Teściowa i synowa: jak unikać napięć i jak stawiać granice?
iStock

Teściowa i synowa: jak unikać napięć i jak stawiać granice?

Relacja między teściową i synową zawsze jest podszyta silnymi emocjami. Kłopoty zaczynają się, gdy któraś ze stron ma poczucie, że przestała być ważna.
Karolina Rogalska
25.10.2020

Teściowa może traktować synową jako rywalkę. Zagrożenie. Z tego wynikają jej próby nadmiernej kontroli, krytyka, manipulacja. Jak stawiać granice i… zrozumieć własną teściową? Z terapeutką Anną Bersz z Laboratorium Psychoedukacji rozmawia Karolina Rogalska.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Teściowa kontra synowa

Karolina Rogalska: Psycholog Menelaos Apostolou twierdzi, że konflikt teściowa – synowa ma podłoże ewolucyjne. Teściowe nie lubią nas wtedy, gdy – z ich perspektywy – nie stanowimy dość dobrego materiału genetycznego dla potencjalnych potomków. Oczywiście wszystko dzieje się na poziomie nieświadomym. Czy zabieganie o względy teściowej ma w takim razie jakikolwiek sens?

Anną Bersz: Teściowa i synowa nie muszą się lubić. Ważne, żeby ich relacje były oparte na szacunku, uznaniu wzajemnych granic i różnic. Jest to trudne do osiągnięcia, bo ten układ podszyty jest silnymi emocjami, a one, jak wiadomo, są pierwsze przed rozumem. Oczywiście wiele kobiet ma wspaniałe relacje z matkami swoich partnerów, ale my rozmawiamy o sytuacji, w której te dwa światy z różnych powodów się rozjeżdżają. Część matek rzeczywiście ma trudności z odpuszczeniem kontroli, którą sprawowały nad synem. Nie akceptują jego wyborów, także tych romantycznych. Pielęgnują w głowie wyidealizowaną wizję partnerki dla syna, z którą trudno im się rozstać. Te kobiety – nawet jeśli pragną, żeby syn założył rodzinę, żeby pojawiły się wnuki – roszczą sobie prawo do decydowania, z kim on tę rodzinę ma założyć. 

Są i takie, które sabotują każdą synowską próbę ułożenia sobie życia.

Zdarzają się matki, które traktują synów jak życiowych partnerów. Z oczekiwaniem, że dostaną od nich to, czego nie dostały we własnych związkach. Oczywiście nie musi to być relacja podszyta erotyzmem. Najczęściej chodzi o niezaspokojone potrzeby miłości, ciepła, bliskości. Gdy w takim układzie pojawi się inna kobieta, matka może mieć poczucie, że traci partnera, którego rolę symbolicznie odgrywał syn. 

Jednak tę rywalizację mogą wnosić w relację obie strony. Młodsze kobiety też mogą mieć silną potrzebę posiadania mężczyzny na wyłączność i czują się zagrożone, gdy on pozostaje w emocjonalnej relacji z matką. Kłopoty zaczynają się wtedy, gdy któraś ze stron ma poczucie, że przestała być ważna.

Co wtedy?

Myślę, że ogromną rolę w budowaniu zdrowej relacji między tymi dwoma kobietami ma mężczyzna – obiekt rywalizacji. To on zna je najlepiej i może być przewodnikiem po ich światach. 

Jeżeli w tym układzie syn się wycofuje i nie zajmuje żadnego stanowiska, to pozostawia pole starcia matce i partnerce. Mężczyźni dość często okopują się na pozycji niezaangażowanego obserwatora, bo po prostu jest im tak wygodnie. Oczywiście ważne jest, żeby nie stawali radykalnie po żadnej ze stron, bo to może jeszcze zaostrzyć konflikt. Przede wszystkim powinni okazywać każdej z tych kobiet, że mają ważne miejsce w ich życiu. Tak, żeby nie musiały między sobą rywalizować o uwagę i szacunek. Wtedy łatwiej będzie im zrozumieć, że wraz z pojawieniem się „tej drugiej” one nic nie tracą, a nawet mogą coś zyskać. Sytuacja mężczyzn oczywiście nie jest łatwa, bo wymaga ogromnej mądrości i dojrzałości.

A z tym, jak piszą Zimbardo czy Eichelberger, mężczyźni mają obecnie problem. Między innymi dlatego, że matki utrudniają im proces emocjonalnej separacji.

Niektóre matki, zwykle nieświadomie, utrudniają dorosłym dzieciom budowanie autonomii w obawie, że utracą korzyści emocjonalne, które do tej pory czerpały z tej relacji. Ale koniec końców to człowiek musi znaleźć w sobie siłę, aby stanąć przed rodzicami i powiedzieć: „Mamo, tato, dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiliście, jestem gotów do samodzielnego życia”. 

Jest taka przypowieść, w której syn przychodzi do ojca i mówi: „Tato, jestem dorosły, pozwól mi odejść”, na co ojciec odpowiada: „Nie, nie jesteś dorosły, nie mogę ci na to pozwolić”. Po roku syn podejmuje następną próbę: „Teraz już naprawdę jestem gotowy, pozwól mi odejść”. A ojciec znów odpowiada: „Nie”. Sytuacja powtarza się kilka razy, aż w końcu ojciec zaczyna gorzko płakać. Wie pani dlaczego?

Dlaczego?

Bo wie, że skoro syn wciąż prosi go o pozwolenie, to znaczy, że nie jest jeszcze na tyle dojrzały, żeby pójść w świat. Dojrzały człowiek nie pyta, ale oznajmia rodzicom: „Odchodzę” i zaczyna życie na własny rachunek, z pełnymi konsekwencjami tego gestu. Ale dojrzałość jest trudna i kosztowna. W związku z tym wiele dorosłych dzieci oczekuje od rodziców, zwłaszcza matek, nieustającego wsparcia, uwagi i troski. Widzą w nich bezpłatną pomoc domową, nianię, a czasem bankomat. A problemem coraz częściej nie jest to, że mama narzuca się z obiadami i nachalną pomocą, ale to, że chce żyć swoim życiem.

Mit babci lepiącej pierożki i pojawiającej się na każde skinienie jest u nas mocno zakorzeniony. Tej grupy społecznej emancypacja chyba jeszcze nie objęła.

Teściowymi stajemy się przeważnie między pięćdziesiątym a sześćdziesiątym rokiem życia. Co to jest za wiek dla kobiety w dzisiejszych czasach? Ja pierwszy raz zostałam babcią trochę po czterdziestce, spokojnie sama mogłam jeszcze urodzić dziecko. Nawet nie przyszło mi wówczas do głowy, żeby definiować siebie słowem „babcia”. Albo rezygnować z pracy zawodowej, która jest moją pasją, żeby zajmować się dziećmi moich dzieci. Obcowanie z wnukami to dla mnie przyjemność, a nie obowiązek. Raz w tygodniu odbieram najmłodszego wnuka z przedszkola i spędzam z nim kilka godzin, a całą gromadkę zabieram na tygodniowe wakacje. Ale reszta urlopu to czas tylko dla mnie. Na szczęście moje dzieci to rozumieją. 

Najgorszy jest układ, w którym babcia nie chce inwestować swojego wysiłku i czasu, żeby pomóc młodej rodzinie, a przy tym wymądrza się i usiłuje rządzić na odległość. Inny, dysfunkcjonalny model opiera się na poświęceniu. Babcia prowadzi młodym dom nie dlatego, że sprawia jej to satysfakcje i przyjemność, tylko dlatego, że – jak jej się wydaje – musi. 

Partnerka syna pojawia się zwykle wtedy, gdy biologiczna rola kobiety – wychowywanie potomstwa – dobiega końca. Czy to, że trzeba ustąpić pola młodszej samicy, dodatkowo nie utrudnia tej relacji? 

Ważne jest, z czego ta kobieta czerpała satysfakcję i poczucie własnej wartości. Jeżeli jedynym jej punktem odniesienia były dom i macierzyństwo, to ten czas rzeczywiście może być dla niej trudny. Ale jeżeli ma też swoją pracę, pasję, grono przyjaciół, własne życie, to może z utęsknieniem czekać na moment, gdy dzieciaki sobie pójdą i wreszcie będzie mogła się zająć sobą. Albo swoim związkiem. Ciekawe, że z tych wszystkich stereotypowych historii o relacji synowa – teściowa kompletnie wykreślony jest nie tylko syn, ale i teść. Nikt nie analizuje relacji synowych z teściami oraz tego, jak to zawłaszczanie matki do pomocy przy wnukach wpływa na jej życie uczuciowe. Przecież służąc rodzinie dzieci, zaniedbuje zwykle swój dom i partnera. 

Dużo młodych kobiet skarży się, że ich model prowadzenia domu, wychowywania dzieci jest ostro krytykowany przez zaborcze teściowe.

W takich sytuacjach mamy dwa wyjścia. Albo możemy się tym bardzo przejmować i wziąć udział w wojence podjazdowej, albo próbować nabrać dystansu. 

I tu też ogromna rola syna, który w kryzysowej sytuacji, kiedy na przykład mama krytykuje niedzielny obiad, może powiedzieć: „Mamo, wiem, że wolisz na obiad schabowego z kapustą, ale my jemy ryby z warzywami na parze. U siebie gotuj, co chcesz, a my wolimy cię przyjąć po swojemu. Dla mnie twoje obiady to wspomnienie dzieciństwa i bardzo się cieszę, że wciąż mogę tego u ciebie doświadczać, ale tu gotujemy potrawy, które będą wspomnieniem dzieciństwa dla naszych dzieci. Oczywiście będzie nam bardzo miło, jeśli będziesz nam w tym towarzyszyć”. Generalnie chodzi o to, żeby z szacunkiem, nie raniąc nikogo, zaznaczyć obszar granic własnego życia i je obronić.

To trudne zadanie.

Bardzo trudne, a tym trudniejsze dla synowej, im mniej angażuje się partner. Najlepiej wspólnie chronić to, co dla nas ważne i robić to w sposób asertywny, czyli stanowczy, ale nie raniący. 

Pamiętajmy też, że im więcej od tej teściowej chcemy i potrzebujemy, tym trudniej będzie wyznaczać jej granice. Jeżeli wykorzystujemy mamę na całego, to musimy ją przyjąć z całym dobrodziejstwem inwentarza. Nie możemy wydawać jej poleceń i oczekiwać, że będzie spełniała wszelkie nasze oczekiwania dotyczące sposobu wychowywania dzieci czy prowadzenia domu, a następnie usunie się w cień. Teściowa to nie jest płatna pomoc domowa. Jeżeli wprowadzimy w tę relację głównie nakazy i zakazy, to babcia będzie się czuła jak w więzieniu. Spędzanie czasu z dziećmi i opieka nad nimi przestanie być dla niej frajdą, a stanie się właśnie poświęceniem. Stawiajmy więc granice, ale dawajmy też do tego prawo drugiej stronie.

Co powinna zrobić synowa, kiedy przeraża ją wizja kolejnego, niedzielnego obiadu z teściową, ale partner daje do zrozumienia, że bardzo mu zależy, żeby poszli tam razem?

Czasem, w imię zachowania relacji rodzinnych, warto pójść na pewne ustępstwa. Ale gdy po każdym spotkaniu rodzinnym czujemy się fatalnie, to lepiej będzie, jeśli zostaniemy w domu. Mamy do tego święte prawo. Tyle inwestujmy w sytuację rodzinną, ile znajdziemy w sobie na to przestrzeni. Jeżeli będziemy szli na zbyt duże ustępstwa, będziemy sfrustrowani. Ale jeśli wcale nie ma w nas zgody na krok w tył, musimy liczyć się z tym, że z drugiej strony napotkamy najwyżej na obojętność albo wrogość. Dlatego warto, wraz z partnerem, poszukać sposobu, aby ten rodzinny obiad nie był takim ciężarem. Można na przykład co jakiś czas spotkać się w restauracji albo zaprosić wszystkich na piknik w parku. Najważniejsze, żeby w tej sprawie najpierw dogadać się w parze. Wspólnie przeanalizować sytuację i szukać satysfakcjonującego dla wszystkich rozwiązania.

Czasem konflikt jest już tak zaawansowany, że nikt już nie chce wyciągnąć ręki.

W sytuacji zmrożenia atmosfery warto się zastanowić, jaki się miało udział w zbudowaniu tego konfliktu, co można zrobić, żeby go rozwiązać. Nie rozmyślać, co powinna zrobić druga strona, bo na to mamy wpływ tylko pośredni – poprzez swoje zachowanie. 

Jeżeli zobaczę, że w pewnym momencie trochę przesadziłam i powiem do teściowej: „Wiesz, nie powinnam. Za dużo wymagałam, przepraszam” albo: „Wiele razy przymykałam oko na to, co robiłaś. Tak bardzo mnie to raniło, że w końcu zrobiłam awanturę”, to daję sygnał, że wprawdzie jej zachowanie mi nie odpowiada, jednak jako osoba jest dla mnie ważna. Takie asertywne, ale uprzejme postawienie sprawy naprawdę działa, a my pozbędziemy się ciężaru, który leży nam na wątrobie. 

Dzięki rozmowie będziemy mogły się wzajemnie poznać, zrozumieć, zaakceptować, a może nawet polubić?

Kategoria „zrozumieć siebie nawzajem” jest bardzo cenna. Szczególnie wtedy, gdy jesteśmy w stanie popatrzeć ze zrozumieniem zarówno na siebie, jak i na tę drugą stronę. Gorzej, kiedy rozumiemy tylko siebie, albo odwrotnie, pomijamy zupełnie siebie, a rozumiemy tamtą. Na przykład myślimy sobie: „No tak, ona była dla syna najważniejsza, a teraz ja go zabieram. Ma prawo być zazdrosna, przecież została sama” itd. 

Dobrze, że staramy się zrozumieć motywy tej kobiety, to cenne, ale pamiętajmy, żeby w tym wszystkim nie zapomnieć o sobie. Nie można pozwolić, aby potrzeby osób trzecich zdominowały nasz związek. 

Etiopskie przysłowie mówi: „Kolacja i światło dzienne, synowa i teściowa – to nie są sprawy do pogodzenia”. Chyba nie musi tak być?

Jeśli uznajemy fakt, że się różnimy, także na polu przekonań i wartości, ale dajemy sobie do tego prawo, to na pewno wspólne życie będzie łatwiejsze. A może nawet całkiem przyjemne. I nie zapominajmy, że teściowa też ma święte prawo inaczej myśleć o świecie, w końcu reprezentuje inne pokolenie. Jeżeli będziemy dewaluować wszystko, co ona reprezentuje, bo są nowe czasy i my teraz wiemy lepiej, to nie liczmy na to, że te relacje będą się dobrze układały. I teściowa też nie może od nas wymagać, że będziemy ustawiać swoje życie według jej wzoru. Ona już miała szansę swoje dzieci, swój dom, swoje życie kształtować według własnych zasad, teraz czas na nas.

Anna Bersz – Psycholog, psychoterapeutka i superwizor Polskiego Towarzystwa Psychologicznego oraz Europejskiego Stowarzyszenia Psychoterapii. Prowadzi m.in. terapię par. Jest członkiem zespołu Laboratorium Psychoedukacji.

***

Rozmowa z Anną Bersz ukazała się w „Urodzie Życia” 2/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
zerwanie z rodziną
Getty Images

Czy zerwanie kontaktu z rodziną może nam wyjść na dobre?

Odpowiada psychoterapeutka, Ewa Chalimoniuk.
Karolina Rogalska
15.10.2018

Rodzina to źródło ciepła, bezpieczeństwa, miłości, a czasem ogromnego cierpienia. Bo konflikty, które bolą najbardziej, to te z najbliższymi. Czasami konflikty rodzinne są tak silne, że łatwiej zerwać relacje z krewnymi, niż utrzymywać więzi i spotykać się przy stole. Co zrobić, kiedy ranimy się tak mocno, że łatwiej zerwać więź, niż o nią walczyć? O tym, dlaczego bliscy nas ranią najmocniej i czy zerwanie kontaktów z rodziną może być dla nas dobre, opowiada Ewa Chalimoniuk, psychoterapeutka. Karolina Rogalska: Artyści z grupy Twożywo zrobili kiedyś plakat z napisem: „Tarcie to ciepło, ciepło to rodzina”. Czy ci, których kochamy najbardziej, mogą najmocniej nas zranić? Ewa Chalimoniuk:  Rodzina jest po to, żeby zaspokoić podstawowe potrzeby emocjonalne człowieka: bezpieczeństwa, przywiązania, bezwarunkowej akceptacji i miłości. Jeśli tego nie dostajemy, to cierpimy. W stosunku do najbliższych mamy też największe oczekiwania, więc te zawody bardzo bolą. Ktoś, kogo nie kochamy, nie może sprawić nam głębokiego bólu. Jeżeli ubliży pani pijak na ulicy, to zezłości się pani i pójdzie dalej, ale jeśli zrobi to ukochany syn czy rodzic? Miłość i nienawiść to dwa końce tej samej liny. Czasem ten ból jest tak wielki, że ludziom łatwiej zerwać kontakt niż pozostać w relacji, ale czy cena, jaką za to płacą, nie jest zbyt wysoka? Jest bardzo wysoka. Myślę jednak, że rzadko kto zrywa kontakt z rodziną bez ważnego powodu. Musimy czuć się mocno zranieni, nierozumiani czy nieakceptowani w jakiejś swojej decyzji – wyboru partnera, wiary czy ścieżki życiowej – że dokonujemy tak ostatecznego gestu. Najczęściej decydują się na to ludzie, którzy nie mieli bezpiecznej więzi z rodzicami. Doświadczający w tej relacji upokorzeń, odrzucenia albo przemocy psychicznej, fizycznej czy...

Czytaj dalej
Fotolia

Jak żyć z maminsynkiem? Trudne życie w rodzinnym trójkącie

Związek z mężczyzną emocjonalnie uzależnionym od matki to nieustające źródło konfliktów
Anna Leo-Wiśniewska
22.08.2012

Mąż prawie każdą decyzję musi skonsultować z mamą. Nieważne, czy chodzi o kupno swetra, czy zmianę pracy. Najgorsze, że Marek nie pyta matki tylko o sprawy dotyczące jego. Często wspólnie omawiają też nasze domowe plany, np. związane wzięciem kredytu. To nie ja, tylko teściowa zawsze jest u niego na pierwszym miejscu. Mąż potrafi np. odwołać nasze wyjście do kina, bo mama dzwoniła, że czeka na niego z obiadem. Coraz częściej zastanawiam się, dlaczego właściwie on się ze mną ożenił, skoro — jak sam stwierdził — najlepiej troszczy się o niego mamusia. Ostatnio np. usłyszałam, że moje zupy nigdy nie są tak smaczne jak jej. A gdy proszę męża, by zrobił pranie czy zakupy, denerwuje się, bo dla niego to są „babskie” prace („U mnie w domu takie rzeczy mama robiła”). Oczywiście ja tego wszystkiego nie akceptuję, jest mi przykro, więc stale się kłócimy. Jednak Marek nie rozumie moich pretensji. Mówi, że przesadzam i... dalej trzyma się maminej spódnicy. Taki związek to koszmar! Ta historia pokazuje, w jaką pułapkę możemy wpaść, wiążąc się z mężczyzną, który nie potrafi uwolnić się od wpływu swojej matki. Wplątany w sieć jej czułości partner nie jest po prostu wystarczająco dojrzały, by odseparować się od swej rodzicielki i zacząć budować własne dorosłe życie u boku żony. Skąd ta niezdrowa zależność Przyczyną nadmiernego podporządkowania się matce jest szczególny model rodziny, w której wychował się mężczyzna. Matka pełni w rodzinie rolę dominującą. Chłopcu brakuje więc odpowiedniego wzorca typowo męskich zachowań, które mógłby później naśladować. We wszystkim podporządkowany mamie, która dużo wymaga i skąpi pochwał, wyrasta na osobę uległą, niepewną siebie, z niską samooceną. Dlatego nawet w dorosłym życiu nie...

Czytaj dalej
Uchodźczyni z Aleppo
Olga Majrowska

„Moje dzieci nie chcą oglądać tego, co się dzieje w Aleppo”

Karima wierzy jednak, że któregoś dnia wróci do domu.
Emil Marat
04.01.2019

Karima mieszka w Polsce z rodziną - dwójką dzieci i mężem. Ale bardzo, bardzo chce wrócić do domu. Opowiada, jak jej się żyje w Polsce, co ją boli najbardziej, jak wyglądało jej życie w Syrii przed wybuchem konfliktu.    Emil Marat: Jak rodzice się poznali? Mama chciała być zakonnicą, ale jednak zrezygnowała, zdecydowała, że będzie pracować w przedszkolu, z dziećmi. Potem, mając trzydzieści kilka lat, poznała pochodzącego z Syrii studenta politechniki, któremu miała pomagać w nauce polskiego. I to był mój tata. W domu rodziców była Polska: obrusy z lnu, orzeł na ścianie, pierzyny, Wigilia... W Syrii jest dużo chrześcijan, ale Wigilii oczywiście nie ma. A u nas była. I choinka. Zapraszało się gości...   Pobrali się w Polsce? I w Polce, i w Syrii. Po czterech latach narzeczeństwa odbyły się dwa śluby. Fajnie mieli. Mama żyła w Syrii prawie 40 lat.   I pani się tam urodziła. Tak. W Aleppo. W szpitalu.   Stoi jeszcze ten szpital? Nie wiem. Jeżeli jest w bombardowanej części miasta, to pewno go już nie ma. Wiem, że na przykład w dom, w którym ostatnie lata spędził mój tata, trafiła rakieta, zostały gruzy. Dobrze, że tego nie widział, że nie dożył.   Prowadziła pani życie zwykłej syryjskiej dziewczyny. Raczej tak. Szkoła, później praca, mąż dzieci. W domu rodziców była Polska: obrusy z lnu, orzeł na ścianie, pierzyny, Wigilia... W Syrii jest dużo chrześcijan, ale Wigilii oczywiście nie ma. A u nas była. I choinka. Zapraszało się gości... Mama nawet sama kisiła kapustę, robiła pierogi.   Rodzina pani ojca to akceptowała? No pewnie! Dlaczego nie? Nie protestowali. Cała rodzina ojca bardzo mamę lubiła, rodzice taty ją kochali. Babcia zresztą mieszkała z nami siedem lat – w...

Czytaj dalej
MAMISYNEK W ZWIĄZKU: JAK BUDOWAĆ RELACJĘ Z TAKIM PARTNEREM?
Adobe Stock

Maminsynek w związku: jak budować relację z takim partnerem? 

Psychologowie mówią jasno – jeśli twój partner jest tzw. mamisynkiem – na cuda nie należy liczyć. Związek z takim mężczyzną to duże wyzwanie. Czy taka relacja może się udać?
Karolina Morelowska-Siluk
25.10.2020

Na samym początku nie widzisz niczego dziwnego. Jesteś zakochana. Niby wiesz, że mama w życiu twojego partnera istnieje, ale przecież to normalne  – wszyscy mamy rodziców. Nie przyglądasz się więc tej relacji. Z czasem zaczynasz jednak dostrzegać, że coś jest nie tak, bo matka partnera pojawia się w jego słowach, myślach i… mieszkaniu zadziwiająco często. Ale nadal myślisz, że „będzie dobrze”, kochasz, więc przymykasz oko. Albo wierzysz, że jak już założycie swoją własną rodzinę, wszystko – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – zmieni się. I nagle to do ciebie mąż zacznie zwracać się ze wszystkim: poprosi o radę, będzie chciał wiedzieć, co myślisz na jakiś temat, czyli – mówiąc najprościej – to wreszcie ty staniesz się najważniejszą kobietą w jego życiu.  Za blisko, za bardzo Matka jest tą pierwszą i – co oczywiste – przez pewien okres  najważniejszą kobietą w życiu chłopca. No właśnie – chłopca… A kiedy ten staje się mężczyzną, relacja z matką powinna zmienić swój charakter.  Ale, by tak się stało wcześniejsza więź musi być „zdrowa”. Natomiast jeśli jest nim jakiś toksyczny element efektem miłości matki może być właśnie mamisynek. Dzieje się tak często dlatego, że matka traktuje syna z przesadną troską. Jest zbyt opiekuńcza, wyręcza syna we wszystkich obowiązkach, roztacza nad nim ochronny parasol. To wszystko sprawia, że z chłopca wyrasta nieporadny mężczyzna. Nieporadność może przejawiać się we wszystkich życiowych kwestiach, tych zupełnie błahych jak „technika” wieszania prania, po ważne, fundamentalne kwestie jak światopogląd, wybór pracy, itd. A kiedy w życiu takiego mężczyzny pojawi się kobieta jego ciągła potrzeba konsultacji wszystkiego z matką doprowadza partnerkę...

Czytaj dalej