„Rozum swoje, a serce swoje” – mówią kobiety uzależnione od miłości
iStock

„Rozum swoje, a serce swoje” – mówią kobiety uzależnione od miłości

Eugenia Herzyk, psychoterapeutka z Fundacji Kobiece Serca mówi o nałogowej miłości: „To uzależnienie takie samo, jak hazard czy alkohol”.
Sylwia Niemczyk
22.01.2019

Miłość może stać się toksycznym nałogiem, który może tak samo zniszczyć nam życie, jak alkohol czy narkotyki – mówi krakowska psychoterapeutka Eugenia Herzyk, założycielka Fundacji Kobiece Serca, specjalizującej się w problematyce uzależnienia od miłości, i autorka książek „Nałogowa miłość” i „DDD – Dorosłe Dziewczynki z rodzin Dysfunkcyjnych”. Wyjaśnia, że uzależnienie od miłości jest jednym z tzw. uzależnień behawioralnych, które można – i warto – leczyć. 

Sylwia Niemczyk: Określenie: „uzależnienie od miłości” nie  kojarzy się poważnie.

Eugenia Herzyk: To prawda, podobnie jak seksoholizm. Niewtajemniczeni w problematykę mężczyźni żartują, że jeśli już od czegoś się w życiu uzależniać, to właśnie od seksu, tymczasem osoby, które zmagają się z  tym zaburzeniem, cierpią katusze. Uzależnienie od miłości, tak jak każdy inny nałóg, może być groźne dla życia i zdrowia. Wszyscy znamy tragiczne historie Whitney Houston czy Amy Winehouse – to są przypadki kobiet, które kochały za bardzo. Wiele z nas zna z własnego otoczenia czy nawet osobistego doświadczenia sytuacje, kiedy miłość nie karmi nas i nie wzmacnia, ale jest toksyną.

W polskim piśmiennictwie psychologicznym rzadko pojawia się nawet nazwa tego zaburzenia, choć na Zachodzie psychiatrzy, psychologowie i  psychoterapeuci traktują uzależnienie od miłości poważnie. Nałogowej miłości poświęconych jest wiele prac naukowych, choćby w wydanej w 2014  roku, cenionej przez specjalistów książce „Behavioral Addictions” („Uzależnienia behawioralne”), jest rozdział dotyczący uzależnienia od miłości. Jestem typem naukowca, zrobiłam doktorat z  chemii, więc praca badawcza nie jest mi obca. W taki sam naukowy sposób podchodzę teraz do tematu miłości.

W nazwie pani Fundacji jest mowa wyłącznie o kobiecych sercach. Czy to znaczy, że tylko my, kobiety, wpadamy w nałóg miłości?

Zdecydowanie nie, uzależnienie od miłości zupełnie nie zależy od płci czy orientacji seksualnej, choć rzeczywiście kobiety cierpią na nie częściej. Zresztą w  szerszym kontekście nałóg miłości nie dotyczy wyłącznie relacji intymnych, ale dowolnych bliskich relacji. I choć w psychoterapii indywidualnej zdarzają mi się też klienci mężczyźni, to  założyłam Fundację dla kobiet i sama też specjalizuję się w pomocy kobietom. Od psychoterapeuty wymaga się empatii, a jeśli rozumiemy ją jako umiejętność wejścia choć na chwilę w ciało drugiej osoby i  popatrzenia na świat jej oczami, to nigdy nie obdarzę mężczyzny tak dużą empatią, jaką czuję do kobiet. Mamy inne ciała, różny zestaw hormonów, a przez to odmienną psychikę.

Na czym dokładnie polega uzależnienie od miłości?

Wszystkie nasze nałogi biorą się stąd, że  sami nie jesteśmy w stanie regulować swoich emocji i potrzebujemy do tego „czegoś z zewnątrz”. Tym zewnętrznym regulatorem mogą być substancje psychoaktywne, np. alkohol czy narkotyki, ale równie dobrze mogą to być jakieś nasze zachowania. Uzależnieniami od zachowań będą pracoholizm, seksoholizm, uzależnienie od internetu i to, o  którym mówimy, od miłości, gdzie regulatorem naszych emocji jest druga osoba. Tutaj, dokładnie tak samo jak w każdym innym uzależnieniu, odczuwamy przymus kontynuowania jakichś zachowań, chociaż działają na nas niszcząco. Uzależnione kobiety nieraz zdają sobie sprawę, że nie powinny postępować w jakiś sposób w relacji z mężczyzną, ale tłumaczą sobie: „Rozum swoje, a serce swoje” albo: „Serce nie sługa” czy jeszcze inaczej: „To  jest silniejsze ode mnie”.

I wcale nie mówimy tu tylko o kobietach, które tkwią w związkach przemocowych.

Nie, oczywiście, że nie. Mówimy tutaj o  wszystkich sytuacjach, kiedy kobieta reguluje swoje emocje poprzez relację z  mężczyzną. Realną, wirtualną, aktualną, przeszłą lub przyszłą, małżeństwo, konkubinat, romans czy znajomość na jedną noc. Zachowania w relacji z mężczyzną mają jej dać podniecenie, czyli ucieczkę od marazmu, smutku, pustki, albo przeciwnie: uspokojenie. Mogą też obniżać poziomu lęku lub też przenieść ją w  bezproblemowy świat fantazji.

Tak samo, jak istnieją różne typy nałogu alkoholowego – są alkoholicy, którzy codziennie się upijają, są tacy, którzy piją ostro tylko w weekendy, jeszcze inni popijają tylko parę drinków co wieczór – tak samo mamy wiele różnych wzorców uzależnienia od miłości. Jednym z najbardziej popularnych jest właśnie „kochanie za bardzo”. Zawiera się w nim zarówno wzorzec miłości obsesyjnej, kiedy uzależniona kobieta  ma poczucie, że bez „tego jedynego” nie jest w stanie żyć, jak i wzorzec współuzależnienia, kiedy zajmuje się przede wszystkim zaspokajaniem potrzeb mężczyzny. Jedna i druga opcja pasuje do popularnej wizji miłości jako zespolenia dwóch połówek, łączności dusz, czegoś wyjątkowego.

toksyczna miłość
Unsplash

Ale przecież wiele kobiet postrzega miłosny związek jako połączenie „dwóch połówek pomarańczy”. Czy w takim razie o nich wszystkich powiemy, że są uzależnione od miłości?

W zasadzie tak. Romantyczna i namiętna wizja miłości, z którą dziewczynki stykają się już w klasycznych bajkach, tych kończących się zdaniem: „…i żyli długo i  szczęśliwie”, może prowadzić do uzależnienia. Mit dwóch połówek uczy, że do własnego szczęścia zawsze potrzebujemy kogoś jeszcze. Tymczasem ludzie od dawien dawna wybierali różne sposoby na życie. Byli tacy, którzy łączyli się w pary i  zakładali rodziny, ale też byli inni, którzy wstępowali do zakonu i tam czuli się szczęśliwi, albo zostawali podróżnikami. To nie jest tak, że małżeństwo od zawsze było jedną jedyną ścieżką naszego rozwoju osobistego.

Statystycznie jednak było najczęstszą i najbardziej atrakcyjną wizją.

Statystyki to tylko statystyki. Nie chciałabym, żeby nasza rozmowa zeszła na tory, że to, co przoduje w statystyce, to norma, a reszta to odstępstwa od niej. Zresztą psychoterapia humanistyczna w  ogóle rezygnuje z terminu: „norma”. W tym nurcie mówi się raczej: „Są różne sposoby na życie, z których każdy niesie jakieś konsekwencje. I to od nas zależy, co wybierzemy dla siebie, ważne jedynie, by za te konsekwencje wziąć odpowiedzialność”.

Wracając jednak do naszych połówek pomarańczy – nawet jeśli wybierzemy w życiu akurat ścieżkę małżeńską, to możemy wstępować na nią z  różnym nastawieniem. Kobieta, która jest szczęśliwa sama ze sobą, taka, która nie wyniosła z dzieciństwa żadnych deficytów rozwojowych albo przepracowała je już w dorosłości, będzie wchodziła w relację z pozycji bogactwa.

Natomiast przekonanie, że jest się tylko połówką, która do szczęścia potrzebuje drugiej połówki, to tworzenie relacji z pozycji ubóstwa. Mężczyzna staje się dla kobiety regulatorem emocji, a kobieta stosuje różne strategie, aby dostać od niego to, czego oczekuje. Przyjmuje pozycję albo podporządkowaną, albo dominującą. Nigdy partnerską.

Partnerską, czyli jaką?

Mówiąc w dużym skrócie, w partnerskim związku jest miejsce na strefę wspólną, ale też na prywatność, odrębność każdego z partnerów.

A w przypadku nałogowej miłości prywatności już nie ma?

Kobiety uzależnione od miłości albo dają się wchłonąć mężczyźnie, albo same mężczyznę wchłaniają, albo sklejają się z nim, by stworzyć tak zwany związek symbiotyczny. Jak słyszę od kobiety: „My z mężem…”, to nie mam wątpliwości, że jest właśnie w takim związku. Korzyści ze związku symbiotycznego, w którym małżonkowie niemal wszystko robią razem, są oczywiście ogromne – zanika poczucie osamotnienia. Stratą jest jednak zanik tożsamości, zatrzymanie rozwoju każdego z partnerów. Przed wyborem takiego modelu związku warto się zapytać: „Co jest dla mnie ważniejsze? Uwolnienie się od lęku przed samotnością czy rozwój osobisty?”.

Powiedziała pani też, że Fundacja prowadzi grupy nie tylko dla kobiet uzależnionych od miłości, lecz także dla DDD i DDA. Czy te tematy się zazębiają?

Skrót DDD w nazwach naszych fundacyjnych grup terapeutycznych oznacza Dorosłe Dziewczynki z domów Dysfunkcyjnych. Dysfunkcje te są naprawdę różne i wynikają z bardzo wielu powodów, zawsze jednak prowadzą do powstania deficytów rozwojowych.

Z  kolei skutkiem tych deficytów będą trudności w radzeniu sobie z emocjami, np. lękiem, złością, smutkiem czy seksualnym wstydem. Szukając sposobów na szczęście na zewnątrz, a nie w sobie, osoba z deficytami sięga po ryzykowne sposoby zarządzania emocjami, co może doprowadzić do uzależnienia – także od  miłości.

Czy uzależnione od miłości kobiety mają jakieś wspólne cechy? Może łączy je np. brak pewności siebie albo kompleks niższości?

Jednej wspólnej cechy nie ma, tak jak nie mają jej np. alkoholicy. Możemy za to mówić o czterech najczęstszych deficytach rozwojowych, które zauważam u kobiet w jakiś sposób uzależnionych od miłości. Będą to deficyty w obszarze: poczucia bezpieczeństwa, kobiecości, własnej wartości i  bezwarunkowej miłości. W prowadzonej w naszych ośrodkach terapii uzależnienia od miłości nie skupiamy się jednak na analizie tych deficytów, bo na to jest miejsce na terapii pogłębionej, właśnie terapii DDD. Głównym celem terapii uzależnienia od miłości jest pomoc kobiecie w rezygnacji z nałogowych zachowań w relacjach z  mężczyznami.

W jaki sposób kobieta może wyjść ze swojego nałogu? Bo chyba nie chodzi o to – albo przynajmniej w niektórych przypadkach nie tylko o to – żeby doszło do rozwodu czy zerwania, prawda?

Na pewno nie, bo rozwód czy zerwanie nie rozwiązują problemu uzależnienia. Uzależniona od miłości kobieta w każdym kolejnym związku będzie powielać nałogowe zachowania. Poza tym jednym z wzorców uzależnienia od miłości jest ciągłe romansowanie, a nie stały związek. Bywa, że kobiety, które mają deficyt poczucia kobiecości, są „głodne” miłości i non stop szukają u mężczyzn potwierdzenia, że są dla nich atrakcyjne.

Terapia uzależnienia od miłości opiera się na podobnych zasadach, co terapia alkoholizmu. Nasze psychoterapeutki korzystają z wypracowanych już narzędzi i  krok po kroku pomagają klientce w autodiagnozie, określeniu nałogowych zachowań, nazwaniu strat, jakie ponosi, potem w podjęciu decyzji o rezygnacji z dotychczasowych sposobów regulacji emocji, które przekształciły się w nałóg. Powiedzmy jednak otwarcie, że psychoterapeuta nie leczy z  uzależnienia, bo nie jest uzdrowicielem z cudowną różdżką. Jeśli kobieta sama nie podejmie wysiłku związanego ze zmianą i nie będzie miała wystarczającej motywacji, to psychoterapeuta jej nie pomoże.

Zanim podejmie wysiłek wychodzenia z nałogu, najpierw musi u siebie zauważyć problem. Pani w swojej książce „Nałogowa miłość” radzi w tym celu zrobienie sobie tak zwanego testu rybnego.

W jego ramach wyobrażamy sobie, że  usmażyłyśmy na kolację dla siebie i męża dwa kawałki ryby, ale jeden z  nich rozpadł się nam na patelni. Proszę kobiety, żeby zastanowiły się, co w takiej sytuacji by zrobiły.

Ja najpewniej wzięłabym ten gorszy kawałek dla siebie…

I pewnie z tego powodu ma pani dylemat, czy nie jest pani uzależniona od miłości. To od razu chciałabym uspokoić, że pojedyncze zachowanie nie świadczy jeszcze o uzależnieniu. Warto jednak zastanowić się, czy tych niepokojących objawów nie jest więcej.

Każde uzależnienie rozwija się etapami. To tak jak z alkoholem: najpierw pojawia się problematyczne picie, potem jest faza ostrzegawcza, krytyczna, wreszcie chroniczna, kiedy tracimy kontrolę nad swoim życiem lub jego częścią. Jeśli więc w każdej sytuacji zachowujemy się tak, jak z tymi rybami, to powinna się nam zapalić czerwona lampka. Bo to świadczy, że potrzeby naszego partnera stają się ważniejsze niż nasze. Mówimy sobie: „Mnie jest wszystko jedno, a on będzie zadowolony” albo: „Ja się obejdę, a on o tym tak marzy”, a  to już jest źle. Stawianie siebie na drugim miejscu to jeden z objawów kochania za bardzo. Zresztą mężczyzna zainteresowany partnerskim związkiem źle się czuje, gdy kobieta się dla niego poświęca.

Ale jeśli mi naprawdę zupełnie nie szkodzi, że zjem ten gorzej usmażony kawałek ryby? Oddam mu ten ładny, ale za to on np. ustąpi mi lepszą połowę łóżka.

Oczywiście nieraz mamy w związkach sytuacje, kiedy ktoś komuś ustępuje albo idzie na kompromis. Nie jest to ani dobre, ani złe – na pewno stanowi szybkie rozwiązanie. Nie ma sensu kruszyć kopii o każdą kwestię i tygodniami przegadywać, kto śpi od brzegu, a kto od ściany. Zawsze jednak jest ryzyko, że jedna z osób będzie podporządkowywać się częściej niż druga. Dlatego bezpieczniejszą opcją niż kompromis jest rozwiązanie typu win-win, w której obie osoby czują się wygrane.

Trzymając się więc naszego przykładu z rybą: możemy przecież posiekać oba kawałki i zrobić rybne risotto, a  odnosząc się do przykładu z łóżkiem: możemy przestawić łóżko w inne miejsce, żeby obojgu z nas było tak samo dobrze. O  tym, czy jesteśmy w partnerskim związku, najlepiej świadczy to, co się dzieje w przypadku konfliktu potrzeb. Im częściej parze udaje się wypracować rozwiązanie win-win, tym lepiej. A już na pewno trzeba je wypracowywać w tak poważnych kwestiach jak np. zakres tego, co jest „wspólne”, a  co „prywatne”. Tu nie powinno być kompromisu albo ustępowania sobie nawzajem.

Jak do takiego rozwiązania win-win dochodzić?

Zawsze zalecam kobietom bardzo głębokie przegadywanie każdego niemal aspektu jeszcze przed zawarciem ślubu albo zajściem w ciążę. I przyglądanie się dokładnie, co się dzieje, kiedy pojawiają się różne zdania. Czy nie jest tak, że to ja za każdym razem ustępuję? Albo odkładam poważną rozmowę na potem, czyli na święty nigdy? A może mam nadzieję, że miłość sama rozwiąże wszystkie problemy?

Uzależnione od miłości kobiety mogą czuć się pokrzywdzone z powodu deficytów, jakie wyniosły z dzieciństwa i obwiniać rodziców za to, że nie układa im się w dorosłym życiu…

Jest taka znana trawestacja Sartre’a, pod którą się podpisuję obiema rękami: „Nieważne, co z nami zrobiono, ważne jest to, co ja zrobię z tym, co ze mną zrobiono”. I tak, bywa, że kobiety zatrzymują się w rozwoju na etapie obwiniania rodziców za wszystkie swoje nieszczęścia. Na pewno w  psychoterapii pogłębionej jest czas, aby odczarować nasze dzieciństwo, aby pozwolić sobie na gniew na rodziców, ale to tylko etap rozwojowy. Nie mamy wpływu na nasze dzieciństwo, z którego wynikają różne nasze problemy, ale to nikt inny, tylko my jesteśmy odpowiedzialne za to, czy te problemy będziemy rozwiązywać, czy nie.

Rozmowa z Eugenią Herzyk ukazała się w „Urodzie Życia” 2/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Preeti Agrawal
Bartosz Mokrzycki

Preeti Agrawal, ginekolożka holistyczna, przypomina: „Człowiek to jedna całość” 

Widzenie bardziej „narządów” niż „człowieka” to stosunkowo nowy wynalazek medycyny, przekonuje lekarka z podwrocławskiej kliniki medycyny integracyjnej.
Sylwia Niemczyk
03.01.2019

Preeti Agrawal, doktor nauk medycznych, specjalistka II stopnia z ginekologii i położnictwa oraz medycyny integracyjnej przekonuje, byśmy uważniej wsłuchiwali się w siebie i szanowali swoje ciało. Lekarzom radzi, by nie skupiali się tylko na chorobie, ale na całym człowieku.  Sylwia Niemczyk: Jak to się stało, że już od 25 lat hinduska lekarka leczy Polki? Preeti Agrawal:  To historia złożona z przypadków, choć mówi się, że w życiu nie ma przypadków, tylko okazje dostrzegane przez osoby z intuicją. Wychowałam się w  tradycyjnej hinduskiej rodzinie, czyli wśród kobiet. Moja mama nigdy nie pracowała, tak samo żadna kobieta w  rodzinie. Nie było potrzeby ani zwyczaju. Ja chciałam realizować swoje pasje, nie odcinając się jednak od ról typowych dla kobiet: bycia żoną, matką. Jako pierwsza kobieta w rodzinie zostałam lekarzem.  25 lat temu rozpoczęłam praktykę ginekologiczną w Polsce. Wysyłałam wtedy swoje pacjentki do różnych szkół rodzenia, niestety wracały nadal, w moim odczuciu, bez niezbędnej wiedzy o sobie, swojej fizjologii i naturze. Postanowiłam więc sama stworzyć szkołę świadomego rodzicielstwa. W końcu ktoś kiedyś zapytał mnie, czy napiszę książkę. Nie planowałam tego, ale myśl zakiełkowała i po jakimś czasie miałam gotową. Tytuł: „Odkrywam macierzyństwo”. Wysłałam ją do jednej z kobiecych organizacji w  Polsce, ale otrzymałam opinię, że nie jest odkrywcza. Pomyślałam: „Nie jest odkrywcza? A czy w macierzyństwie chodzi o odkrywanie rewolucyjnych metod?” . Z tego mojego buntu narodziła się Fundacja Kobieta i Natura. Już od 11 lat organizujemy konferencje, festiwale. Dla naszych pacjentek, ale też dla personelu medycznego. Poza Fundacją prowadzi również pani Klinikę Medycyny Integracyjnej pod...

Czytaj dalej
Seks a nastolatki
getty images

Agnieszka Stein o współczesnym wychowaniu seksualnym dzieci: „Nie demonizujmy tematu”

Znana psycholog dziecięca rozwiewa mity
Sylwia Niemczyk
25.03.2019

Nie mamy żadnych przesłanek, żeby sądzić, że dotykanie własnych narządów płciowych może mieć dla dzieci jakieś negatywne skutki. Nie stają się od tego rozerotyzowane, rozwijają się prawidłowo i nie ma to związku z nadmiernym skupieniem się na seksie w dorosłości” – rozmowa z Agnieszką Stein.   Agnieszka Stein – psycholog,   prowadzi warsztaty dla  rodziców, doradza nauczycielom. Autorka książek m.in. „Dziecko z bliska” i wydanego ostatnio poradnika dla rodziców:  „Nowe wychowanie seksualne” (wyd. Mamania 2018).   Matka przyłapuje nastoletniego syna na masturbacji – powinna mu przerwać? Nic podobnego. Zastała syna w intymnej sytuacji i warto, żeby nie naruszała jego granic osobistych. To tak, jakby przeszkodziła komuś w uprawianiu seksu. Ja bym przeprosiła i wyszła. To jest pełnoprawny seks? A według pani pełnoprawny seks to tylko ten, który angażuje dwoje ludzi i prowadzi do związku? Seks przede wszystkim zaczynamy od relacji z  samym sobą. Książkę „Nowe wychowanie seksualne” napisałam między innymi po to, aby pokazać, że bez dobrego kontaktu ze sobą nie będziemy w stanie budować zdrowych relacji z  innymi. A masturbacja jest jak każda inna czynność właściwa ludziom: jemy, pijemy, uprawiamy sport, myjemy się, masturbujemy – to wszystko poznawanie siebie. Może dzieciom lepiej dawać za wzór historie romantyczne? I oszukiwać je? Seks nie zawsze idzie w  parze z miłością. Jeśli będziemy dzieciom opowiadać o tym, jak chcielibyśmy, żeby było, a ukrywać przed nimi prawdę, pozostaną bezradne wobec rzeczywistości i zapewne trudniej będą sobie radzić w życiu. Wie pani, że zakochanie jako główny powód małżeństwa ma bardzo krótką historię? Jakieś sto lat, mniej więcej. Warto o...

Czytaj dalej
Jedzenie i emocje
Rodney Smith

Zajadasz emocje? Nie ty jedna, objadanie się to epidemia naszych czasów

Nigdy jeszcze sformułowanie „Jesteś tym, co jesz” nie było równie na czasie. Jedzenie przestało po prostu zaspokajać głód i stało się naszą nagrodą, pocieszeniem, lekiem i obsesją?
Aleksandra Więcka
04.02.2019

Kuchnia stała się nowym salonem, bazary ze zdrową żywnością – miejscem towarzyskich spotkań, a blogi kulinarne mają więcej odsłon niż serwisy informacyjne. Właściwy jadłospis wydaje się lekiem na wszystko – od raka po złamane serce. Chociaż coraz pilniej wyłapujemy kolejne niebezpieczne E ukryte w opakowaniach z jogurtem czy serem, to równocześnie zdajemy się wierzyć, że lodówka jest naszą najlepszą przyjaciółką. Tymczasem co trzecia Polka ma nadwagę, a co druga chciałaby schudnąć. Dlaczego jedzenie przestało po prostu zaspokajać głód i stało się naszą nagrodą, pocieszeniem, lekiem i obsesją? Zajadanie emocji to epidemia naszych czasów Z jednej strony mamy jeść to, co najlepsze, i tym się rozkoszować. Z drugiej – nosić rozmiar zero. Nie możemy pójść na zakupy do supermarketu, bo jesteśmy straszeni, że masowe jedzenie to czysta chemia. – Z zaspokajaniem podstawowej potrzeby życiowej, jaką jest jedzenie, wiążą się dziś sprzeczne lub negatywne emocje – mówi psycholog i terapeutka zaburzeń odżywania Dorota Minta. Wygląda na to, że najlepiej by było, gdybyśmy mogły się najeść, patrząc na reklamy jedzenia. Albo jak w „Matriksie” wcinać wirtualne steki. Niestety, to wciąż niemożliwe, więc żyjemy w permanentnym napięciu między apetytem na życie i próbami jego poskromienia. Do tego większość sposobów, jakie w tym celu stosujemy, nie skutkuje. – Nasz stosunek do jedzenia niewiele ma wspólnego z racjonalnością – przekonuje Dorota Minta. – Wewnętrzny dialog „zjeść czy nie zjeść” odbywa się na poziomie naszych instynktów, lęków i nieuświadomionych przekonań. Kompulsywne jedzenie łagodzi stres, ale też go generuje Według Briana Wansinka, autora książki „Beztroskie jedzenie”, o...

Czytaj dalej
moda fair trade
Adobe Stock

T-shirt od podszewki: poznaj kulisy współczesnego niewolnictwa

Za nasze tanie ubrania oni płacą swoim życiem.
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

Katastrofa w Bangladeszu, w której giną setki szwaczek. A w tle znane marki, tanie ubrania, wyzyskiwani robotnicy, zadowoleni klienci. Dziennikarz Marek Rabij zbadał kulisy współczesnego niewolnictwa.   Paweł Sulik: Dlaczego pojechał pan do Bangladeszu? Marek Rabij: Jako dziennikarz zajmuję się globalizacją, a raczej tym, co dobrego lub złego przynosi. Kiedy 24 kwietnia 2013 roku zawalił się budynek Rana Plaza, pod którego gruzami zginęły setki ludzi, pojechałem do Bangladeszu, aby dowiedzieć się, kto i w jakich warunkach tam pracował.   W tej największej katastrofie w historii przemysłu odzieżowego było też coś, co niestety umykało mediom. Co prawda podawano liczbę 1127 ofiar, ale często zapominano dodać, że były to głównie kobiety – szwaczki. Mało kto też zastanawiał się, dlaczego właściwie przyszły do pracy, skoro ludzie już wcześniej widzieli niebezpieczeństwo zawalenia się budynku, a niektórzy nie chcieli nawet rozpocząć pracy tego dnia.   I o tej katastrofie wtedy na gorąco napisał pan reportaż. Tak, pod znaczącym tytułem „Krew, pot i szwy”. Opisywałem fatalne warunki pracy bangladeskich szwaczek, ich głodowe zarobki. Szukałem też dowodów na to, że szyto ubrania dla polskich firm, ale nie znalazłem. Dopiero czeskiemu fotografowi udało się zrobić zdjęcia polskich metek na gruzach budynku.   To był zwrot w całej sprawie. Nie mogliśmy już mówić, że to się dzieje gdzieś daleko i jest straszne, ale my za to nie odpowiadamy. Okazało się, że odpowiadamy. Od tego momentu wiedziałem, że muszę wrócić do Bangladeszu. Porozmawiać ze szwaczkami, z ludźmi z fabryk odzieżowych.   O katastrofie mówiły media na całym świecie. Padły zarzuty pod adresem wielu znanych, również polskich firm. Jak one zareagowały? W...

Czytaj dalej