Jak się rozstać, żeby potem nie żałować? 
Adobe Stock

Jak się rozstać, żeby potem nie żałować? 

„W związku nie wystarczy nadążać jedynie za sobą, ale trzeba też nadążać za partnerem. Trzeba trzymać cugle tych dwóch koni jednocześnie. To sztuka”
Karolina Morelowska-Siluk
01.01.2019

Zanim powiesz sobie dość, daj sobie czas. Nie działaj w pośpiechu. Najgorsze co możesz zrobić, to zamknąć oczy i skoczyć. Taki ruch zwykle odbija się czkawką – mówi Michał Modliński, psychoterapeuta psychoanalityczny, członek Zespołu Pomocy Psychoterapeutycznej. Prowadzi terapie dla osób indywidualnych oraz par.

Karolina Morelowska-Siluk: Pracował pan jako terapeuta z dziesiątkami par. Jak pan sądzi? Warto walczyć o związek w kryzysie?

Michał Modliński: Recepty są bardzo zwodnicze. W każdym razie ja nie odważyłbym się ich wypisywać. No i przede wszystkim nie podoba mi się słowo walka, ono sugeruje konieczność wejścia na ring – szykowanie się do wojny. A w związku powinniśmy być wzajemnie swoim wyborem, a nie jedna ze stron ma zawłaszczać tę drugą.

Czyli nie walczyć, ale...

Zabiegać, to lepsze słowo. O związek warto zabiegać. Oczywiście, nie za wszelką cenę.

No właśnie. To najtrudniejsze pytania, o cenę. To kiedy warto, a kiedy nie należy ratować związku?

Pierwszy ruch to zadanie sobie kilku podstawowych pytań: „Dlaczego w ten związek weszłam/wszedłem? Dlaczego wybrałam/wybrałem właśnie tego człowieka? Czego potrzebuję, jakie są moje oczekiwania wobec związku i na ile ten człowiek w przeszłości i dziś je spełnia?”. Pytania mogą wydać się błahe, ale proszę mi wierzyć, trudno jest szczerze sobie na nie odpowiedzieć. A to także tam, u źródła kryje się odpowiedź na pytanie, czy teraz, kiedy jest ciężko, warto zabiegać o partnera, ratować związek. Oczywiście, ludzie z biegiem lat zmieniają się, dojrzewają, weryfikują się nasze potrzeby, więc pojawia się też pytanie, na ile towarzyszyliśmy sobie wzajemnie w dojrzewaniu. Bo w związku nie wystarczy nadążać jedynie za sobą, choć to bardzo ważne, ale trzeba też nadążać za partnerem. Trzeba trzymać cugle tych dwóch koni jednocześnie. To sztuka.

Robię swój bilans i dochodzę do wniosku, że na tym związku nadal mi zależy. Ale jest jeszcze przecież ta druga strona. Czy niezbędnym warunkiem do ratowania związku jest chęć obu partnerów? Co robić, kiedy on informuje, że ma romans, mówi: „Ja już nie chcę, dziękuję”?

Proszę sobie wyobrazić, że częściej niż można by sądzić, zdanie, które pani przytoczyła: „Nie, ja już nie chcę, dziękuję”, nie musi być kończące, ale może być w końcu otwarciem, zaproszeniem do szczerej rozmowy. Prowokuje dialog: „Dlaczego dziękujesz? Na co straciłeś nadzieję? Czego byś potrzebował?”. Kiedy para spotyka się w rozmowie, jest większa szansa na podjęcie właściwej decyzji.

Małgorzata Foremniak z córką w „Urodzie Życia”! Rozmowa o rodzinie, miłości i trudnej przeszłości

Rozstanie po zdradzie? Niekoniecznie

A ja wyobrażam sobie raczej, że kobieta, która słyszy: „jest inna”, przeżywa ogromny ból. Co ma zrobić ze swoją dumą? Myślę, że zadawanie w takiej sytuacji partnerowi pytania: „Czego potrzebujesz?” jest dla niej upokarzające, poniżające.

To emocje, które istotnie pojawiają się w takim momencie, ale warto spróbować spojrzeć na sytuację na chwilę z góry i zdać sobie sprawę, że poczucie upokorzenia jest tak naprawdę nieadekwatne. On nie powiedział: „Wiesz co, ten związek nie działa, więc idę sobie w świat szukać innej miłości”, tylko zdecydował się na zdradę. To on postąpił nie fair, nieuczciwie. To dla niego takie pytanie powinno być trudniejsze, krępujące. Kobieta ma oczywiście pełne prawo powiedzieć w takiej sytuacji: „Wynoś się”, ale może po przeprowadzeniu tego bilansu, o którym mówiliśmy, wcale nie chcieć tego zrobić. Może też zobaczyć szerzej sytuację związku i doszukać się źródeł tej zdrady we wspólnej przeszłości. Być może leżą one po obu stronach?

Absolutnie nie usprawiedliwiam w tym momencie zdrady, chcę tylko powiedzieć, że nawet zdradę można chcieć wybaczyć i nawet po niej można stworzyć udany związek. Myślę, że kluczową sprawą jest jednak zrozumienie, co właściwie się dzieje w związku. Już nawet niezależnie od tego, czy po zdradzie związek przetrwa. Wydaje się, że refleksja nad tym, dlaczego do niej doszło jest ważna, choćby dlatego, aby móc w przyszłości uniknąć podobnej sytuacji.

Trudno jest mówić o tym ogólnie, każda para ma swoją specyfikę. To, co wydaje mi się cenne, to myśl o tym, co mną kierowało w tym związku. I jak to się stało, że do tego rozłamu doszło. Ale na pewno potrzeba ogromnej pokory, by zobaczyć nie tylko swój udział, ale też to, na co się nie miało wpływu. A czasem ciężko jest odróżnić jedno od drugiego.

Jakie znaczenie w takiej sytuacji ma staż związku. Czy zabieganie o relację ma większy sens, kiedy dotyczy małżeństwa z 12-letnim stażem, a mniejszy, jeśli to relacja, która trwa kilka miesięcy?

Ja bym tak tego nie wartościował. Można żyć 12 lat obok siebie i niewiele wspólnie zbudować. Nie powiem na pewno, że po kilku miesiącach można zbudować głęboką więź, bo nie można. Głęboka relacja wymaga czasu, ale to nie znaczy, że należy odpuszczać tylko z powodu krótkiego stażu.

Chodzi mi o to, czy możliwość odwoływania się do wspólnej, długiej przeszłości zwiększa szanse na uratowanie związku?

Powiedziałbym, że duże znaczenie ma to, jak w tym związku pokonywało się wcześniejsze problemy, kryzysy. A konkretnie: czy na pewno się je przepracowało. Czy któraś ze stron nie żyje na przykład z poczuciem 12 lat zawiedzionych oczekiwań, porażek serwowanych przez partnera raz za razem. Być może już wcześniej przymykała oczy, przetrzymywała coś, spychając to pod dywan. Ludzie na bardzo wiele sposobów potrafią siebie latami w związkach przytrzymywać, aż przychodzi moment jakiegoś przełomu. Nie da się już czegoś dłużej znosić.

Kiedyś znajoma terapeutka opowiedziała mi o tak zwanym „teście glazury”. 15-letnie małżeństwo, które wreszcie po długich latach wytężonej, wspólnej pracy, zdobyło pieniądze, aby kupić sobie wymarzony, wyśniony wręcz dom, poległo podczas wybierania kafelków do łazienki. W trakcie urządzania domu złożyli pozew rozwodowy.

Opowiadam to oczywiście z przymrużeniem oka, bo w tej relacji z pewnością działo się wiele więcej niż brak porozumienia w kwestii kafelków, jednak jest to obrazek, metafora, która wielu parom powinna dawać do myślenia. Na ile ważne sprawy dla jednej i dla drugiej strony mogą podlegać negocjacjom, na ile jesteśmy skłonni dojść do kompromisu i w imię czego mamy go ewentualnie osiągnąć. Spychamy dyskusje o kluczowych sprawach, bo one są trudne. Łatwiej jest pokłócić się o "glazurę" - jest bardziej konkretna.

Bez rozwodu, bo dzieci – to błąd

Ludzie tkwią w związkach także dla tak zwanego dobra dzieci. Czy to właściwy powód, aby ratować relację?

Potrafię wyobrazić sobie sytuację, w której dla dziecka może być lepszy rozwód rodziców niż ich wspólne dalsze trwanie. Oczywiście, przy założeniu, że znajdzie ono schronienie, zrozumienie, akceptację i miłość w obu nowych domach. Jednak z pewnością dzieci w takiej sytuacji poniosą jakieś koszty i konsekwencje. Ważne jest, byśmy sobie z tego zdawali sprawę.

A jeśli rodzic czuje, że rozstając się z partnerem, bardzo zawiedzie swoje dziecko?

Oczywiście, są tacy, którzy czują się na tyle odpowiedzialni za powołanie na świat dzieci i uważają, że dla nich rozstanie rodziców będzie katastrofą, więc decydują się na pozostanie w niesatysfakcjonującym dla siebie emocjonalnie związku. Nie chciałbym tego potępiać. Doceniam taki wybór. Jednak tu znowu trzeba pamiętać o kosztach...

Bez względu na to, czy w związku są dzieci, czy ich nie ma, ludzie w ogóle dzisiaj zdecydowanie łatwiej podejmują chyba decyzję o rozstaniu. Uzmysłowiłam sobie ostatnio, że nie ma w zasadzie miesiąca, żebym nie usłyszała o jakimś rozstaniu. Czy kiedyś ludzie bardziej dbali o związki, czy może w nich po prostu tkwili i nie zaprzątali sobie głowy tym, czy aby na pewno są szczęśliwi. I dlatego mniej było rozstań...

Myślę, że zmiana dokonała się na kilku poziomach, które wpływają na trwałość związku. Pierwszy z nich – czysto pragmatyczny. Kiedyś decyzja o rozwodzie była zdecydowanie trudniejsza do podjęcia choćby z tego prozaicznego powodu, że mężczyzna zwykle był jedynym żywicielem rodziny i kobieta nie bardzo była w stanie utrzymać siebie, a tym bardziej siebie i dzieci. Ponadto wzięcie rozwodu wiązało się z ostracyzmem społecznym. Dziś nikt nikogo nie wytyka palcem, rozwodzić się można pięć razy i dla wielu nie ma w tym nic niewłaściwego.

Kolejny poziom to dynamika związku, to, jak para radzi sobie z kryzysami. I kolejna rzecz – dzisiaj w gabinetach terapeutycznych jest coraz więcej pacjentów, którzy mają kłopot w budowaniu relacji w ogóle. Mają kłopot ze swoimi emocjami. Żyjemy w czasach wewnątrzosobistych sporów. Kiedyś kultura i sieć zależności społecznych były bardziej ścisłe. Dziś budujemy osiedla z domofonami i odgradzamy się od siebie. Kultura popycha nas głównie do tego, żebyśmy byli indywidualnie efektywni.

To znaczy?

Zbiorowy sukces to nie sukces. Sukces musi mieć jedno imię i nazwisko, straciliśmy zdolność organizowania się wokół czegokolwiek. Każdy na własnym odcinku ma być mistrzem. I tyle się liczy.

A związkowi to nie służy.

To nie służy budowaniu żadnej relacji. Stopień skoncentrowania się na sobie – ciało trzeba mieć jak z reklamy, pracę z bajki, trenera rozwoju osobistego, który doskonale i umiejętnie zbalansuje nasze życie, przyda się też stopień naukowy, bo kompetencje intelektualne są tak ważne – sprawia, że ludzie żyją pod ogromną presją, w bardzo rygorystycznych warunkach. „Wolnorynkowość” na bardzo różnych płaszczyznach przyjęliśmy z poklaskiem. I bezkrytycznie. Chcieliśmy doszlusować do Zachodu. Nie zważając na koszty. Związków one także dotyczą. 

Chce pan przez to powiedzieć, że trudności jest dookoła tak wiele, że już nie starcza sił i energii na zabieganie o związek?

Chcę powiedzieć, że w związku pojawiają się kryzysy. Bywamy wobec siebie złośliwi, agresywni, roszczeniowi. To wszystko elementy wymiany emocjonalnej. Umiejętność bycia razem wymaga nakładu pracy i czasu. A dziś z tym czasem i energią jest krucho.

Nie mamy czasu na dbanie o związek i nie mamy pewnie też czasu na przeciąganie decyzji o rozstaniu. Podejmujemy ją w pośpiechu.

A trzeba powiedzieć wyraźnie, to chyba najważniejsze: na decyzję o rozstaniu, o niepodejmowaniu próby ratowania relacji musimy dać sobie czas. Najgorsze, co można zrobić, to zamknąć oczy i skoczyć. Taki ruch zwykle odbija się czkawką. Naprawdę warto wcześniej zadać sobie wiele pytań.

Stanął mi teraz przed oczami taki obrazek: siedzi w kawiarni grupa przyjaciółek i przekrzykują się na temat tego, której z nich partner jest najgorszy. Każda ma całą listę zażaleń, wypłakuje się koleżankom, a te radzą kategorycznie i z dużą łatwością: "Zostaw go!".

Szydercza loża doradczyń wydaje wyrok na podstawie tylko połowy opowieści. Bo gdyby chcieć naprawdę komuś uczciwie doradzić, to po wysłuchaniu o wszystkich wadach partnera i niedogodnościach tego związku, należałoby zadać pytanie: „A co takiego ma w sobie, że go wybrałaś, co od niego dostajesz, że z nim jednak jesteś?”.

A takie pytania nie padają.

I zwykle nie ma też gotowości, aby na nie odpowiadać. Bo to zdecydowanie bardziej intymna część tej opowieści. Trzeba odsłonić wtedy nie tylko tego „złego” partnera, ale też i siebie.

Pułapka chyba kryje się w takim myśleniu: czuję się nieszczęśliwa w związku, więc się rozwiodę. Tylko potem okazuje się, że po rozwodzie nic się nie zmieniło, na miejsce po wyprowadzce męża nie wprowadziło się szczęście.

Rozwód, rozstanie nigdy nie jest zerojedynkową sytuacją. Tu nie ma samych zysków. W Stanach Zjednoczonych są teraz bardzo modne imprezy organizowane z okazji rozwodu. Wszyscy śpiewają, tańczą, strzelają korki od szampana. Owszem, można odczuwać ulgę. I nawet może okazać się, że to była dobra decyzja. Ale pełny, prawdziwy obraz sytuacji wyłania się dopiero wtedy, kiedy ujawni się także poczucie straty. Bo jednak z jakiegoś powodu właśnie w tym konkretnym związku byliśmy przez lata, więc rozstanie bez straty nie jest możliwe.

A już z pewnością od samego podpisania kwitka nie spływa na nas szczęście.

Powiem więcej: po podjętej pochopnie decyzji bez dojrzałego bilansu zysków, ale i strat lądujemy często w kolejnym podobnym związku, z bardzo podobnym partnerem. Wśród prawników krąży pewien bardzo sugestywny dowcip: moja druga żona ma wady mojej pierwszej żony plus swoje. Więc czasami naprawdę warto przyjrzeć się sobie, zrozumieć siebie, swoje potrzeby i z tym podsumowaniem udać się do partnera, który zrobi to samo i wspólnie układać znane, oswojone puzzle na nowo zamiast rzucać się w obcą rzekę. Tam też może znosić nas prąd. Ale oczywiście z drugiej strony małżeństwo to nie „saperka” – można się naprawdę pomylić. Można źle wybrać. Na ogół wiążemy się z kimś na wczesnym etapie życia i bywa, że te drogi rzeczywiście się rozchodzą. Ale bez ważnych pytań i mądrych odpowiedzi nie warto podejmować tak wiążących decyzji.

Bo potem można żałować.

Jest taka piosenka zespołu Wilki. Wyliczanka: „Baśka miała fajny biust, Ania styl, z Kaśką można było konie kraść itd.” Nie ma związków idealnych, warto nie skończyć samotnie z wyliczanką strat w głowie i sercu. Warto wiedzieć, dla jakiej wartości jesteśmy gotowi różne rzeczy poświęcić. Być może on mnie drażni, irytuje wieloma swoimi zachowaniami, ale daje mi na przykład poczucie bezpieczeństwa. A to ono jest dla mnie najważniejsze. Ale to trzeba wiedzieć o sobie. Kłopot polega na tym, że większość rzeczy, które najsilniej związują nas z partnerem, odbywa się na poziomie nieświadomym.

Dlatego tak ciężko w momencie kryzysu nam się do tego odwołać?

Czasami w ogóle nie potrafimy sami tego zrobić i warto skorzystać z pomocy. Pewnych rzeczy nie lubimy o sobie wiedzieć...

A czy zadanie sobie pytania: „Czy ja jeszcze tego człowieka kocham?” może być pomocne? Czy ono ma sens, kiedy zastanawiamy się, czy ratować związek?

Jest zbyt ogólne. Niczego nie rozwiązuje. Może to, co teraz powiem, nie jest najbardziej popularne, ale moim zdaniem nie wszystkie dobre związki są oparte na miłości. Są dobre związki zawarte trochę na zasadzie umowy: szanujemy się, lubimy, nie chcemy być sami, coś wspólnie budujemy, bez wielkich porywów serca. Nie odbierałbym takim związkom wartości.

Rzeczywiście, nie przemówił teraz przez pana romantyk.

Być może czasem bajkę o księciu można poświęcić w imię czegoś, co w istocie dla konkretnego człowieka jest najważniejsze. Ludzie dzisiaj chyba często traktują długotrwały związek, małżeństwo jak zobowiązanie, wręcz uwiązanie. Ślub jak wyrok. A tymczasem małżeństwo to nie tylko obietnica i zobowiązanie, to szansa, możliwość na rozwój, na tworzenie nowej jakości. Rodzina kojarzy mi się z lasem. W lesie, w którym drzewa długo rosną obok siebie, ich korzenie i gałęzie zaczynają się przeplatać. Aż w końcu niemal się zrastają. Taka całość jest bardzo mocna, trudna do wyrwania...

Rozmowa z Michałem Modlińskim ukazała się w „Urodzie Życia” 8/2016

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Relacje w związku
getty images

Głaskaj, tul, dotykaj: sekret dobrego związku polega na bliskości, a nie na seksie

Kochasz? Więc tul i głaskaj – mówi seksuolożka, dr Alicja Długołęcka. Nawet jeśli już odzwyczaiłaś się od czułego dotyku, możesz wrócić do tego i na nowo doceniać bliskość.
Karolina Rogalska
04.01.2019

Dotyk daje nam wszystko, co w życiu najważniejsze – poczucie bezpieczeństwa i błogości wynikające z bliskości z drugą osobą. A do tego działa uzdrawiająco. Na poziomie fizjologicznym wzmacnia cały układ immunologiczny. To najlepsza i najtańsza terapia – mów i dr Alicja Długołęcka, seksuolożka, wykładowczyni na Podyplomowych Studiach Wychowania Seksualnego UW i AWF, autorka licznych publikacji, podręczników i książek. Przeczytaj wywiad: Karolina Rogalska: Prof. Zbigniew Izdebski w rozmowie z „Urodą Życia” powiedział, że wielu pacjentów skarży się na brak czułości, przytulania i dotyku w bliskich relacjach, bo kontakt fizyczny z partnerem sprowadza się głównie do pieszczot w seksie. Podobno wśród tych osób jest wielu mężczyzn. Dr Alicja Długołęcka: Myślę, że na tym polu psuje się wiele relacji. Jesteśmy dziś bardzo samotni. My, czyli ludzie żyjący w kulturze dualizmu, w której umysł i ciało przedstawia się jako dwa odrębne byty, a role płciowe są ściśle określone. Część kobiet kompensuje sobie potrzebę dotyku i bliskości poprzez macierzyństwo, zanurzając się w bliskich, fizycznych relacjach z dziećmi. Mężczyźni zaś, wchodząc w fazę dojrzewania, są gwałtownie odcinani od dotyku. Jego miejsce zostaje w seksie i walce. A jeśli chodzi o czułość, to obie płcie potrzebują jej tak samo całe życie. Kilkanaście lat temu były robione badania na prostytutkach. Z relacji tych kobiet wynikało, że wielu klientów przychodzi do nich nie po wyrafinowane lub ostrzejsze formy seksu, ale po przytulanie, głaskanie, możliwość wspólnego zaśnięcia. Po czysty dotyk. Ten przykład pokazuje, jak to kulturowe rozdzielenie umysłu i ciała spowodowało, że wszelkim formom dotykania nadaje się kontekst seksualny. Ze szkodą dla seksu i ze szkodą dla dotykania. Czyli? Jeżeli...

Czytaj dalej
Relacje w związku
Getty Images

W miłości nie chodzi o „dziękuję”, mówi psycholożka, Katarzyna Miller 

Robisz śniadania, prasujesz koszule i czekasz, aż on doceni i powie chociażby: „dziękuję”? Psycholożka, Katarzyna Miller, wyjaśnia, dlaczego poświęcanie się w imię miłości to prosta droga do rozstania.
Sylwia Niemczyk
02.04.2020

Rzetelne dawanie i rzetelne branie ma swoje zasady. Pierwsza jest taka, że ten, kto dostał coś, o co prosił, docenia dar i umie za niego podziękować. A druga zasada: ten, kto daje, nie liczy na wdzięczność i wzajemność. Bo nagrodą jest już samo dawanie” – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka. Sylwia Niemczyk: Lubimy się poświęcać dla innych? Katarzyna Miller: Nawet bym powiedziała, że my to wprost uwielbiamy! Poświęcanie się dla dzieci, męża, matki, szefa to typowo kobiecy grzech, choć oczywiście znam też paru mężczyzn, którzy również to robią. Ale bez względu na to, kto się poświęca i z jakiego powodu, zawsze wtedy z góry jest skazany na to, że będzie stratny. To przegrana inwestycja, zły interes – specjalnie używam takich określeń, bo bardzo bym chciała, żeby ludzie w końcu uświadomili sobie, że każda nasza relacja z drugim człowiekiem to nic innego, jak interes emocjonalny. Handel, w którym każda strona coś daje i coś bierze. Interes, handel – jakbym słyszała Moryca z „Ziemi obiecanej”. Idziemy na wojnę z romantyzmem? Ja na tej wojnie jestem od wielu lat i zawsze powtarzam: dla własnego dobra przestańmy się wiecznie doszukiwać romantyzmu w życiu, bo to czysta iluzja. A z drugiej strony przestańmy też myśleć, że interes od razu oznacza oszustwo i łódzki geszeft z „Ziemi obiecanej”.. Interesy, w tym te emocjonalne, to normalna, dobra rzecz. Dajemy i bierzemy, umawiamy się na jakąś wymianę i dotrzymujemy umowy. Robimy coś dla kogoś, ale sami też coś z tego mamy. W takim razie co ja mam z tego, że codziennie rano robię mężowi śniadanie? Na przykład masz to, że się sobie taka podobasz: taka jesteś pracowita, dobra, miła. Taka pomocna i potrzebna. Już od samego rana masz poczucie, że zrobiłaś coś dobrego i to już jest twoja...

Czytaj dalej
Toksyczna miłość
iStock

„Rozum swoje, a serce swoje” – mówią kobiety uzależnione od miłości

Eugenia Herzyk, psychoterapeutka z Fundacji Kobiece Serca mówi o nałogowej miłości: „To uzależnienie takie samo, jak hazard czy alkohol”.
Sylwia Niemczyk
22.01.2019

Miłość może stać się toksycznym nałogiem, który może tak samo zniszczyć nam życie, jak alkohol czy narkotyki – mówi krakowska psychoterapeutka Eugenia Herzyk, założycielka Fundacji Kobiece Serca,  specjalizującej się w problematyce uzależnienia od miłości, i autorka książek „Nałogowa miłość” i „DDD – Dorosłe Dziewczynki z rodzin Dysfunkcyjnych”. Wyjaśnia, że uzależnienie od miłości jest jednym z tzw. uzależnień behawioralnych, które można – i warto – leczyć.  Sylwia Niemczyk: Określenie: „uzależnienie od miłości” nie  kojarzy się poważnie. Eugenia Herzyk: To prawda, podobnie jak seksoholizm. Niewtajemniczeni w problematykę mężczyźni żartują, że jeśli już od czegoś się w życiu uzależniać, to właśnie od seksu, tymczasem osoby, które zmagają się z  tym zaburzeniem, cierpią katusze. Uzależnienie od miłości, tak jak każdy inny nałóg, może być groźne dla życia i zdrowia. Wszyscy znamy tragiczne historie Whitney Houston czy Amy Winehouse – to są przypadki kobiet, które kochały za bardzo. Wiele z nas zna z własnego otoczenia czy nawet osobistego doświadczenia sytuacje, kiedy miłość nie karmi nas i nie wzmacnia, ale jest toksyną. W polskim piśmiennictwie psychologicznym rzadko pojawia się nawet nazwa tego zaburzenia, choć na Zachodzie psychiatrzy, psychologowie i  psychoterapeuci traktują uzależnienie od miłości poważnie. Nałogowej miłości poświęconych jest wiele prac naukowych, choćby w wydanej w 2014  roku, cenionej przez specjalistów książce „Behavioral Addictions” („Uzależnienia behawioralne”), jest rozdział dotyczący uzależnienia od miłości. Jestem typem naukowca, zrobiłam doktorat z  chemii, więc praca badawcza nie jest mi obca. W taki sam naukowy...

Czytaj dalej