Zostawił cię, więc cierpisz, tęsknisz i chcesz się odkochać? Jest lepsze wyjście… – mówi psycholog dr Alicja Długołęcka
getty images

Zostawił cię, więc cierpisz, tęsknisz i chcesz się odkochać? Jest lepsze wyjście… – mówi psycholog dr Alicja Długołęcka

Anita Zuchora
11.01.2021

Rozstanie, rozwód to bolesna i długa droga – ale może ona prowadzić do czegoś dobrego. Do pokochania samej siebie, poznania, czego chcemy od miłości i od życiowego partnera – i być może do nowego, lepszego związku. O tym, jak przekuć rozpad związku w najlepszą życiową lekcję mówi dr Alicja Długołęcka, psycholożka i seksuolożka.

Anita Zuchora: Pewnego dnia partner mówi, że chce odejść. Bo mnie nie kocha albo, jeszcze gorzej, nie kocha i ma już kogoś innego. Jak się w takiej sytuacji odkochać?

dr Alicja Długołęcka: Odkochać zawiera słowo kochać. Jak je rozumiemy? Powołam się na przykład miłości bezwarunkowej – jak z dzieckiem – będziemy je darzyć uczuciem bez względu na to, co zrobi. Pokochałam tego człowieka, więc angażuję się maksymalnie niezależnie od tego, co się stanie. Jeżeli kocham, to bezwarunkowo, za darmo. Daję wolność tej osobie. Chcę jej dobra. Akceptuję jej wybory. Także to, że mnie nie kocha czy chce odejść. I to nie oznacza, że mam się odkochiwać.

Jak to?

Zamieszanie emocjonalne i gorycz wzmacniają przekonanie, że jeżeli kogoś kochamy, ta osoba powinna to docenić i odpowiedzieć tym samym. Ale jeśli kocham, to biorę pod uwagę, że wcale nie musi. To znowu jest jak z dzieckiem – kocham je, choć może mnie źle traktować czy odejść. Czasem, jak się odsunie, kocham je mądrzej. Tak też może być z partnerem.

To takie łatwe?

Wcale. Bo wiąże się z cierpieniem. Żałoba i godzenie się z utratą wymaga czasu. Bywa, że trwa parę lat. Dlatego uważam, że nie trzeba się odkochiwać, tylko puścić. Co wymaga gigantycznej pracy i skonfrontowania się ze sobą. Musimy się pogodzić z naszymi oporami, niezgodą, brakiem akceptacji dla rzeczywistości – innej, niż byśmy chciały.

Musimy zrezygnować z roszczeń?

„Chcę”, „Należy mi się” to postawa niedojrzała. A kiedy gwałtownie tracę to, czego chcę, lub kiedy o to zabiegam i tego nie dostaję, czuję się zawiedziona i rozgoryczona. Odczuwam złość. Myślę: „Tyle dałam z siebie, tak się starałam...”. Konfrontuję się z uczuciem zawodu, że świat nie jest taki, jak bym chciała. A także, że nie dostaję tego, co sama daję. Co, niestety, jest prawidłowością w życiu, z którą należy się pogodzić.

Odkochując się, tracimy część siebie. Jeśli przyjmiemy wolę osoby, którą kochamy, stajemy się wolne. I z reguły uczymy się tego, doświadczając dawania komuś wolności.

Puszczamy tę drugą osobę i już?

O, nie. To nie jest proste. Prawdopodobnie przejdziemy fazę emocji negatywnych. Żalu, gniewu, złości. Trzeba dać sobie do nich prawo. Człowiek, który traci coś, czego bardzo chce, będzie przechodził przez rozpacz. Często wtedy zrzucamy winę na tę drugą osobę. Uważamy, że jest zła, niewdzięczna. Myślimy: tyle zainwestowałam lat, energii, zaangażowania, a on sobie poszedł i zostawił mnie samą lub nie odpowiedział na moje starania tym samym. Można sobie pozwolić na te okropne uczucia: obsesyjnej zazdrości, nienawiści, destrukcji. I znosić, obserwować, jak się zmieniają, tracą kontury, rozmywają się w końcu... jeśli nie będziemy ich karmić.

Jak to przetrwać? Nikt nie chce cierpieć.

Tysiące ludzi to przetrwało, więc i nam się uda. Cierpienie jest wpisane w naszą kondycję, tak samo jak poczucie szczęścia, bliskości, rozkoszy. Im bardziej będziemy tego świadome i im głębiej się z tym pogodzimy, tym łatwiej będzie nam funkcjonować.

Trzeba te uczucia wyrazić?

Lepiej tak. Ale znajdźmy bezpieczne miejsce. Nie warto okazywać ich publicznie, przenosić do pracy czy obciążać nimi dzieci. Lepiej wybrać przyjaciółkę, siostrę, matkę, które miały podobne doświadczenia i mają „to” już za sobą. Możemy wtedy mówić rzeczy, których potem będziemy się wstydzić. Możemy być wściekłe, pełne płytkich uczuć.

Mogą nam też pomóc kumple faceci. Kiedy usłyszymy od innego mężczyzny: „Głupi był, będzie żałował, bo jesteś kobietą super”, to nas wzmocni.

W takich momentach pomaga też terapia. W gabinecie możemy sobie pozwolić na wszystko. Na bycie pełną roszczeń dziewczynką albo wredną suką. Na chwilę, na szczęście. Odkochując się, tracimy część siebie. Jeśli przyjmiemy wolę osoby, którą kochamy, stajemy się wolne. I z reguły uczymy się tego, doświadczając dawania komuś wolności.

Te wszystkie emocje mają jakiś sens?

Tak żegnamy się z naszymi iluzjami. I choć w tym czasie możemy zachowywać się w sposób nieracjonalny, to na pewno minie. Najważniejsze, że w tym momencie, kiedy cierpimy i targają nami te wszystkie emocje, nie wiemy jeszcze, co nam ta zmiana przyniesie.

To daje nadzieję. Bo okaże się, że coś, co wydawało się nie do przeżycia, wyszło nam na dobre.

Oczywiście, mówienie kobiecie, która jest w skrajnej rozpaczy, bo jej się rozpadło całe życie, że za trzy lata wyniknie z tego coś dobrego, jest idiotyczne. Ona nie dba o to, co będzie za trzy lata. Ale to jest fakt. Dlatego też nie warto tracić poczucia własnej godności. Szczególnie w relacji z byłym partnerem.

Nie należą mu się te emocje?

One powinny pójść w powietrze. Nie ma sensu kierować ich na partnera czy jego nową partnerkę. Z reguły później będziemy tego żałować i uważać, że to było zbyteczne. Dobrze jest stworzyć sobie indywidualną przestrzeń do przeżycia tych najbardziej trudnych uczuć w poczuciu bezpieczeństwa.

Co nam wtedy zagraża?

Autodestrukcja. Zbyt szybka jazda samochodem, alkohol, brak kontroli. Jeśli jestem w tym za bardzo sama, to też może być niebezpieczne. Dlatego pomocna jest obecność innych. Przyjaciół, rodziców, dzieci. Przebywanie wśród ludzi, dla których jesteśmy ważne, którzy nas kochają, pomaga. Jeśli z naszego życia zniknął najważniejszy mężczyzna, to nie znaczy, że całe nasze życie ogarnęła pustka. Warto się rozejrzeć dookoła.

Długo będziemy tak cierpieć?

Ile miesięcy mogę wyobrażać sobie, co on robi z inną kobietą? Czy mieć żal, że muszę załatwiać sprawy, o których nie mam pojęcia? Ile poranków muszę przepłakać w poduszkę, bo nie mam się do kogo przytulić? Nigdy nie wiadomo. W końcu przychodzi taki moment, że budzimy się i czujemy się całkiem dobrze. Inaczej, ale dobrze. Okazuje się, że ten człowiek nie jest nam niezbędny, chociaż nam go bardzo brakuje.

Niewidywanie się z byłym partnerem jest konieczne?

Z reguły tak. Ile ma trwać, to indywidualna sprawa. Pary po rozstaniu, które naprawdę się kochały, po jakimś czasie zaczynają traktować się z szacunkiem. Ten mężczyzna zaczyna być dla nas jak przyjaciel z dzieciństwa. W końcu doskonale się znamy. Czasami emocje są tak silne albo w fazie rozstawania się wydarzyły się tak niedobre rzeczy, że o złagodzenie naszych emocji trudniej. Wtedy czas, kiedy nie chcemy mieć ze sobą kontaktu, będzie dłuższy.

Ale i tak w pewnym momencie uświadamiamy sobie, że danie wolności było kwintesencją miłości.

W sytuacji, kiedy to ja odchodzę ze złego, toksycznego związku, moment łagodzenia emocji może być pułapką. A jak zacznę myśleć, że może to była pochopna decyzja?

W takiej relacji związek nie rozpada się nagle. Długo sączy się żal, rozczarowanie. Próbujemy na wszelkie sposoby, ale związek się nie układa. Trwanie w takim uwikłaniu wynika z braku miłości własnej. A ona jest bazą, dzięki której możemy naprawdę kochać. Tylko jeśli wystarczająco kochamy siebie, możemy komuś coś dać. Decyzja o rozstaniu to moment, kiedy nasza miłość własna zwycięża. Dzięki niej również puszczamy drugiego człowieka. Nie chcesz mnie takiej, jaka jestem, nie traktujesz mnie tak, jakbym sobie tego życzyła, więc stawiam granicę i wybieram siebie. Co jest trudne, ale wyzwalające.

Czego się w takiej sytuacji boimy?

W takich relacjach kobiety nie wyobrażają sobie życia bez swojego partnera. Jakby ich nie było, jakby nie istniały. Kiedy on odchodzi, kobieta czuje się bezwartościowa, bo widziała swoją wartość tylko w jego oczach. W związku toksycznym jest podobnie. A wszystko dlatego, że niewystarczająco kocha siebie. I znowu nie ma po co się odkochiwać, wystarczy bardziej zakochać się w sobie.

Z czego wynika brak miłości własnej?

My, kobiety, jesteśmy tak wychowywane, żeby nie pamiętać o sobie. Miłość własną odkrywamy dopiero w najbardziej dramatycznych i niechcianych przez nas momentach. Niektóre z nas dopiero jak są skrzywdzone, poniżone, porzucone, budzą się i odzyskują siebie. Dla wielu kobiet jest to szansa, żeby wreszcie oprzytomnieć.

A teraz zupełnie inna sytuacja: potajemnie kocham kogoś, kto mnie nie kocha.

Warto sobie zadać pytanie, dlaczego darzymy uczuciem kogoś, kto się nami nie interesuje. Mamy przecież wolny wybór. W tym wypadku nie chodzi o odkochanie się, tylko pozbawienie się iluzji. Jeżeli chcemy żyć w iluzji, to może lepiej sublimować ten popęd na fascynację literaturą. Porównywalnie ekscytujące, a mniej destrukcyjne. Przecież taka iluzja może sprawić, że zaczniemy kogoś prześladować. Nie polecam też przekształcania takiego związku w przyjaźń, bo to może być źródłem jeszcze większego cierpienia. Można wzbudzić w tej osobie takie poczucie winy, że rzeczywiście będzie deklarować, że chce się z nami spotykać i przyjaźnić. Ale to oszukiwanie się.

A jak się „odzakochać”, kiedy jeszcze nie weszłyśmy w związek? Czujemy, że iskrzy, ale on jest zajęty.

Jesteśmy w fazie pobudzenia psycho-hormonalnego. Odczuwamy pożądanie. To jest nie do opanowania: ciało chce, mózg chce. Jesteśmy otwarte. Także w sensie psychicznym. To cudowny stan. Czujemy się fantastycznie, wszystko jest proste – seks, komunikacja, praca, relacje. Jesteśmy jak pod wpływem substancji psychoaktywnych. I teraz, jeśli się okazuje, że on jest jednak związany z kimś innym, to już jest za późno na „odzakochanie”.

Już nic nie da się zrobić?

Trudno byłoby kogoś racjonalnie przekonywać, że lepiej się zdystansować. Niestety, jeżeli nie powstrzymamy się przed zakochaniem wcześniej, to trudno coś zrobić, chociaż można się odciąć i przez pewien czas gryźć ściany.

W jaki sposób możemy powstrzymać się przed zakochaniem?

Możemy sobie ustalić pewne granice. Do czego zachęcałabym zarówno kobiety, jak i mężczyzn. Spotykam się z taką postawą u osób bardzo dojrzałych. Nie boimy się uczucia fascynacji, bo od początku mamy do tego dystans. Wiemy, że już nam się to kilka razy w życiu zdarzyło i wiemy, jak sobie z tym radzić. Świadomie decydujemy, kiedy damy sobie popłynąć, a kiedy nie. Jeżeli granicą jest to, że mężczyzna ma rodzinę, umiemy się zatrzymać. Nie pozwalamy sobie na takie zakochanie. Czujemy się przyjemnie pobudzeni, ale nie myślimy o tym, do czego to nas doprowadzi.

Można sobie jakoś pomóc?

Możemy iść do terapeuty, bo na tym etapie coś się z tym da zrobić. Warto też się zastanowić, dlaczego tak łatwo wchodzę w tę sytuację, czego szukam, czego mi brakuje. Spojrzeć z dystansu na zabawny i smutny zarazem schemat, że zaczynając flirt, prawie myślimy o ślubie.

Możemy się tego nauczyć?

Jak to się zrobi parę razy, jest łatwiej. Czujemy się pewniej. W związku to dowód dojrzałości. Nie obawiamy się flirtu partnera, bo z reguły nie boimy się go, jeśli nie boimy się własnego. Doceniamy jego urok, ale nie traktujemy go poważnie. Wtedy inne kobiety nie są zagrożeniem, bo czujemy się kimś wybranym i specjalnym. I odwrotnie – naszemu partnerowi dajemy przekonanie, że jest wielu atrakcyjnych mężczyzn, ale wybrałyśmy jego. A nie, że trafił się jeden i jesteśmy na wszystko obojętne.

Lub tak mało atrakcyjne, że nikt się nami nie zainteresuje. Dlatego lepiej się opamiętywać na samym początku i nie zakochiwać. Taka umiejętność wynika z samoświadomości – nie bazowania na wyobrażeniach na swój temat, tylko prawdziwej wiedzy o sobie.

Jak tę wiedzę uzyskać?

Właśnie te trudne sytuacje wyboru to momenty, w których najlepiej poznajemy siebie. W samopoznaniu może być też pomocna terapia. Zauważmy, że taką prawdziwą wiedzę o tym, co w życiu jest ważne, wartościowe, co się liczy, mają głównie 60-latki. Sama uwielbiam słuchać dojrzałych kobiet.

Żeby tylko ta wiedza łatwo do nas trafiała...

Niestety, ona jest nieprzekazywalna. Żadna rozmowa, rady czy czytanie o tym niczego nie zmieniają. Może pomóc jedynie akceptacja tego, co nam się wydarza i umiejętność postrzegania tego nie jako końca świata, ale szansy.

Warto myśleć, że spotka nas jeszcze miłość?

Ale nie należy się zbyt szybko angażować po rozstaniu. Można doświadczyć romansu, seksualnego spotkania, ale na pewno nie jesteśmy wtedy w kondycji psychicznej, która by nam pozwalała właściwie ocenić sytuację. To tylko środki znieczulające. Sposób na ucieczkę przed konfrontacją z poczuciem, że jestem nikim. A dopóki się z tym nie skonfrontujemy, nic się nie rozwiąże. Nie należy się tak bardzo bać rozstania, choć niesie ze sobą trudne emocje. Nie wiadomo, kiedy nastąpi koniec cierpienia, ale nastąpi na pewno. I przyniesie coś nowego. Droga do realizacji miłości jest zawsze otwarta.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
kobieta siedzi w oknie
Adobe Stock

Świat wewnętrzny – to ty decydujesz, jakie emocje chcesz odczuwać

Wszystko, co robimy a, zwłaszcza jak to robimy, płynie albo z miłości, albo z lęku – mówi terapeutka Joanna Godecka.
Aleksandra Nowakowska
21.04.2020

Kiedy mniej mamy kontaktów z innymi, bliżej nam do siebie. Specjaliści od rozwoju osobistego mówią, że to idealny czas, żeby spotkać się ze sobą. Poczuć trudne emocje, żeby je uwolnić i transformować. Ale to wcale nie musi być łatwe w obecnych warunkach. Jak sobie pomóc? Skup się na własnych emocjach Aleksandra Nowakowska: Podczas pandemii i izolacji społecznej pojawiają się emocje, których zazwyczaj nie witamy chętnie. Należą do nich między innymi smutek, bezradność, rozczarowanie, nieufność. Sprawiają, że życie traci blask, a my – kiedy je czujemy – zwykle desperacko szukamy sposobu, by poczuć się lepiej. Przed pandemią łatwiej nam było odwrócić od nich uwagę różnymi aktywnościami i kontaktami z innymi. Podczas izolacji społecznej trochę nie ma gdzie przed nimi uciec. Z drugiej strony nie mamy bodźców, żeby szybciej wzbudzić w sobie radość, podekscytowanie, wdzięczność, ufność, wesołość, satysfakcję, czułość. Być może tęsknimy do tych chwil, kiedy czuliśmy się wspaniale i chcieliśmy dzielić się dobrym nastrojem z całym światem. Obecnie może być ich mniej, ale teraz możemy się przekonać, że to, jak się czujemy naprawdę zależy tylko od nas, a nie od okoliczności.   Teoretycznie mamy władzę nad swoimi emocjami. Możemy wybierać, co czujemy. Tak, to my zawsze wybieramy, chociaż najczęściej nieświadomie. Zauważmy, że choć najrozmaitszych odcieni uczuć jest bardzo wiele, wszystkie mają dwa główne źródła. Te, z którymi jest nam dobrze, wypływają z szeroko pojętej miłości. Kiedy odczuwamy radość czy wdzięczność, poddajemy się swobodnemu przepływowi energii, możemy nawet odczuwać błogie przepełnienie miłością do siebie, innych, świata. Natomiast te uczucia, z którymi nie czujemy się komfortowo, mają swoje źródło w lęku,...

Czytaj dalej
Lucyna Kirwil, Jerzy Bralczyk, VIVA! maj 2018
Szymon Szcześniak/LAF AM

Prof. Jerzy Bralczyk i dr Lucyna Kirwil o języku miłości

Psycholog i językoznawca. Prywatnie małżeństwo.
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

Trudno wyobrazić sobie lepszych rozmówców, gdy chce się zgłębić temat języka miłości – psycholog i językoznawca. Jerzy Bralczyk: Każdy językoznawca powinien być trochę psychologiem,a każdy dobry psycholog na pewno wiele wie o języku. Bo człowiek najsilniej się w nim ujawnia. Kiedy Sokrates spotkał nieznajomego, powiedział: „Przemów do mnie, żebym cię poznał”. Lucyna Kirwil: Nie do końca mogę się zgodzić. Poprzez język, słowa, informujemy innych głównie o tym, kim jesteśmy w sensie społecznym: do jakiej warstwy społecznej należymy, jakie możemy mieć wykształcenie, jakie możemy mieć zainteresowania i potrzeby. Jerzy Bralczyk: Kiedy mówię „język", mam na myśli nie tylko słowa i zdania, ale też ton głosu, jego natężenie, tempo mówienia. W tych czynnikach człowiek także się ujawnia, czasem być może silniej niż w samych słowach. Szczególnie ważne jest to w języku miłości. Lucyna Kirwil: Właśnie. Na to, że wypowiadane słowa i zdania nie muszą być w relacji miłosnej najważniejsze, wskazują związki zawierane między osobami mówiącymi różnymi językami, przedstawicielami różnych kultur. Czasem dla powstania związku ma znaczenie to, jak ktoś się śmieje, jak pachnie, jak wygląda, czyli oddziaływanie bodźców zmysłowych. J.B.: Gdyby żona nie mówiła tym głosem, to bym się w niej nie zakochał. L.K.: A widzisz? To bodziec zmysłowy! J.B.: Ale tym głosem mówisz mądre rzeczy. Widzisz? Jednak język słów!   Czy nie jest tak, że ten pozawerbalny rodzaj porozumienia wystarcza tylko do pewnego momentu, potem chcemy jednak więcej słów? J.B.: Oczywiście, to może być jedynie wstęp, stworzenie warunków do miłości. Ale według mnie, aby miłość zaistniała, musi pojawić się porozumienie na...

Czytaj dalej
Basia Szmydt
Karolina Synowiec

„Największą zaletą w każdej miłosnej relacji jest wolność” – mówi Basia Szmydt

Mama dwóch synów, szczęśliwa żona i kobieta, której codziennie słuchają setki innych kobiet w Polsce. Basia Szmydt, twórczyni internetowa, odpowiada na pytania „Urody Życia” o miłość. 
Sylwia Niemczyk
22.12.2020

Basia jest jedną z naszych ulubionych twórczyń internetowych, bo nieraz zaraża nas swoim spokojem, zachwytem nad światem i nieraz przypomina nam, że to, co się liczy najbardziej w życiu,  to rodzina i miłość. Basia o tych rzeczach pisze i mówi często – bez patosu i wielkich liter, ale za to otwarcie i ze szczerością.  Sylwia Niemczyk: Czy miłość jest dla ciebie ważna? Basia Szmydt: Nie tylko dla mnie ważna, ale najważniejsza, i tak było od kiedy tylko pamiętam. Pochodzę z domu, gdzie było bardzo dużo miłości, marzyłam, że tak samo dużo miłości dostanę w związku, i tak się stało. Nie umiem sobie wyobrazić życia bez miłości mojego męża, dzieci i moich rodziców. Umiesz powiedzieć, co to jest miłość? Gotowej definicji nie mam, ale kiedyś sobie powiedziałam zdanie, że prawdziwa, dobra miłość jest wtedy, kiedy nie musisz przy tym drugim człowieku niczego udawać, możesz być w stu procentach sobą i dalej się tego zdania trzymam. Kocham moją rodzinę, kocham moją najlepszą przyjaciółkę – i każdego z nich kocham inaczej. Zresztą sama miłość do moich najbliższych też zmieniała się na przestrzeni lat.  Rozmawiałam kiedyś z prof. Wojciszke, który powiedział, że badać miłość to jak badać naturę wiatru na podstawie tego, co zamknęłyśmy w słoiku. Tak, miłość jest tak różna, ma tyle różnych wymiarów, że kiedy pytasz mnie, czym wg mnie jest miłość, to nie wiem, czy mam opowiedzieć o tym, co czuję do mojego starszego syna, co do młodszego, jak kocham dziś mojego męża, jak zmieniała się moja miłość do mojej mamy. Czy może mam mówić o miłości do siebie, bo to też jest miłość, być może najważniejsza. Wielką rewolucją w moim postrzeganiu i odczuwaniu miłości było macierzyństwo. Kiedy rodzisz pierwszy raz, to kochasz...

Czytaj dalej
Cienie pary
getty images

Mężczyzna z przeszłością. Jak zbudować relację z kimś, kto właśnie się rozwiódł?

Kluczem do sukcesu jest wyciąganie wniosków. Również w miłości.
Karolina Rogalska
01.02.2020

O takiej sytuacji pisała Osiecka: kochamy, ale boimy się łatki „tej trzeciej” i tego, że skoro on już raz kogoś porzucił, to kiedyś zrobi tak samo. Jak budować nowy związek z kimś, kto właśnie przeszedł rozwód, mówią psychoterapeuci Matylda Porębska i Paweł Jezierski, autorzy warsztatów dla par. Karolina Rogalska „Uroda Życia”: Jakie są szanse na stworzenie dobrej relacji z partnerem, któremu już raz w związku nie wyszło? Paweł Jezierski: Spore. Ponad 70 proc. osób, które stworzyły nowy związek po rozwodzie, deklaruje, że jest on znacznie bardziej udany od poprzedniego. Pojawia się nowa miłość – kroplówka endorfin, która wyciąga z depresji, stagnacji, uwikłania. Poza tym w poprzedniej relacji zdobyliśmy cenne doświadczenie, już wiemy, co zadziałało, a co nie. Mamy też większą świadomość własnych potrzeb i granic. Chociaż jednocześnie tyle samo procent pytanych twierdzi, że budowanie kolejnej relacji jest jednak trudniejsze ze względu na całą masę traum, obaw i lęków, wynikających z nieudanego związku i rozstania. Jednak jeśli jest miłość, to pomimo tych wszystkich trudności ludzie są szczęśliwsi. Matylda Porębska: Pod warunkiem, że tę lekcję odrobili. Że mężczyzna, który zaczyna nowe życie, gruntownie przeanalizował, dlaczego to, co przez ostatnie lata budował, w co inwestował energię i uczucia, po jakimś czasie legło w gruzach. I oczywiście warunek podstawowy – że w ogóle wyszedł z tego związku, bo jeżeli wciąż w nim tkwi jedną nogą, a do tego podstawową, znaną dla świata relacją wciąż jest ta z oficjalną żoną, wtedy znajomość „na boku” to nie jest żaden nowy związek, tylko romans. Budowanie wspólnego życia z kimś już rozwiedzionym i budowanie z kimś, kto jeszcze nie domknął poprzedniego etapu, to dwie...

Czytaj dalej