Głaskaj, tul, dotykaj: sekret dobrego związku polega na bliskości, a nie na seksie
getty images

Głaskaj, tul, dotykaj: sekret dobrego związku polega na bliskości, a nie na seksie

Kochasz? Więc tul i głaskaj – mówi seksuolożka, dr Alicja Długołęcka. Nawet jeśli już odzwyczaiłaś się od czułego dotyku, możesz wrócić do tego i na nowo doceniać bliskość.
Karolina Rogalska
04.01.2019

Dotyk daje nam wszystko, co w życiu najważniejsze – poczucie bezpieczeństwa i błogości wynikające z bliskości z drugą osobą. A do tego działa uzdrawiająco. Na poziomie fizjologicznym wzmacnia cały układ immunologiczny. To najlepsza i najtańsza terapia – mówi dr Alicja Długołęcka, seksuolożka, wykładowczyni na Podyplomowych Studiach Wychowania Seksualnego UW i AWF, autorka licznych publikacji, podręczników i książek. Przeczytaj wywiad:

Karolina Rogalska: Prof. Zbigniew Izdebski w rozmowie z „Urodą Życia” powiedział, że wielu pacjentów skarży się na brak czułości, przytulania i dotyku w bliskich relacjach, bo kontakt fizyczny z partnerem sprowadza się głównie do pieszczot w seksie. Podobno wśród tych osób jest wielu mężczyzn.

Dr Alicja Długołęcka: Myślę, że na tym polu psuje się wiele relacji. Jesteśmy dziś bardzo samotni. My, czyli ludzie żyjący w kulturze dualizmu, w której umysł i ciało przedstawia się jako dwa odrębne byty, a role płciowe są ściśle określone. Część kobiet kompensuje sobie potrzebę dotyku i bliskości poprzez macierzyństwo, zanurzając się w bliskich, fizycznych relacjach z dziećmi. Mężczyźni zaś, wchodząc w fazę dojrzewania, są gwałtownie odcinani od dotyku. Jego miejsce zostaje w seksie i walce. A jeśli chodzi o czułość, to obie płcie potrzebują jej tak samo całe życie.

Kilkanaście lat temu były robione badania na prostytutkach. Z relacji tych kobiet wynikało, że wielu klientów przychodzi do nich nie po wyrafinowane lub ostrzejsze formy seksu, ale po przytulanie, głaskanie, możliwość wspólnego zaśnięcia. Po czysty dotyk. Ten przykład pokazuje, jak to kulturowe rozdzielenie umysłu i ciała spowodowało, że wszelkim formom dotykania nadaje się kontekst seksualny. Ze szkodą dla seksu i ze szkodą dla dotykania.

Czyli?

Jeżeli chodzi o seks, to z jednej strony jesteśmy bardzo pruderyjni, a z drugiej – używamy go do pozaseksualnych celów, np. do podbudowania samooceny, do zaspokajania własnych potrzeb czy manipulowania partnerem. W życiu seksualnym Polaków za mało jest aspektu przyjemnościowego, czyli właśnie zmysłowego, dotykowego. Z opowieści kobiet, moich pacjentek, wiem dobrze, jak bardzo nam tego brakuje, bo nie pozwalamy sobie na pełne doświadczanie ciała. Same sobie, ale partnerzy też nie są tego nauczeni. Bo o seksie nie potrafimy rozmawiać. A jeśli my nie będziemy zgłaszać swoich potrzeb partnerom, to one raczej nie zostaną zaspokojone. W pornografii, z której mężczyźni czerpią zwykle wiedzę o seksie, nie ma przecież czułej gry wstępnej. A jeśli chodzi o dotyk, to większości jego form nadaje się kontekst seksualny, czyli w domyśle – niewłaściwy, nieodpowiedni, niebezpieczny. W innych kulturach, np. południowych, jest miejsce na ekspresję ciała poprzez wspólny taniec, ruch, śpiew czy okazywanie sobie tą drogą sympatii, serdeczności, wdzięczności.

My jesteśmy pod tym względem bardzo oszczędni. Niedawno mój znajomy, wychowany w kulturze Bliskiego Wschodu, poprosił przypadkowego przechodnia na ulicy o ogień. Rzecz działa się w jakimś polskim mieście. Mężczyzna podał mojemu koledze zapalniczkę, a gdy ten w geście wdzięczności uścisnął dwoma rękami jego dłoń, tamten agresywnie ją wyszarpnął. Bo odczytał ten gest jako dwuznaczną zaczepkę. Pewnym formom bliskości fizycznej bardzo szybko jest nadawany kontekst seksualny, związany z podobaniem się czy jakąś propozycją. I często jest to nadinterpretacja ze strony osoby dotykanej. W efekcie obawiamy się dotykać innych.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Seks mniej ważny niż dotyk?

W kwestii spontanicznego dotykania mężczyznom wolno znacznie mniej niż kobietom?

W świecie męskim można, w wersji szlachetniejszej, bić się na sportowo, rywalizować, uprawiać gry kontaktowe. Albo uprawiać seks z kobietą. W przypadku kobiet jest to obszar opiekowania się dziećmi, bliskich kobiecych przyjaźni oraz wchodzenia w relację seksualną, ale z pięcioma czerwonymi lampkami, żeby się coś tam nie wydarzyło, żeby nie zostać wykorzystaną, czyli z bardzo wzmożoną kontrolą. Jesteśmy społeczeństwem, w którym obowiązuje strasznie dużo zewnętrznych zakazów i nakazów związanych z dotykaniem, a w o wiele mniejszym stopniu rozwijamy tak zwaną wewnątrzsterowność, która jest związana z decydowaniem o sobie "psychocieleśnie" – kategorią własnego poczucia przyzwolenia bądź asertywnego powiedzenia "nie".

Czyli własnych granic?

Dokładnie. Nasze ciało nie jest przecież tylko miejscem do zamieszkania ani narzędziem do wykorzystania, jest integralną częścią nas samych. Nie istniejemy bez niego. Właściwie można powiedzieć, że poprzez ciało możemy zaistnieć w realnym świecie. Dopóki nie będziemy świadomie doświadczać ciała, czyli siebie samych, nie będziemy mogli stawiać granic i ich przesuwać w taki sposób, w jaki tego potrzebujemy i chcemy. I wtedy może już nie wynikać to z kontekstu kulturowego, obyczajów czy wpojonych w dzieciństwie wzorców zachowań, tylko naszych wyborów.

Stawianie granic w zgodzie ze sobą to bardzo ważna umiejętność. Na poziomie emocjonalnym, czyli wtedy, kiedy nie mam na coś ochoty, albo racjonalnym, czyli że może chcę, ale nie powinnam, bo dla mnie nie jest to dobre. Od razu wyjaśniam, że nie głoszę tu powszechnej rozwiązłości dotykowej. Jestem zwolenniczką dotyku nie tylko w seksualności, ale w relacjach w ogóle, pracy z ciałem. Bo ciało zna odpowiedź, czasem lepszą niż rozum.

Jak to się dzieje, że tracimy kontakt z własnym ciałem?

Nasz stosunek do dotyku kształtuje się w procesie wychowania. Kulturowe rozdzielenie umysłu i ciała, przekonanie, że umysł jest wartością nadrzędną, powoduje, że na pewnym etapie rozwoju, w okolicach siódmego, ósmego roku życia, pojawia się kategoria oceny. Dotyk przestaje być spontaniczną potrzebą, zaczyna podlegać społecznej dyscyplinie. Ma to swoje dobre strony, bo wiąże się z przyswajaniem kategorii intymności, ale też negatywne w postaci wewnętrznego cenzora, który steruje i ogranicza, ocenia i dyscyplinuje ciało, jego potrzeby. W pierwszych fazach rozwoju poznajemy świat ciałem, poprzez dotyk. Kiedy dziecko separuje się od matki, czyli wytwarza granice między "ja" a światem, czuły dotyk opiekuna zapewnia mu poczucie bezpieczeństwa. To niezmiernie ważne, w jaki sposób wchodzimy w życie. Czy zrelaksowani, wyluzowani, z wolnym ciałem, które jest gotowe do poznawania, eksplorowania świata, czy obciążeni emocjami związanymi z wycofaniem, lękiem i cierpieniem. Kolejny kluczowy moment to okres wczesnego dojrzewania.

Hormony buzują, a mózg nie nadąża za zmianami w ciele. Nastolatek nie rozpoznaje swojego ciała zmieniającego się w zawrotnym tempie, podchodzi do niego bardzo krytycznie. Do tego po raz pierwszy pojawia się pożądanie. I wszystko, co się dzieje z cielesnością, dotykaniem, nabiera kontekstu seksualnego. Jest to ciężki moment także dla rodziców, bo formy fizycznych relacji z dzieckiem obowiązujące do tej pory stają się nieadekwatne. Rodziców deprymuje to, że chłopiec z psychiką dziecka ma polucję, erekcję, ejakulację, masturbuje się i jest istotą seksualną. Bywa, że wycofują się z kontaktów fizycznych z dzieckiem w zgodzie z obowiązującym przekonaniem, że chłopcy w tym wieku nie powinni się przytulać.

U dziewcząt idzie to w trochę innym kierunku – większej restrykcyjności i kontroli cielesności. Po pierwsze wzorce związane z kategorią atrakcyjności są drakońskie. Po drugie dostają jasne komunikaty, że ich ciało i dotykanie stają się niebezpieczne. Słyszą: "Uważaj, bo wsypią ci coś do napoju", "Pamiętaj, że chłopcy myślą tylko o jednym", do tego dochodzi straszenie ciążą. Podstawowym przekazem nie jest: "To wspaniale, że stajesz się kobietą", tylko: "Stajesz się kobietą, uważaj na siebie".

My też kiedyś słyszałyśmy te komunikaty.

Podejście do cielesności jest przekazywane z pokolenia na pokolenie. W związku z czym każdy, kto ma dziecko, powinien się zastanowić, jaki ma stosunek do swojego ciała, dotykania, intymności, wstydu, do swoich narządów płciowych. Bo to w sposób niewerbalny przekazujemy naszym dzieciom już w niemowlęctwie.

Dlaczego to wszystko jest tak skomplikowane? Przecież dotyk to nasza pierwotna potrzeba.

Coraz mniej czasu spędzamy wspólnie, w bliskości fizycznej. Jako seksuolożka z zazdrością obserwuję obyczajowość krajów skandynawskich. Tę związaną z dotykaniem, ale też akceptacją cielesności we wszystkich jej formach, bez względu na fazy życia. Dzieci "wychowują się" tam w saunach, do których przychodzą całe rodziny. I ta wspólna nagość i bliskość nie ma w żadnym stopniu kontekstu seksualnego. Jeżeli sześcioletnie dziecko jest przyzwyczajone do tego, że myje swojej babci plecy, to potem wchodzi w dorosłe życie z kompletnie innym nastawieniem do świata. Z większą empatią, wyczuciem i otwartością. Świadomością własnych i cudzych potrzeb. Tym samym łatwiej mu w dorosłym życiu samodzielnie wyznaczyć granice tego, czy i w jaki sposób chce być dotykany.

Powiedziała pani, że żyjemy w kulturze bezdotykowej. Może unikamy dotyku, bo wydaje nam się, że do tego jest potrzebne idealne ciało?

Dziś ciała na każdym kroku są oceniane. I jest to zabójcze zarówno dla seksualności, jak i relacji dotykowych. Jestem kobietą dojrzałą i jak myślę o kobietach dwudziestoparoletnich, w wieku moich studentek, to jest mi smutno. Uważam, że pod tym względem mają gorzej niż ja, kiedy sama stawałam się kobietą. I to mimo że podobno dorastałam w pruderyjnych czasach. Restrykcji związanych z instrumentalnym traktowaniem ciała jest dziś znacznie więcej, co w budowaniu zdrowych relacji dotykowych na pewno nam nie pomaga.

To, co jest takie nęcące i ważne w seksie, to, obok odczuwania przyjemności, pierwotne poczucie bliskości. W jakimś sensie odtwarzamy to doznanie podczas orgazmu. Seks z bliską osobą jest tak mistyczny, bo dostarcza nam doznań z poziomu pamięci nieświadomej, pamięci ciała.

Co tracimy, rezygnując z dotyku?

Wszystko. Czuły dotyk opiekuna jest dla niemowlęcia sygnałem, że pierwszy istotny, wyróżniony z otoczenia obiekt, najczęściej matka, jest najprzyjemniejszym i najbezpieczniejszym miejscem, jakie tylko można sobie wyobrazić. Miękkim w dotyku, pachnącym, dającym pokarm i przyjemność, wręcz rozkosz w byciu, odczuwaniu samego siebie. Te doświadczenia są zapisane w naszym ciele i przez całe życie staramy się je odtworzyć. Jestem przywiązana do takiego powiedzenia, że odchodzimy tam, skąd przyszliśmy. Również w wymiarze fizycznym. To, co jest takie nęcące i ważne w seksie, to, obok odczuwania przyjemności, pierwotne poczucie bliskości. W jakimś sensie odtwarzamy to doznanie podczas orgazmu. Seks z bliską osobą jest tak mistyczny, bo dostarcza nam doznań z poziomu pamięci nieświadomej, pamięci ciała. Poczucia zlepienia się z drugą osobą, jedności, braku świadomości przy jednoczesnej bliskości fizycznej. Ale podobnie jest, gdy obumiera mózg.

Swego czasu miałam kontakt z osobami, których bliscy byli w stanie śpiączki. Ich partnerzy życiowi relacjonowali, że ostatnie reakcje przy obumieraniu mózgu to były reakcje na dotyk i na głos. I w tym właśnie sensie odchodzimy tam, skąd przyszliśmy, a dotyk to pierwszy i ostatni sposób kontaktowania się ze światem.

Dotykanie jest też najczulszym barometrem związku z drugą osobą. Jeśli dążymy do takiej zwykłej bliskości – siadamy blisko siebie, przytulamy się w trakcie dnia, trzymamy za ręce – to znaczy, że się lubimy i czujemy się dobrze razem. Dotykajmy się więc, bo wtedy czujemy się bezpieczni, zrelaksowani, zadowoleni. Bo wydziela nam się serotonina – hormon szczęścia, a także oksytocyna – hormon przywiązania, który ma moc więziotwórczą. Ponadto dotyk działa uzdrawiająco. Na poziomie fizjologicznym wzmacnia cały układ immunologiczny. To najlepsza i najtańsza terapia.

Jak odzyskać radość z dotykania?

Po pierwsze warto zastanowić się, w jaki sposób my sobie te potrzeby zaspokajamy. I czy rzeczywiście jest to droga, którą świadomie wybraliśmy, czy może robimy pewne rzeczy w sposób nawykowy, nie do końca świadomie. W tym celu warto przyjrzeć się swoim relacjom z najbliższymi, np. z dziećmi, z partnerem, z rodzicami. Zastanowić się, czy wyglądają one tak, jakbyśmy tego chcieli? Bardzo często jest ogromnym zaskoczeniem dla ludzi w trakcie terapii, gdy po wyjaśnieniu, ponaprawianiu pewnych spraw okazuje się, jak bardzo potrzebujemy bliskości, kontaktu fizycznego z tą osobą.

Drugi obszar to intensywne poszukiwanie samego siebie, czyli słuchanie swojego ciała. Świadome bycie w rozmaitych aktywnościach: w ćwiczeniu jogi, jeździe na rowerze, śpiewie, bieganiu. Chodzi o ten czas, który spędza się samemu ze sobą. W kontakcie z przyrodą, różnymi fakturami, temperaturą. Wsłuchiwanie się w to, co ciało do nas mówi: co powoduje, że się napina, co je rozluźnia, za czym tęskni. Bez analizy dlaczego. Po prostu za czym. Warto to sobie uświadomić i zadbać o to – dać uwagę i czas.

Rozmowa z Alicją Długołęcką ukazała się w „Urodzie Życia” 8/2017

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Agata Komorowska
Iwona Karolak Fotografia

Agata Komorowska poszła na wojnę z domem dziecka. Uratowała życie 16-letniemu Michałowi

„Nie planowałam zakładać rodziny zastępczej, ale nie miałam wyboru, bo nie wyobrażałam sobie, że mogę zrezygnować z Michała” – mówi Agata Komorowska, mama czwórki dzieci, w tym dwojga adoptowanych, i autorka książki „Czy mogę ci mówić mamo” (wyd. Ediprese Ksiażki). 
Sylwia Niemczyk
13.01.2021

Agata Komorowska była samodzielną mamą trójki dzieci, kiedy los postawił na jej drodze 14-letniego Michała. Zbuntowanego, krnąbrnego wagarowicza z domu dziecka, który pierwsze lata życia spędził na ulicy i nie ufał nikomu z dorosłych, bo nieraz go w życiu skrzywdzili. Był przyjacielem z klasy Aleksa, najstarszego syna Agaty. Po dwóch latach stał się jej kolejnym dzieckiem.  Sylwia Niemczyk: Miałaś już trójkę dzieci: zbuntowanego nastolatka, sześcioletniego Krystiana z zespołem Downa, malutką Adę. Byłaś tuż po rozwodzie, właśnie straciłaś firmę. I ty w takim momencie decydujesz się na kolejną adopcję i to w dodatku adopcję nastolatka.  Agata Komorowska: Tak właśnie było, a jeśli pytasz, co mną kierowało, to powód jest tylko jeden. My po prostu Michała pokochaliśmy. Był przyjacielem mojego najstarszego syna Aleksa, razem chodzili do klasy. Kiedy Aleks poszedł do gimnazjum, zaczęli się u nas pojawiać jego nowi koledzy, w tym właśnie Michał. Znałam go z widzenia, ale zupełnie nic o nim nie wiedziałam, zauważyłam tylko, że chłopcy się bardzo zaprzyjaźnili.  Kiedy zwróciłaś na niego uwagę? Któregoś dnia Aleks mimochodem powiedział: „Mamo, wiesz, Michał mieszka w domu dziecka”. Kompletnie mnie to zszokowało, bo ten uśmiechnięty, ułożony chłopak z ciemną czupryną i chochlikami w oczach zupełnie nie pasował do mojego stereotypu nastolatka z domu dziecka. Bo okazało się, że nawet ja, mając już przecież adoptowaną córkę, wcale nie jestem wolna od uprzedzeń wobec „tych dzieci”. Gdzieś głęboko w głowie siedziało mi połączenie: nastolatek z domu dziecka to patologia. Kompletna bzdura.  Chociaż szybko potem przekonałaś się, że Michał wcale nie jest taki grzeczny.  A co to znaczy „grzeczny”? Mój Aleks też wagarował...

Czytaj dalej
Jak uniknąć depresji?
Pexels.com

„Zdrowy człowiek się nie martwi. Zdrowy człowiek rozwiązuje problemy”. Czy można przejść przez życie bez antydepresantów?

„Ja jestem najważniejszy, a jak mnie jest dobrze, to innym jest dobrze ze mną. Taką myśl trzeba dopuścić do siebie, żeby zmniejszyć pęd i napięcie, w którym żyjemy” – mówi swoim pacjentom psychiatra dr Dariusz Wasilewski.
Karolina Rogalska
12.01.2021

Zamiast na drinka, zawsze lepiej pójść na rower czy pobiegać. Zamiast oglądać seriale i zajadać się chipsami, lepiej spotkać się z przyjaciółmi. Ale to jest tylko kropla w morzu, która składa się na dobre samopoczucie. Mindfulness to nie wszystko. Jak postępować w zgodzie ze sobą i czy i kiedy należy zgłosić się po leczenie farmakologiczne, radzi  psychiatra dr Dariusz Wasilewski. Nie istnieje pigułka szczęścia Karolina Rogalska: Dlaczego niektórzy ludzie świetnie radzą sobie z przeciwnościami losu, a inni zamartwiają się albo popadają w depresję?  dr Dariusz Wasilewski:  Wynika to z biologii, z tego, co dostaniemy w domu rodzinnym i z tego, jak się wpasowujemy w społeczeństwo. Ważne jest, żeby już dziecko nauczyć rozładowywania trudnych emocji. Pokazać, że problemy są od tego, żeby je rozwiązywać. Osoba tak wyposażona wchodzi w  życie ze świadomością, że rzeczywistość bywa wprawdzie pasmem stresów i nigdy nie będzie inaczej, ale kiedy pojawia się trudna sytuacja, to podejdzie do niej zadaniowo. Zamiast się zamartwiać, spokojnie pomyśli, jak sobie z tym poradzić. Bo zdrowy człowiek się nie martwi. Zdrowy człowiek rozwiązuje problemy. Naprawdę? Nawet o dzieci się nie martwi? Ja mam dziecko i, jak większość matek, często się o nie martwię. Przejściowe przejmowanie się jest oczywiście właściwe każdemu człowiekowi. Ale są ludzie, którzy nieustannie się o coś martwią. To rodzaj nerwicy, której głównym objawem jest lęk. Martwienie się jest właśnie rodzajem lęku. Jedną z wielu jego twarzy. W przeciwieństwie do strachu, który jest racjonalny, bo pojawia się w reakcji na konkretny bodziec, lęk jest irracjonalny. I w tym znaczeniu jest chorobowy. Pojawienie się lęku wynika nie tylko z tego, jaką mamy emocjonalność, ale też...

Czytaj dalej
Kim jest doula?
iStock

Doula-joginka, towarzyszka przyszłej matki. Dlaczego jej obecność jest tak ważna?

Słowo „doula” (z języka greckiego) dosłownie tłumaczy się: „kobieta, która służy”. W praktyce określeniem tym opisuje się kobietę, która towarzyszy przyszłej matce i wspiera ją podczas ciąży, porodu i w pierwszych chwilach macierzyństwa. W pracy douli niezwykle pomocna okazuje się joga.
Ola Künstler
22.01.2021

Drogę ku narodzinom nowego człowieka można porównać do praktyki ośmiostopniowej ścieżki jogi. Zgodnie z zasadami jam i nijam, które stanowią przykazania etyczne oraz dyscyplinę indywidualną jogina, warto świadomie przygotować się do poczęcia, a podczas ciąży dbać o siebie, dobre relacje z innymi, żyć z troską o otaczający świat. Poród jest praktyką asan i pranajamy w swojej najczystszej i najbardziej instynktownej postaci. Bycie tylko tu i teraz, przybieranie różnych pozycji, pełna obecność w oddechu, wysiłek, konfrontacja z ograniczeniami ciała i umysłu. Podczas tego procesu naturalnie następują pratjahara, czyli wycofanie zmysłów, jedyna w swoim rodzaju dharana, czyli koncentracja, oraz dhajana – medytacja . Całość zwieńczona jest stanem błogości, radości i bezgranicznej, wszechogarniającej miłości – samadhi. Narodziny stają się wtedy niezwykłą sesją jogi – jogi życia. Kim jest doula? Idea douli to odniesienie do tradycyjnych i dawnych kultur, gdzie przyszłej matce towarzyszyły inne bliskie kobiety, często z rodziny lub sąsiedztwa. Szczególnym momentem na tej drodze był zawsze sam poród. W wielu tradycjach rodząca otaczana była szczególną opieką w szczególnym miejscu (np. sławny czerwony namiot) wraz ze specjalnymi rytuałami przygotowującymi do inicjacji do roli matki. W Indiach jest zwyczaj, aby kobietę w początkowej fazie porodu poddać rozluźniającym masażom, nacieraniu olejkami i mieszankami przypraw. W wielu kulturach do porodu dopuszczane były jedynie inne kobiety. Podczas jego trwania dbały o dobrostan duchowy, psychiczny i fizyczny rodzącej oraz o niezakłócanie misterium tej magicznej chwili. Doula, podobnie do nauczyciela jogi, łączy dawne tradycyjne praktyki z teraźniejszością. Jest ona także świadkiem absolutnie niesamowitej, przepełnionej cudowną energią...

Czytaj dalej
Rita i Witold Gombrowicz z Psiną, fot. Bohdan Paczowski / FOTONOVA

Witold i Rita Gombrowicz: „Sędziwy polski hrabia wziął ślub z sekretarką!” – pisały gazety na całym świecie

Gombrowicz długo bronił się przed tym uczuciem. „Każdy jest samotny. Wszystkie zwierzęta są samotne. Widziałaś kiedy, żeby psy spacerowały pod rękę?”, pytał zakochaną w nim Ritę.
Anna Zaleska
13.01.2021

Gdy po raz pierwszy się spotykają, Gombrowicz uchodzi za gwiazdę literackiej awangardy. Mimo to jest w fatalnej formie fizycznej i psychicznej. Po dwumiesięcznym pobycie w szpitalu z powodu męczącej go od dzieciństwa astmy nie wie, co ze sobą zrobić. Tuła się po Francji, chory, słaby i osamotniony. Nie chce wracać do Argentyny, skąd przyjechał. W maju 1964 roku trafia do opactwa Royaumont pod Paryżem, w którym pomieszkują artyści w trudnej sytuacji finansowej. Rita Labrosse, 29-letnia doktorantka z Kanady pod studiach na Sorbonie, dorabia tu jako telefonistka i pisze doktorat o Collette. Na przystojnego, opalonego obcokrajowca w jasnym eleganckim ubraniu zwraca uwagę już wtedy, gdy po raz pierwszy zostaje przedstawiony towarzystwu. W towarzystwie Gombrowicza Gombrowicz liczył na to, że w opactwie ukoi rozstrojone nerwy, ale czuje się wiecznie rozdrażniony. Męczy współbiesiadników absurdalnymi pytaniami, prowokuje i atakuje. Goście opactwa zaczynają go uważać za okropnego osobnika, tymczasem Ricie podoba się coraz bardziej. Ona też nie lubi Francuzów. Drażnią ją swoim nadęciem i pretensjonalnością. Rozprawianiem o ideałach marksizmu, podczas gdy sami mieszkają w zamkach, noszą drogie garnitury i jeżdżą porsche. Ma z nimi na pieńku – na nią jako na przybysza z Kanady patrzą z góry, pokpiwają z jej akcentu. Zaczyna szukać towarzystwa Gombrowicza. Przysiada się do niego na ławce. Wypatruje w parku. Po opactwie zaczynają krążyć plotki, że to karierowiczka, która zarzuca sidła na sławnego pisarza, starszego od niej o trzydzieści lat. W końcu kiedyś przy stole, w obecności innych ludzi, Gombrowicz pyta ją głośno, czy nie dotrzymałaby mu towarzystwa podczas pobytu na południu Francji, gdzie ze względu na stan zdrowia zamierza spędzić trochę czasu. Wcześniej proponował to kilku kobietom, ale odmówiły. Ona się zgadza....

Czytaj dalej