Zostawił cię, więc cierpisz, tęsknisz i chcesz się odkochać? Jest lepsze wyjście… – mówi psycholog dr Alicja Długołęcka
getty images

Zostawił cię, więc cierpisz, tęsknisz i chcesz się odkochać? Jest lepsze wyjście… – mówi psycholog dr Alicja Długołęcka

Anita Zuchora
11.01.2021

Rozstanie, rozwód to bolesna i długa droga – ale może ona prowadzić do czegoś dobrego. Do pokochania samej siebie, poznania, czego chcemy od miłości i od życiowego partnera – i być może do nowego, lepszego związku. O tym, jak przekuć rozpad związku w najlepszą życiową lekcję mówi dr Alicja Długołęcka, psycholożka i seksuolożka.

Anita Zuchora: Pewnego dnia partner mówi, że chce odejść. Bo mnie nie kocha albo, jeszcze gorzej, nie kocha i ma już kogoś innego. Jak się w takiej sytuacji odkochać?

dr Alicja Długołęcka: Odkochać zawiera słowo kochać. Jak je rozumiemy? Powołam się na przykład miłości bezwarunkowej – jak z dzieckiem – będziemy je darzyć uczuciem bez względu na to, co zrobi. Pokochałam tego człowieka, więc angażuję się maksymalnie niezależnie od tego, co się stanie. Jeżeli kocham, to bezwarunkowo, za darmo. Daję wolność tej osobie. Chcę jej dobra. Akceptuję jej wybory. Także to, że mnie nie kocha czy chce odejść. I to nie oznacza, że mam się odkochiwać.

Jak to?

Zamieszanie emocjonalne i gorycz wzmacniają przekonanie, że jeżeli kogoś kochamy, ta osoba powinna to docenić i odpowiedzieć tym samym. Ale jeśli kocham, to biorę pod uwagę, że wcale nie musi. To znowu jest jak z dzieckiem – kocham je, choć może mnie źle traktować czy odejść. Czasem, jak się odsunie, kocham je mądrzej. Tak też może być z partnerem.

To takie łatwe?

Wcale. Bo wiąże się z cierpieniem. Żałoba i godzenie się z utratą wymaga czasu. Bywa, że trwa parę lat. Dlatego uważam, że nie trzeba się odkochiwać, tylko puścić. Co wymaga gigantycznej pracy i skonfrontowania się ze sobą. Musimy się pogodzić z naszymi oporami, niezgodą, brakiem akceptacji dla rzeczywistości – innej, niż byśmy chciały.

Musimy zrezygnować z roszczeń?

„Chcę”, „Należy mi się” to postawa niedojrzała. A kiedy gwałtownie tracę to, czego chcę, lub kiedy o to zabiegam i tego nie dostaję, czuję się zawiedziona i rozgoryczona. Odczuwam złość. Myślę: „Tyle dałam z siebie, tak się starałam...”. Konfrontuję się z uczuciem zawodu, że świat nie jest taki, jak bym chciała. A także, że nie dostaję tego, co sama daję. Co, niestety, jest prawidłowością w życiu, z którą należy się pogodzić.

Odkochując się, tracimy część siebie. Jeśli przyjmiemy wolę osoby, którą kochamy, stajemy się wolne. I z reguły uczymy się tego, doświadczając dawania komuś wolności.

Puszczamy tę drugą osobę i już?

O, nie. To nie jest proste. Prawdopodobnie przejdziemy fazę emocji negatywnych. Żalu, gniewu, złości. Trzeba dać sobie do nich prawo. Człowiek, który traci coś, czego bardzo chce, będzie przechodził przez rozpacz. Często wtedy zrzucamy winę na tę drugą osobę. Uważamy, że jest zła, niewdzięczna. Myślimy: tyle zainwestowałam lat, energii, zaangażowania, a on sobie poszedł i zostawił mnie samą lub nie odpowiedział na moje starania tym samym. Można sobie pozwolić na te okropne uczucia: obsesyjnej zazdrości, nienawiści, destrukcji. I znosić, obserwować, jak się zmieniają, tracą kontury, rozmywają się w końcu... jeśli nie będziemy ich karmić.

Jak to przetrwać? Nikt nie chce cierpieć.

Tysiące ludzi to przetrwało, więc i nam się uda. Cierpienie jest wpisane w naszą kondycję, tak samo jak poczucie szczęścia, bliskości, rozkoszy. Im bardziej będziemy tego świadome i im głębiej się z tym pogodzimy, tym łatwiej będzie nam funkcjonować.

Trzeba te uczucia wyrazić?

Lepiej tak. Ale znajdźmy bezpieczne miejsce. Nie warto okazywać ich publicznie, przenosić do pracy czy obciążać nimi dzieci. Lepiej wybrać przyjaciółkę, siostrę, matkę, które miały podobne doświadczenia i mają „to” już za sobą. Możemy wtedy mówić rzeczy, których potem będziemy się wstydzić. Możemy być wściekłe, pełne płytkich uczuć.

Mogą nam też pomóc kumple faceci. Kiedy usłyszymy od innego mężczyzny: „Głupi był, będzie żałował, bo jesteś kobietą super”, to nas wzmocni.

W takich momentach pomaga też terapia. W gabinecie możemy sobie pozwolić na wszystko. Na bycie pełną roszczeń dziewczynką albo wredną suką. Na chwilę, na szczęście. Odkochując się, tracimy część siebie. Jeśli przyjmiemy wolę osoby, którą kochamy, stajemy się wolne. I z reguły uczymy się tego, doświadczając dawania komuś wolności.

Te wszystkie emocje mają jakiś sens?

Tak żegnamy się z naszymi iluzjami. I choć w tym czasie możemy zachowywać się w sposób nieracjonalny, to na pewno minie. Najważniejsze, że w tym momencie, kiedy cierpimy i targają nami te wszystkie emocje, nie wiemy jeszcze, co nam ta zmiana przyniesie.

To daje nadzieję. Bo okaże się, że coś, co wydawało się nie do przeżycia, wyszło nam na dobre.

Oczywiście, mówienie kobiecie, która jest w skrajnej rozpaczy, bo jej się rozpadło całe życie, że za trzy lata wyniknie z tego coś dobrego, jest idiotyczne. Ona nie dba o to, co będzie za trzy lata. Ale to jest fakt. Dlatego też nie warto tracić poczucia własnej godności. Szczególnie w relacji z byłym partnerem.

Nie należą mu się te emocje?

One powinny pójść w powietrze. Nie ma sensu kierować ich na partnera czy jego nową partnerkę. Z reguły później będziemy tego żałować i uważać, że to było zbyteczne. Dobrze jest stworzyć sobie indywidualną przestrzeń do przeżycia tych najbardziej trudnych uczuć w poczuciu bezpieczeństwa.

Co nam wtedy zagraża?

Autodestrukcja. Zbyt szybka jazda samochodem, alkohol, brak kontroli. Jeśli jestem w tym za bardzo sama, to też może być niebezpieczne. Dlatego pomocna jest obecność innych. Przyjaciół, rodziców, dzieci. Przebywanie wśród ludzi, dla których jesteśmy ważne, którzy nas kochają, pomaga. Jeśli z naszego życia zniknął najważniejszy mężczyzna, to nie znaczy, że całe nasze życie ogarnęła pustka. Warto się rozejrzeć dookoła.

Długo będziemy tak cierpieć?

Ile miesięcy mogę wyobrażać sobie, co on robi z inną kobietą? Czy mieć żal, że muszę załatwiać sprawy, o których nie mam pojęcia? Ile poranków muszę przepłakać w poduszkę, bo nie mam się do kogo przytulić? Nigdy nie wiadomo. W końcu przychodzi taki moment, że budzimy się i czujemy się całkiem dobrze. Inaczej, ale dobrze. Okazuje się, że ten człowiek nie jest nam niezbędny, chociaż nam go bardzo brakuje.

Niewidywanie się z byłym partnerem jest konieczne?

Z reguły tak. Ile ma trwać, to indywidualna sprawa. Pary po rozstaniu, które naprawdę się kochały, po jakimś czasie zaczynają traktować się z szacunkiem. Ten mężczyzna zaczyna być dla nas jak przyjaciel z dzieciństwa. W końcu doskonale się znamy. Czasami emocje są tak silne albo w fazie rozstawania się wydarzyły się tak niedobre rzeczy, że o złagodzenie naszych emocji trudniej. Wtedy czas, kiedy nie chcemy mieć ze sobą kontaktu, będzie dłuższy.

Ale i tak w pewnym momencie uświadamiamy sobie, że danie wolności było kwintesencją miłości.

W sytuacji, kiedy to ja odchodzę ze złego, toksycznego związku, moment łagodzenia emocji może być pułapką. A jak zacznę myśleć, że może to była pochopna decyzja?

W takiej relacji związek nie rozpada się nagle. Długo sączy się żal, rozczarowanie. Próbujemy na wszelkie sposoby, ale związek się nie układa. Trwanie w takim uwikłaniu wynika z braku miłości własnej. A ona jest bazą, dzięki której możemy naprawdę kochać. Tylko jeśli wystarczająco kochamy siebie, możemy komuś coś dać. Decyzja o rozstaniu to moment, kiedy nasza miłość własna zwycięża. Dzięki niej również puszczamy drugiego człowieka. Nie chcesz mnie takiej, jaka jestem, nie traktujesz mnie tak, jakbym sobie tego życzyła, więc stawiam granicę i wybieram siebie. Co jest trudne, ale wyzwalające.

Czego się w takiej sytuacji boimy?

W takich relacjach kobiety nie wyobrażają sobie życia bez swojego partnera. Jakby ich nie było, jakby nie istniały. Kiedy on odchodzi, kobieta czuje się bezwartościowa, bo widziała swoją wartość tylko w jego oczach. W związku toksycznym jest podobnie. A wszystko dlatego, że niewystarczająco kocha siebie. I znowu nie ma po co się odkochiwać, wystarczy bardziej zakochać się w sobie.

Z czego wynika brak miłości własnej?

My, kobiety, jesteśmy tak wychowywane, żeby nie pamiętać o sobie. Miłość własną odkrywamy dopiero w najbardziej dramatycznych i niechcianych przez nas momentach. Niektóre z nas dopiero jak są skrzywdzone, poniżone, porzucone, budzą się i odzyskują siebie. Dla wielu kobiet jest to szansa, żeby wreszcie oprzytomnieć.

A teraz zupełnie inna sytuacja: potajemnie kocham kogoś, kto mnie nie kocha.

Warto sobie zadać pytanie, dlaczego darzymy uczuciem kogoś, kto się nami nie interesuje. Mamy przecież wolny wybór. W tym wypadku nie chodzi o odkochanie się, tylko pozbawienie się iluzji. Jeżeli chcemy żyć w iluzji, to może lepiej sublimować ten popęd na fascynację literaturą. Porównywalnie ekscytujące, a mniej destrukcyjne. Przecież taka iluzja może sprawić, że zaczniemy kogoś prześladować. Nie polecam też przekształcania takiego związku w przyjaźń, bo to może być źródłem jeszcze większego cierpienia. Można wzbudzić w tej osobie takie poczucie winy, że rzeczywiście będzie deklarować, że chce się z nami spotykać i przyjaźnić. Ale to oszukiwanie się.

A jak się „odzakochać”, kiedy jeszcze nie weszłyśmy w związek? Czujemy, że iskrzy, ale on jest zajęty.

Jesteśmy w fazie pobudzenia psycho-hormonalnego. Odczuwamy pożądanie. To jest nie do opanowania: ciało chce, mózg chce. Jesteśmy otwarte. Także w sensie psychicznym. To cudowny stan. Czujemy się fantastycznie, wszystko jest proste – seks, komunikacja, praca, relacje. Jesteśmy jak pod wpływem substancji psychoaktywnych. I teraz, jeśli się okazuje, że on jest jednak związany z kimś innym, to już jest za późno na „odzakochanie”.

Już nic nie da się zrobić?

Trudno byłoby kogoś racjonalnie przekonywać, że lepiej się zdystansować. Niestety, jeżeli nie powstrzymamy się przed zakochaniem wcześniej, to trudno coś zrobić, chociaż można się odciąć i przez pewien czas gryźć ściany.

W jaki sposób możemy powstrzymać się przed zakochaniem?

Możemy sobie ustalić pewne granice. Do czego zachęcałabym zarówno kobiety, jak i mężczyzn. Spotykam się z taką postawą u osób bardzo dojrzałych. Nie boimy się uczucia fascynacji, bo od początku mamy do tego dystans. Wiemy, że już nam się to kilka razy w życiu zdarzyło i wiemy, jak sobie z tym radzić. Świadomie decydujemy, kiedy damy sobie popłynąć, a kiedy nie. Jeżeli granicą jest to, że mężczyzna ma rodzinę, umiemy się zatrzymać. Nie pozwalamy sobie na takie zakochanie. Czujemy się przyjemnie pobudzeni, ale nie myślimy o tym, do czego to nas doprowadzi.

Można sobie jakoś pomóc?

Możemy iść do terapeuty, bo na tym etapie coś się z tym da zrobić. Warto też się zastanowić, dlaczego tak łatwo wchodzę w tę sytuację, czego szukam, czego mi brakuje. Spojrzeć z dystansu na zabawny i smutny zarazem schemat, że zaczynając flirt, prawie myślimy o ślubie.

Możemy się tego nauczyć?

Jak to się zrobi parę razy, jest łatwiej. Czujemy się pewniej. W związku to dowód dojrzałości. Nie obawiamy się flirtu partnera, bo z reguły nie boimy się go, jeśli nie boimy się własnego. Doceniamy jego urok, ale nie traktujemy go poważnie. Wtedy inne kobiety nie są zagrożeniem, bo czujemy się kimś wybranym i specjalnym. I odwrotnie – naszemu partnerowi dajemy przekonanie, że jest wielu atrakcyjnych mężczyzn, ale wybrałyśmy jego. A nie, że trafił się jeden i jesteśmy na wszystko obojętne.

Lub tak mało atrakcyjne, że nikt się nami nie zainteresuje. Dlatego lepiej się opamiętywać na samym początku i nie zakochiwać. Taka umiejętność wynika z samoświadomości – nie bazowania na wyobrażeniach na swój temat, tylko prawdziwej wiedzy o sobie.

Jak tę wiedzę uzyskać?

Właśnie te trudne sytuacje wyboru to momenty, w których najlepiej poznajemy siebie. W samopoznaniu może być też pomocna terapia. Zauważmy, że taką prawdziwą wiedzę o tym, co w życiu jest ważne, wartościowe, co się liczy, mają głównie 60-latki. Sama uwielbiam słuchać dojrzałych kobiet.

Żeby tylko ta wiedza łatwo do nas trafiała...

Niestety, ona jest nieprzekazywalna. Żadna rozmowa, rady czy czytanie o tym niczego nie zmieniają. Może pomóc jedynie akceptacja tego, co nam się wydarza i umiejętność postrzegania tego nie jako końca świata, ale szansy.

Warto myśleć, że spotka nas jeszcze miłość?

Ale nie należy się zbyt szybko angażować po rozstaniu. Można doświadczyć romansu, seksualnego spotkania, ale na pewno nie jesteśmy wtedy w kondycji psychicznej, która by nam pozwalała właściwie ocenić sytuację. To tylko środki znieczulające. Sposób na ucieczkę przed konfrontacją z poczuciem, że jestem nikim. A dopóki się z tym nie skonfrontujemy, nic się nie rozwiąże. Nie należy się tak bardzo bać rozstania, choć niesie ze sobą trudne emocje. Nie wiadomo, kiedy nastąpi koniec cierpienia, ale nastąpi na pewno. I przyniesie coś nowego. Droga do realizacji miłości jest zawsze otwarta.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Katarzyna Miller o miłości
iStock

Niedokochane kobiety nie wiedzą, jak kochać, mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka

Brak bezpieczeństwa w dzieciństwie, brak poczucia pewności siebie w dorosłości… – nasze problemy w związkach często mają źródło nie w naszych partnerach, ale gdzieś zupełnie indziej.
Sylwia Niemczyk
10.09.2020

Kobiety mają problem z mężczyznami, ale przede wszystkim same ze sobą. Brakuje im poczucia własnej wartości, więc mają problem z partnerstwem. Kiedy wchodzą w związek, kontrolują i rządzą, bo to im daje namiastkę bezpieczeństwa – tłumaczy Katarzyna Miller, psychoterapeutka. W miłości nie zawsze wychodzi Sylwia Niemczyk: Czemu nam nie wychodzi w związkach? Tak jest pięknie na początku… Katarzyna Miller: A po kilku latach budzimy się w piekle albo w czyśćcu. Ale jak ma się udać związek z drugim człowiekiem, skoro nie wychodzi nam relacja ze sobą? Oczekujemy, że wymarzony narzeczony nas zrozumie, tymczasem same się dobrze nie rozumiemy. W ogóle nie zajmujemy się sobą, nie zastanawiamy: „Czego ja tak naprawdę chcę, co ja naprawdę czuję”. Więc te wszystkie rozwody wynikają z naszych wewnętrznych problemów? Nie tylko naszych, także różnych wewnętrznych problemów partnera. Ale dziś mówimy o kobietach, wiec muszę powiedzieć, że w dużej mierze problemy w związkach wynikają z naszego wewnętrznego niedokochania. Jeśli kobieta wyszła z dobrego, serdecznego domu rodzinnego, to najpewniej będzie miała udanego partnera i udany związek. Będą sobie żyli spokojnie, oczywiście czasem z jakimiś kryzysami – to jest normalne, a wręcz niezbędne. Ale nie będzie walki, ciągłych podejrzeń, lęku przed odrzuceniem, samotności.  A jeśli dziewczyna jest z zimnego domu – i to wcale nie musi być przemocowy dom, wystarczy, że rodzice będą zaharowani, nieobecni, dyscyplinujący, a nie akceptujący – to wtedy w 9 przypadkach na 10 jej związki w dorosłym życiu nie będą się dobrze układały. Im dłużej pracuję z kobietami, tym wyraźniej widzę tę regułę. A niestety w Polsce jest dużo takich zimnych, pustych domów, z których dziewczyna wychodzi bardzo stęskniona bliskości i...

Czytaj dalej
relacje w związku
iStock

Seks po polsku: nie mamy czasu, ochoty ani pomysłu. Czemu nie chce nam się kochać?

„Mężczyźni nieraz opowiadają na sesjach terapeutycznych, że prosząc o seks, czują się jak pies, który siedzi pod stołem i czeka, aż pan mu rzuci kość” – mówi psychoterapeutka, seksuolożka dr Agata Loewe.
Sylwia Niemczyk
30.11.2020

Kiedyś Maria Peszek śpiewała: „Nie mam czasu na seks” i zdaniem seksuologów, to samo mogłaby zaśpiewać prawie każda inna Polka. Dopadła nas epidemia braku pożądania. Seks w stałych związkach praktycznie po kilku latach przestaje istnieć. Wystarczy, że jedno z partnerów przestanie odczuwać chęć – brak pożądania w związku może być zaraźliwy, jak mówi dr Agata Loewe, seksuolożka i psycholożka. Brak pożądania może być zaraźliwy Sylwia Niemczyk: Na dziesięć moich koleżanek trzy regularnie i chętnie uprawiają seks. Reszta nie ma ochoty.  Agata Loewe: Wszystkie moje obserwacje mówią to samo: mamy epidemię braku pożądania, coraz mniej chce się nam kochać, coraz częściej przychodzą do mnie na terapię pary, które nawet już nie pamiętają, kiedy był ten ich ostatni raz. Ale jednocześnie chcą być razem, bo się kochają, są do siebie przywiązani albo np. łączą ich dzieci. Często to ludzie, którzy są ze sobą bardzo długo, od wczesnej młodości. Pamiętają, jak na początku było wspaniale, ale potem w zupełnie inny sposób dojrzewali, inaczej kształtowała się ich seksualność. Po latach okazało się, że jedno z nich po prostu nie nadążyło za tym drugim. Bywa, że ciało kobiety z wiekiem staje się bardziej responsywne, rozwija się jej samoświadomość, a partner zostaje w tyle.  Bywa, że to nie on, ale ona zostaje daleko z tyłu.  Oczywiście, np. gdy w związku rodzi się dziecko – pamiętajmy, że zupełnie inną cenę za to płaci kobieta, a inną mężczyzna. Typowa sytuacja: kobieta zostaje matką, jej ciało jest w szoku, hormony szaleją i pożądanie spada do zera. Mija kilka miesięcy, rok, ona wciąż powtarza argument: „Karmię”, „Padam na twarz” albo: „Boli mnie”. Partner przez jakiś czas podejmuje różne działania, żeby...

Czytaj dalej
Relacje w związku
Getty Images

W miłości nie chodzi o „dziękuję”, mówi psycholożka, Katarzyna Miller 

Robisz śniadania, prasujesz koszule i czekasz, aż on doceni i powie chociażby: „dziękuję”? Psycholożka, Katarzyna Miller, wyjaśnia, dlaczego poświęcanie się w imię miłości to prosta droga do rozstania.
Sylwia Niemczyk
02.04.2020

Rzetelne dawanie i rzetelne branie ma swoje zasady. Pierwsza jest taka, że ten, kto dostał coś, o co prosił, docenia dar i umie za niego podziękować. A druga zasada: ten, kto daje, nie liczy na wdzięczność i wzajemność. Bo nagrodą jest już samo dawanie” – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka. W miłości chodzi o... Sylwia Niemczyk: Lubimy się poświęcać dla innych? Katarzyna Miller: Nawet bym powiedziała, że my to wprost uwielbiamy! Poświęcanie się dla dzieci, męża, matki, szefa to typowo kobiecy grzech, choć oczywiście znam też paru mężczyzn, którzy również to robią. Ale bez względu na to, kto się poświęca i z jakiego powodu, zawsze wtedy z góry jest skazany na to, że będzie stratny. To przegrana inwestycja, zły interes – specjalnie używam takich określeń, bo bardzo bym chciała, żeby ludzie w końcu uświadomili sobie, że każda nasza relacja z drugim człowiekiem to nic innego, jak interes emocjonalny. Handel, w którym każda strona coś daje i coś bierze. Interes, handel – jakbym słyszała Moryca z „Ziemi obiecanej”. Idziemy na wojnę z romantyzmem? Ja na tej wojnie jestem od wielu lat i zawsze powtarzam: dla własnego dobra przestańmy się wiecznie doszukiwać romantyzmu w życiu, bo to czysta iluzja. A z drugiej strony przestańmy też myśleć, że interes od razu oznacza oszustwo i łódzki geszeft z „Ziemi obiecanej”.. Interesy, w tym te emocjonalne, to normalna, dobra rzecz. Dajemy i bierzemy, umawiamy się na jakąś wymianę i dotrzymujemy umowy. Robimy coś dla kogoś, ale sami też coś z tego mamy. W takim razie co ja mam z tego, że codziennie rano robię mężowi śniadanie? Na przykład masz to, że się sobie taka podobasz: taka jesteś pracowita, dobra, miła. Taka pomocna i potrzebna. Już od samego rana masz poczucie, że zrobiłaś coś...

Czytaj dalej
seks w związku
Adobe Stock

„Seks sam się nie ułoży” – dr Alicja Długołęcka mówi, jak zawalczyć o intymność 

„Kobiety, wchodząc w związek, podświadomie oddają się w ręce drugiej osoby. Oczekują, że to mężczyzna sprawi, że seks będzie super. A potem mają żal, bo coś je w życiu omija" – mówi seksuolożka dr Alicja Długołęcka.
Joanna Mielewczyk
07.07.2020

Kobiety wchodząc w związek czasem czują się tak, jakby były zwolnione z odpowiedzialności za własne życie. Dotyczy to również seksu, uważa seksuolożka dr Alicja Długołęcka. Za bardzo zdajemy się na partnerów. Za bardzo to oni wpływają na to, czy seks stanie się ważnym obszarem w naszym życiu. J oanna Mielewczyk: Przyzwyczajenie, rutyna, zmęczenie, brak uważności – pani doktor, czy dobrze szukam winnych powolnego odpuszczania i w końcu rezygnacji z seksu w związkach? Dr Alicja Długołęcka: Seks, jak i inne dziedziny życia, porównałabym do dobrych książek. Można je czytać we wczesnej młodości, ale niewiele się z nich rozumie. Podobnie jest z seksem. Wymieniła pani różne powody, a ja myślę, że pierwszym, podstawowym jest to, że wchodzimy w życie seksualne z jakimś o nim wyobrażeniem – z filmów, mediów, literatury, trochę z potocznej wiedzy opartej na stereotypach. Natomiast brakuje nam edukacji seksualnej, szczególnie skoncentrowanej na pozytywnych aspektach seksualności, związanych z jednej strony ze zmysłową radością, z drugiej z odpowiedzialnością. To wszystko sprawia, że podchodzimy do seksu życzeniowo. Zaczynamy eksperymentować i okazuje się, że jest jakoś tak inaczej. A tak w ogóle to rozmawiamy o kobietach czy o mężczyznach? O związkach. Ale skoro rozmawiają dwie kobiety, przyjmijmy kobiecą perspektywę. Rzeczywiście tak jest, że kobiety młode i te we wczesnym średnim wieku, kiedy pojawiają się dzieci, często zgłaszają niższy niż mężczyźni poziom potrzeb seksualnych. A to dlatego, że częściej są niezrealizowane seksualnie. Są aktywne, ale nie są spełnione. Nic więc dziwnego, że ich motywacja jest niska. Kiedy ideał zderza się z rzeczywistością, to rozbieżność jest tak podejrzanie duża, że traci się ochotę na seks. U kobiet rozbieżność jest większa...

Czytaj dalej