Sado-maso perfekcjonizm. Dlaczego czuję potrzebę bycia dobrą we wszystkim?
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Sado-maso perfekcjonizm. Dlaczego czuję potrzebę bycia dobrą we wszystkim?

Wiesz, że nie można być najlepszym we wszystkim. Ale i tak zamiast dać sobie trochę więcej luzu, chcesz być perfekcyjna. Najwyższy czas, żeby z tym skończyć.
Sylwia Arlak
22.07.2020

Perfekcjonizm dotyczy przede wszystkim nas, kobiet. Media społecznościowe uczą nas, że sukces jest jedyną rzeczą, którą warto się dzielić. Pokazują, jak przyjemnie jest „żonglować” karierą, obowiązkami matki i kochanki. Trudno się dziwić, że wciąż bodźcowane komunikatami: „Możesz! Powinnaś!” odczuwamy presję i za wszelką cenę chcemy być najlepsze w każdej dziedzinie naszego życia. I koniecznie chcemy spełnić oczekiwania wszystkim wokół.

Katarzyna Miller: „Romantyczna miłość jest tylko na chwilę, jeśli w nią wierzycie, przegracie”

Kluczem jest życzliwość

„Samokrytyczny perfekcjonizm to nic innego, jak intensywne pragnienie bycia dobrym we wszystkim w połączeniu ze zwiększoną wrażliwością na oczekiwania innych ludzi i krytykę, jeśli te nie zostaną spełnione” — wyjaśnia psycholożka dr Meg Arroll, cytowana przez portal The Stylist. „Oskarżamy sami siebie i wątpimy w swoje umiejętności. To dość powszechna cecha, szczególnie u kobiet” — dodaje. Ekspertka przytacza wyniki ankiety przeprowadzonej przez firmę Healthspan. Wynika z niej, że to kobiety spędzają więcej czasu, zamartwiając się, czy to, co robią, jest wystarczająco dobre (robi tak aż 30 proc. kobiet i zaledwie 15 proc. mężczyzn). 

Poza tym, że mamy obsesję na punkcie samodoskonalenia, opieramy naszą samoocenę na opiniach innych ludzi. Jak możemy z tym walczyć? „Musimy być świadomi, tego co sobie robimy, bo prowadzi to do wielu schorzeń psychicznych. Możemy częściej odczuwać lęk, albo nawet zachorować na depresję. Ważne, żeby kwestionować negatywne myśli” — wyjaśnia Arroll. Psycholog radzi, aby zamienić takie słowa, jak: „zawsze”, „nigdy”, „nic” „doskonałość” łagodniejszymi, mniej czarno-białymi zwrotami, takimi jak: „czasami”, „ok” i  „wystarczająco dobre”. Życzliwość dla samej siebie jest kluczowa. Jesteś i zawsze byłaś wystarczająco dobra.

Po pierwsze: realne cele…

O tym jak ważny jest język, którym mówimy do siebie, przekonuje też medalista olimpijski Cath Bishop. Sportowiec podkreśla, że powinniśmy być dla siebie bardziej wyrozumiali, stawiać sobie realne cele i nie przejmować się tym, na co nie mamy wpływu. „Dobrze jest samodzielnie oceniać rzeczy i tworzyć kryteria sukcesu, które mają dla nas największe znaczenie. Udany dzień to nie ten, w którym wygrywamy, zdobywamy najwyższe oceny, osiągamy nasze roczne cele, ale kiedy jesteśmy otwarci, gotowi uczyć się od innych, gotowi słuchać i obierać różne punkty widzenia” — dodaje.
 
Bishop uważa, że należy skupić się na czymś, co sam nazywa „podejściem długoterminowej wygranej”. Wzrost i rozwój jest tu ważniejszy od krótkoterminowych zysków i sukcesów. Po pierwsze radzi skupić się na tym, co ma dla nas znaczenie (warto więc poświęcić trochę czasu i zastanowić się, co naprawdę nas napędza w życiu), a nie na tym, czego oczekują od nas inni. Po drugie — ciągle się uczyć. „Dzięki temu skupimy się na wzroście i rozwoju, nie zaś na osądzaniu siebie na podstawie wyników. Uczymy się z dobrych i złych doświadczeń” — wyjaśnia Bishop. Po trzecie ustalić priorytety. Może okazać się, że wcale nie potrzebujemy świetnie gotować, a nasz dom nie zawsze musi lśnić czystością. Zamiast tego możemy poświęcić więcej czasu i energii na pracę nad sobą albo dokończenie ważnego projektu. Daj sobie możliwość wyboru.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Od zakochania do fazy pustego związku. Co zrobić, żeby miłość się nie wypaliła?

W pustym związku nie ma już namiętności i intymności. Pozostały same zobowiązania. Sylwia Sitkowska i Andrzej Gryżewski w swojej najnowszej książce „Niekochalni. Lęk przed bliskością ”, radzą, jak do tego nie dopuścić.
Sylwia Arlak
15.07.2020

Wspólne dzieci, mieszkanie, kredyt, ale bez czułości, intymności i chęci spędzania razem czasu. Tak opisują fazę pustego związku psychologowie Sylwia Sitkowska i Andrzej Gryżewski. W swojej najnowszej książce „Niekochalni. Lęk przed bliskością” (wyd. Rebis) przytaczają klasyczną  teorię miłości Roberta Stenberga. Według znanego amerykańskiego psychologa każdy związek przechodzi podobne fazy, a jeśli nie będziemy uważni, ostatecznie może znaleźć się w punkcie związku pustego. Pierwsza faza to faza zakochania, podczas której najsilniej działa namiętność. Druga to faza, kiedy gorączka pożądania już nieco opada, ale za to wzrasta intymność. Partnerzy budują bliskość między sobą, chcą spędzać ze sobą każdą wolną chwilę i lepiej się poznać. Wtedy pojawia się decyzja o utrzymaniu związku bądź o zakończeniu relacji. Trzecia faza to związek kompletny, w której występują już wszystkie trzy składniki relacji: namiętność, intymność i zaangażowanie. Wtedy najczęściej pojawia się propozycja ślubu, wspólnego mieszkania, często też dzieci. „Zobowiązanie rośnie przy jednoczesnym istnieniu intymności oraz zaangażowania. Koniec tej fazy wyznacza ustanie namiętności” — pisze Sylwia Sitkowska. Czwarta faza to związek przyjacielski. „Dla osób, które utożsamiają miłość z namiętnością, jest to moment określany jako koniec miłości. Jednak badania pokazują, że dla wielu ludzi faza związku przyjacielskiego jest najbardziej satysfakcjonującym okresem wspólnego życia. Dominujące są tu zobowiązanie oraz intymność. Zobowiązanie jest w dużym stopniu zależne od nas, intymność —  w stopniu nieco mniejszym, dlatego zachęca się partnerów, aby właśnie o te elementy, czyli o zaufanie, wzajemną pomoc, okazywanie sobie sympatii dbali przez cały...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

„Po pierwsze przyjaciele…” Zobacz, co robić, żeby dać sobie szansę na szczęśliwsze życie

„Celem naszego życia jest bycie szczęśliwym” — powiedział kiedyś Dalajlama. Niestety, większość ludzi nie czuje szczęścia z bardzo prostego powodu. Szukają go tam, gdzie go nigdy nie znajdą.
Sylwia Arlak
14.07.2020

Życie składa się z wielu przeciętnych momentów, ale nawet te spektakularne nie zmienią naszego życia na dłużej. Z badań psychologa, doktora Ed Dienera wynika, że wygrana na loterii nie wpłynie znacząco na nasze długofalowe poczucie szczęścia. Ta zasada działa też w drugą stronę: jeśli ulegniemy wypadkowi, nie będziemy smutni do końca naszych dni. Po pewnym czasie wrócimy do pozycji wyjściowej. Nie będziemy ani mniej, ani bardziej szczęśliwi niż przedtem. Co możemy sami dla siebie zrobić? Najlepiej wziąć sprawy we własne ręce. Dobrą wiadomość ma dla nas Sonja Lyubomirsky, profesorka psychologii, badaczka i autorka książek o szczęściu. W swoich badaniach wykazała, że faktycznie możemy podnieść swój poziom szczęścia, o ile oczywiście wiemy, jak to zrobić. Okazuje się, że wszyscy mamy genetyczne predyspozycje do bycia szczęśliwym (bądź nieszczęśliwym). Naukowcy spierają się o dokładne dane, ale większość z nich skłania się ku tezie, że dziedziczymy około 50 proc. szczęścia.  Nie chodzi tu o zewnętrzne okoliczności, na których często skupiamy się najbardziej: pieniądze, status, praca, samochody, piękny dom. Dd Diener, który studiował szczęście przez całe życie, porównał ludzi z listy najbogatszych Amerykanów z „przeciętnymi obywatelami”. Okazało się, że milionerzy byli tylko odrobinę szczęśliwi od reszty. 37 proc. z nich było mniej szczęśliwych niż przeciętni obywatele USA. Nie jesteśmy w stanie kontrolować genetyki i mamy tylko częściowy wpływ na zewnętrzne okoliczności. To, co możemy zrobić, to zmienić swoje myśli albo zmienić swoje działania. Oto kilka przykładów: Myśli: Pielęgnuj wdzięczność. Przypominanie sobie rano lub wieczorem trzech rzeczy, za które jesteś wdzięczna, to...

Czytaj dalej
zdrowy egoizm
Getty Images

Każda z nas potrzebuje chwili wytchnienia – dlaczego sobie tego nie dajemy?

Chwila dla samej siebie nie jest oznaką egoizmu. To oznaka dbałości o siebie, prawidłowego selfcare, bez którego nie będziesz w stanie na dłuższą metę dobrze funkcjonować. 
Karolina Rogalska
12.07.2020

Chociaż do szczęścia konieczne są relacje z innymi, to jednocześnie bardzo potrzebujemy chwili odosobnienia, miejsca, które jest tylko nasze. A im jesteśmy starsi, tym ta potrzeba jest wyraźniejsza”, mówi psycholożka Karolina Zalewska-Łunkiewicz, terapeutka psychodynamiczna i socjoterapeutka z Uniwersytetu SWPS. Karolina Rogalska: Virginia Woolf już 90 lat temu pisała, że każda kobieta powinna mieć własny pokój. Dlaczego kawałek autonomicznej przestrzeni jest tak ważny? Karolina Zalewska-Łunkiewicz: Bo jest tylko nasz. I przypomina nam, kim jesteśmy. Nie musimy tego określenia „własny” pokój rozumieć w sposób dosłowny – jako odrębnego pomieszczenia w domu, bo przecież nie każdy może je mieć. Chodzi o symboliczną czasoprzestrzeń, która wyznacza naszą tożsamość. Bywa, że tracimy to swoje własne miejsce, gdy wchodzimy w dorosłe życie, małżeństwo, zaczynamy budować rodzinę. To prawda. Rozumiemy i szanujemy to, że dziecko czy nastolatek potrzebuje własnej przestrzeni, ale w dorosłości przestajemy o nią walczyć. Tymczasem ona jest ważna w każdym wieku. Myślę, że warto w niej pielęgnować to, co nagromadziliśmy przez całe życie: wspomnienia, sekrety, do których przecież wszyscy mamy prawo.  Zamknięte w szufladzie osobiste pamiątki czy inne elementy materialnej rzeczywistości, które świadczą o nas, na przykład albumy ze zdjęciami z dzieciństwa, przedmioty przywiezione z podróży, książki czy pamiątki od ważnych dla nas osób. Rzeczy, które kojarzą nam się z pięknymi chwilami albo przeciwnie: z momentami, gdy było trudno, ale nam się udało przetrwać.  Co nam dają takie rzeczy i wspomnienia? Mogą dać choć trochę pozytywnej energii i siły, pomagają iść dalej w życie z ugruntowanym i scalonym poczuciem własnego „ja”. Własny...

Czytaj dalej