Dojrzałe kobiety wybierają mężczyzn jak samochód: „I żeby był czerwony…”. 
Rodney Smith

Dojrzałe kobiety wybierają mężczyzn jak samochód: „I żeby był czerwony…”. 

Psychoterapeuta Jacek Masłowski o damsko-męskiej relacji.
Anna Maruszeczko
04.01.2019

Kobiety mają zawyżone wymagania. To płoszy mężczyzn. Wybierają młodsze albo uciekają w parakawalerskie życie – mówi psychoterapeuta Jacek Masłowski w rozmowie z Anną Maruszeczko.

Znam mnóstwo kobiet, które są same, choć nie chcą. I nie rozumieją, dlaczego nie potrafią wyjść z tej samotności, skończyć z nią. Może mężczyźni coś podpowiedzą?

Zacznę od prostej statystyki, od tego, że w miastach jest więcej wolnych kobiet niż wolnych mężczyzn. I to już pokazuje, że nie wszystkie mogą być z kimś, po prostu jest za mało kandydatów.

W Warszawie średnia wynosi jedenaście do jednego!

W Krakowie dziewięć do jednego. To jest bardzo duża przewaga. Dodajmy jeszcze, że kobiety, o których mówimy, są singielkami, czyli przeważnie w wieku 35+, bo one zaczynają wtedy tak o sobie myśleć (młodsze dziewczyny nie przeżywają siebie jako singielki). To są kobiety dojrzalsze emocjonalne, świadome swoich potrzeb, możliwości, ograniczeń itd. Ponieważ większość z nich była w związku, mają już swoje przekonania.

Mają też zahamowania, nawet lęki.

Właśnie. Czasem boją się wchodzić w nową relację, bo obawiają się powtórki – że zostaną zdradzone albo po raz kolejny wejdą w rolę opiekunki, czyli znów na ich barkach będzie wszystko. Z jednej strony mówią o swojej tęsknocie za trochę już wyidealizowanym partnerem, a jednocześnie pojawia się rozpacz, że to na pewno już się nie wydarzy. Samotne kobiety często funkcjonują między tymi dwoma biegunami.

Ale z jakiego powodu one nie mogą trafić na takich, a nie innych mężczyzn?

Bo mają bardzo wysoko podniesioną poprzeczkę, jeżeli chodzi o wymagania. Tak się dziwnie składa, że mimo postępu cywilizacyjnego, atawizmy biologiczne nadal silnie na nas wpływają. I kiedy pyta się kobietę, kto jest dla niej męski, to pierwszą cechą, która kojarzy się z męskością, jest siła. A w czym się wyraża współcześnie męska siła

W tym, że mężczyzna jest uczciwy, odważny, zaradny życiowo...

...Jakoś się zrealizował, coś osiągnął, czyli musi być silny. I teraz – co się dzieje Po pierwsze, nie każdy mężczyzna, nawet silny, jest w stanie osiągnąć sukces, bo jest pewna pula miejsc, w których można się ulokować. A po drugie, skoro tacy mężczyźni cieszą się wzięciem, to konkurencja wśród kobiet w stosunku do nich jest po prostu olbrzymia.

Dobrze, w dużych miastach jest deficyt i dlatego kobiecie trudno poznać odpowiedniego mężczyznę. Ale czy to jest jedyny powód?

Drugi jest taki, że kobiety kierują się trochę innym kluczem, jeśli chodzi o wybór partnera życiowego. Kierują się strategią, którą można nazwać „i taki, i taki”. Ma być opiekuńczy, przystojny, wysportowany, wrażliwy, zaradny, dowcipny itd. Jeżeli taki mężczyzna nawet się pojawia, to przecież nie spełnia zwykle tych wszystkich oczekiwań. Ale kobiety dążą do tego, żeby pula była jak największa. Mężczyźni z kolei wybierają zupełnie odwrotnie: „żeby miała albo ładne włosy, albo zgrabny tyłek, albo kształtne piersi”, czyli „albo–albo”.

I co z tego wynika?

Że mężczyźni są zdecydowanie mniej wymagający, jeżeli chodzi o cechy partnerki. To prawda, że często wyobrażają sobie kobietę – kochankę idealną, ale umawiają się na randki i chodzą do łóżka z normalnymi dziewczynami.

To tylko my jesteśmy tak biologicznie uwarunkowane, że wysoko mierzymy i chciałybyśmy mieć ideały wokół siebie?

To się wiąże z atawizmem, jakim jest rozrodczość – inwestycja w macierzyństwo ze strony kobiety jest nieproporcjonalnie większa niż ze strony mężczyzny w ojcostwo. A wracając do oczekiwań, prowadziłem niedawno warsztaty dla mężczyzn, gdzie jednym z elementów było pytanie: „Czego ty potrzebujesz od kobiety ”. Maksymalnie można było wymienić pięć cech. Zdziwiłabyś się, jakie odpowiedzi podały. Najczęściej: „Żeby była ciepła…”.

 

Jaka cudowna ściągawka powstanie! (Śmiech).

„Żeby była ciepła”, „Żeby się mną interesowała…”. Gdy zapytałem, co oznacza partnerstwo, usłyszałem: „Chciałbym, żeby ona razem ze mną uczestniczyła w różnych rzeczach”. I nie chodziło o żadne dzielenie się obowiązkami, tylko np.: „Jedziemy razem na wycieczkę albo razem gotujemy – to jest partnerstwo”. Co ciekawe, tylko jeden człowiek powiedział, że jest to seks.

Kiedy tego słuchałem, miałem poczucie, że ci mężczyźni cały czas mówią o stereotypowej wręcz tęsknocie za kobietą tworzącą ciepłe domowe ognisko. Nikt nie mówił o sprzątaniu, gotowaniu, prasowaniu – w ogóle tego nie było. Była potrzeba czułej kobiety, która jak jest trudno, to przyjdzie, przytuli.

Jakiś wyidealizowany obraz mężczyzny nam się wyłania. Czy on teraz naprawdę jest tak mało wymagający?

Mówię to, czego doświadczam, co słyszę. Oczywiście, że są też mężczyźni, którzy mają bardzo długą tę listę, tylko że ta lista jest i tak skracana, jak przychodzi co do czego. Bardzo często zdarza się, że mężczyźni wiążą się z kobietami, które tylko w jakimś stopniu spełniają ich oczekiwania.

To teraz porozmawiajmy o kobietach. Dlaczego się nie uelastycznią, dlaczego nie widzą, że mogą osiągnąć szczęście u boku mężczyzny mniej doskonałego?

To jest w ogóle droga do tego, żeby wejść w związek, ale wiele kobiet nie chce się już uelastycznić, ponieważ ich dotychczasowe doświadczenia pokazały im, że to nie jest droga do sukcesu.

To, co powiem, nie będzie miłe, ani popularne. Ale im kobieta starsza, tym bardziej zaniża oczekiwania. Bo ma do wyboru, że albo zostanie sama, albo zwiąże się z mężczyzną, który jej odpowiada choćby w jakimś stopniu. Albo zupełnie zrezygnuje z takiego pomysłu, żeby się jeszcze z kimś związać. I jest jeszcze inna rzecz, jeszcze jeden atawizm, bardzo ważny, tym razem męski – mężczyźni wolą na ogół młodsze kobiety, bo one są zdecydowanie mniej wymagające. Jedną z najważniejszych rzeczy dla przeciętnego mężczyzny jest możliwość imponowania swojej kobiecie. To nie muszą być wielkie rzeczy, ważne jest poczucie, że ona patrzy na ciebie i za coś cię docenia. Nie robimy tego

Kobiety „kastrują” mężczyzn. Deprecjonują. A mężczyzna, który jest równolatkiem 35–40-letniej kobiety, ma do wyboru: albo wejść w kierat, albo wejść w związek z młodszą, z którą jest zdecydowanie łatwiej. Łatwiej jej zaimponować, jest atrakcyjniejsza seksualnie. I w perspektywie jest kilka lat całkiem fajnego życia bez zobowiązań. 

Ale ta różnica wieku też jest ryzykowna, zwłaszcza w przypadku mężczyzny, który jest partnerem z odzysku. Może mu zabraknąć witalności, by sprostać oczekiwaniom „małolaty”.

Ale on nie musi rozważać, czy za 15 lat będzie z nią jeszcze w związku, czy nie. Liczy się to co teraz. Jeżeli jednego dnia spotykasz się na randce z 40-letnią kobietą, która mówi: „Teatr… Opera… 10 tysięcy miesięcznie… Mam dwójkę dzieci i chciałabym, żebyś pomógł mi je wychować…”, to patrzysz na nią i myślisz: „Mhm, ładna kobieta…”.

(Śmiech). I pierzchasz?

Na drugi dzień idziesz i spotykasz się z 25-latką, która żyje pełnią życia. Jest w niej energia, a na dodatek każde zdanie, które wypowiesz, jest dla niej jak wyrocznia. Wtedy naprawdę nie zastanawiasz się, co będzie za 15 lat. Poza tym tych młodszych jest stosunkowo dużo, dlatego że one przyjeżdżają do wielkich miast do pracy, szukają swojej drogi i są bardzo aktywne w pozyskiwaniu mężczyzn.

A 35-latka się tak nie stara?

Czasem spotkanie z kobietą dojrzałą wygląda tak, jakby ona składała zamówienie na samochód: „I żeby był czerwony…”. Wtedy myślisz: „Które z tych rzeczy ja mam do zaoferowania ”. „Jak ja mam spędzić resztę swojego życia Czy znowu mam się wykazywać Wykazuję się w pracy, muszę spełniać oczekiwania, ale wracam do domu i chciałbym wreszcie odpocząć”. Większość mężczyzn marzy o tym, żeby mieć w domu święty spokój. I jeśli nie wybiorą młodszej, to często wybierają życie „parakawalerskie”, zwłaszcza że okoliczności temu sprzyjają.

Okoliczności?

W dawnych czasach etos mężczyzny był jasny, było wiadomo, po co się jest mężczyzną i jakie powinno się mieć cechy, żeby temu podołać. A dzisiaj, kiedy w przekazie społecznym coraz częściej podkreśla się, że współczesna kobieta nie potrzebuje mężczyzny, jest samowystarczalna, to on gubi się w swojej roli, nie wie, jaki ma być. Wielu mężczyzn zamiast szukać jakiegoś rozwiązania, wycofuje się do bezpiecznych aktywności. Na przykład idzie w imprezowanie, gdzie nie wchodzi się w żadne relacje, w żadne systemy ocen. Część wycofuje się w ogóle w wirtualne życie.

A co mężczyźni robią nie tak? Bo niektórzy też cierpią z powodu samotności, też chcą być z kimś, ale im się nie udaje.

Są mężczyźni, którzy są sami, ponieważ tak wybierają. Bo dzisiaj, szczególnie w dużym mieście, zdecydowanie lepiej jest żyć mężczyźnie niż kobiecie. Jak nie ma zobowiązań, to możesz robić wiele rzeczy, masz swobodny wybór. Ci mężczyźni raczej wolą się bawić, niż wchodzić w wiążące relacje. Ale są też mężczyźni, którzy sprawiają wrażenie, że nie ma w nich energii, sprawczości.

Inną kwestią jest dość często spotykana u mężczyzn „szczelność emocjonalna”. Tacy mężczyźni, nawet jeśli spotykają otwartą, angażującą się kobietę, pozostają niejako „obok” tej relacji. Są w niej bardziej ciałem niż sercem. Tak czy owak prowokują złość kobiet na siebie.

Dlaczego?

Bo oni są w ich oczach niemęscy. To nie jest wyzwanie, to nie jest challenge, tu nie ma się na czym oprzeć, nie ma wyrazistości. To są mężczyźni, którzy funkcjonują trochę jak takie zagubione nastolatki. Jeśli trafią na kobietę, która ma jakoś rozwinięty obszar opiekuńczości, to ta relacja ma szansę trwać. Zresztą kobiety bardzo często mają w sobie rys zbawiania świata. Jak się coś dzieje, to włącza się ten instynkt opiekuńczości i wiele kobiet sądzi, że takiego mężczyznę wesprą, zmotywują, żeby się starał, żeby był męski, żeby zaczął się realizować.

I wydaje im się, że kiedyś stworzą pełnowymiarowego mężczyznę?

A nie da się oszukiwać swojej męskości. I ci partnerzy nie stają się sprawczymi mężczyznami, dalej nie widzą w tym sensu, ponieważ partnerka zachowuje się jak matka, która paradoksalnie nie pozwala im dorosnąć.

To co powinniśmy zrobić, żeby zwiększyć szansę na związek, a nie trwać w samotności?

Mężczyźni oczekują, że kobiety w jakimś sensie ich zaakceptują. Kłopot polega na tym, że bardzo wielu mężczyzn nie potrafi do końca powiedzieć, jakie ma oczekiwania. Jeszcze raz powtórzę – oni potrzebują maksymalnie pięciu rzeczy od kobiety. To naprawdę mało. Druga sprawa to jest strach. Jeżeli kobiety tak silnie i wyraźnie eksponują swoje atuty, to mężczyźni z góry zakładają, że nie są godni tych kobiet, więc się wycofują.

I to jest odpowiedź na to, co nas tak dziwi: jest tyle wspaniałych kobiet, ładnych, mądrych, samowystarczalnych. I samotnych!

Tylko że te kobiety zachowują się często tak, jakby krzyczały: „Słuchajcie, w moim życiu nie ma przestrzeni na mężczyznę! No chyba, że jako jakiś gadżet”. Wyobraź sobie, że ja przychodzę i mówię: „Słuchaj, ja nie potrzebuję do niczego kobiety. Sprzątam sam, sam sobie gotuję, sam zarabiam, sam sobie organizuję czas…”. Z góry informuję, że jesteś dla mnie nieważna.

Poza tym jest bardzo dużo kobiet, które mimo deklaracji werbalnych, że chciałyby być z mężczyzną, nie wysyłają energetycznego, emocjonalnego sygnału zapraszającego. Chodzi o taki rodzaj miękkości, uległości, który mężczyznę zaprasza, żeby podejść, porozmawiać, żeby się pokazać.

Uległość nie brzmi dobrze, ustawia kobietę w dawnej roli, z której się wyemancypowała.

Uległość to możliwość otwarcia się. Nie należy tego słowa mylić z podległością, chociaż w potocznym rozumieniu ono się z nią łączy. Dzisiaj kobiety, a już szczególnie tzw. kobiety sukcesu, z tą uległością mają problem.

To nawet nie muszą być kobiety sukcesu, ale samotne matki albo te rozwiedzione, porzucone, które musiały po prostu sobie poradzić i zhardziały tak, że już zabiły w sobie ten pierwiastek.

Tak, tylko że to też nie jest do końca to. Bo kobiety, które żyją w świecie, gdzie są męskie reguły, wchodzą w stan rywalizacji – one muszą się ścigać z mężczyznami, ale przede wszystkim muszą się ścigać same ze sobą. Tam nie ma miejsca, żeby sobie odpuścić, bo po pierwsze, jesteś kobietą, więc musisz dwa czy trzy razy więcej udowodnić, bo inaczej potwierdzi się stereotyp, że „baba do niczego się nie nadaje”. A po drugie, męskie reguły są takie, że to my mamy wygrywać. Kogo takie kobiety najczęściej zapraszają?

Nie wiem.

Mężczyzn, którzy chcą rywalizować. Często wychodzi z tego związek bardzo silnie seksualny, oparty na tzw. acting oucie, czyli odreagowywaniu, gdzie łóżko staje się polem walki o dominację. Bo ten związek jest oparty generalnie o regułę: „Kto wygrywa, ten dominuje”. Na dłuższą metę to jest jednak niszczące i wypalające.

Słyszę czasem, że samotni są tylko ci ludzie, którzy tak naprawdę tego chcą. Najlepiej im ze sobą, nie muszą się niczym z nikim dzielić – ani czasem, ani pieniędzmi. I mają święty spokój w pakiecie z samotnością.

Na to nie ma reguł. Jeżeli jest tak, że mężczyzna zraził się w relacji z kobietą, to przez jakiś czas nie jest zainteresowany kobietami albo wręcz przeciwnie, jest nimi bardzo zainteresowany. Są ludzie, którzy dają sobie przestrzeń na to, żeby być samemu, dowiedzieć się czegoś o sobie, przemyśleć, dlaczego ich związek się zepsuł, zawalił, skończył. Ale te osoby stanowią na ogół mniejszość i w tym sensie one są samotne z wyboru. Z reguły samotność wynika z bardzo złego nastawienia do drugiej płci, związanego z jakimś przeżyciem, traumą. Jednak człowiek nie jest istotą, która może żyć samotnie.

My nie jesteśmy do tego stworzeni?

Jakiś czas temu czytałem badania, jak często notowane jest wystąpienie epizodu depresyjnego w różnych krajach świata. Co się okazało Krajem numer jeden są Stany Zjednoczone, tam najwięcej osób popada w epizod depresji. A na ostatnim miejscu były Indie. Jeśli ktoś był w Indiach, to wie, jak tam wygląda życie – oni są non stop w relacjach. To jest coś takiego, co wyraźnie pokazuje, że te relacje są dla nas najważniejsze, i to relacje zdrowe, które dają nam oparcie, poczucie bezpieczeństwa, świadomość naszego miejsca w świecie, świadomość sensu. To bardzo ważne rzeczy. W wielu dużych miastach następuje dzisiaj bardzo silne zaburzenie tej relacyjności. Przyjeżdżając tutaj, pozbawiamy się tych pierwotnych więzi z naszymi bliskimi, rodzicami, dziadkami, znajomymi. Jesteśmy w pewnego rodzaju alienacji. Później wchodzimy w relacje z ludźmi, oczekując, że ta druga osoba wypełni nam całą masę różnego rodzaju deficytów.

Tym deficytem jest bliskość?

Sądzę, że nam się trochę pomyliły dwie rzeczy, że pomyliliśmy bliskość z konsumpcjonizmem. Bo bliskość jest wtedy, kiedy ja bez lęku w sercu mogę cię o coś poprosić i bez żadnej emocji w sercu przyjmę twoją zgodę lub odmowę i druga strona tak samo.

Ktoś powiedział, że drugi człowiek nie jest tylko do kochania, on jest też lustrem, w którym się przeglądam i widzę wszystko, co dobre, ale też to, co we mnie złe. Czasami nie chcemy na to patrzeć.

Bo to trudne. Życie we dwoje to próby sił, tarcia, które czasem obnażają słabości. A my często, zamiast docenić to, czego możemy się o sobie samych dowiedzieć, obciążamy się nawzajem odpowiedzialnością za swoje złe samopoczucie lub niepowodzenia i w konsekwencji, uwiedzeni telewizyjnym przymusem bycia szczęśliwym, porzucamy tę relację i idziemy szukać kolejnego „zbawcy”, który ma być gwarantem wiecznej i bezwysiłkowej szczęśliwości. I potwierdzamy w sobie przekonanie, że oni/one są nic nie warci/warte.

Dlatego niektórzy mówią: „Ja wcale nie chcę być z kimś, dobrze mi jest samemu”. To jest chyba kapitulacja?

Trzeba popatrzeć na kontekst. Pamiętajmy o tym, że dzisiaj trzeba bardzo dużo starań, żeby znaleźć pracę, utrzymać ją, a potem jeszcze coś osiągnąć itd. A budowanie bliskich relacji wymaga jeszcze więcej czasu i energii. Ludzie są zmęczeni, a jednocześnie chcą mieć wszystko. Chcą konsumować. Więc pomysł jest taki: pójdę na imprezę, spotkam jego albo ją i ten ktoś będzie „tym czymś”. Celowo mówię „czymś”, a nie „kimś”. Druga osoba staje się produktem, który wprowadzę do swojego życia. I będzie super, mam to, czego chciałem, mam z kim pogadać, mogę pójść do opery itd. Ale to tak nie działa. To jest myślenie wynikające z traktowania siebie przedmiotowo – mój partner to wcale nie jest mój partner, tylko pewnego rodzaju fantom, avatar, który ma zaspokoić moje potrzeby.

O czym my tutaj dzisiaj rozmawiamy O liście oczekiwań! Ważna jest kolejność stawiania sobie fundamentalnych pytań na temat życia. Pierwsze, które warto sobie zadać, to: „Dokąd zmierzam ”. A drugie „Kto tam ze mną chce pójść ”. Tymczasem dziś większość ludzi zadaje je sobie w odwrotnej kolejności: „Kto chce mnie ze sobą zabrać ” i „Dokąd ”.

Obserwuję taki paradoks wśród ludzi, którzy są sami, choć chcieliby być z kimś: walka płci. Kochamy się i nie znosimy? Nawet w naszej rozmowie to pobrzmiewa.

Tęsknimy za sobą i jednocześnie bardzo się siebie boimy. A ta wojna płci to właściwie próba ponownego dopasowania się do siebie. Niestety podejmowana w niefortunny sposób. Mam wrażenie, że jej głównym paliwem jest jakieś pokutujące w społeczeństwie przekonanie, które może brzmieć mniej więcej tak: „Oni/one mają lepiej”. To otwiera drogę do porównań, mierzenia, kto ma więcej, kto daje więcej itp. Tymczasem przekonanie takie jest z gruntu fałszywe. Jak powiadał mój terapeuta: „Wszystko wskazuje na to, że kobieta i mężczyzna są w stosunku do siebie zdystrybuowani komplementarnie”, co można przetłumaczyć mniej więcej tak: „Kobiety mają to, czego pragną mężczyźni, a mężczyźni mają to, czego pragną kobiety”. Może warto przestać już przed sobą udawać, że jest inaczej?

I kobiety, i mężczyźni często zakładają, że dopiero gdy znajdą kogoś, z kim się zwiążą, ich życie nabierze sensu, zmieni się na lepsze.

Człowiek – tabletka szczęścia.

A nie jest tak?

Kiedy spotykamy tego drugiego człowieka, to dana jest nam szansa, żeby być szczęśliwym. Ale reszta zależy od tego, jak tę okazję wykorzystamy. Nie ma ludzi, którzy nam dają szczęście. Są ludzie, którzy pozwalają nam po to szczęście sięgnąć, budować je. Związek to jest współpraca, dawanie sobie nawzajem, tak samo jak branie od siebie. Brać też wiele osób nie potrafi. A nie umieć brać to także jest mówienie komuś, że jest nam niepotrzebny. I też jest odpychające. Dopóki nie umiesz się wymienić, nie wiesz, czym się masz wymieniać, nie sposób mówić o szczęściu. Za swoje szczęście jesteś odpowiedzialna wyłącznie ty. Jest taka książka, której tytuł brzmi: „Pokochaj siebie, a nieważne, z kim się zwiążesz”. 

A ja gdzieś przeczytałam: „Odpuść poszukiwania, odpuść starania, zajmij się sobą, miłość sama przyjdzie”.

Kluczem do udanego związku jest właśnie emocjonalna autonomia. To zajęcie się sobą to jest droga do samopoznania. Poznanie i zaakceptowanie prawdy o sobie pozwala na osiągnięcie wewnętrznego spokoju. Odpuszczają wtedy wszelkie przymusy, uprzedzenia i powinności. Nie ma już konieczności obciążania kogoś odpowiedzialnością za moje szczęście lub jego brak, można wreszcie bez lęku pozwalać sobie na autentyczność w relacjach. Jest taka zasada wszechświata, że podobne przyciąga do siebie podobne. Gdy spotkają się dwie „pogodzone ze sobą” osoby, z łatwością zbudują zgodny związek.

Istnieje taki model rozwoju człowieka: najpierw jest zależność, gdy działa się w oparciu o „muszę”. Później jest faza niezależności, gdy dominuje „chcę”. I najwyższy etap – współzależność, gdy mówisz „wybieram”. „Wybieram ciebie, a ty mnie ”. I tak dzień za dniem budujecie ze sobą coraz silniejszą więź, która z łatwością oprze się nie tylko chwilowym rozterkom, ale nawet największym przeciwnościom losu.

Rozmowa z Jackiem Masłowskim ukazała się w „Urodzie Życia” 5/2015
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Zadie Smith
East News

Zadie Smith: „Wolę być średnią pisarką niż Virginią Woolf.”

„Odmierzam czas w opublikowanych książkach. Może skończę jeszcze 12, zanim umrę?”
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

Jedna z najważniejszych pisarek XXI wieku - Zadie Smith, autorka wielokrotnie nagradzanych "Białych zębów". Mówią o niej, że jest głosem pokolenia, ale ona twierdzi, że nie chce poświęcać pisaniu całego życia. „Wolę być szczęśliwa niż najlepsza” – mówi.   Podstawę adresu Smith zna każdy fan – z tytułu jej powieści – „Londyn. NW”, średnio zamożna północno-zachodnia część miasta. Kiedy docieram na miejsce, nie zaskakują też szczegóły – opisywała i tutejsze mało wytworne kawiarnie, i szeregi bliźniaczych domów, i dzieciaki o różnych kolorach skóry przesiadujące na murkach i ławkach.     Na powitanie wybiega do mnie Maud, mops, dziewięcioletnia suczka Zadie, jej jedyna towarzyszka podczas codziennych świętych godzin ciszy i pracy. Nie ma wtedy w domu męża Zadie, irlandzkiego pisarza i poety Nicka Lairda, ani dwójki ich dzieci – czteroletniej Kit i dwuletniego Harveya.   Smith przygotowuje herbatę z mlekiem i zaprasza do swojej pracowni. W tym pokoju pełnym książek, z oknem wychodzącym na jeden z kilkuset podobnych w okolicy ogródek, mówi: – Wychowałam się nieopodal, mama mieszka za rogiem. Wczoraj miałam lekcję jazdy samochodem i kiedy jeżdżę tutejszymi uliczkami, zdaję sobie sprawę, że znam mniej więcej każdego, kogo widzę przez okno albo w lusterkach. To jak mieszkanie na wsi w XIX w. Wszyscy wiedzą, kim jesteś.   Tylko że pani jest dzisiaj kimś zupełnie innym niż dziewczyna, którą mogą pamiętać z podwórka – ambitna córka imigrantki z Jamajki. Z mojego punktu widzenia – myślę też, że z punktu widzenia moich sąsiadów – nie zmieniło się to, co najważniejsze w mojej osobowości. Przede wszystkim jestem molem...

Czytaj dalej