrościmy – „ten to prowadzi ciekawe życie!”, ale prawda jest taka, że seks jako budząca silne emocje przyjemność, może stać się używką. I jak każda używka powoli, krok po kroku będzie nam odbierał radość życia, ograniczał wolność, zamiast tworzyć więzi – odsuwał od bliskich. O uzależnieniu od seksu rozmawiamy z Dorotą Biały, psychoterapeutką i coachem, która przez lata pracowała w korporacjach, zajmowała się też ofiarami przemocy wobec kobiet oraz z Mikołajem Czyżem, psychoterapeutą pracującym z parami i rodzinami.  Magdalena Felis „Uroda Życia”: Czy istnieje uzależnienie od seksu? I jak je odróżnić od rozrywkowego stylu życia, w którym zdarzają się erotyczne przygody? Dorota Biały: Seks i stan upojenia z nim związany, podobnie jak hazard, narkotyki czy alkohol, w pewnych warunkach staje się „używką”. Psycholodzy mówią o uzależnieniu od seksu, kiedy komuś potrzebna jest pomoc w odzyskaniu kontroli nad własnym życiem. W takiej sytuacji seks bywa wyłącznie obietnicą czegoś. Bliskości? Ekstazy? Może władzy? Na pewno czegoś, do czego ten człowiek na co dzień nie ma dostępu.  Kiedy tak się dzieje? DB: Taki człowiek tęskni do jakiegoś stanu, czegoś pragnie, ma jakieś potrzeby, np. bliskości, ale ze względu na wychowanie, konflikt wewnętrzny, obowiązujące reguły czy własne ograniczenia nie może sobie tego zapewnić. Jednocześnie bardzo pragnie być w bliskiej relacji z drugą osobą, ale tego nie potrafi. Wówczas zaczyna używać do tego seksu, coraz częściej i intensywniej. Paradoks polega na tym, że właśnie „używając”...

Czytaj dalej