Z powodu koronawirusa wszyscy przeżywamy żałobę
Adobe Stock

Z powodu koronawirusa wszyscy przeżywamy żałobę

COVID-19 zabiera poczucie bezpieczeństwa, wolność, pieniądze. Jak się mierzyć ze stratą podczas pandemii, radzi psychoterapeutka Sylwia Kieszkowska.
Aleksandra Nowakowska
15.04.2020

Życie nie toczy się tak, jak powinno, ale jest takie, jakie jest. Sposób, w jaki sobie z tym radzisz, stanowi całą różnicę – mówiła amerykańska psychoterapeutka Virginia Satir. Jak mamy reagować na spustoszenie, jakie w naszym życiu czyni koronawirus?  

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Blisko żałoby

Aleksandra Nowakowska: Jest z nami dopiero od półtora miesiąca, ale wiele już nam zabrał. Przez koronawirusa straciliśmy biura, plany na wakacje, swobodę robienia zakupów, pieniądze, wyjścia z dziećmi na place zabaw. Długo by można wymieniać. Pandemia wyzwala w nas trudne emocje związane ze stratą. 

W każdym z nas kłębi się mnóstwo różnych emocji. Mamy lepsze i gorsze momenty, chwile nadziei i bezradności. Strach przed konsekwencjami ekonomicznymi pandemii czy brak kontaktu z bliskimi to w tym momencie nasze przeżycia kolektywne. Wszystkich nas dotknęła utrata normalności, rutyny. Odczuwamy smutek, który jest odpowiedzią na stratę. Czeka nas przeżywanie żałoby, będącej procesem adaptowania się do tej straty.

Ostatnio, odnosząc się do pandemii, mówi się o zjawisku antycypowanej, czyli przewidywanej żałoby. Czujemy, że świat się zmienia, wiemy, że obecny stan jest przejściowy, ale nie wiemy, kiedy się skończy i co będzie dalej. Przeczuwamy duże zmiany i ta niewiadoma rodzi w nas lęk, który dotyczy dopiero tego, co nadejdzie. Można go porównać nawet z lękiem przed śmiercią. To strach podobny do tego, który czujemy, kiedy u kogoś z naszych bliskich zostaje zdiagnozowana poważna choroba i boimy się, że ten ktoś umrze. Wtedy antycypujemy żałobę. Wirus zmienił naszą rzeczywistość, działając jak niewidzialna siła. Nasze poczucie bezpieczeństwa jest zagrożone, bo wiele już straciliśmy i spodziewamy się, że stracimy więcej.  

Możemy się w jakiś sposób obronić?

Proces radzenia sobie ze stratą jest indywidualny. Reakcje z nią związane nie występują w uporządkowany uniwersalny sposób. Możliwe jest reagowanie tymi samymi uczuciami więcej niż raz i mogą się one na siebie nakładać. Najczęściej jednak psychika ludzka radzi sobie ze stratą w pięciu etapach. Zostały one opisane w modelu odczuwania żałoby stworzonym przez Elizabeth Kübler-Ross. Można się na nim oprzeć również w przypadku naszych reakcji na koronawirusa.

Na początku przeżywania straty pojawia się zaprzeczenie, które jest poprzedzone jakimś szokiem. „Ten wirus nas nie dotknie” – sama tak myślałam. Kiedy pojawiły się pierwsze zachorowania w Polsce, akurat przyjechałam z Barcelony, gdzie mieszkałam na stałe, żeby przez krótki czas pracować w szpitalu psychiatrycznym. „Szpitala mi nie zamkną, mogę się nie martwić” – zaprzeczałam. Nie zamknęli wprawdzie, ale zredukowali liczbę pacjentów i personelu do minimum i jednak straciłam to zajęcie. Kolejnym etapem jest gniew i bunt. Po pewnym czasie spędzonym w izolacji zaczęliśmy odczuwać złość, że nie możemy robić tego, co chcemy i do czego byliśmy przyzwyczajeni. Później zwykle następuje targowanie się, negocjacje typu: „Ok, wytrzymam w domu jeszcze dwa tygodnie, ale potem już wszystko wróci do normy”. Następnie zaczynamy odczuwać rodzaj depresji, związanej ze smutkiem – „Nie wiem, kiedy to się skończy, wszystko się wali”. Wówczas pojawia się bezsilność – jesteśmy bezradni, bo odnosimy wrażenie, że rządzi nami coś większego od nas i nie umiemy sobie z tym poradzić. W przypadku koronawirusa jest to większe i groźniejsze, niż się spodziewaliśmy. Odczuwamy swoją ludzką kruchość.

Ostatnim etapem przeżywania żałoby jest akceptacja. Wreszcie mamy pełną świadomość, w jakiej sytuacji się znaleźliśmy. Nie jest łatwo, ale potrzebny jest spokój, żeby się zastanowić, jak się w tych okolicznościach odnaleźć. Dopiero na tym piątym odcinku leży siła, tutaj możemy odnaleźć znaczenie i sens tego, co się wydarza i wyciągnąć wnioski. Myślę jednak, że obecnie jeszcze daleko nam do akceptacji.

Na razie liczymy straty. Myślę teraz o Magdzie, mojej fryzjerce, z którą od lat się przyjaźnię. Jej straty już teraz są realne, policzalne w złotówkach. Mówi, że nie wie, co będzie dalej – czy klienci będą mieć pieniądze, żeby odwiedzać ją tak często, jak przed pandemią.

Niestabilność finansowa wywołuje bardzo duży lęk, a nawet poczucie paniki. Informacja o stracie zarobków najpierw powoduje rodzaj zamrożenia emocjonalnego, potem pojawia się gniew, po którym następują negocjacje („Dobrze, przez marzec i kwiecień mogę mniej zarabiać, ale potem to nadrobię”), ale w końcu załamanie („Nie wiem, czy sobie poradzę, nie wiem, za co zapłacę rachunki, nie wiem, ile to potrwa”). Myślę, że w tych poszczególnych fazach, jak w każdym procesie przeżywania żałoby, można trochę pobyć. Jak długo? To indywidualne. Teraz jeszcze nie dochodzimy do etapu akceptacji, bo cały czas nie wiemy, kiedy odzyskamy grunt pod nogami.  

Strata pracy i bez pandemii jest ogromnym stresem, ale wcześniej przynajmniej było pole do działania. Teraz w wielu branżach jest ograniczone, czasem można jedynie czekać. 

Tak. To jest nasze wyzwanie – zmierzyć się z bezsilnością. Zobaczyć, że ona jest, zrobić na nią miejsce. Przyznać się, że nie mamy wiele wpływu i niewiele możemy zrobić. A czasem po prostu nic. W moim odczuciu w zaakceptowaniu bezsilności jest siła. Mamy wytrwać w zawieszeniu. Zostaliśmy wrzuceni w ten proces, niezależnie od tego, czy chcieliśmy się z nim zmierzyć, czy nie. Nie mamy jednak wyjścia – tylko przez skonfrontowanie się z nieznanym i z bezradnością możemy coś zmienić.

Bezsilność jest stratą sprawczości, działania, męskiej energii. Zostaliśmy wrzuceni w bierność.

Zwykle, kiedy stajemy wobec niewiadomej, sięgamy po narzędzia, które opierają się na efektywności, skuteczności, wydajności. Teraz, kiedy mierzymy się z czymś, co nas przerasta, te narzędzia przestały działać. Oczywiste, że budzi w nas to lęk. Stare metody radzenia sobie się skończyły, a to pokazuje, że potrzebujemy zmiany. Ale żeby ona się wydarzyła, trzeba sięgnąć po rozwiązania na innym niż dotąd poziomie.

William Bridges, amerykański pisarz i mówca, uświadamia prostą prawdę, że zmiana składa się z końca, przerwy i początku – ze zmierzchu, nocy i świtu. Koronawirus włączył pauzę. Według Bridgesa dopiero w przerwie ma szansę pojawić się akceptacja końca. Poprzedza ją często depresja, która ma miejsce, kiedy stare struktury ulegają destrukcji. Teraz już nie walczymy o to, co było, poddajemy się. Czujemy, że niewiele od nas zależy, sama wydarza się podróż ku nowemu. Amerykanin zauważa, że ludzie na tym etapie mogę jeszcze czuć przerażenie, ale także odrobinę ekscytacji.

Mam podobne odczucia i czuję je u moich klientów. Obok lęku, napięcia, niewygody związanej z codziennością, jest dużo nadziei i ekscytacji na to, że pewna forma świata ewidentnie się kończy i zaczyna się jakaś nowa. I teraz pytanie – jacy będziemy w tej nowej formie świata i jakiego rodzaju ludzkości potrzebujemy, żeby odnaleźć się w tym nowym rozdziale?

Właśnie – jakiego?

Mam wrażenie, że rzecz dotyczy relacji. Pandemia pokazuje, jak bardzo jesteśmy od siebie zależni, jak bardzo potrzebujemy być na siebie uważni i wrażliwi, i trzymać się razem. To mnie ekscytuje. Nadal pracuję z moimi klientami z Barcelony. Hiszpanie mają bardzo ścisłą kwarantannę, mogą poruszać się najdalej 500 metrów od mieszkania i policja tego naprawdę pilnuje, dając za wykroczenia wysokie kary pieniężne. Hiszpanie zwykle dużo czasu spędzają na zewnątrz. I to nie tylko młodzi ludzie, starsi też – socjalizują się, grają w bule na placach, chodzą do restauracji. Dla nich bardzo trudny jest brak kontaktu ze sobą i naturą, ale widzę, że już uzbroili się w cierpliwość, bo zdają sobie sprawę, że kwarantanna powoduje spadek ilości zakażonych osób. Mimo izolacji naprawdę trzymają się razem. O godzinie 20 we wszystkich dzielnicach klaszczą lekarzom, w weekendy puszczają muzykę i grają w bingo, krzycząc z balkonów numery. Poruszająca jest ta atmosfera otwartości i jedności, poczucia przechodzenia przez to straszne doświadczenie pandemii wspólnie.

My tak nie robimy?

Mamy inny temperament, ale też widzę u nas większą potrzebę bliskiego kontaktu mimo dystansu fizycznego. Zaczynamy się zastanawiać, kto tak naprawdę jest nam bliski, o kogo się martwimy, komu możemy dać wsparcie. Zauważamy, o kim myślimy i kto się do nas odzywa. Dotąd byliśmy zalani kontaktem wirtualnym. Teraz jest czas na refleksję, czym jest autentyczna, fizyczna, prawdziwa relacyjność. Możemy wreszcie to odróżnić i wybrać od nowa.

Nie tylko zresztą w sferze relacji podejmujemy nowe wybory. W sytuacji kryzysu ekonomicznego wyostrza nam się uważność, na co wydajemy pieniądze – czy jest to konieczne i czemu ma to służyć. Zdecydowanie czeka nas zmiana światopoglądowa dotycząca konsumpcjonizmu. Z etapem kryzysu wiąże się życie w większym minimalizmie. Od teraz będzie inaczej.

Strata daje miejsce na nową jakość, ale możemy czuć, że jest jeszcze do niej daleko. Okładka najnowszego włoskiego Vogue jest pusta – biała z białym napisem. Symbol przerwy. 

Dzisiaj ciężko jest przewidzieć, gdzie nas ta nowa droga prowadzi, bo najpierw potrzebujemy zanurzyć się w pustkę. W tym czasie chodzi o to, żeby nie starać się na siłę wymyślać czegoś nowego, tylko przyjąć bardziej bierną postawę. Może być nam trudno się przyznać, że niewiele możemy, ale to jest niesamowicie rozwojowe. Możemy poznać się z innej strony – wiele straciliśmy i nie musimy już być superbohaterami, nie musimy się wyrabiać, dopasowywać. Strata w pewnym sensie jest uwalniająca, może zdjąć ciężar z ramion.

Wolność może kojarzyć się z ruchem, a w kwarantannie czujemy się jak uwięzieni. Straciliśmy przecież wolność poruszania się.

Ale z drugiej strony dostaliśmy inny rodzaj wolności – mamy więcej czasu dla siebie, więcej przestrzeni. Co prawda – narzuconej z zewnątrz, ale ona jest, znaleźliśmy się w niej. Wykorzystajmy ten czas na refleksję nad sobą, swoimi wartościami. Jest to pewna szansa, pewna możliwość. Tylko odosobnienie może być początkiem transformacji i zmiany. Bez bezruchu trudno się w sobie zanurzyć, być blisko wszystkiego tego, co czujemy z powodu straty.

Jak najlepiej wykorzystać czas tej przerwy?

Nie traktujmy jej zadaniowo, wcale nie chodzi o to, żeby wyjść z tej kwarantanny w lepszej wersji siebie. Bardziej o to, żeby być bliżej siebie.

Sylwia Kieszkowska – psycholożka i psychoterapeutka. Prowadzi terapię indywidualną oraz grupową w nurcie psychologii zorientowanej na proces. Poza prywatnym gabinetem współpracuje z fundacją Feminoteka, wspierając kobiety doświadczające przemocy. https://therapy-int.com/pl/start/



 

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Jak dzisiaj radzić sobie ze stresem? Wyobraź sobie… wiadro albo zlew

Weź głęboki oddech i daj swoim zmartwieniom czas na to, by odpłynęły.
Sylwia Arlak
26.10.2020

Nawet jeśli zazwyczaj jesteś opanowana i odporna na stres, to rok 2020 mógł dać ci mocno w kość. Lęk związany z epidemią koronawirusa, niepokój o bliskich, strach związany z niepewną przyszłością, ciągłe poczucie niepewności – to wszystko może prowadzić do przygnębienia i wyczerpania. Czujemy to wszystkie coraz wyraźniej. Jak sobie poradzić z narastającą paniką? Jednym ze sposobów, które mogą zadziałać, jest wizualizacja swojego stresu.  Wyobraź sobie, że masz przed sobą zlew lub wiadro z dziurawym dnem i za każdym razem, gdy coś powoduje niepokój lub stres, one zaczynają się wypełniać wodą. Woda nie znika natychmiast. Potrzeba czasu, aby spłynąć. A jeśli zaczniesz swój zbiornik zbyt szybko ponownie napełniać i nie zadbasz – sama! – o to, by woda spłynęła, w końcu zaleje ci całą kuchnię.  Wygraj ze stresem W psychologii już od dawna istnieje pojęcie „dziurawego wiadra stresu” – to jedno z popularnych porównań, gdzie wiadrem jest twój system nerwowy, a stresem: woda.  Wszyscy każdego dnia mamy do czynienia ze stresowymi sytuacjami. I dobrze, bo stres w niewielkich dawkach jest nam potrzebny do działania i rozwoju. Jeżeli jednak będzie go za dużo, jeśli w naszym zlewie czy wiadrze woda zacznie przelewać się górą – to będzie oznaczało, że straciliśmy kontrolę nad swoimi emocjami.  Spróbuj wyobrazić sobie, ile wody jest już w twoim zlewie. Już samo to pozwoli ci się odrobinę rozluźnić. Jeśli w twojej wizualizacji zlew będzie pełen po brzegi, zastanów się, jak możesz go opróżnić. Zapal świeczkę i popatrz przez chwilę w mrugający płomyk. Włącz ulubioną piosenkę – jeśli energetyczną, to poskacz przy niej przez chwilę, jeśli spokojną, połóż się i wysłuchaj z zamkniętymi...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Żeby wejść w „nową normalność”, musisz najpierw opłakać starą. Pozwól sobie na to

W ostatnich tygodniach wszyscy musieliśmy zrewidować nasze plany. Wspominamy czasy sprzed pandemii i boimy się tej „nowej normalności”. Jak przekonują psycholodzy, aby ruszyć dalej, musimy najpierw opłakać nasze stare życie.
Sylwia Arlak
21.05.2020

Ruszyło luzowanie obostrzeń i odmrażanie gospodarki. Nie jest nam łatwo — jednego dnia tryskamy energią i patrzymy w przyszłość z optymizmem, drugiego czujemy się całkowicie wyczerpani i przytłoczeni. To czas, w którym wszyscy musimy nauczyć się żyć w „nowej normalności”. Jaka ona będzie — tego nie wie nikt. A jak to zrobić? Opłakując stare życie i zostawiając je za sobą. Zupełnie jak w procesie żałoby. Wszystkie emocje są po coś Lucinda Gordon Lennox, psychoterapeutka i specjalistka od traum w The Recovery Center, przypomina, że gdy przeżywamy trudne chwile, nie powinniśmy temu zaprzeczać, nawet same przed sobą. „Smutek jest skomplikowanym procesem — żałoba pojawia się, kiedy coś utracimy. I niekoniecznie musi to być związane ze śmiercią kogoś bliskiego. Myślę, że wielu ludzi tego nie rozumie. A teraz przecież wszyscy ponieśliśmy stratę. Pandemia zabrała nam wiele rzeczy. Możemy je odzyskać, ale nie mamy pewności, czy i kiedy to nastąpi”  — tłumaczy w magazynie „The Stylist”.   Psychoterapeutka podkreśla, że musimy pozwolić „przepłynąć” naszym emocjom, nawet jeśli sprawiają nam ból. Przekonuje, że jeżeli nie przejdziemy kolejnych etapów żałoby — zaprzeczenia, gniewu czy depresji — możemy utknąć w miejscu. Tylko poprzez szczere przepracowanie trudnych uczuć, zostawimy za sobą wszystkie niezrealizowane przez koronawirusa plany, niespełnione nadzieje i oczekiwania. „Jesteśmy ludźmi, wszystkie emocje, które odczuwamy, są całkowicie normalne. Dajmy sobie czas na ich przetworzenie. Skupmy się na każdej, która się pojawia. Nie przechodźmy obok nich obojętnie” — dodaje.  Lennox jest zdania, że każdą stratę warto przegadać. Rozmowa z kimś, kto będzie w stanie wczuć się w naszą sytuację —...

Czytaj dalej
kobieta w maseczce i rękawiczkach
Adobe Stock

Strach o zdrowie, niepewność, izolacja. Pandemia to test dla psychiki

Poniekąd wszyscy mamy obsesję na punkcie koronawirusa. Martwimy się o siebie i najbliższych, ale COVID-19 ma wpływ nie tylko na zdrowie. Co zrobić, żeby nie zrujnował naszej odporności psychicznej?
Aleksandra Nowakowska
30.03.2020

W czasie pandemii trudno jest zapomnieć o koronawirusie. Każdego dnia zastanawiamy się, co możemy zrobić, żebyśmy my i nasi bliscy byli bezpieczni i zdrowi. Szukamy informacji o możliwości opracowania szczepionki. Czytamy przewidywania, jakie będą skutki gospodarcze pandemii. Dowiadujemy się o dramatycznych wydarzeniach w innych krajach. Codziennie przyjmujemy do wiadomości, ile osób zostało zarażonych i ile umarło. Dlaczego koronawirus opanował nasze umysły i co z tym możemy zrobić? 5 wyzwań związanych z pandemią COVID-19 Nagłość: być może jeszcze miesiąc temu słyszeliśmy o wirusie, ale w tym czasie wydawało się to bardzo odległe. I nagle, niemal z dnia na dzień, zagrożenie jest tutaj i bezpośrednio na nas wpływa. Nagle nasze życie diametralnie się zmieniło przez koronawirusa, który nie pytał nas o zgodę i niczego nie negocjował. Bezsilność: swoją wewnętrzną moc budujemy między innymi na podstawie tego, że sobie radzimy, jesteśmy skuteczni. Tymczasem pandemia stawia nas przed faktem, że rozprzestrzenianie wirusa na świecie jest poza naszą kontrolą. Niewiele z tym możemy zrobić i jest to trudne, bo pogłębia nasze poczucie słabości. Ogrom negatywnych wiadomości: każdego dochodzą do nas złe wiadomości – o kolejnych zakażonych i zmarłych, o tym, że musimy ograniczyć nasze aktywności, że pandemia może trwać długo, że czeka nas globalny kryzys ekonomiczny o niewiadomych skutkach. Te wszystkie informacje mogą być przytłaczające. Izolacja społeczna: podważa nasze poczucie przynależności społecznej i pozbawia sprawczości. Bezpośrednie kontakty z ludźmi są jednym z bodźców do życia, a teraz jesteśmy ich pozbawieni, a to osłabia. Możemy czuć się uwięzieni w domach i samotni.  Lęk o byt: wielu z nas martwi się o swoje pieniądze. Nie tylko chodzi tu o zagrożenie zwolnieniem czy stratę zleceń, ale też...

Czytaj dalej
trudne emocje
getty images

Decydujemy się na rolę ofiary… z wygody? Tak mówi psychologia

Co nas nie zabije, to nas porani. Pytanie, co z tym zrobimy.
Sylwia Niemczyk
03.09.2019

Jeśli mam pracę, rodzinę, przyjaciół, hobby, to te światy trzymają mnie w równowadze. Jak ze stołem – im więcej nóg, tym pewniej stoi. A gdy całą energię inwestujemy w jedno, to cokolwiek złego wydarza się w tym obszarze, jest katastrofą – tłumaczy w rozmowie dla „Urody Życia” Michał Lewandowski*, psycholog i psychoterapeuta.  Małgorzata Plawgo, „Uroda Życia”: Podobno co nas nie zabije, to nas wzmocni. Ile w tym prawdy? Michał Lewandowski:  Wyzwania codzienności są potrzebne, bo przechodzenie przez nie wzmacnia. Jednocześnie wiele sytuacji nas osłabia, odcina od siebie, od ludzi, od życia. Wydarzenia trudne, traumatyczne, są dużym obciążeniem dla systemu odporności emocjonalnej. To, czy nas wzmocnią, nie jest oczywiste. Bardziej pewne, że nas poobijają, poranią. Pytanie, co my z tym poranieniem zrobimy. A co możemy zrobić? Ważna rzecz o odporności psychicznej: ona nie polega na tym, że jestem kuloodporny, że wszystko się ode mnie odbija. Nie chodzi o to, żeby nie czuć zranienia. To oczekiwanie często bywa niemożliwe do spełnienia. Cierpimy i odczuwamy ból, bo to część życia. Istotą zdrowia jest niedokładanie sobie dodatkowego cierpienia. Ważnym elementem jest zdolność wchodzenia w trudne emocje i wychodzenia z nich. Wejście w emocje? Wtedy mogą nami całkiem zawładnąć.  Może się tak zdarzyć, na szczęście zwykle to stan przejściowy. Czasem trzeba, by potrwał. Weźmy śmierć bliskiej osoby. Kiedyś wdowa miała umowny rok na przeżycie smutku, straty. Mogła mieć stany depresyjne, widzieć zmarłego małżonka i rozmawiać z nim, mogła nie umieć odnaleźć się w rzeczywistości. Wszyscy to traktowali jako naturalne i  respektowali. Ona miała czas, żeby wejść w żałobę i z niej wyjść. Teraz żyjemy w tyranii efektywności. Wszystko musi być szybko. Zawsze...

Czytaj dalej