Kobieca rywalizacja to nieczysta gra! Same sobie utrudniamy życie?

Kobieca rywalizacja to nieczysta gra! Same sobie utrudniamy życie?

Ja przeszłam piekło, dlaczego jej ma być łatwiej?
Karolina Stępniewska
04.01.2019

Taki sposób myślenia wciąż ma się dobrze wśród kobiet. O kobiecej rywalizacji, wybiórczej solidarności i syndromie wciągania za sobą drabiny, opowiada Olga Kozierowska, dziennikarka biznesowa, działaczka społeczna, założycielka organizacji „Sukces Pisany Szminką".  Dodaje: „Kobiety muszą pokonać w sobie przymus porównywania się. Zdrowa rywalizacja w pracy nie polega na maniakalnym śledzeniu każdego kroku konkurentki. Polega na tym, żeby mieć na siebie plan, pomysł. Swój własny, autorski. Tak zdobywa się góry".

Wspiera pani kobiety w ich drodze zawodowej, poznaje ich pani setki, jakie są pani obserwacje dotyczące rywalizacji kobiet w pracy, w biznesie?

Widzę, niestety, że wciąż funkcjonuje wśród nas syndrom wciągania za sobą drabiny.

Co to znaczy?

Większość kobiet, które przez ostatnie lata wspięły się naprawdę wysoko, ma za sobą bardzo wyboistą, ciężką drogę. I kiedy dziś mają zaangażować się w politykę, która ułatwi tę ścieżkę innym kobietom, mówią głośno: „Nie, chwileczkę, ja przeszłam piekło, niech moje koleżanki pokażą, że też mają w sobie tę siłę". Bywamy dla siebie okrutne. I to dotyczy nie tylko Polek. Bardzo jaskrawy i smutny jednocześnie wniosek płynie z badań, które przeprowadzono niedawno w Stanach Zjednoczonych i w Wielkiej Brytanii. Studentom ekonomii pokazano dwa filmy. W pierwszym przemawiała bardzo zaniedbana, niechlujna kobieta. Wyglądała nieciekawie, ale mówiła bardzo mądrze o biznesie. W drugim filmie głos zabrała piękna pani. Miała przepiękne rysy, włosy, zadbane paznokcie, nieskazitelny makijaż, była świetnie ubrana, mówiła z bardzo dużą pewnością siebie… straszne brednie. I jak pani myśli, która kobieta została lepiej oceniona przez inne kobiety?

Ta ładnie wyglądająca?

Tak. Kobiety deprecjonowały mądrość pierwszej bohaterki tylko dlatego, że źle wyglądała, ale to nie wszystko. Ta druga dostała kredyt zaufania w dziedzinie wiedzy i profesjonalizmu za „ładne oczy", jednak w pakiecie dostała również etykietę „ostra rywalka". I: „z taką nie chciałybyśmy pracować".

I tak źle, i tak niedobrze. A wydawałoby się, że kobiety tak pięknie potrafią się dziś solidaryzować…

Tak, ale we wspólnej sprawie. Badania pokazują, że kiedy jest jakaś grupa kobiet i jednej z nich dzieje się coś złego, inne natychmiast staną w jej obronie, staną za nią murem, pomogą, przytulą, wesprą, ale… kiedy jednej z nich przytrafi się coś dobrego – jej radość i entuzjazm nie rozlewają się, niestety, na wszystkie członkinie w tym gronie…

Mam wrażenie, że jest coś, co nam, kobietom, bardzo w życiu przeszkadza – to wdrukowany wręcz w nas ciągły przymus porównywania się. My ciągle obserwujemy inne kobiety i automatycznie porównujemy się do nich. Kiedy widzimy piękną koleżankę, możemy się nią nawet zachwycić, ale za chwilę jej widok włącza w nas przycisk: kompleks. Toniemy w stereotypach, toniemy w automatycznych ocenach i zachowaniach, które płyną z naszego braku pewności siebie, z naszego lęku.

Ponieważ nie jesteśmy dość doskonałe?

Boimy się tak bardzo, że silnym, twardym kobietom, które dużo osiągnęły, często przyczepiamy łatkę: „Suka!". Panie, szczególnie w korporacjach, stają przed wyborem: być miłą albo być właśnie suką. Tak dzielą też swoje koleżanki. To zresztą w kręgach badaczy społecznych określane jest jako „ambiwalentny seksizm", czyli przekonanie, że jako kobieta mogę być lubiana, ale nie będę wtedy szanowana, lub też mogę cieszyć się szacunkiem kosztem sympatii czy popularności. Łatki przyczepiamy też w związku z atrakcyjnością koleżanek. Tym samym przywracając świetność takim idiotycznym powiedzeniom, jak to, że pan Bóg nie jest na tyle hojny, by dać kobiecie i mądrość, i urodę jednocześnie.

Znam wiele historii kobiet na wysokich stanowiskach, które mówią, co spotkało je, kiedy zdecydowały się szybko wrócić do pracy po urodzeniu dziecka. Te szepty na korytarzach: „Co za matka?!", „Tylko potwór zostawia trzymiesięczne dziecko i wraca do pracy". Z drugiej strony tym, które dzieci nie mają, koleżanki powtarzają: „Co możesz wiedzieć o życiu, skoro nie jesteś matką?". Z trzeciej strony, tym które nie mają, przełożeni często mówią: „Ty możesz zostać po godzinach, bo ci przecież dzieci w domu nie płaczą". Zagryzamy się na tych korytarzach korporacji. A raczej podgryzamy, bo my to wszystko staramy się robić po cichu. To nie jest zdrowa rywalizacja.

Co możemy zrobić, aby tę nieczystą kobiecą rywalizację zmienić w konkurencję fair? Co musimy – my, kobiety – w sobie zmienić, aby przestać siebie wzajemnie zwalczać i zacząć mądrze konkurować?

Musimy pokonać w sobie przymus porównywania się. Zdrowa rywalizacja w pracy nie polega na maniakalnym śledzeniu każdego kroku konkurentki, polega na tym, że to ja mam mieć na siebie plan. Swój własny, autorski. Mądry plan, który będę realizować krok po kroku. W ten sposób możemy skutecznie piąć się w górę. To czajenie się, przykładanie kalek nas blokuje, zatrzymuje nasz rozwój. Nie myślmy w kółko, co przygotuje, co powie nasza rywalka, jak postąpi nasza konkurentka, zastanówmy się, co same możemy powiedzieć, zaproponować. Bo każda z nas ma bardzo wiele do zaproponowania. I podejmujmy decyzje z radością, a nie pod toksycznym wpływem lęku.

Rozmowa z Olgą Kozierowską ukazała się w „Urodzie Życia” 9/2018

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
kobieca rywalizacja
Getty Images

Jak rywalizują kobiety i dlaczego wstydzą się rywalizacji? Rozmowa z psychoanalityczką

Rywalizacja wywołuje u kobiety poczucie winy. Czy słusznie?
Karolina Stępniewska
07.10.2018

Kobiety przez setki lat nie zajmowały się konkurowaniem, bo miały odgórnie nałożone inne »anielskie obowiązki«. A duch rywalizacji potrzebuje rogów. Jednak dziś, kiedy sprawy mają się już inaczej, nadal nie dajemy sobie przyzwolenia na otwartą rywalizacyjną grę, a jeśli nawet je sobie damy, naznaczone jest ono poczuciem winy. Może czas wreszcie zdjąć z siebie te ograniczenia”, mówi psychoanalityczka Wiola Rębecka. Przekonuje, że nie i że zdrowa rywalizacja może przynieść wiele korzyści. O tym, jak rywalizują ze sobą (i z mężczyznami!) kobiety, jak się z tym czują, skąd wzięły się nasze ograniczenia i wyrzuty sumienia, psychoanalityczka opowiada w wywiadzie dla „Urody Życia”. Czy kobiety rywalizują ze sobą w jakiś specyficzny sposób? Czy coś tę rywalizację charakteryzuje, odróżnia od tej męskiej? Kiedy umówiłyśmy się na rozmowę, w ramach przygotowania zrobiłam taki mały eksperyment – zamieściłam na swoim Facebooku pytanie: „Z jakich powodów kobiety ze sobą rywalizują?”. Rozpętała się wielka, trwająca cały dzień dyskusja. Zaangażowały się w nią obie płcie i rozmowa bardzo szybko podryfowała w stronę… feminizmu ! To zapewne coś oznacza, czyżby nam, kobietom, z rywalizacją było nie do twarzy? No właśnie. Więc chcę powiedzieć na wstępie jasno, że rywalizacja jest bardzo naturalnym uczuciem i jest bliska każdemu z nas! Rywalizujemy, bo to pomaga nam przetrwać, popycha nas do działania. Czasem słyszymy, jak ktoś mówi: „Ja to z nikim nie rywalizuję”. To nie może być prawda. Ten ktoś może tego nie dostrzegać, nie rozumieć, nie nazywać, może się tego wstydzić czy bać. Ale każdy z nas ma w sobie ten rys, bo to czysta biologia. Owszem, mechanizm rywalizacji może być zniekształcony. To znaczy, jeśli mamy głęboką...

Czytaj dalej