Urlop z przyjaciółmi: jak wyjechać i wrócić w komplecie?
iStock

Urlop z przyjaciółmi: jak wyjechać i wrócić w komplecie?

Urlop ze znajomymi to ćwiczenie naszej cierpliwości i elastyczności. I wielki sprawdzian dla tego, co tak naprawdę nas z tymi ludźmi łączy.
Anna Bimer
02.08.2020

Wakacje to namiastka dzieciństwa. A spędzane z przyjaciółmi potrafią być burzliwe jak kłótnia w piaskownicy” – mówi psycholog Katarzyna Kucewicz. Umawiając się na wspólny wyjazd, zaczynamy projektować w głowie własną wizję jedynych, niepowtarzalnych wakacji. A potem, już na miejscu, okazuje się, że oczywiście nie jest ona taka sama, jak wizja męża czy przyjaciół.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Wakacje z przyjaciółmi

Anna Bimer Słyszałam taki okrutny dowcip o wyjeździe małżeństwa na urlop: docierają nad ukochane jezioro, on rozbija namiot, ona szykuje kolację, rozstawiają fotele, sączą wino. Jest bosko, ale on, patrząc na żonę, myśli: „Żebyś ty jeszcze obca była”.

Katarzyna Kucewicz: Okrutne, ale znam wielu, którzy fantazjują, że wakacje to magiczny moment w roku, w którym cuda się zdarzają, konflikty ustają, mamy o czym rozmawiać, nie kłócimy się i nagle zaczynamy podobać się sobie. Pary często atakują siebie słowami: „Chociaż w wakacje mogłabyś nie marudzić, zadbać o siebie, być milsza”. Oczekujemy, że wakacje będą oderwaniem od problemów. Ale czy na Malediwach, czy w Kamieniu Pomorskim para w kryzysie będzie parą w kryzysie i żadna piękna fauna i flora, jezioro i namiot tego nie zmienią. 

Wyjazd na urlop uruchamia jednak w ludziach magiczne, dziecięce myślenie, że wakacje to okres beztroskiej zabawy po całym roku szkolnym. Liczymy na niespodzianki, przygody, pragniemy, żeby wszystko było doskonałe. Dlatego latem robimy rzeczy, na które w życiu byśmy sobie nie pozwolili jesienią. Zaplatamy dredy, wracamy nad ranem z imprezy, wdajemy się w przelotny romans. Po roku pracy i życia według reguł, z ograniczeniami, wyrzeczeniami, samokontrolą, potrzebujemy się wyluzować, ale też coś przeżyć, czegoś doświadczyć. 

W czasie wakacji ludzie zachowują się, jakby tracili rozum, ryzykują na potęgę.

Puszczają nam hamulce, nierzadko idziemy na całość. Skaczemy na główkę do płytkiego jeziora albo do łóżka na płytkie romanse. Bardzo często słyszę od klientek: „Mój mąż, na co dzień do rany przyłóż, jak tylko podróżujemy, zaraz się odwraca za kobietami”. Rzeczywiście coś takiego się dzieje, że męskie głowy są bardziej ruchome, ale kobiety też inaczej się zachowują – weźmy chociażby pod uwagę te stroje uszykowane na pobyt w kurorcie: chociaż chodzimy w pełnym odzieniu, a nie topless, jak Niemki, to i tak lubimy zwracać na siebie uwagę. I – bądźmy szczere – większości z nas sprawia radość zwyczajowy aplauz mężczyzn, na przykład w krajach śródziemnomorskich. Potrzebujemy tej adoracji, podziwu, więc coraz częściej wyjeżdżamy nie z mężem czy partnerem, ale z przyjaciółkami. Podczas wakacji często przesadzamy: czy to z alkoholem, czy z innymi używkami. Dlatego psycholodzy apelują o wdrażanie work-life balance, czyli równoważenia pracy z przyjemnościami. Żeby potem uniknąć tej brawury.

A jeśli szalejemy po swojemu i nie bacząc na innych – to może dlatego trudno wrócić z tym samym kompletem znajomych?

Każdy chce latem przeżyć coś wyjątkowego, ale często każdy co innego. Umawiając się na wspólny wyjazd, zaczynamy projektować w głowie własną wizję, a na miejscu okazuje się, że nie jest ona taka sama jak wizja partnera, a tym bardziej każdego z przyjaciół z osobna. Winię tu brak komunikacji. Nie omawiamy każdego kroku, bo szkoda czasu, a potem okazuje się, że się nie dogadujemy. Kiedy ludzie jeżdżą raz do roku albo rzadziej, to rośnie napięcie związane z oczekiwaniami. Gdybyśmy brali poprawkę na to, że zawsze coś może nie wyjść, bylibyśmy mniej zaskoczeni.

Taką poprawkę bierzemy, jadąc z biurem turystycznym i z obcymi ludźmi. Ale przyjaciół się przecież zna.

I w takim myśleniu czai się pułapka. W ciągu roku widujemy się od czasu do czasu, komunikujemy się raczej w sieci, a kiedy spotykamy się wieczorami albo w weekendy, to z założenia jest to lepsza, milsza część dnia, bo po pracy i obowiązkach. 

Co innego spędzenie w swoim towarzystwie dwóch tygodni. W tak długim czasie wychodzą z ludzi spontaniczne zachowania, spadają maski. Nierzadko dochodzi do frustracji i wzajemnych pretensji, bo przecież mamy swój genialny plan na spędzanie tego czasu, a ktoś chce robić coś innego albo w innym tempie. 

Jakie z tego wyjście?

Wszystko zależy tu od tego, czy potrafimy zdobyć się na szczere powiedzenie, czego pragniemy. Asertywne porozumiewanie się to rozmowa, w której obowiązuje zasada: ja wygrywam – ty wygrywasz. Czyli staramy się tak rozmawiać, by szanować i innych, i siebie, równorzędnie. Na wakacjach świętym słowem jest kompromis. Nie jest dobrym pomysłem wybuch, awantura. Często pary pod wpływem alkoholu zdobywają się na „godzinę szczerości”, to jednak raczej doprowadza do konfliktu. Lepiej wyjaśnić sobie wszystko na trzeźwo, przemyśleć, co chcemy powiedzieć, i dać margines tolerancji na to, że inni mogą mieć swoje stanowisko, potrzeby, priorytety. W rozmowie trzeba być spokojnym, nie atakować, pamiętać, że – bądź co bądź – to są nasi przyjaciele, bliskie osoby.

Wyjaśnić wątpliwości można też w bardziej rozrywkowej formie. Na przykład urządzając zabawę polegającą na tym, że każdy uczestnik wymienia po trzy zalety i trzy wady każdej osoby z waszej grupy. Może być to wstęp do szczerej rozmowy o tym, że coś nam nie pasuje. Inna zabawa to parodystyczna zamiana ról – udajecie w krzywym zwierciadle cechy innego członka grupy, uwypuklając te, które są problemowe. Żeby to wyszło, powinno rozgrywać się w atmosferze życzliwości, a nie złośliwości.

Gorzej jest, gdy nic nie robimy – niby dla świętego spokoju – nasze wyobrażenia o fajnym wypoczynku mijają się z rzeczywistością, a my myślimy: „Byle szybciej do końca gehenny, czyli do wyjazdu”.

Często tak się dzieje, że ktoś o mocnej osobowości narzuca innym program i styl wypoczywania. Reszta nie protestuje. Czy dlatego, że – jak deklarują – przynajmniej na urlopie nie chce im się użerać?

Nie chcemy uchodzić za osoby kłótliwe, psujące zabawę. Boimy się odrzucenia grupy, a w dodatku od dziecka mamy wpajany przekaz, że nie wolno się przeciwstawiać. Moja babcia na przykład zawsze mówiła: „Pokorne cielę dwie matki ssie”. Ale świat nie do końca tak działa. Kiedy na wakacjach z przyjaciółmi pokornie dostosowujemy się do ich trybu życia, to złość w nas eskaluje. Urlop zepsuty, a my czujemy frustrację. I potem albo się zaperzamy, klnąc pod nosem, albo wybuchamy. 

Po ostatniej majówce przyszedł do mnie klient i oznajmił: „Wreszcie byłem asertywny, tak dałem popalić kolegom na wyjeździe, że jak wracaliśmy, to każdy siedział w innej części samolotu”. Zamurowało mnie, bo przecież nie o to chodzi, że mamy oscylować między pokornym cielęciem a agresywnym kogutem, tylko wybrać zdrowe rozwiązanie – porozumienie. 

Nic tak nie scala ludzi, jak współpraca i szczerość. Bo jeśli stać nas będzie jedynie na to, żeby biernie te wakacje przeczekać, to potem pojawi się depresja powakacyjna. Istnieją dwa rodzaje pourlopowej melancholii: jedna, gdy było super, więc żal, że się skończyło, a druga – że się właśnie wakacji nie wykorzystało. Kiedy spotykam klientów po wakacjach, zauważam, że często za porażkę wakacyjną obwiniają przyjaciół, a nie widzą, że mieli na sytuację realny wpływ. W terapii nieraz powtarzam takie zdanie amerykańskiej psycholożki Brene Brown: „Jeśli weźmiesz odpowiedzialność za swoją historię, będziesz mógł napisać jej zakończenie”. Dlatego warto już zawczasu poćwiczyć asertywność na wypadek takiej sytuacji. 

Jak?

Mam takie ulubione ćwiczenie, które robię z klientami – wyobrażamy sobie konflikt i odgrywamy wspólną scenę. Oni są sobą, ja osobą, z którą się kłócą – matką, żoną, bratem. Uczymy się asertywnych komunikatów, czyli „komunikatów JA”, zaczynających się od sformułowania: „Kiedy ty… (coś robisz), to ja… (się czuję)…”. Ale na tym nie koniec ćwiczenia. Później proszę, by jedna osoba stanęła na miejscu tej drugiej strony i spojrzała na sytuację oczami swojego rozmówcy. To bardzo poszerza empatię. Często przejęcie optyki przeciwnika uzmysławia ludziom, że tak naprawdę wszyscy jesteśmy podobni, podobnie czujemy, chcemy dobrze, tylko to „dobrze” z różnych perspektyw wygląda inaczej.

Co ludzi różni i potrafi poróżnić: charaktery, status społeczny, materialny?

Mamy lekkomyślne podejście do wyboru kompanów. Jedna z moich klientek wyjechała jakiś czas temu z inną parą aż na miesiąc do Gruzji. Współpodróżników wybrała sobie, zamieszczając ogłoszenie w mediach społecznościowych. Odezwali się dawni szkolni znajomi. „Nie miałam z kim jechać i spudłowałam z wyborem” – wyjaśniła, narzekając przy tym, że jeden z podróżujących zachowywał się jak „kierownik lodowiska”, a drugi bez przerwy pił. To pokazuje, że najgorzej dobierać sobie towarzystwo z łapanki. O przyjaciołach coś wiemy, dlatego łatwo stwierdzić, że jak ktoś chodzi po górach, to nie dogada się z tym, kto woli siedzieć na Krupówkach. Chyba że będą realizować swe pasje osobno, a spotykać dopiero na wspólne wieczory. 

Podczas wakacji z przyjaciółmi oprócz momentów irytujących mogą też pojawić się momenty zawstydzające. Zwykle zawstydzają nas finanse. Wstydzimy się przed przyjaciółmi, że nas na coś nie stać, ale też, że stać. Rozmowy o finansach są bardzo niezręczne, dlatego im bardziej są prostolinijne, tym lepiej. Znowu odwołuję się tu do szczerej życzliwości. Nie atakujmy, ale też nie sponsorujmy przyjaciół – bo to rodzi gros konfliktów w dalszej perspektywie. Wspólnie ustalmy możliwości finansowe i spotkajmy się w pół drogi. 

Może wakacje to dobry moment, żeby zebrać przyjaciół po latach?

Tutaj byłabym ostrożna. Wakacje z przyjaciółmi, z którymi nie widzieliśmy się od lat, to jak wakacje z obcymi ludźmi – może wyjść świetnie, a może być horror. Ludzie się zmieniają: myślę, że wcale nie co siedem lat, jak mówią wróżki, tylko co roku. Z pewnych przyjaźni się też „wyrasta”. Klientka oznajmiła, że po raz pierwszy nie jedzie z przyjaciółmi do Turcji, bo oni kochają jachty, alkohol, blichtr, a ona chce przeżyć coś duchowego, chce poczuć naturę i wybiera się na Mazury. Odstawanie od kompanów czasami wiąże się z naszym rozwojem wewnętrznym, i ujawnieniem się nowych potrzeb.

A może warto czasem pójść za cudzą pasją i otworzyć się na coś nowego? 

Oczywiście. Sama tak miałam z nurkowaniem z maską i rurką. Przyjaciele mnie trochę zaskoczyli, ale się przełamałam. I okazało się, że to jest dla mnie fantastyczny sposób spędzania czasu. 

Czy są wakacyjne zgniłe kompromisy? 

Widuje się taki obrazek nad morzem: mężczyźni surfują, a kobiety siedzą w przyczepach pełne pretensji, że mają na głowie dzieci, sprzątanie, gotowanie.

To są sprawy do ustalenia wcześniej, nie chodzi o taki kompromis, że jak on lubi do Zakopanego, a ja do Juraty, to spotkamy się w Łodzi. Trzeba to ułożyć rozsądnie. Jeśli jedziemy nad morze, to ustalamy, co oboje będziemy tam robić, niekoniecznie razem 24 godziny na dobę, ale niech to będzie zabawa dla obu stron. Jeśli mężczyzna realizuje swoje pasje, a kobieta nie, bo ktoś musi ogarnąć dzieci, to jest to nieuczciwy podział obowiązków. 

Ale żeby się dogadać, obie strony muszą wiedzieć, czego oczekują od wakacji. Bo bywa też tak, że te dziewczyny siedzą z dzieciakami w przyczepach na Helu wyłącznie dlatego, że nie mają pomysłu, co mogłyby tam robić.

Czy wakacje mogą się przyczyniać do rozstań?

Mogą. Często pierwsze wakacje pary obnażają różnice w stylu życia, w sposobie spędzania czasu. Na wakacjach ludzie się wyluzowują, zdejmują maski i pokazują swoje oblicza – czasami wcale nie urokliwe. Na co dzień często funkcjonujemy w rolach. Staramy się być doskonałą wersją siebie. 

W wakacje pozwalamy sobie na swobodę, co czasem mocno uwypukla różnice między partnerami. Moje klientki na przykład zazwyczaj zauważają wtedy, że mężczyzna więcej pije, bardziej przeklina, jest mniej porządny. Klienci – że ich partnerki długo się szykują, trochę marudzą, są mało wytrzymałe na niedogodności. Czasami okazuje się, że para na wakacje jechała razem, a wraca oddzielnie.

Na plażach widać znudzone małżeństwa. Ona biega za dziećmi, a on non stop w telefonie. Jak nie wpaść w tę pułapkę?

Tak, to częsty widok, który obnaża prawdę, że może i para się kocha, ale na pewno się ze sobą nie przyjaźni. Różnie się mówi o przyjaźnieniu się małżonków i partnerów w związku, wielu terapeutów to odradza. Bo mężczyzna to ma być partner, a nie przyjaciółka. Ja z kolei sądzę, że przyjaźń to podstawa relacji, bo namiętność w którymś momencie nieuchronnie się wypala, a przyjaźń to bliskość, zrozumienie i zaciekawienie sobą. Jeśli jesteśmy zainspirowani naszymi partnerami, to nawet w kryzysie możemy wyjść na prostą, bo ten partner jest dla nas kimś interesującym.

Jest jeszcze wyjazd wakacyjno-towarzyski z rozsądkowego wyboru: jedziemy z rodzicami kolegów albo rówieśników naszych dzieci, bo jak one będą się bawiły, to my odpoczniemy.

Nic z tego. Takie planowanie obciążone jest ogromnym ryzykiem. Zwykle mało znamy tych pozostałych rodziców, co więcej – nie ma żadnej pewności, że się zaakceptujemy nawzajem. A jeśli tak się nie stanie, to również dzieci nie będą zadowolone, będą czuły te zgrzyty. 

Wygląda na to, że wakacje to poważna sprawa i może najlepiej rozsądnie dystrybuować wolny czas: raz pojechać z rodziną, raz z przyjaciółkami, kiedy indziej z samym partnerem.

Dojrzałe małżeństwa potrafią to robić. Czasem dobrze powrócić do swego JA z tego wieloletniego MY. Znam ludzi, którzy deklarują, że osobnym wyjazdom zawdzięczają trwanie związku. Każde z małżonków coś przeżywa oddzielnie, są dla siebie atrakcyjni tymi przeżyciami, pielęgnują też tęsknotę i przekonują się, że są sobie potrzebni. Młodzi stażem boją się rozłąki, tak jakby nie do końca ufali i byli gotowi oddać kontrolę. Ludzie potrafią wyjazdy ukochanych traktować jak zdradę, zamach na związek. 

Zwykle to dziewczyny są bardziej uwikłane, z samooceną wybudowaną wokół mężczyzny, bez swojego marginesu osobistego. Jak ktoś tak czuje, to wtedy wyjazd partnera graniczy z końcem świata.

To może dajmy spokój planowaniu? Czy w wakacjach nie liczy się spontan?

Warto mieć świadomość, jak lubimy organizować sobie czas. Bo są tacy, którzy wolą dokładnie zaplanować, i tacy, którzy preferują spontan, a każdy ma prawo relaksować się w swoim stylu. Grunt, żeby odpocząć, nabrać sił, cieszyć się każdą chwilą. Celebrować te letnie wolne dni, niezależnie od tego, czy dopisuje pogoda, czy finalnie wyszło zgodnie z oczekiwaniami. 

I rada ode mnie: postarajmy się, chociaż w czasie urlopu, nie oceniać, nie wydawać osądów, nie bawić się w jurorów. Po prostu przyjmujmy wypoczynek. Nic tak nie psuje humoru w wakacje, jak przeżywanie, że pokój w hotelu bez widoku na morze, że śniadania nieurozmaicone, że dzieci za głośno się śmieją na basenie. Zaakceptujmy, przyjmijmy to, co jest, bez złoszczenia się. 

Pamiętam taki moment, jak stałam w Tunezji na obrzydliwej plaży pełnej alg i wodorostów. Myślałam wtedy: „Napiszę skargę, jeszcze mnie popamiętają, jak tak można, zepsute wakacje!”. A potem wzięłam oddech i myśli o skardze odłożyłam do września. Skupiłam się na tym, żeby wykorzystać to, co mam z tego wyjazdu, żeby znaleźć jednak coś pozytywnego w całej sytuacji. I to dało mi wolność, wtedy dopiero mogłam naprawdę odpocząć.

Katarzyna Kucewicz – psycholog, psychoterapeutka i terapeutka, związana z Ośrodkiem Psychoterapii i Coachingu Inner Garden. Autorka książki „Pieknie odmienni”, wyd. Sensus.

***

Rozmowa z Katarzyną Kucewicz ukazała się w „Urodzie Życia” 8/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
tłumy we Władysławowie
iStock

„Na plaży koronawirusa nie ma!” Dlaczego już nie boimy się pandemii – mówi psycholog, Katarzyna Kucewicz

Jeszcze niedawno wszyscy z powodu pandemii siedzieliśmy w domach, a teraz tłumnie wyszliśmy na plaże i tworzymy kilometrowe kolejki na górskich szlakach. O co chodzi? Czy nie boimy się już koronawirusa?
Sylwia Arlak
07.08.2020

Zdjęcie Kacpra Kowalskiego z tegorocznych wakacji we Władysławowie: dziki tłum, człowiek na człowieku, prawie nikt w maseczce. Nie lepiej jest w górach i na Mazurach. Każdego dnia rośnie liczba zarażonych koronawirusem, ale jakoś – przestaliśmy się go już bać. Dlaczego tak się dzieje? Psycholożka Katarzyna Kucewicz wśród przyczyn wskazuje… wakacje! Pandemiczne carpe diem!  Ludzie zachowują się na wakacjach, tak, jakby epidemii nie było. Jak to możliwe? – Na wakacjach świat wygląda inaczej, to znany mechanizm psychologiczny. Wydaje nam się, że przenosimy się w inną rzeczywistość. Żyjemy tak, jakby jutra miało nie być. Sądzimy, że skoro jesteśmy na wakacjach, nic złego nas się nie stanie, więc nie musimy się kontrolować. Wakacje kojarzą nam się z czymś, lekkim, zabawnym i przyjemnym. Myślimy, że skoro mamy słońce, plaże, czas na zabawę, alkohol, dobry humor to musi być pięknie. Często wyłącza nam się racjonale myślenie i oddajemy się typowo emocjonalnym uciechom. Stąd co roku tyle wypadków i bezmyślnych śmierci w okresie wakacyjnym — mówi nam psycholożka z  gabinetu Inner Garden, Katarzyna Kucewicz i dodaje:   – Plażowicze we Władysławowie, których widzimy na słynnym zdjęciu, również zaklinali rzeczywistość.  Wyłączyła im się ostrożność, którą mają w miejscu zamieszkania. W domach pryskamy ręce środkami antybakteryjnymi, nosimy maski. Ale wydaje nam się, że na wakacjach obowiązują nas inne zasady, bo i my się inaczej czujemy. A może jest tak, że tłumy nas demotywują? Myślimy sobie, że skoro inni nie muszą być ostrożni, to ja też nie? – To dotyczy osób, które żyją według zewnętrznych zakazów i nakazów, a nie wewnętrznych. Traktują obostrzenia, jako coś, przeciw czemu trzeba się...

Czytaj dalej
szczęście w życiu
iStock

Co dziś dla siebie zrobiłaś miłego? Drobne przyjemności to sposób na szczęśliwe życie!

Najlepsze antidotum na stres, najbardziej skuteczny sposób na relaks, świetna metoda na dowartościowanie się. Drobne przyjemności tylko na pierwszy rzut oka są drobne. Ich moc jest nie do przecenienia!
Katarzyna Montgomery
03.02.2020

Nie odmawiajmy sobie miłych chwil. Wszystkie badania od lat pokazują, że lepsze są małe przyjemności niż wielka atrakcja raz na jakiś czas – mówi psychoterapeutka, Katarzyna Kucewicz. Zamiast odkładać szczęście na „przyszły tydzień”, „na emeryturze” albo „gdy dzieci się już wyprowadzą” już dziś wprowadź do swojego życia drobny rytuał: codziennie zrób dla siebie coś miłego.   Katarzyna Montgomery „Uroda Życia”: Moja znajoma, matka dwójki dzieci, żona, powiedziała mi, że nigdy nie odmawia sobie drobnych przyjemności, bo jeśli ona będzie niezadowolona, to cała rodzina będzie niezadowolona. To zdrowe podejście czy usprawiedliwienie egoizmu? Katarzyna Kucewicz: Zazwyczaj jesteśmy matkami Polkami i tkwimy w kulcie samopoświęcenia, czyli poświęcenia swoich przyjemności dla potrzeb bliskich, spełniania zachcianek innych ludzi. Dlatego dbanie o siebie to u kobiet bardzo cenna umiejętność. Trzeba tylko znaleźć równowagę, żeby nie popaść w przesadę, bo kiedy mówimy: „Ja sobie niczego nie odmawiam”, możemy popłynąć w stronę albo uzależnienia się od czegoś, albo nonszalancji i zbyt beztroskiego życia. Ale zgodzi się pani, że drobne przyjemności są ważne i potrzebne? Liczą się nawet bardziej niż te duże. Ludziom wydaje się często, że jak spędzą raz w roku urlop na Malediwach, to będzie ich najlepsza nagroda. Ale wszystkie badania od lat pokazują, że lepsze są małe przyjemności, za to częściej dawkowane, niż duża przyjemność raz na jakiś czas. Czyli zamiast raz w roku wyjechać gdzieś na egzotyczne upragnione wakacje, lepiej kilka razy do Zakopanego. Tym bardziej że na te Malediwy, to muszę sobie cały rok wszystkiego odmawiać. I wtedy frustracja rośnie, a nasz organizm woli dawkowanie przyjemności. Lepiej mało i często,...

Czytaj dalej
rozwój osobisty
Getty images

Pędzisz, gnasz i lecisz na złamanie  karku? Zwolnij! Powolność to nasz nowy trend

"Problem w tym, że większość z nas traktuje odpoczynek jako próżniactwo".
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

Ciągle pędzimy. A przecież jest coraz więcej dowodów, że wygrywają ci, którym się nie spieszy. To oni dostają lepszą pracę, są zdrowsi, bardziej twórczy i zadowoleni z życia. Dlatego nie ma dzisiaj nic pilniejszego do zrobienia niż zastanowienie się nad pytaniem: „Jak wypisać się z obsesji pośpiechu i szczęśliwie żyć w swoim rytmie?”. Przeczytaj nasz tekst i zobacz, jak wejść na drogę zadowolonej z siebie i pewnej swojej wartości kobiety.   Na jednym z facebookowych memów dwie małe dziewczynki stoją na przystanku szkolnego autobusu z nosami w kalendarzykach. Jedna mówi do drugiej: „Okay, przesunę balet godzinę wcześniej, przełożę gimnastykę i odwołam fortepian. Ty przeniesiesz skrzypce na czwartek i urwiesz się z piłki. W ten sposób w środę będziemy mieć czas od 15.15 do 15.45, żeby się pobawić”. Zabawne? Owszem. – Ale gdy przestaniemy się śmiać, zadajmy sobie pytanie: „Czy ja nie jestem taką dziewczynką?” – mówi Katarzyna Kucewicz, psychoterapeutka i autorka właśnie wydanej książki „Zakupoholizm. Jak samodzielnie uwolnić się od przymusu kupowania”. – Czy życie w biegu, z kalendarzem poupychanym co do godziny nie jest dla mnie normą? Czy nie mam w środku takiej małej dziewczynki, która boi się, że jak pozwoli sobie na „bawienie się”, to usłyszy od mamy, że jest leniwa, a od taty, że nic w życiu nie osiągnie? Wiele z nas, spieszących się i zapracowanych kobiet, stara się zasłużyć na aprobatę i podziw innych, myśląc, że drogą do tego jest nieustanny wysiłek, mówienie wszem wobec: „Jestem potwornie zajęta”.   Tymczasem coraz więcej badań pokazuje, że wytężona praca, brak wakacji i wolnych weekendów wcale nie łączy się z efektywnością i sukcesem.   – Według...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Psycholożka Katarzyna Kucewicz: „Lockdown to sytuacja kryzysowa. Więc my też zachowujmy się kryzysowo”

Zgodnie z nowymi obostrzeniami dotyczącymi COVID-19 dzieci z klas 1-3 znowu będą uczyć się zdalnie. Większość z nas też zostanie w domach. Jak to wpłynie na nasze relacje z bliskimi? Jak znaleźć w tych warunkach przestrzeń dla samej siebie?
Sylwia Arlak
05.11.2020

Przed nami mały lockdown. Od poniedziałku nawet najmłodsze dzieci wracają do zdalnego nauczania, a my do zdalnej pracy. Tak będzie wyglądał co najmniej najbliższy miesiąc. Zamknięci w czterech ścianach ze swoimi bliskimi możemy czuć się sfrustrowani i zmęczeni. Mamy prawo mieć dość, ale jednocześnie musimy poradzić sobie w tej trudnej sytuacji. Jak? Zapytałyśmy o to psycholożkę i psychoterapeutkę Katarzynę Kucewicz. Pandemia stała się czymś realnym –  Z rozmów z moimi pacjentami wynika, że teraz boją się zachorowania na COVID-19 bardziej niż na wiosnę. Przez to, że jest coraz więcej zachorowań, pandemia z czegoś medialnego, dostępnego często tylko z ekranów telewizorów, stała się czymś bardzo lokalnym i bliskim. Koronawirus spotyka naszych znajomych, krewnych, co sprawia, że czujemy, jak realnie zbliża się do nas — mówi nam Kucewicz. – Nastroje w kontekście lockdownu będą różne. Część osób odczuje wręcz ulgę, mając wrażenie, że wreszcie wprowadzono kontrolę nad rozprzestrzenianiem się wirusa. Będzie zdania, że to próba opanowania sytuacji. Dla innych lockdown to kolejne w ostatnich miesiącach doświadczenie ogromnie męczące i frustrujące. Pierwszy lockdown był czymś nowym, dziwnym, nieoczekiwanym. Teraz wiemy już, z czym się wiąże, wiemy, że to ciężkie doświadczenie. Nie tylko kojarzy się ze strachem o zdrowie swoje i najbliższych, ale też z tym, że znowu jesteśmy wszyscy zamknięci w czterech ścianach. Znowu musimy dostosować swoją codzienność do nowych warunków, znowu mamy bardzo ograniczone pole manewru –   dodaje. Czytaj też:   Maseczki, dezynfekcja i dystans: kobiety częściej przestrzegają zasad, niż mężczyźni, potwierdzają to badania! Psycholożka jest zdania, że pierwszy lockdown nauczył nas, jak powinniśmy się zachowywać w tej...

Czytaj dalej