Jak się rozstać, żeby potem nie żałować? 
Adobe Stock

Jak się rozstać, żeby potem nie żałować? 

„W związku nie wystarczy nadążać jedynie za sobą, ale trzeba też nadążać za partnerem. Trzeba trzymać cugle tych dwóch koni jednocześnie. To sztuka”
Karolina Morelowska-Siluk
01.01.2019

Zanim powiesz sobie dość, daj sobie czas. Nie działaj w pośpiechu. Najgorsze co możesz zrobić, to zamknąć oczy i skoczyć. Taki ruch zwykle odbija się czkawką – mówi Michał Modliński, psychoterapeuta psychoanalityczny, członek Zespołu Pomocy Psychoterapeutycznej. Prowadzi terapie dla osób indywidualnych oraz par.

Karolina Morelowska-Siluk: Pracował pan jako terapeuta z dziesiątkami par. Jak pan sądzi? Warto walczyć o związek w kryzysie?

Michał Modliński: Recepty są bardzo zwodnicze. W każdym razie ja nie odważyłbym się ich wypisywać. No i przede wszystkim nie podoba mi się słowo walka, ono sugeruje konieczność wejścia na ring – szykowanie się do wojny. A w związku powinniśmy być wzajemnie swoim wyborem, a nie jedna ze stron ma zawłaszczać tę drugą.

Czyli nie walczyć, ale...

Zabiegać, to lepsze słowo. O związek warto zabiegać. Oczywiście, nie za wszelką cenę.

No właśnie. To najtrudniejsze pytania, o cenę. To kiedy warto, a kiedy nie należy ratować związku?

Pierwszy ruch to zadanie sobie kilku podstawowych pytań: „Dlaczego w ten związek weszłam/wszedłem? Dlaczego wybrałam/wybrałem właśnie tego człowieka? Czego potrzebuję, jakie są moje oczekiwania wobec związku i na ile ten człowiek w przeszłości i dziś je spełnia?”. Pytania mogą wydać się błahe, ale proszę mi wierzyć, trudno jest szczerze sobie na nie odpowiedzieć. A to także tam, u źródła kryje się odpowiedź na pytanie, czy teraz, kiedy jest ciężko, warto zabiegać o partnera, ratować związek. Oczywiście, ludzie z biegiem lat zmieniają się, dojrzewają, weryfikują się nasze potrzeby, więc pojawia się też pytanie, na ile towarzyszyliśmy sobie wzajemnie w dojrzewaniu. Bo w związku nie wystarczy nadążać jedynie za sobą, choć to bardzo ważne, ale trzeba też nadążać za partnerem. Trzeba trzymać cugle tych dwóch koni jednocześnie. To sztuka.

Robię swój bilans i dochodzę do wniosku, że na tym związku nadal mi zależy. Ale jest jeszcze przecież ta druga strona. Czy niezbędnym warunkiem do ratowania związku jest chęć obu partnerów? Co robić, kiedy on informuje, że ma romans, mówi: „Ja już nie chcę, dziękuję”?

Proszę sobie wyobrazić, że częściej niż można by sądzić, zdanie, które pani przytoczyła: „Nie, ja już nie chcę, dziękuję”, nie musi być kończące, ale może być w końcu otwarciem, zaproszeniem do szczerej rozmowy. Prowokuje dialog: „Dlaczego dziękujesz? Na co straciłeś nadzieję? Czego byś potrzebował?”. Kiedy para spotyka się w rozmowie, jest większa szansa na podjęcie właściwej decyzji.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Rozstanie po zdradzie? Niekoniecznie

A ja wyobrażam sobie raczej, że kobieta, która słyszy: „jest inna”, przeżywa ogromny ból. Co ma zrobić ze swoją dumą? Myślę, że zadawanie w takiej sytuacji partnerowi pytania: „Czego potrzebujesz?” jest dla niej upokarzające, poniżające.

To emocje, które istotnie pojawiają się w takim momencie, ale warto spróbować spojrzeć na sytuację na chwilę z góry i zdać sobie sprawę, że poczucie upokorzenia jest tak naprawdę nieadekwatne. On nie powiedział: „Wiesz co, ten związek nie działa, więc idę sobie w świat szukać innej miłości”, tylko zdecydował się na zdradę. To on postąpił nie fair, nieuczciwie. To dla niego takie pytanie powinno być trudniejsze, krępujące. Kobieta ma oczywiście pełne prawo powiedzieć w takiej sytuacji: „Wynoś się”, ale może po przeprowadzeniu tego bilansu, o którym mówiliśmy, wcale nie chcieć tego zrobić. Może też zobaczyć szerzej sytuację związku i doszukać się źródeł tej zdrady we wspólnej przeszłości. Być może leżą one po obu stronach?

Absolutnie nie usprawiedliwiam w tym momencie zdrady, chcę tylko powiedzieć, że nawet zdradę można chcieć wybaczyć i nawet po niej można stworzyć udany związek. Myślę, że kluczową sprawą jest jednak zrozumienie, co właściwie się dzieje w związku. Już nawet niezależnie od tego, czy po zdradzie związek przetrwa. Wydaje się, że refleksja nad tym, dlaczego do niej doszło jest ważna, choćby dlatego, aby móc w przyszłości uniknąć podobnej sytuacji.

Trudno jest mówić o tym ogólnie, każda para ma swoją specyfikę. To, co wydaje mi się cenne, to myśl o tym, co mną kierowało w tym związku. I jak to się stało, że do tego rozłamu doszło. Ale na pewno potrzeba ogromnej pokory, by zobaczyć nie tylko swój udział, ale też to, na co się nie miało wpływu. A czasem ciężko jest odróżnić jedno od drugiego.

Jakie znaczenie w takiej sytuacji ma staż związku. Czy zabieganie o relację ma większy sens, kiedy dotyczy małżeństwa z 12-letnim stażem, a mniejszy, jeśli to relacja, która trwa kilka miesięcy?

Ja bym tak tego nie wartościował. Można żyć 12 lat obok siebie i niewiele wspólnie zbudować. Nie powiem na pewno, że po kilku miesiącach można zbudować głęboką więź, bo nie można. Głęboka relacja wymaga czasu, ale to nie znaczy, że należy odpuszczać tylko z powodu krótkiego stażu.

Chodzi mi o to, czy możliwość odwoływania się do wspólnej, długiej przeszłości zwiększa szanse na uratowanie związku?

Powiedziałbym, że duże znaczenie ma to, jak w tym związku pokonywało się wcześniejsze problemy, kryzysy. A konkretnie: czy na pewno się je przepracowało. Czy któraś ze stron nie żyje na przykład z poczuciem 12 lat zawiedzionych oczekiwań, porażek serwowanych przez partnera raz za razem. Być może już wcześniej przymykała oczy, przetrzymywała coś, spychając to pod dywan. Ludzie na bardzo wiele sposobów potrafią siebie latami w związkach przytrzymywać, aż przychodzi moment jakiegoś przełomu. Nie da się już czegoś dłużej znosić.

Kiedyś znajoma terapeutka opowiedziała mi o tak zwanym „teście glazury”. 15-letnie małżeństwo, które wreszcie po długich latach wytężonej, wspólnej pracy, zdobyło pieniądze, aby kupić sobie wymarzony, wyśniony wręcz dom, poległo podczas wybierania kafelków do łazienki. W trakcie urządzania domu złożyli pozew rozwodowy.

Opowiadam to oczywiście z przymrużeniem oka, bo w tej relacji z pewnością działo się wiele więcej niż brak porozumienia w kwestii kafelków, jednak jest to obrazek, metafora, która wielu parom powinna dawać do myślenia. Na ile ważne sprawy dla jednej i dla drugiej strony mogą podlegać negocjacjom, na ile jesteśmy skłonni dojść do kompromisu i w imię czego mamy go ewentualnie osiągnąć. Spychamy dyskusje o kluczowych sprawach, bo one są trudne. Łatwiej jest pokłócić się o "glazurę" - jest bardziej konkretna.

Bez rozwodu, bo dzieci – to błąd

Ludzie tkwią w związkach także dla tak zwanego dobra dzieci. Czy to właściwy powód, aby ratować relację?

Potrafię wyobrazić sobie sytuację, w której dla dziecka może być lepszy rozwód rodziców niż ich wspólne dalsze trwanie. Oczywiście, przy założeniu, że znajdzie ono schronienie, zrozumienie, akceptację i miłość w obu nowych domach. Jednak z pewnością dzieci w takiej sytuacji poniosą jakieś koszty i konsekwencje. Ważne jest, byśmy sobie z tego zdawali sprawę.

A jeśli rodzic czuje, że rozstając się z partnerem, bardzo zawiedzie swoje dziecko?

Oczywiście, są tacy, którzy czują się na tyle odpowiedzialni za powołanie na świat dzieci i uważają, że dla nich rozstanie rodziców będzie katastrofą, więc decydują się na pozostanie w niesatysfakcjonującym dla siebie emocjonalnie związku. Nie chciałbym tego potępiać. Doceniam taki wybór. Jednak tu znowu trzeba pamiętać o kosztach...

Bez względu na to, czy w związku są dzieci, czy ich nie ma, ludzie w ogóle dzisiaj zdecydowanie łatwiej podejmują chyba decyzję o rozstaniu. Uzmysłowiłam sobie ostatnio, że nie ma w zasadzie miesiąca, żebym nie usłyszała o jakimś rozstaniu. Czy kiedyś ludzie bardziej dbali o związki, czy może w nich po prostu tkwili i nie zaprzątali sobie głowy tym, czy aby na pewno są szczęśliwi. I dlatego mniej było rozstań...

Myślę, że zmiana dokonała się na kilku poziomach, które wpływają na trwałość związku. Pierwszy z nich – czysto pragmatyczny. Kiedyś decyzja o rozwodzie była zdecydowanie trudniejsza do podjęcia choćby z tego prozaicznego powodu, że mężczyzna zwykle był jedynym żywicielem rodziny i kobieta nie bardzo była w stanie utrzymać siebie, a tym bardziej siebie i dzieci. Ponadto wzięcie rozwodu wiązało się z ostracyzmem społecznym. Dziś nikt nikogo nie wytyka palcem, rozwodzić się można pięć razy i dla wielu nie ma w tym nic niewłaściwego.

Kolejny poziom to dynamika związku, to, jak para radzi sobie z kryzysami. I kolejna rzecz – dzisiaj w gabinetach terapeutycznych jest coraz więcej pacjentów, którzy mają kłopot w budowaniu relacji w ogóle. Mają kłopot ze swoimi emocjami. Żyjemy w czasach wewnątrzosobistych sporów. Kiedyś kultura i sieć zależności społecznych były bardziej ścisłe. Dziś budujemy osiedla z domofonami i odgradzamy się od siebie. Kultura popycha nas głównie do tego, żebyśmy byli indywidualnie efektywni.

To znaczy?

Zbiorowy sukces to nie sukces. Sukces musi mieć jedno imię i nazwisko, straciliśmy zdolność organizowania się wokół czegokolwiek. Każdy na własnym odcinku ma być mistrzem. I tyle się liczy.

A związkowi to nie służy.

To nie służy budowaniu żadnej relacji. Stopień skoncentrowania się na sobie – ciało trzeba mieć jak z reklamy, pracę z bajki, trenera rozwoju osobistego, który doskonale i umiejętnie zbalansuje nasze życie, przyda się też stopień naukowy, bo kompetencje intelektualne są tak ważne – sprawia, że ludzie żyją pod ogromną presją, w bardzo rygorystycznych warunkach. „Wolnorynkowość” na bardzo różnych płaszczyznach przyjęliśmy z poklaskiem. I bezkrytycznie. Chcieliśmy doszlusować do Zachodu. Nie zważając na koszty. Związków one także dotyczą. 

Chce pan przez to powiedzieć, że trudności jest dookoła tak wiele, że już nie starcza sił i energii na zabieganie o związek?

Chcę powiedzieć, że w związku pojawiają się kryzysy. Bywamy wobec siebie złośliwi, agresywni, roszczeniowi. To wszystko elementy wymiany emocjonalnej. Umiejętność bycia razem wymaga nakładu pracy i czasu. A dziś z tym czasem i energią jest krucho.

Nie mamy czasu na dbanie o związek i nie mamy pewnie też czasu na przeciąganie decyzji o rozstaniu. Podejmujemy ją w pośpiechu.

A trzeba powiedzieć wyraźnie, to chyba najważniejsze: na decyzję o rozstaniu, o niepodejmowaniu próby ratowania relacji musimy dać sobie czas. Najgorsze, co można zrobić, to zamknąć oczy i skoczyć. Taki ruch zwykle odbija się czkawką. Naprawdę warto wcześniej zadać sobie wiele pytań.

Stanął mi teraz przed oczami taki obrazek: siedzi w kawiarni grupa przyjaciółek i przekrzykują się na temat tego, której z nich partner jest najgorszy. Każda ma całą listę zażaleń, wypłakuje się koleżankom, a te radzą kategorycznie i z dużą łatwością: "Zostaw go!".

Szydercza loża doradczyń wydaje wyrok na podstawie tylko połowy opowieści. Bo gdyby chcieć naprawdę komuś uczciwie doradzić, to po wysłuchaniu o wszystkich wadach partnera i niedogodnościach tego związku, należałoby zadać pytanie: „A co takiego ma w sobie, że go wybrałaś, co od niego dostajesz, że z nim jednak jesteś?”.

A takie pytania nie padają.

I zwykle nie ma też gotowości, aby na nie odpowiadać. Bo to zdecydowanie bardziej intymna część tej opowieści. Trzeba odsłonić wtedy nie tylko tego „złego” partnera, ale też i siebie.

Pułapka chyba kryje się w takim myśleniu: czuję się nieszczęśliwa w związku, więc się rozwiodę. Tylko potem okazuje się, że po rozwodzie nic się nie zmieniło, na miejsce po wyprowadzce męża nie wprowadziło się szczęście.

Rozwód, rozstanie nigdy nie jest zerojedynkową sytuacją. Tu nie ma samych zysków. W Stanach Zjednoczonych są teraz bardzo modne imprezy organizowane z okazji rozwodu. Wszyscy śpiewają, tańczą, strzelają korki od szampana. Owszem, można odczuwać ulgę. I nawet może okazać się, że to była dobra decyzja. Ale pełny, prawdziwy obraz sytuacji wyłania się dopiero wtedy, kiedy ujawni się także poczucie straty. Bo jednak z jakiegoś powodu właśnie w tym konkretnym związku byliśmy przez lata, więc rozstanie bez straty nie jest możliwe.

A już z pewnością od samego podpisania kwitka nie spływa na nas szczęście.

Powiem więcej: po podjętej pochopnie decyzji bez dojrzałego bilansu zysków, ale i strat lądujemy często w kolejnym podobnym związku, z bardzo podobnym partnerem. Wśród prawników krąży pewien bardzo sugestywny dowcip: moja druga żona ma wady mojej pierwszej żony plus swoje. Więc czasami naprawdę warto przyjrzeć się sobie, zrozumieć siebie, swoje potrzeby i z tym podsumowaniem udać się do partnera, który zrobi to samo i wspólnie układać znane, oswojone puzzle na nowo zamiast rzucać się w obcą rzekę. Tam też może znosić nas prąd. Ale oczywiście z drugiej strony małżeństwo to nie „saperka” – można się naprawdę pomylić. Można źle wybrać. Na ogół wiążemy się z kimś na wczesnym etapie życia i bywa, że te drogi rzeczywiście się rozchodzą. Ale bez ważnych pytań i mądrych odpowiedzi nie warto podejmować tak wiążących decyzji.

Bo potem można żałować.

Jest taka piosenka zespołu Wilki. Wyliczanka: „Baśka miała fajny biust, Ania styl, z Kaśką można było konie kraść itd.” Nie ma związków idealnych, warto nie skończyć samotnie z wyliczanką strat w głowie i sercu. Warto wiedzieć, dla jakiej wartości jesteśmy gotowi różne rzeczy poświęcić. Być może on mnie drażni, irytuje wieloma swoimi zachowaniami, ale daje mi na przykład poczucie bezpieczeństwa. A to ono jest dla mnie najważniejsze. Ale to trzeba wiedzieć o sobie. Kłopot polega na tym, że większość rzeczy, które najsilniej związują nas z partnerem, odbywa się na poziomie nieświadomym.

Dlatego tak ciężko w momencie kryzysu nam się do tego odwołać?

Czasami w ogóle nie potrafimy sami tego zrobić i warto skorzystać z pomocy. Pewnych rzeczy nie lubimy o sobie wiedzieć...

A czy zadanie sobie pytania: „Czy ja jeszcze tego człowieka kocham?” może być pomocne? Czy ono ma sens, kiedy zastanawiamy się, czy ratować związek?

Jest zbyt ogólne. Niczego nie rozwiązuje. Może to, co teraz powiem, nie jest najbardziej popularne, ale moim zdaniem nie wszystkie dobre związki są oparte na miłości. Są dobre związki zawarte trochę na zasadzie umowy: szanujemy się, lubimy, nie chcemy być sami, coś wspólnie budujemy, bez wielkich porywów serca. Nie odbierałbym takim związkom wartości.

Rzeczywiście, nie przemówił teraz przez pana romantyk.

Być może czasem bajkę o księciu można poświęcić w imię czegoś, co w istocie dla konkretnego człowieka jest najważniejsze. Ludzie dzisiaj chyba często traktują długotrwały związek, małżeństwo jak zobowiązanie, wręcz uwiązanie. Ślub jak wyrok. A tymczasem małżeństwo to nie tylko obietnica i zobowiązanie, to szansa, możliwość na rozwój, na tworzenie nowej jakości. Rodzina kojarzy mi się z lasem. W lesie, w którym drzewa długo rosną obok siebie, ich korzenie i gałęzie zaczynają się przeplatać. Aż w końcu niemal się zrastają. Taka całość jest bardzo mocna, trudna do wyrwania...

Rozmowa z Michałem Modlińskim ukazała się w „Urodzie Życia” 8/2016

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Tego nie rób po rozstaniu. Oto błędy, które popełnia wiele z nas

Kiedy rozpada się nasz związek, często obwiniamy się za wszystko, co poszło nie tak. Rozpamiętujemy, rozpaczamy. Ale w ten sposób nie ruszymy dalej ze swoim życiem.
Sylwia Arlak
19.06.2020

Rozstania nigdy nie są łatwe, niezależnie od tego, czy związek trwał dwa miesiące, czy dwa lata. Jak podkreśla coacherka Ericka Ettin w magazynie „Business Insider”, w czasie tuż po rozstaniu rodzi się w nas mnóstwo sprzecznych uczuć: jednych się spodziewamy, innych zupełnie nie. „Musimy poradzić sobie z negatywnymi emocjami i ze zwątpieniem. Wydaje nam się np. że już zawsze będziemy sami, albo że już nigdy nie spotkamy kogoś takiego, jak nasz ekspartner. Te uczucia nie znikną ot, tak. Trzeba dać sobie czas” — podkreśla ekspertka. 1. Nie sprawdzaj, co u niego słychać. Typowym błędem, jaki popełniamy po rozstaniu z partnerem albo po rozwodzie, jest próba utrzymywania kontaktów. Często – jednostronnych. Chcemy zachować się „dorośle” i z miłości przejść w przyjaźń: to oczywiście jest możliwe, ale rzadko tuż po zakończeniu związku, kiedy pełno w nas jeszcze złości i żalu. Zamiast odciąć się od dawnego życia, śledzimy byłego partnera w mediach społecznościowych, wypytujemy wspólnych znajomych. Chcemy wiedzieć, co dzieje się w jego życiu: co robi? Z kim się spotyka? Czy jest szczęśliwy? Czy już znalazł sobie kogoś nowego? Nawet jeśli rozstanie było naszą inicjatywą, często nie umiemy emocjonalnie pożegnać myśli, że już z tym człowiekiem nie łączy nas żadna relacja. Rozdrapujemy rany i żyjemy przeszłością. Taka „niewinna” ciekawość to już tylko krok od prześladowania i stalkingu – świetnie opisuje to australijska pisarka Liane Moriarty, autorka „Wielkich kłamstewek” w świeżo wydanej w Polsce książce: „Miłość i inne obsesje”. 2. Nie obwiniaj się i nie katuj tym, co by było, gdyby... Doskonale znasz wady swojego eks, ale od kiedy nie jesteście razem, wydaje ci się, że...

Czytaj dalej
Separacja w związku
Adobe Stock

Co separacja oznacza dla związku? Pułapki i zalety czasowym rozstaniu małżeńskim

Zasadnicza różnica między separacją a rozwodem jest taka, że w pierwszym przypadku para ma jeszcze nadzieję na ocalenie związku natomiast rozwód jest definitywnym zakończeniem relacji. 
Karolina Morelowska-Siluk
26.10.2020

Separacja, która jest swoistym pomostem do ewentualnego nowego początku, może mieć dwa „oblicza”. Pierwsze ma miejsce wtedy, kiedy orzekana jest przez sąd, drugie to separacja nieformalna – partnerzy sami ustalają reguły rozstania między sobą. Psychologowie przestrzegają jednak, że kiedy para podejmuje decyzję o tymczasowym rozstaniu, powinna z góry ustalić ramy czasowe takiej „przerwy”. Z badań wynika, że sześć miesięcy to optymalny okres, jeśli ludziom rzeczywiście zależy na próbie odbudowania relacji. Jest to wystarczająco długo, by uporać się z problemami, a jednocześnie nie na tyle długo, by rozstanie przerodziło się w emocjonalną obojętność.  Jakie są zalety separacji Pary decydujące się na separację zwykle oczekują, że ten czas pozwoli im nabrać dystansu, odpocząć, pozwoli emocjom opaść. Pojawi się przestrzeń do przemyśleń. Dzięki separacji para ma także szansę, by sprawdzić, jak wyglądałoby ich życie bez męża/żony. Jednak, jeśli ludzie decydują się na ten krok z założeniem, że chcą relację, ratować powinni na samym początku ustalić, w jaki sposób będą to robić. Istotne jest, by zachować regularny kontakt. Najlepiej byłoby określić, jak często będziemy do siebie dzwonić, pisać czy się widywać. Po pierwsze, pomoże to zminimalizować niepokój w sytuacji, kiedy jedna ze stron ma poczucie, że ta druga „znika” na zbyt długo. Po drugie, złamanie przez jedną ze stron ustalonych wcześniej zasad separacji może być sygnałem dla tej drugiej, że partner zmienił zdanie w sprawie ratowania związku. Separacja, czyli zupełnie nowa sytuacja sprawia, że partnerzy mają możliwość nawiązać ze sobą kontakt na wielu płaszczyznach, na których wcześniej siłą rzeczy kontaktu między nimi nie było. Może okazać się na przykład, że pisząc do siebie maile,...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

„Wciąż przeżywasz rozstanie? Patrz na kalendarz!” Psycholożka o długoterminowych singielkach

„Wierzymy wciąż w mit księcia, ideału. Liczymy na to, że miłość romantyczna będzie spełnieniem dziecięcych marzeń o bezwarunkowej akceptacji. A jeśli taka nie jest — wycofujemy się, kręcąc nosem” — mówi w rozmowie z nami psycholog, Katarzyna Kucewicz.
Sylwia Arlak
20.08.2020

Samotność to nie jest najgorsza rzecz na świecie – ale niekoniecznie też musi być dla nas najlepsza. Zdaniem psychologów większość z nas jest stworzona do życia w zwiazku: wg badań żyjąc w związkach, jesteśmy zdrowsze i bardziej odporne na stres. Czasem jednak – np. po  trudnym rozwodzie, wielkim rozczarowaniu albo setce nieudanych randek z Tindera – wydaje nam się, że jesteśmy już skazane na samotność do końca życia. O tym czy naprawdę tak musi być, rozmawiamy z psycholożką Katarzyną Kucewicz, współwłaścicielką gabinetu psychologicznego Inner Garden, autorką książki „Pięknie odmienni” wyd. Sensus. Życie po rozstaniu Sylwia Arlak: Jak szukać miłości, kiedy nie ma w nas już nadziei? Katarzyna Kucewicz:  Pytanie, skąd wziął się w nas ten brak nadziei? Ile trwa? Jeżeli jesteśmy po bardzo trudnym rozstaniu, włożyłyśmy dużo energii we wcześniejszt związek, w ratowanie go, a mimo to nam się nie udało, to jesteśmy rozczarowane mężczyznami, potrzebujemy czasu, regeneracji, żeby z powrotem się na kogoś otworzyć. Nie mamy wtedy nadziei, bo jesteśmy umęczone przeżywaniem żalu po stracie i jeszcze nie gotowe na przyjęcie nowej osoby. To zupełnie normalna i zdrowa reakcja. Nie warto rzucać się wówczas na siłę w kolejne związki. Lepiej dać sobie przestrzeń i przyzwolenie na to, żeby pobyć singielką, nawet jeśli wszystkie nasze koleżanki wokół mają partnerów. Dojść ze sobą do ładu i świadomie pobyć w stanie braku nadziei, apatii i zrezygnowania. Ze spokojem przyjąć te uczucia, jako naturalną reakcję organizmu na przeżycie straty. Ale będąc w tym smutku, warto patrzeć na zegarek i kalendarz. Bo jeżeli jesteśmy same już piąty rok i ze złością kręcimy głową, że już nie mamy nadziei, to znaczy, że w tej rezygnacji się zatraciłyśmy. I wtedy...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Jak poradzić sobie z rozstaniem? Poznaj 7 etapów żałoby po utracie związku

Koniec związku jest porównywalny z doświadczeniem śmierci bliskiej osoby. Zanim poczujemy się lepiej i rozpoczniemy nowy etap życia, czeka nas wiele pracy nad sobą.
Sylwia Arlak
28.07.2020

Czułaś, że rozstanie jest nieuniknione, a jednak wcale nie byłaś na nie przygotowana. Jesteś przytłoczona, czujesz strach. Nie możesz wyobrazić sobie życia bez „tej” osoby. Za wszelką cenę próbujesz ją zatrzymać. Wszystkie uczucia, które się wówczas pojawiają, są niewygodne, ale normalne. Potrzebne, abyś w końcu mogła zamknąć ten rozdział życia i zaczęła wszystko od nowa. Oto siedem etapów, przez które prawdopodobnie przejdziesz w czasie żałoby po rozstaniu (często występują one wszystkie naraz lub w zmienionej kolejności). Etap 1. Desperacko szukasz odpowiedzi Koniecznie chcesz zrozumieć, co się wydarzyło. „Dlaczego on mnie porzucił? Jak mógł mi to zrobić” — pytasz samą siebie. Skupiasz się na rzeczach, które twój były mówił na różnych etapach związku. Przypominasz sobie miłe chwile i nie możesz uwierzyć, że już nigdy się nie powtórzą. Są krótkie chwile, kiedy dochodzi do ciebie, że to naprawdę koniec. I że już nic nie da się zrobić. Ale potem znów sięgasz po telefon do przyjaciół i rodziny, pytając ich: „dlaczego?”. Nawet ze współpracownikami i z nieznajomymi rozmawiasz  tylko o swoim eks. Etap 2. Zaprzeczenie „To nie może być prawda. To się nie dzieje” — powtarzasz. Wydaje ci się, że nie możesz żyć bez swojego byłego. Wydaje ci się, że włożyłaś w ten związek całą siebie i nic ci już nie zostało. To był twój cały świat, twoje życie. Nie akceptujesz tego, że to koniec. Znów pojawia się w tobie nadzieja, że uratujesz związek, nawet jeśli miałoby cię to wiele kosztować. Nie chcesz już czuć bólu. Oszukujesz samą siebie Etap 3. Targujesz się Zrobisz wszystko, byle tylko nie zaakceptować tego, że to koniec. Będziesz lepszą, bardziej uważną...

Czytaj dalej