Dojrzałe kobiety wybierają mężczyzn jak samochód: „I żeby był czerwony…”. 
Rodney Smith

Dojrzałe kobiety wybierają mężczyzn jak samochód: „I żeby był czerwony…”. 

Psychoterapeuta Jacek Masłowski o damsko-męskiej relacji.
Anna Maruszeczko
04.01.2019

Kobiety mają zawyżone wymagania. To płoszy mężczyzn. Wybierają młodsze albo uciekają w parakawalerskie życie – mówi psychoterapeuta Jacek Masłowski w rozmowie z Anną Maruszeczko.

Znam mnóstwo kobiet, które są same, choć nie chcą. I nie rozumieją, dlaczego nie potrafią wyjść z tej samotności, skończyć z nią. Może mężczyźni coś podpowiedzą?

Zacznę od prostej statystyki, od tego, że w miastach jest więcej wolnych kobiet niż wolnych mężczyzn. I to już pokazuje, że nie wszystkie mogą być z kimś, po prostu jest za mało kandydatów.

W Warszawie średnia wynosi jedenaście do jednego!

W Krakowie dziewięć do jednego. To jest bardzo duża przewaga. Dodajmy jeszcze, że kobiety, o których mówimy, są singielkami, czyli przeważnie w wieku 35+, bo one zaczynają wtedy tak o sobie myśleć (młodsze dziewczyny nie przeżywają siebie jako singielki). To są kobiety dojrzalsze emocjonalne, świadome swoich potrzeb, możliwości, ograniczeń itd. Ponieważ większość z nich była w związku, mają już swoje przekonania.

Mają też zahamowania, nawet lęki.

Właśnie. Czasem boją się wchodzić w nową relację, bo obawiają się powtórki – że zostaną zdradzone albo po raz kolejny wejdą w rolę opiekunki, czyli znów na ich barkach będzie wszystko. Z jednej strony mówią o swojej tęsknocie za trochę już wyidealizowanym partnerem, a jednocześnie pojawia się rozpacz, że to na pewno już się nie wydarzy. Samotne kobiety często funkcjonują między tymi dwoma biegunami.

Ale z jakiego powodu one nie mogą trafić na takich, a nie innych mężczyzn?

Bo mają bardzo wysoko podniesioną poprzeczkę, jeżeli chodzi o wymagania. Tak się dziwnie składa, że mimo postępu cywilizacyjnego, atawizmy biologiczne nadal silnie na nas wpływają. I kiedy pyta się kobietę, kto jest dla niej męski, to pierwszą cechą, która kojarzy się z męskością, jest siła. A w czym się wyraża współcześnie męska siła

W tym, że mężczyzna jest uczciwy, odważny, zaradny życiowo...

...Jakoś się zrealizował, coś osiągnął, czyli musi być silny. I teraz – co się dzieje Po pierwsze, nie każdy mężczyzna, nawet silny, jest w stanie osiągnąć sukces, bo jest pewna pula miejsc, w których można się ulokować. A po drugie, skoro tacy mężczyźni cieszą się wzięciem, to konkurencja wśród kobiet w stosunku do nich jest po prostu olbrzymia.

Dobrze, w dużych miastach jest deficyt i dlatego kobiecie trudno poznać odpowiedniego mężczyznę. Ale czy to jest jedyny powód?

Drugi jest taki, że kobiety kierują się trochę innym kluczem, jeśli chodzi o wybór partnera życiowego. Kierują się strategią, którą można nazwać „i taki, i taki”. Ma być opiekuńczy, przystojny, wysportowany, wrażliwy, zaradny, dowcipny itd. Jeżeli taki mężczyzna nawet się pojawia, to przecież nie spełnia zwykle tych wszystkich oczekiwań. Ale kobiety dążą do tego, żeby pula była jak największa. Mężczyźni z kolei wybierają zupełnie odwrotnie: „żeby miała albo ładne włosy, albo zgrabny tyłek, albo kształtne piersi”, czyli „albo–albo”.

I co z tego wynika?

Że mężczyźni są zdecydowanie mniej wymagający, jeżeli chodzi o cechy partnerki. To prawda, że często wyobrażają sobie kobietę – kochankę idealną, ale umawiają się na randki i chodzą do łóżka z normalnymi dziewczynami.

To tylko my jesteśmy tak biologicznie uwarunkowane, że wysoko mierzymy i chciałybyśmy mieć ideały wokół siebie?

To się wiąże z atawizmem, jakim jest rozrodczość – inwestycja w macierzyństwo ze strony kobiety jest nieproporcjonalnie większa niż ze strony mężczyzny w ojcostwo. A wracając do oczekiwań, prowadziłem niedawno warsztaty dla mężczyzn, gdzie jednym z elementów było pytanie: „Czego ty potrzebujesz od kobiety ”. Maksymalnie można było wymienić pięć cech. Zdziwiłabyś się, jakie odpowiedzi podały. Najczęściej: „Żeby była ciepła…”.

 

Jaka cudowna ściągawka powstanie! (Śmiech).

„Żeby była ciepła”, „Żeby się mną interesowała…”. Gdy zapytałem, co oznacza partnerstwo, usłyszałem: „Chciałbym, żeby ona razem ze mną uczestniczyła w różnych rzeczach”. I nie chodziło o żadne dzielenie się obowiązkami, tylko np.: „Jedziemy razem na wycieczkę albo razem gotujemy – to jest partnerstwo”. Co ciekawe, tylko jeden człowiek powiedział, że jest to seks.

Kiedy tego słuchałem, miałem poczucie, że ci mężczyźni cały czas mówią o stereotypowej wręcz tęsknocie za kobietą tworzącą ciepłe domowe ognisko. Nikt nie mówił o sprzątaniu, gotowaniu, prasowaniu – w ogóle tego nie było. Była potrzeba czułej kobiety, która jak jest trudno, to przyjdzie, przytuli.

Jakiś wyidealizowany obraz mężczyzny nam się wyłania. Czy on teraz naprawdę jest tak mało wymagający?

Mówię to, czego doświadczam, co słyszę. Oczywiście, że są też mężczyźni, którzy mają bardzo długą tę listę, tylko że ta lista jest i tak skracana, jak przychodzi co do czego. Bardzo często zdarza się, że mężczyźni wiążą się z kobietami, które tylko w jakimś stopniu spełniają ich oczekiwania.

To teraz porozmawiajmy o kobietach. Dlaczego się nie uelastycznią, dlaczego nie widzą, że mogą osiągnąć szczęście u boku mężczyzny mniej doskonałego?

To jest w ogóle droga do tego, żeby wejść w związek, ale wiele kobiet nie chce się już uelastycznić, ponieważ ich dotychczasowe doświadczenia pokazały im, że to nie jest droga do sukcesu.

To, co powiem, nie będzie miłe, ani popularne. Ale im kobieta starsza, tym bardziej zaniża oczekiwania. Bo ma do wyboru, że albo zostanie sama, albo zwiąże się z mężczyzną, który jej odpowiada choćby w jakimś stopniu. Albo zupełnie zrezygnuje z takiego pomysłu, żeby się jeszcze z kimś związać. I jest jeszcze inna rzecz, jeszcze jeden atawizm, bardzo ważny, tym razem męski – mężczyźni wolą na ogół młodsze kobiety, bo one są zdecydowanie mniej wymagające. Jedną z najważniejszych rzeczy dla przeciętnego mężczyzny jest możliwość imponowania swojej kobiecie. To nie muszą być wielkie rzeczy, ważne jest poczucie, że ona patrzy na ciebie i za coś cię docenia. Nie robimy tego

Kobiety „kastrują” mężczyzn. Deprecjonują. A mężczyzna, który jest równolatkiem 35–40-letniej kobiety, ma do wyboru: albo wejść w kierat, albo wejść w związek z młodszą, z którą jest zdecydowanie łatwiej. Łatwiej jej zaimponować, jest atrakcyjniejsza seksualnie. I w perspektywie jest kilka lat całkiem fajnego życia bez zobowiązań. 

Ale ta różnica wieku też jest ryzykowna, zwłaszcza w przypadku mężczyzny, który jest partnerem z odzysku. Może mu zabraknąć witalności, by sprostać oczekiwaniom „małolaty”.

Ale on nie musi rozważać, czy za 15 lat będzie z nią jeszcze w związku, czy nie. Liczy się to co teraz. Jeżeli jednego dnia spotykasz się na randce z 40-letnią kobietą, która mówi: „Teatr… Opera… 10 tysięcy miesięcznie… Mam dwójkę dzieci i chciałabym, żebyś pomógł mi je wychować…”, to patrzysz na nią i myślisz: „Mhm, ładna kobieta…”.

(Śmiech). I pierzchasz?

Na drugi dzień idziesz i spotykasz się z 25-latką, która żyje pełnią życia. Jest w niej energia, a na dodatek każde zdanie, które wypowiesz, jest dla niej jak wyrocznia. Wtedy naprawdę nie zastanawiasz się, co będzie za 15 lat. Poza tym tych młodszych jest stosunkowo dużo, dlatego że one przyjeżdżają do wielkich miast do pracy, szukają swojej drogi i są bardzo aktywne w pozyskiwaniu mężczyzn.

A 35-latka się tak nie stara?

Czasem spotkanie z kobietą dojrzałą wygląda tak, jakby ona składała zamówienie na samochód: „I żeby był czerwony…”. Wtedy myślisz: „Które z tych rzeczy ja mam do zaoferowania ”. „Jak ja mam spędzić resztę swojego życia Czy znowu mam się wykazywać Wykazuję się w pracy, muszę spełniać oczekiwania, ale wracam do domu i chciałbym wreszcie odpocząć”. Większość mężczyzn marzy o tym, żeby mieć w domu święty spokój. I jeśli nie wybiorą młodszej, to często wybierają życie „parakawalerskie”, zwłaszcza że okoliczności temu sprzyjają.

Okoliczności?

W dawnych czasach etos mężczyzny był jasny, było wiadomo, po co się jest mężczyzną i jakie powinno się mieć cechy, żeby temu podołać. A dzisiaj, kiedy w przekazie społecznym coraz częściej podkreśla się, że współczesna kobieta nie potrzebuje mężczyzny, jest samowystarczalna, to on gubi się w swojej roli, nie wie, jaki ma być. Wielu mężczyzn zamiast szukać jakiegoś rozwiązania, wycofuje się do bezpiecznych aktywności. Na przykład idzie w imprezowanie, gdzie nie wchodzi się w żadne relacje, w żadne systemy ocen. Część wycofuje się w ogóle w wirtualne życie.

A co mężczyźni robią nie tak? Bo niektórzy też cierpią z powodu samotności, też chcą być z kimś, ale im się nie udaje.

Są mężczyźni, którzy są sami, ponieważ tak wybierają. Bo dzisiaj, szczególnie w dużym mieście, zdecydowanie lepiej jest żyć mężczyźnie niż kobiecie. Jak nie ma zobowiązań, to możesz robić wiele rzeczy, masz swobodny wybór. Ci mężczyźni raczej wolą się bawić, niż wchodzić w wiążące relacje. Ale są też mężczyźni, którzy sprawiają wrażenie, że nie ma w nich energii, sprawczości.

Inną kwestią jest dość często spotykana u mężczyzn „szczelność emocjonalna”. Tacy mężczyźni, nawet jeśli spotykają otwartą, angażującą się kobietę, pozostają niejako „obok” tej relacji. Są w niej bardziej ciałem niż sercem. Tak czy owak prowokują złość kobiet na siebie.

Dlaczego?

Bo oni są w ich oczach niemęscy. To nie jest wyzwanie, to nie jest challenge, tu nie ma się na czym oprzeć, nie ma wyrazistości. To są mężczyźni, którzy funkcjonują trochę jak takie zagubione nastolatki. Jeśli trafią na kobietę, która ma jakoś rozwinięty obszar opiekuńczości, to ta relacja ma szansę trwać. Zresztą kobiety bardzo często mają w sobie rys zbawiania świata. Jak się coś dzieje, to włącza się ten instynkt opiekuńczości i wiele kobiet sądzi, że takiego mężczyznę wesprą, zmotywują, żeby się starał, żeby był męski, żeby zaczął się realizować.

I wydaje im się, że kiedyś stworzą pełnowymiarowego mężczyznę?

A nie da się oszukiwać swojej męskości. I ci partnerzy nie stają się sprawczymi mężczyznami, dalej nie widzą w tym sensu, ponieważ partnerka zachowuje się jak matka, która paradoksalnie nie pozwala im dorosnąć.

To co powinniśmy zrobić, żeby zwiększyć szansę na związek, a nie trwać w samotności?

Mężczyźni oczekują, że kobiety w jakimś sensie ich zaakceptują. Kłopot polega na tym, że bardzo wielu mężczyzn nie potrafi do końca powiedzieć, jakie ma oczekiwania. Jeszcze raz powtórzę – oni potrzebują maksymalnie pięciu rzeczy od kobiety. To naprawdę mało. Druga sprawa to jest strach. Jeżeli kobiety tak silnie i wyraźnie eksponują swoje atuty, to mężczyźni z góry zakładają, że nie są godni tych kobiet, więc się wycofują.

I to jest odpowiedź na to, co nas tak dziwi: jest tyle wspaniałych kobiet, ładnych, mądrych, samowystarczalnych. I samotnych!

Tylko że te kobiety zachowują się często tak, jakby krzyczały: „Słuchajcie, w moim życiu nie ma przestrzeni na mężczyznę! No chyba, że jako jakiś gadżet”. Wyobraź sobie, że ja przychodzę i mówię: „Słuchaj, ja nie potrzebuję do niczego kobiety. Sprzątam sam, sam sobie gotuję, sam zarabiam, sam sobie organizuję czas…”. Z góry informuję, że jesteś dla mnie nieważna.

Poza tym jest bardzo dużo kobiet, które mimo deklaracji werbalnych, że chciałyby być z mężczyzną, nie wysyłają energetycznego, emocjonalnego sygnału zapraszającego. Chodzi o taki rodzaj miękkości, uległości, który mężczyznę zaprasza, żeby podejść, porozmawiać, żeby się pokazać.

Uległość nie brzmi dobrze, ustawia kobietę w dawnej roli, z której się wyemancypowała.

Uległość to możliwość otwarcia się. Nie należy tego słowa mylić z podległością, chociaż w potocznym rozumieniu ono się z nią łączy. Dzisiaj kobiety, a już szczególnie tzw. kobiety sukcesu, z tą uległością mają problem.

To nawet nie muszą być kobiety sukcesu, ale samotne matki albo te rozwiedzione, porzucone, które musiały po prostu sobie poradzić i zhardziały tak, że już zabiły w sobie ten pierwiastek.

Tak, tylko że to też nie jest do końca to. Bo kobiety, które żyją w świecie, gdzie są męskie reguły, wchodzą w stan rywalizacji – one muszą się ścigać z mężczyznami, ale przede wszystkim muszą się ścigać same ze sobą. Tam nie ma miejsca, żeby sobie odpuścić, bo po pierwsze, jesteś kobietą, więc musisz dwa czy trzy razy więcej udowodnić, bo inaczej potwierdzi się stereotyp, że „baba do niczego się nie nadaje”. A po drugie, męskie reguły są takie, że to my mamy wygrywać. Kogo takie kobiety najczęściej zapraszają?

Nie wiem.

Mężczyzn, którzy chcą rywalizować. Często wychodzi z tego związek bardzo silnie seksualny, oparty na tzw. acting oucie, czyli odreagowywaniu, gdzie łóżko staje się polem walki o dominację. Bo ten związek jest oparty generalnie o regułę: „Kto wygrywa, ten dominuje”. Na dłuższą metę to jest jednak niszczące i wypalające.

Słyszę czasem, że samotni są tylko ci ludzie, którzy tak naprawdę tego chcą. Najlepiej im ze sobą, nie muszą się niczym z nikim dzielić – ani czasem, ani pieniędzmi. I mają święty spokój w pakiecie z samotnością.

Na to nie ma reguł. Jeżeli jest tak, że mężczyzna zraził się w relacji z kobietą, to przez jakiś czas nie jest zainteresowany kobietami albo wręcz przeciwnie, jest nimi bardzo zainteresowany. Są ludzie, którzy dają sobie przestrzeń na to, żeby być samemu, dowiedzieć się czegoś o sobie, przemyśleć, dlaczego ich związek się zepsuł, zawalił, skończył. Ale te osoby stanowią na ogół mniejszość i w tym sensie one są samotne z wyboru. Z reguły samotność wynika z bardzo złego nastawienia do drugiej płci, związanego z jakimś przeżyciem, traumą. Jednak człowiek nie jest istotą, która może żyć samotnie.

My nie jesteśmy do tego stworzeni?

Jakiś czas temu czytałem badania, jak często notowane jest wystąpienie epizodu depresyjnego w różnych krajach świata. Co się okazało Krajem numer jeden są Stany Zjednoczone, tam najwięcej osób popada w epizod depresji. A na ostatnim miejscu były Indie. Jeśli ktoś był w Indiach, to wie, jak tam wygląda życie – oni są non stop w relacjach. To jest coś takiego, co wyraźnie pokazuje, że te relacje są dla nas najważniejsze, i to relacje zdrowe, które dają nam oparcie, poczucie bezpieczeństwa, świadomość naszego miejsca w świecie, świadomość sensu. To bardzo ważne rzeczy. W wielu dużych miastach następuje dzisiaj bardzo silne zaburzenie tej relacyjności. Przyjeżdżając tutaj, pozbawiamy się tych pierwotnych więzi z naszymi bliskimi, rodzicami, dziadkami, znajomymi. Jesteśmy w pewnego rodzaju alienacji. Później wchodzimy w relacje z ludźmi, oczekując, że ta druga osoba wypełni nam całą masę różnego rodzaju deficytów.

Tym deficytem jest bliskość?

Sądzę, że nam się trochę pomyliły dwie rzeczy, że pomyliliśmy bliskość z konsumpcjonizmem. Bo bliskość jest wtedy, kiedy ja bez lęku w sercu mogę cię o coś poprosić i bez żadnej emocji w sercu przyjmę twoją zgodę lub odmowę i druga strona tak samo.

Ktoś powiedział, że drugi człowiek nie jest tylko do kochania, on jest też lustrem, w którym się przeglądam i widzę wszystko, co dobre, ale też to, co we mnie złe. Czasami nie chcemy na to patrzeć.

Bo to trudne. Życie we dwoje to próby sił, tarcia, które czasem obnażają słabości. A my często, zamiast docenić to, czego możemy się o sobie samych dowiedzieć, obciążamy się nawzajem odpowiedzialnością za swoje złe samopoczucie lub niepowodzenia i w konsekwencji, uwiedzeni telewizyjnym przymusem bycia szczęśliwym, porzucamy tę relację i idziemy szukać kolejnego „zbawcy”, który ma być gwarantem wiecznej i bezwysiłkowej szczęśliwości. I potwierdzamy w sobie przekonanie, że oni/one są nic nie warci/warte.

Dlatego niektórzy mówią: „Ja wcale nie chcę być z kimś, dobrze mi jest samemu”. To jest chyba kapitulacja?

Trzeba popatrzeć na kontekst. Pamiętajmy o tym, że dzisiaj trzeba bardzo dużo starań, żeby znaleźć pracę, utrzymać ją, a potem jeszcze coś osiągnąć itd. A budowanie bliskich relacji wymaga jeszcze więcej czasu i energii. Ludzie są zmęczeni, a jednocześnie chcą mieć wszystko. Chcą konsumować. Więc pomysł jest taki: pójdę na imprezę, spotkam jego albo ją i ten ktoś będzie „tym czymś”. Celowo mówię „czymś”, a nie „kimś”. Druga osoba staje się produktem, który wprowadzę do swojego życia. I będzie super, mam to, czego chciałem, mam z kim pogadać, mogę pójść do opery itd. Ale to tak nie działa. To jest myślenie wynikające z traktowania siebie przedmiotowo – mój partner to wcale nie jest mój partner, tylko pewnego rodzaju fantom, avatar, który ma zaspokoić moje potrzeby.

O czym my tutaj dzisiaj rozmawiamy O liście oczekiwań! Ważna jest kolejność stawiania sobie fundamentalnych pytań na temat życia. Pierwsze, które warto sobie zadać, to: „Dokąd zmierzam ”. A drugie „Kto tam ze mną chce pójść ”. Tymczasem dziś większość ludzi zadaje je sobie w odwrotnej kolejności: „Kto chce mnie ze sobą zabrać ” i „Dokąd ”.

Obserwuję taki paradoks wśród ludzi, którzy są sami, choć chcieliby być z kimś: walka płci. Kochamy się i nie znosimy? Nawet w naszej rozmowie to pobrzmiewa.

Tęsknimy za sobą i jednocześnie bardzo się siebie boimy. A ta wojna płci to właściwie próba ponownego dopasowania się do siebie. Niestety podejmowana w niefortunny sposób. Mam wrażenie, że jej głównym paliwem jest jakieś pokutujące w społeczeństwie przekonanie, które może brzmieć mniej więcej tak: „Oni/one mają lepiej”. To otwiera drogę do porównań, mierzenia, kto ma więcej, kto daje więcej itp. Tymczasem przekonanie takie jest z gruntu fałszywe. Jak powiadał mój terapeuta: „Wszystko wskazuje na to, że kobieta i mężczyzna są w stosunku do siebie zdystrybuowani komplementarnie”, co można przetłumaczyć mniej więcej tak: „Kobiety mają to, czego pragną mężczyźni, a mężczyźni mają to, czego pragną kobiety”. Może warto przestać już przed sobą udawać, że jest inaczej?

I kobiety, i mężczyźni często zakładają, że dopiero gdy znajdą kogoś, z kim się zwiążą, ich życie nabierze sensu, zmieni się na lepsze.

Człowiek – tabletka szczęścia.

A nie jest tak?

Kiedy spotykamy tego drugiego człowieka, to dana jest nam szansa, żeby być szczęśliwym. Ale reszta zależy od tego, jak tę okazję wykorzystamy. Nie ma ludzi, którzy nam dają szczęście. Są ludzie, którzy pozwalają nam po to szczęście sięgnąć, budować je. Związek to jest współpraca, dawanie sobie nawzajem, tak samo jak branie od siebie. Brać też wiele osób nie potrafi. A nie umieć brać to także jest mówienie komuś, że jest nam niepotrzebny. I też jest odpychające. Dopóki nie umiesz się wymienić, nie wiesz, czym się masz wymieniać, nie sposób mówić o szczęściu. Za swoje szczęście jesteś odpowiedzialna wyłącznie ty. Jest taka książka, której tytuł brzmi: „Pokochaj siebie, a nieważne, z kim się zwiążesz”. 

A ja gdzieś przeczytałam: „Odpuść poszukiwania, odpuść starania, zajmij się sobą, miłość sama przyjdzie”.

Kluczem do udanego związku jest właśnie emocjonalna autonomia. To zajęcie się sobą to jest droga do samopoznania. Poznanie i zaakceptowanie prawdy o sobie pozwala na osiągnięcie wewnętrznego spokoju. Odpuszczają wtedy wszelkie przymusy, uprzedzenia i powinności. Nie ma już konieczności obciążania kogoś odpowiedzialnością za moje szczęście lub jego brak, można wreszcie bez lęku pozwalać sobie na autentyczność w relacjach. Jest taka zasada wszechświata, że podobne przyciąga do siebie podobne. Gdy spotkają się dwie „pogodzone ze sobą” osoby, z łatwością zbudują zgodny związek.

Istnieje taki model rozwoju człowieka: najpierw jest zależność, gdy działa się w oparciu o „muszę”. Później jest faza niezależności, gdy dominuje „chcę”. I najwyższy etap – współzależność, gdy mówisz „wybieram”. „Wybieram ciebie, a ty mnie ”. I tak dzień za dniem budujecie ze sobą coraz silniejszą więź, która z łatwością oprze się nie tylko chwilowym rozterkom, ale nawet największym przeciwnościom losu.

Rozmowa z Jackiem Masłowskim ukazała się w „Urodzie Życia” 5/2015
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Kryzys męskości
Geof Kern

Koniec kult macho czy początek kryzysu męskości? Czas na wielką męską rewolucję.

Prof. Zimbardo bije na alarm: „Coś złego się dzieje z mężczyznami!”
Anna Maruszeczko, red. naczelna miesięcznika „Uroda Życia”
17.01.2019

Ostatnie lata były pełne eksplorowania spraw związanych z kobiecością, co prof. Zimbardo puentuje, mówiąc, że feminizm zrobił bardzo dużo dobrego dla budowania autonomii kobiet, ale to, co zrobił złego, to nie zaprosił mężczyzn w tę podróż” – mówi Jacek Masłowski, psychoterapeuta i filozof, prowadzący warsztaty rozwoju osobistego dla mężczyzn, prezes Fundacji Masculinum.   W rozmowie z Anną Maruszeczko mówi o współczesnym kryzysie męskości i książce Philipa G. Zimbardo i Nikity Coulombe „Gdzie ci mężczyźni”, Wydawnictwo Naukowe PWN 2015.     Anna Maruszeczko: Profesor Zimbardo, promując swoją najnowszą książkę „Gdzie ci mężczyźni ”, bije na alarm: „Obudźcie się! Dzieje się dziś coś strasznego z naszymi młodymi mężczyznami!”. Czy to padnie na podatny grunt? Temat kryzysu męskości od jakiegoś czasu krąży w społecznym obiegu, w mediach, ale albo ideologicznie, albo wstydliwie. Jacek Masłowski: Zimbardo mówi o kryzysie męskości w kulturze zachodniej. Świat coraz poważniej zaczyna się interesować problematyką współczesnych mężczyzn. Szczególnie że ostatnie lata były pełne eksplorowania spraw związanych z kobiecością, co Zimbardo puentuje, mówiąc, że feminizm zrobił bardzo dużo dobrego dla budowania autonomii kobiet, ale to, co zrobił złego, to nie zaprosił mężczyzn w tę podróż.   Klimat społeczny na świecie się zmienia, a mężczyźni zostają w tyle, w odróżnieniu od kobiet, organizujących się w licznych ruchach. Nie powstał żaden ruch pomagający w zaktualizowaniu się roli mężczyzny w społeczeństwie – grzmi amerykański profesor. Czy taki ruch jest potrzebny? Jest niezbędny. Słowo „ruch” ma wiele znaczeń, bo po pierwsze, to jest zaproszenie mężczyzn do...

Czytaj dalej
Rozwój osobisty: emocje

Jak w końcu poradzić sobie z własnymi emocjami? Przestań udawać

„Dopiero kiedy zrzucamy maski, możemy być szczęśliwi.”
Anna Maruszeczko
04.01.2019

Bez emocji nie ma nas. Ale jesteśmy uczeni, że niektóre lepiej ukryć. Kobiety oduczane są agresji, mężczyźni – łez. A przecież my czasem mamy ochotę walnąć, a oni zapłakać. Dopiero kiedy zrzucamy maski, możemy być naprawdę szczęśliwi. Jak to zrobić – mówi J acek Masłowski, psychoterapeuta i filozof; prowadzi warsztaty rozwoju osobistego dla mężczyzn, prezes fundacji Masculinum.  Anna Maruszeczko: „Większość mężczyzn nie ma życia. Zamiast niego jest wielkie udawanie, każdego dnia po prostu żyjemy w kłamstwie. Ale wszyscy się do tego przyzwyczailiśmy i nie zwracamy na to uwagi” – ponura diagnoza słynnego psychologa Steve’a Biddulpha. Prawdziwa? – Zdecydowanie tak. Kiedy pytam: „Co ty byś chciał w życiu, dokąd zmierzasz?”, to 99 na 100 mężczyzn odpowie: „Nie wiem”. Będą mówili o rzeczach, które płyną z jakiegoś stereotypu społecznego, ale jeżeli zaprosiłbym ich do spojrzenia w siebie, to nie ma odpowiedzi. Albo proste pytanie o relacje: „Po co ci w życiu kobieta?”.   Też pusto? Większość mężczyzn mówi: „Nie wyobrażam sobie życia bez kobiety”. „Ale dlaczego ”, „No, bo tak by było pusto”, „Bo nie byłoby seksu…”. „Dobrze, ale na razie mówisz jednostronnie, a co ty chcesz dać kobiecie ”. To są pytania miażdżące, wielu mężczyzn nie ma odpowiedzi. Dlaczego tak jest? Nie do końca wiedzą, kim są. Na pytanie „Co teraz czujesz ”, 9 na 10 mężczyzn odpowie, co myśli bądź „Nie wiem”. Ostatnio obserwowałam mężczyznę, który pokłócił się z żoną kolejny raz (długi staż). Nie przyszło mu do głowy, żeby o tym porozmawiać. Przyzwyczaił się? Nie zastanawia się.  Ale to jest inteligentny człowiek......

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

„Wciąż przeżywasz rozstanie? Patrz na kalendarz!” Psycholożka o długoterminowych singielkach

„Wierzymy wciąż w mit księcia, ideału. Liczymy na to, że miłość romantyczna będzie spełnieniem dziecięcych marzeń o bezwarunkowej akceptacji. A jeśli taka nie jest — wycofujemy się, kręcąc nosem” — mówi w rozmowie z nami psycholog, Katarzyna Kucewicz.
Sylwia Arlak
20.08.2020

Samotność to nie jest najgorsza rzecz na świecie – ale niekoniecznie też musi być dla nas najlepsza. Zdaniem psychologów większość z nas jest stworzona do życia w zwiazku: wg badań żyjąc w związkach, jesteśmy zdrowsze i bardziej odporne na stres. Czasem jednak – np. po  trudnym rozwodzie, wielkim rozczarowaniu albo setce nieudanych randek z Tindera – wydaje nam się, że jesteśmy już skazane na samotność do końca życia. O tym czy naprawdę tak musi być, rozmawiamy z psycholożką Katarzyną Kucewicz, współwłaścicielką gabinetu psychologicznego Inner Garden, autorką książki „Pięknie odmienni” wyd. Sensus. Życie po rozstaniu Sylwia Arlak: Jak szukać miłości, kiedy nie ma w nas już nadziei? Katarzyna Kucewicz:  Pytanie, skąd wziął się w nas ten brak nadziei? Ile trwa? Jeżeli jesteśmy po bardzo trudnym rozstaniu, włożyłyśmy dużo energii we wcześniejszt związek, w ratowanie go, a mimo to nam się nie udało, to jesteśmy rozczarowane mężczyznami, potrzebujemy czasu, regeneracji, żeby z powrotem się na kogoś otworzyć. Nie mamy wtedy nadziei, bo jesteśmy umęczone przeżywaniem żalu po stracie i jeszcze nie gotowe na przyjęcie nowej osoby. To zupełnie normalna i zdrowa reakcja. Nie warto rzucać się wówczas na siłę w kolejne związki. Lepiej dać sobie przestrzeń i przyzwolenie na to, żeby pobyć singielką, nawet jeśli wszystkie nasze koleżanki wokół mają partnerów. Dojść ze sobą do ładu i świadomie pobyć w stanie braku nadziei, apatii i zrezygnowania. Ze spokojem przyjąć te uczucia, jako naturalną reakcję organizmu na przeżycie straty. Ale będąc w tym smutku, warto patrzeć na zegarek i kalendarz. Bo jeżeli jesteśmy same już piąty rok i ze złością kręcimy głową, że już nie mamy nadziei, to znaczy, że w tej rezygnacji się zatraciłyśmy. I wtedy...

Czytaj dalej
rodzina patchworkowa
Getty Images

Rodzina patchworkowa: czy on pokocha moje dzieci? - wywiad z psychologiem

„Zobacz, to są moje dzieci i ty masz je tak samo kochać jak mnie”. Ale to jest nie do zrobienia. Dlatego, że inaczej się kocha kobietę, a inaczej kocha się dzieci. Poza tym nawet własnych dzieci nie kochamy automatycznie, tylko się ich uczymy.
Anna Maruszeczko
22.10.2018

Rodzina patchworkowa przeżywa inne problemy niż rodzina, w której dzieci mają biologicznych rodziców. Przykład: nowy partner mamy dzieci nie był zainteresowany przejęciem kontroli, władzy, tylko tym, co im dać, żeby trochę wzrosły. Bacznie się im przyglądając, zauważył podstawowy deficyt, jakim był brak uwagi. „Kobiety nie mogą swoją miarką mierzyć partnera, który ma krótszy albo żaden staż rodzicielski. Na początku taki mężczyzna bardziej potrzebuje wsparcia, niż to wsparcie może dawać. Ale jeżeli partnerzy się naprawdę kochają, to dzieci będą objęte tą miłością” – zapewnia psychoterapeuta i filozof Jacek Masłowski. Anna Maruszeczko: Mamy nową parę, która się na tyle mocno kocha, że planuje wspólne życie, ale – UWAGA! – ona ma dzieci. On deklaruje, że nie ma nic przeciw, a mimo to wspólne życie się nie układa. Jacek Masłowski: A czy on już jest tatą? Pytam, ponieważ jest grupa mężczyzn, którzy nie są w  stanie być ojcami dla nie swoich dzieci. Z reguły dotyczy to tych, którzy mają już swoje. Przeżywają coś w rodzaju dylematu, poczucia winy, blokady: „Skoro nie mogę być ojcem dla własnych dzieci, to czy będę potrafił być ojcem dla cudzych? Swoim coś zabrałem, tym mam dać? Czy to jest w porządku?”. To praktycznie uniemożliwia wejście w głęboką relację z nową partnerką. Drugie pytanie, które mi się nasuwa, to: „Czy ta kobieta szuka partnera dla siebie, ojca dla swoich dzieci czy może jednego i drugiego?”. Jednego i drugiego! To chyba oczywiste? Wcale nie. Czasem kobieta szuka przede wszystkim opiekuna dla swoich dzieci. W tym przypadku jest tak: „Kochaj mnie w pakiecie z moimi dziećmi”. Tylko że dzieci stają okoniem. Bo dzieci już mają tatę. Nie trzeba być na co dzień ze sobą, żeby dzieci...

Czytaj dalej