„Szczęścia się nie znajduje, ale buduje samemu” – mówi Dan Gilbert, psycholog. Sprawdź, jak to robić
Adobe Stock

„Szczęścia się nie znajduje, ale buduje samemu” – mówi Dan Gilbert, psycholog. Sprawdź, jak to robić

Prof. Dan Gilbert z uniwersytetu Harvarda przekonuje, że nasze poczucie szczęścia nie zależy od wygranej w totka czy sukcesu w pracy, ale wyłącznie od nas samych.
Sylwia Niemczyk
29.10.2018

W dużej mierze to od nas samych zależy, czy czujemy się szczęśliwe, bo szczęścia można się nauczyć dokładnie tak samo, jak jazdy na rowerze – mówi Dan Gilbert, profesor z Harvardu, specjalista psychologii pozytywnej i autor bestsellerowej książki „Na tropie szczęścia”

Katarzyna Miller: „Romantyczna miłość jest tylko na chwilę, jeśli w nią wierzycie, przegracie”

Poczucie szczęścia naturalnego i syntetycznego

Kiedy marzymy o czymś ważnym, to jednocześnie jesteśmy przekonane, że kiedy to nasze wielkie marzenie się już spełni, osiągniemy szczęście. Rzeczywiście tak jest, ale taki pik euforii trwa krótko i nasze samopoczucie szybko wraca do wcześniejszego poziomu. Takie krótkotrwałe szczęście, które przychodzi i odchodzi bez udziału naszej woli, prof. Dan Gilbert nazywa szczęściem naturalnym albo organicznym. Czujemy je, kiedy wygramy w totka, kiedy urodzi się nam dziecko, kiedy kupimy sukienkę, o jakiej marzyłyśmy, albo gdy nasz wyśniony kandydat na męża uklęknie przed nami z pierścionkiem w ręku.

Według prof. Gilberta istnieje jednak jeszcze drugi rodzaj szczęścia: bardziej stałego, chociaż znacznie mniej spektakularnego. Tego rodzaju szczęście (prof. Gilbert nazywa je szczęściem syntetycznym), wytwarzamy sami, poprzez pielęgnowanie w sobie poczucia wdzięczności i budowanie w sobie przekonania o tym, że w każdej sytuacji jest nam wystarczająco dobrze. Różnicę między szczęściem organicznym a syntetycznym prof. Gilbert obrazuje stwierdzeniem: „Organiczne spływa na nas wtedy, kiedy dostaniemy to, co chcemy. Syntetyczne szczęście natomiast wytwarzamy sami wtedy, kiedy nie dostaniemy tego, czego chcemy”. 

W jaki sposób budować swoje szczęście syntetyczne?

Prof. Gilbert porównuje szczęście syntetyczne do naszego układu odpornościowego, który utrzymuje nas w zdrowiu i chroni przed wirusami czy bakteriami. Żeby jednak nasza odporność działała, musimy ją wzmacniać np. witaminami. Takim wzmocnieniem dla naszego poczucia szczęścia będą nasze myśli i przekonania, które budujemy w głowie. Jeśli systematycznie budujemy w głowie przekonanie, że w każdej sytuacji damy sobie radę, to żadne niepowodzenie nie będzie w stanie zachwiać na dłużej naszym samopoczuciem. Kiedy pielęgnujemy w sobie poczucie wdzięczności za to, co już mamy (jednym z najprostszych ćwiczeń wdzięczności są zwykłe wyliczenia tego, za co możemy być wdzięczni, tzw. reguła Pollyanny), wtedy brak czegoś, o czym marzymy, nie podetnie nam skrzydeł. 

Tak samo jak wzmacniać nasze szczęście syntetyczne, możemy je osłabiać, np. poprzez nawykowe budowanie czarnych scenariuszy w głowie i pielęgnowanie lęków przed przyszłością oraz rozpamiętywanie krzywd z przeszłości. Prof. Gilbert zwraca również uwagę na to, że w naszych czasach, kiedy mamy możliwość wielu wyborów, nasze szczęście syntetyczne może być zagrożone – bo każda możliwość wyboru rodzi w nas niepewność, czy na pewno wybraliśmy dobrze. 

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Lara Gessler
Wojciech Affek

Lara Gessler: „Chciałabym przekazać dzieciom gen Gesslerów – gen szczęścia i radości”

„Miałam dziewięć lat, kiedy rodzice się rozstali. Nie musiałam wskazywać, z kim chcę być. Tato był dla mnie naturalnym wyborem. Mama wtedy bardzo skupiła się na pracy”. O potędze rodzinnego klanu i poszukiwaniu w nim własnej ścieżki opowiada Lara Gessler.
Marta Bednarska
12.06.2020

Lara Gessler gesty i mimikę odziedziczyła po mamie. Pragnienie smakowania życia – po obojgu rodzicach, Magdzie i Piotrze Gesslerach. Nie bez problemów, czasem płacąc wysoką cenę, szukała swojej drogi. Nie boi się już – jak kiedyś – kreowania własnej marki. Pisze książki kulinarne, prowadzi warsztaty. Ma inną wizję własnego domu niż ten, który zna z własnego dzieciństwa. Jednocześnie jest silnie związana z rodziną. Choć jej rola w układance klanu Gesslerów mocno zmieniła się przez lata. Kim jest dziś Lara?  Marta Bednarska: „Jestem medialnym wypłochem” – to twoje słowa. Trudno namówić cię na publiczne zwierzenia. Kto jednak zobaczy sztućce i haftowaną serwetkę, wytatuowane na twoich plecach, wie, że… Lara Gessler: Właśnie, jak to odczytujesz? Że kochasz gotować? Jeść? Że masz w sobie kulinarny gen Gesslerów? Tatuaż jest integralny ze mną. To pomysł, którego nie żałuję. Stąd odwzorowane nóż i widelec z czasów dzieciństwa w rodzinnym domu w Łomiankach. Kształtowały moje poczucie smaku. Obok serwetka z Fukiera – wspólnej restauracji taty i mamy, gdzie spędzałam masę czasu. 20 lat temu w szarawej Warszawie było to miejsce wyjątkowo inspirujące kulinarnie, towarzysko, artystycznie. „Wyhaftowałam” też inicjały rodziców. Ten tatuaż to wyraz mojej miłości do gotowania i hołd dla mamy i taty.  Za co najbardziej jesteś im wdzięczna?  Nauczyli mnie chłonąć życie. Z dziecięcą ciekawością poznawać świat, odbierać go wszystkimi zmysłami. Mnóstwo podróżowaliśmy – Hiszpania, Włochy, Niemcy. Mama potrafiła w środku tygodnia zapytać: „Jutro Madryt? Nic się nie stanie, jak nie będzie cię w szkole”. Uwielbiałam to nasze wspólne celebrowanie każdego momentu...

Czytaj dalej
iStock

Koreański sekret szczęścia: poznaj 6 zasad nunchi

Za dużo mówimy, za mało słuchamy innych. A to najlepszy sposób, by zyskać zaufanie i sympatię. Poznajcie nunchi, supermoc, która sprawi, że wasze relacje z ludźmi będą lepsze.
Anna Zaleska
11.05.2020

Tak jak Marie Kondo, japońska guru sprzątania, pomogła nam uporządkować nasze domy i szafy, tak Euny Hong, znana na świecie dziennikarka pisząca o koreańskiej kulturze, chce nam pomóc uporządkować relacje z ludźmi. Stać się lepszą matką, partnerką, córką, koleżanką, szefową i przyjaciółką. Koreańczycy mają na to swój sposób, supermoc praktykowaną od pięciu tysięcy lat, tak zwane nunchi. W Polsce właśnie ukazała się książka „Nunchi. Koreański sekret dobrych relacji z ludźmi” – coś w rodzaju przyśpieszonego kursu dla Europejczyków.   Nunchi bywa porównywane z inteligencją emocjonalną, ale znawcy zagadnienia wolą ją definiować jako sztukę czytania w myślach i uczuciach innych. Kto by nie chciał jej posiąść? Pozornie rzecz wydaje się prosta. Potrzebujemy tylko oczu i uszu. Ale najwyraźniej aż tak prosta nie jest, skoro Koreańczycy uczą tego swoje dzieci, i to od najmłodszych lat. „Gdzie twoje nunchi?”, strofują maluchy. Co blokuje nasze nunchi? Jest kilka powodów, dla których my, ludzie Zachodu, możemy mieć problem z obudzeniem w sobie tej koreańskiej supermocy. Przede wszystkim nastawiamy się na mówienie, a według filozofii nunchi często lepiej z kimś pomilczeć. Najciekawszym rozmówcą jest ten, kto uważnie słucha i tak okazuje zrozumienie, a nie ktoś, kto zaczyna opowiadać swoją „jeszcze lepszą” historię. Albo zmienia temat, by skupić uwagę na sobie. A przecież słuchanie to najlepszy sposób, by zyskać zaufanie i sympatię innych. Największą potrzebą ludzi – po zdobyciu pożywienia i bezpiecznego schronienia – jest właśnie bycie wysłuchanym. Druga kwestia: hałas ceni się w naszej kulturze bardziej niż spokój i ciszę. Tymczasem gdy uspokoimy myśli, wtedy do głosu dochodzą zmysły, lepiej...

Czytaj dalej