„Chciałam je mieć, ale dziś bycie mamą jest dla mnie udręką”. Same sobie to robimy!
iStock

„Chciałam je mieć, ale dziś bycie mamą jest dla mnie udręką”. Same sobie to robimy!

Wypalenie w macierzyństwie to coraz powszechniejsze zjawisko wśród polskich matek. Nakręcamy spiralę oczekiwań wobec samych siebie i innych matek.
Katarzyna Montgomery
29.01.2020

Zmęczonym mamom radzę zawsze, by szukały przyjaznych dusz, osób, od których nie usłyszymy wyświechtanego: »dasz radę, tylko się postaraj«” – rozmowa z dr Aleksandrą Piotrowską, psycholożką.

Katarzyna Montgomery: Co sprawia, że kobieta, dochodzi do takiego skrajnego etapu, w którym macierzyństwo i związane z nim obowiązki stają się przede wszystkim udręką?

Ideał funkcjonowania w roli matki i w roli kobiety jest nadmuchiwany. Mamy być sprawne zawodowo, w kuchni gotować według zasad fusion, a w międzyczasie utrzymywać szalenie partnerskie stosunki z naszymi dziećmi, angażować się we wszystkie ich sprawy i zabawy. Tymczasem powłóczymy nogami i ledwo mamy siłę podnieść głowę, żeby spojrzeć na kolejny rysunek naszej pociechy.

Ale matkom chyba niezwykle trudno, a nawet wstyd się do tego przyznać? Sądzą, że wina jest w nich, że nie podołały.

W kraju wielbiącym matkę Polkę każda kobieta powinna czerpać radość z zajmowania się własnym dzieckiem. Bardzo niewiele kobiet jest w stanie powiedzieć komukolwiek, że dziecko nie jest sensem ich życia, i choć wywiązują się z rodzicielskich obowiązków, to jednak nie przepadają za spędzaniem z nim całego swojego czasu. Albo że są do tego stopnia zmęczone, że w desperacji zostawiają dwójkę maluchów samych w domu i wychodzą na dwie godziny, żeby ochłonąć. Lub zamykają się przed nimi w sypialni. 

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Wypalenie w macierzyństwie

Jak się do tego przyznać?! I czy faktycznie istnieje syndrom wypalenia macierzyńskiego, na podobieństwo wypalenia zawodowego, który tłumaczy nasze zachowania i emocje?

Koncepcja Christiny Maslach o wypaleniu zawodowym mówi o trzech składowych tego syndromu. Zaczyna się od wyczerpania emocjonalnego: pojawia się ciągłe zmęczenie psychiczne i fizyczne, zanika radość, a w jej miejsce wkradają się drażliwość i pesymizm. Drugi etap to depersonalizacja osób, z którymi się pracuje, co skutkuje przedmiotowym traktowaniem pacjentów, klientów, współpracowników. Trzeci oznacza poczucie braku osiągnięć i szans na te osiągnięcia.

Wypalonemu zawodowo człowiekowi towarzyszy przeświadczenie, że nie da rady, bo brak mu kompetencji. Matka może mieć podobne wątpliwości co do swoich umiejętności. Ale nigdy nie zetknęłam się z przypadkiem, kiedy matka depersonalizowałaby dziecko. Narastające zmęczenie, zanik radości z bycia razem i poczucie, że nie potrafię wychowywać, że macierzyństwo wymyka się spod kontroli – to często słyszę w gabinecie.

Boimy się, że prośba o pomoc będzie przyznaniem się do porażki?

Dziś kobiety żyją już nie pod naciskiem teściowej czy matki, ale mediów, które stawiają kobietom życiową poprzeczkę bardzo wysoko, co z kolei wpływa na to, jakie postawy reprezentujemy, rozmawiając z przyjaciółkami, znajomymi. Staramy się przekonać innych, że u nas wszystko jest idealne. Bo świat domaga się od nas nienagannego wizerunku. To dążenie do samozagłady. Nie można żyć po to, żeby spełniać oczekiwania innych ludzi, w ten sposób zdradzamy same siebie. Nie można sobie odmawiać prawa do słabości, zmęczenia, do powiedzenia: „Mam w nosie, palcem dziś nie kiwnę”.

Nawet kosztem nieodrobionych lekcji dzieci?

Nawet. I niech dostaną czasem kanapki zamiast obiadu. Gwarantuję, że nie umrą. To zaharowywanie się, aby wszystko działało w domu perfekcyjnie, często obraca się przeciwko dzieciom, bo zmęczone matki nie znajdują w sobie radości, mają więcej pretensji i gorzej spędza się czas w ich towarzystwie. Ma to też destrukcyjny wpływ na związki – stres płynący z wychowywania dzieci bywa przyczyną rozstania.

Dzisiejsze kobiety dają sobie prawo do szczęśliwego życia, mamy rozbudzoną potrzebę czasu tylko dla siebie. To dobrze, tylko jednocześnie otrzymujemy komunikaty o tym, że powinnyśmy tak sobie zorganizować życie, aby nam na wszystko starczyło czasu. A to jest nierealne. Dlatego kiedy robimy w swoim życiu miejsce na dzieci, to na kilka lat trzeba coś odpuścić, żeby mieć choćby jedno popołudnie w tygodniu wolne. 

Matka Polka nie prosi o pomoc

Syndrom wypalenia dotyczy kobiet na całym świecie.

Tak, tylko że na przykład w Europie kobiety matki korzystają z wielu systemowych udogodnień. Tymczasem w przypadku Polek wychodzimy z założenia, że skoro mają dzieci, to już są tak szczęśliwe, że dadzą radę ze wszystkim, motywowane tymi pozytywnymi emocjami. Na względy mogą liczyć tylko matki maleńkich dzieci, ale już po kilku miesiącach pojawia się społeczne oczekiwanie wobec matek, że wszystko powinno wrócić do normy z czasu przed urodzeniem dziecka.

W dążeniu do bycia idealnymi matkami żyjemy w przeświadczeniu, że tylko my możemy najlepiej zadbać o swoje dzieci.

Dlatego tak trudno powiedzieć, skąd się bierze zjawisko wypalenia u matek. W wielu przypadkach kobiety same działają na własną niekorzyść. Już na początku odganiają mężczyznę od noworodka z obawy, że niezdarnością zrobi mu krzywdę, kąpiąc lub przewijając. Powinnyśmy domagać się od ojców naszych dzieci większego udziału w obsługiwaniu przedsiębiorstwa zwanego dzieckiem. 

Nie podoba mi się pomysł wielu młodych matek, że to ich mamusie przyjeżdżają pomóc. Tymczasem pomagać powinien mężczyzna, bo to na niego możemy i musimy liczyć na co dzień najbardziej.

Dlatego zawsze mnie cieszy widok mężczyzny z wózkiem na spacerze.

Ja mam wtedy tylko nadzieję, że w tym czasie matka tego dziecka robi coś dla siebie, a nie sprząta. 

Dzieciństwo naszych dzieci ma być dziś barwne i pożyteczne, a zorganizowanie tego należy oczywiście do nas.

Już nie wystarczy, żeby dziecko było nakarmione i bezpieczne. Już wiemy, jaki to ważny okres w życiu człowieka, jednak ta świadomość sprawia, że kolejne ciężary spadły na nasze barki. Postawiliśmy dzieci na zbyt wysokich cokołach. W związku z tym dla kobiet bardzo ważnym składnikiem poczucia własnej wartości stało się myślenie o sobie jako o matce. Sukcesy dzieci zaczęły pełnić funkcję wzmacniacza poczucia własnej wartości rodziców.

Za duża koncentracja na dziecku prowadzi do tego, że formułujemy zbyt wygórowane oczekiwania wobec niego. Także my sami jesteśmy bardziej narażeni na niepokój, czy uda się dziecku coś osiągnąć i jak wobec tego wypadamy w porównaniu z innymi rodzicami. A to już prosta droga do zamęczenia siebie i dziecka zajęciami dodatkowymi, ale też do tego, by ulec wyścigom w pieczeniu najlepszych w klasie babeczek, zamiast kupić najsmaczniejsze i odpocząć. 

W krzywym zwierciadle Instagrama

Od porównań trudno uciec. Wystarczy zajrzeć do mediów społecznościowych, gdzie inne dzieci są zawsze czyste, uśmiechnięte i mają tylko świadectwa z czerwonym paskiem.

Nie ma chyba ludzi odpornych na porównywanie się. Wyluzujmy jednak trochę. Perfekcjonistki też tego potrzebują w głębi duszy.

Nie byłoby nam lżej, gdybyśmy szczerze rozmawiały o porażkach, zamiast rywalizować ze sobą?

Zawsze warto porozmawiać szczerze o problemach, podzielić się nimi i dowiedzieć, że inni też mają kłopoty z dziećmi. Z takimi kumpelkami matkami możemy też podzielić się obowiązkami. Przecież w innych rodzinach kobiety są tak samo przeciążone jak my. Nie bójmy się umawiać na podwożenie dzieci do szkoły, przywożenie z zajęć. To prosty sposób na wyeliminowanie pewnych czynności z przeciążonego grafiku. Pamiętajmy o jednym: próby perfekcyjnego funkcjonowania we wszystkich dziedzinach życia i w każdym jego okresie to zakładanie sobie pętli na szyję.

Rozmowa z psycholożką dr Aleksandrą Piotrowską ukazała się w „Urodzie Życia” 1/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
kobieta w lustrze
getty images

Dzieci, mąż, praca. Czy masz w życiu miejsce na trochę zdrowego egoizmu? 

Każda z nas powinna mieć przestrzeń i czas tylko dla siebie.
Karolina Rogalska
27.01.2020

Jesteśmy najlepszymi matkami, partnerkami, pracowniczkami. Często też zajmujemy się starszymi już rodzicami. Opiekujemy się i doradzamy innym. A kim jesteśmy dla siebie? Czy zostawiamy sobie przestrzeń na bycie tu i teraz, dla siebie. O tym, że na szczęście musimy sobie pozwolić, rozmawiamy z  psycholożką Karoliną Zalewską-Łunkiewicz. Karolina Rogalska:   Virginia Woolf już 90 lat temu pisała, że każda kobieta powinna mieć własny pokój. Dlaczego kawałek autonomicznej przestrzeni jest tak ważny? Karolina Zalewska-Łunkiewicz:  Bo jest tylko nasz. I przypomina nam, kim jesteśmy. Nie musimy tego określenia „własny” pokój rozumieć w sposób dosłowny – jako odrębnego pomieszczenia w domu, bo przecież nie każdy może je mieć. Chodzi o symboliczną czasoprzestrzeń, która wyznacza naszą tożsamość. Bywa, że tracimy to swoje własne miejsce, gdy wchodzimy w dorosłe życie, małżeństwo, zaczynamy budować rodzinę. To prawda. Rozumiemy i szanujemy to, że dziecko czy nastolatek potrzebuje własnej przestrzeni, ale w dorosłości przestajemy  nią walczyć. Tymczasem ona jest ważna w każdym wieku. Myślę, że warto w niej pielęgnować to, co nagromadziliśmy przez całe życie: wspomnienia, sekrety, do których przecież wszyscy mamy prawo. Zamknięte w szufladzie osobiste pamiątki czy inne elementy materialnej rzeczywistości, które świadczą o nas, na przykład albumy ze zdjęciami z dzieciństwa, przedmioty przywiezione z podróży, książki czy pamiątki od ważnych dla nas osób. Rzeczy, które kojarzą nam się z pięknymi chwilami albo przoeciwnie: z momentami, gdy było trudno, ale nam się udało przetrwać.  Co nam dają takie rzeczy i wspomnienia? Mogą dać choć trochę pozytywnej energii i siły, pomagają iść dalej w życie z ugruntowanym i scalonym...

Czytaj dalej
kobieta bez dzieci
Getty Images

„Bezdzietność z wyboru to nie jest egoizm” – mówi psycholożka, Anna Mochnaczewska

Bezdzietne kobiety wciąż budzą potępienie albo współczucie – czemu?
Sylwia Niemczyk
19.08.2019

Macierzyństwo nie jest już społecznym nakazem, ale wyborem kobiety lub pary. Opowieści o jałowym życiu bez dziecka odchodzą do lamusa, ale powoli. Dlaczego jednak tak wolno? Z psychoterapeutką Anną Mochnaczewską, psycholożką i certyfikowana psychoterapeutką współzałożycielką Centrum Terapii Schematu w  Warszawie, rozmawia dla „Urody Życia” Anna Zych. Anna Zych, „URODA ŻYCIA”: Coraz więcej kobiet nie ma dzieci, bo nie chce ich mieć. Czy możemy mówić już o pewnym stylu życia?  Anna Mochnaczewska: Decyzja, by nie mieć dzieci, to raczej jedna ze składowych stylu życia, gdy chcemy korzystać z możliwości, jakie pojawiają się, kiedy dzieci nie ma. Macierzyństwo było kiedyś „efektem ubocznym” małżeństwa. Dziś wiele kobiet nie chce wychodzić za mąż. Spełniają się w pracy, poświęcają działalności artystycznej, charytatywnej. Macierzyństwo czasem kojarzy im się z ograniczeniami.  Kobiety mają dość bycia matka Polką, poświęcania się dla dobra dzieci?  Dla kobiet z pokolenia 50 plus małżeństwo często oznaczało zmęczenie, stres. Ich córki, patrząc na zmagania matek, często nie decydują się na dzieci, bo nie chcą tak żyć. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że to egoistyczne, jednak lepiej być świadomym egoistą, niż za wszelką cenę spełniać normy społeczne, a później unieszczęśliwiać siebie i drugiego człowieka. Budzi się we mnie złość, gdy słyszę, że osoba, która się decyduje na bezdzietność, jest egoistką. Przecież ona nie robi nikomu krzywdy. Tego dziecka nie ma na świecie, nie cierpi przez nią, mimo to często jest społecznie piętnowana. A nikt nie ma prawa źle jej oceniać – to świadomy wybór innej drogi życiowej związanej często z samorealizacją. Część osób odczuwa lęk przed posiadaniem dzieci, bo...

Czytaj dalej
Dzień Matki
iStock

Dzień Matki 2020: Czy Polska naprawdę lubi młode matki? 

„Macierzyństwo to dla kobiety coś wyjątkowego. Ale dla społeczeństwa młoda mama nie jest czymś wyjątkowym, więc nie zamierza traktować jej na lepszych prawach. Rodzi się konflikt” – mówi Dorota Peretiatkowicz, psycholożka, współautorka badań Family Power.
Sylwia Niemczyk
20.05.2020

Wyliczamy: roczny urlop macierzyński, 500+ na każde dziecko, zasiłki opiekuńcze i gwarantowane miejsce w przedszkolu. Rodzice nie mają w Polsce źle – wynika z takiego wyliczenia. Tymczasem młode matki (rzadziej młodzi ojcowie) wcale nie czują, że są wspierane przez społeczeństwo – zamiast wsparcia czują raczej presję i niechęć. Czy Polska – kraj, w którym uroczyście obchodzi się Dzień Matki – naprawdę lubi młode mamy? Pytamy badaczkę opinii społecznej i psycholożkę, Dorotę Peretiatkowicz. Sylwia Niemczyk: Spojrzałaś w 2019 roku na polską rodzinę – i co zobaczyłaś? Dorota Peretiatkowicz: Zobaczyłyśmy bardzo dużo – w naszym badaniu wzięło udział 800 kobiet i 800 mężczyzn. Rodzina to zawsze ciekawy temat dla badaczy, ale teraz wyjątkowo dużo się w niej i wokół niej dzieje: weszło 500+, wracają tradycyjne wartości, zmniejsza się udział kobiet na rynku pracy: już 45 procent matek nie pracuje. A przy tym rodzi się bardzo mało dzieci.  Jest coś, co cię szczególnie zdziwiło? Choćby to, że widać dużo większą niż jeszcze kilka lat temu akceptację rodzin patchworkowych, czyli rodzin, w których dzisiaj nie są jeszcze do końca opisane role. Podobne badanie polskich rodzin przeprowadzałyśmy pięć lat temu – już wtedy było widać, że ludzie dostosowują się do tego nowego zjawiska, ale teraz okazuje się, że liczba patchworkowych rodzin i kombinacji jest bardzo duża. Patchwork spowszechniał nie tylko w dużych miastach, ale też poza nimi. Okazało się, że możemy z tym żyć i że ważniejsze, żeby rodzina w ogóle powstała, niż żeby była tradycyjna.  Jak to się ma w stosunku do tego powrotu tradycyjnych wartości, o którym mówisz? Młodzi ludzie, zresztą nie tylko młodzi, nie do końca mają w naszych czasach ochotę zakładać rodziny i...

Czytaj dalej