Psychoterapia poznawczo-behawioralna: to, jak myślisz o sobie, ma wpływ na twoje życie
iStock

Psychoterapia poznawczo-behawioralna: to, jak myślisz o sobie, ma wpływ na twoje życie

Moc myślenia o sobie wykorzystuje terapia narracyjna i psychoterapia poznawczo-behawioralna. „Historia, którą ułożymy na swój temat, determinuje to, jakich wyborów będziemy w życiu dokonywać i jaką drogą pozwolimy sobie pójść, a jaką przed sobą zamkniemy” – mówi psycholog Anna Cierpka.
Karolina Rogalska
22.09.2020

Nie na wszystko mamy wpływ. Fakt. Ale z pewnością mamy wpływ na to, jak o sobie myślimy. „Historia, którą na swój temat ułożymy, determinuje to, jakich wyborów będziemy dokonywać i jaką drogą pozwolimy sobie pójść, a którą przed sobą zamkniemy”, mówi psycholog, dr hab. Anna Cierpka.

Karolina Rogalska: „Życie, które mi dano, jest tylko opowieścią; ale jak ja ją opowiem, to już moja sprawa” – pisał Marek Hłasko w „Pięknych dwudziestoletnich”. W potocznej opinii tożsamość to coś, co należy odkryć, ale zdaniem psychologów narracyjnych jest to nasz autorski projekt. Opowieść, którą aktywnie konstruujemy w biegu życia. Okazuje się, że sposób, w jaki ją sobie opowiemy, przekłada się na naszą rzeczywistość. 

Anna Cierpka: Tożsamość może być rozumiana jako mit osobisty, historia o nas samych, którą w ciągu życia układamy. Z opowieści, z którymi się spotykamy – rodzinnych, kulturowych, zasłyszanych w miejscu pracy czy w szkole – wyjmujemy różne fragmenty. Z tych odłamków konstruujemy własną historię, która w jakiś sposób łączy przeszłość, teraźniejszość i przyszłość w spójną całość znaczeniową. Sposób, w jaki będziemy opowiadać o sobie, jaką rolę będziemy w tych narracjach odgrywać, może rzeczywiście wpływać na nasze życie. Historia, którą ułożymy na swój temat, determinuje to, co będziemy o sobie myśleć, jakich wyborów będziemy w życiu dokonywać i jaką drogą pozwolimy sobie pójść, a jaką przed sobą zamkniemy.

Mit, czyli historia w pewnym stopniu zmyślona?

Pytanie, co to znaczy prawdziwa historia? Większości faktów nadajemy subiektywne znaczenia. Dany ciąg zdarzeń możemy interpretować zupełnie inaczej w zależności od kontekstu, czyli tego, w jakim punkcie życia jesteśmy, od przeżytych doświadczeń, a nawet stanu emocjonalnego. Podam przykład. Proszę sobie wyobrazić, że idzie pani na rozmowę kwalifikacyjną do pracy, na której bardzo pani zależy. Jest pani zdenerwowana, ale odpowiada na wszystkie pytania rekrutera. Wraca pani do domu i czeka na odpowiedź, jednak nikt nie dzwoni. W końcu dochodzi pani do przekonania, że rozmowa poszła źle. Jest pani przygnębiona, te negatywne emocje powodują, że wyławia pani z pamięci głównie takie momenty, które potwierdzają, że jest pani beznadziejna i poniosła sromotną klęskę: machała pani ze zdenerwowania nogą, nie dość płynnie odpowiadała na pytania czy podała wilgotną od potu dłoń na przywitanie. Pojawia się poczucie kompletnej porażki. W końcu dzwoni telefon. Jest informacja, że rozmowa poszła bardzo dobrze i dostała pani pracę. Za parę tygodni prawdopodobnie będzie pani wspominała całe zajście w zupełnie inny sposób – w tej nowej narracji już nie będzie pani beznadzieja, tylko skuteczna i profesjonalna. Bo tak naprawdę kontekst decyduje o tym, które informacje będziemy wybierać i przez pryzmat czego będziemy je filtrować. 

Czyli nasza pamięć nie działa jak komputer, z którego w każdej chwili możemy wydobyć obiektywny zapis rzeczywistości?

Funkcjonowanie naszej pamięci jest zagadką, ale mamy wiele dowodów na to, że informacje zapamiętywane  z przeszłości bardzo przekształcamy. Wspomnienia autobiograficzne mają przede wszystkim podtrzymać integralność naszego „ja”, nawet kosztem wierności odtwarzania faktów. Co ciekawe, negatywne treści są silniejsze niż pozytywne: są mocniej przeżywane, dogłębniej analizowane i przetwarzane, mają też większe konsekwencje dla naszego odbioru rzeczywistości czy budowania relacji z ludźmi. Np. badania nad wspomnieniami z dzieciństwa pokazały, że z tego okresu znacznie więcej pamiętamy rzeczy niemiłych. Dotyczy to nawet tych osób, które uważają swoje dzieciństwo za szczęśliwe.

Wiele negatywnych przekonań, które mamy na swój temat, to pokłosie historii dotyczących naszego dzieciństwa, usłyszanych od bliskich nam osób. 

Dennis Merzel, mistrz zen, u którego praktykował m.in. Jacek Santorski, powiedział, że przez pół życia zmagał się z ogromnym poczuciem winy, bo kiedy się rodził, prawie zabił swoją matkę.

Myślę, że często jesteśmy nieświadomi tego, jak mocno różne historie zostają w naszych dzieciach. Przylegają do nich jak druga koszula. Te opowieści konstruują to, co one później o sobie myślą, jakich wyborów dokonują w życiu, jak sobie radzą w różnych sytuacjach.

Swojego czasu na oddziale porodowym prowadziłam badania nad tym, jak kobiety opowiadają o swoich nowo narodzonych dzieciach. Poród siłami natury, bez komplikacji; matki i dzieci za chwilę powinny wychodzić do domu. Kobiety miały w kilku zdaniach opowiedzieć o swoim dziecku, głównie o interakcjach podczas karmienia. Przypomnę, że te dzieci urodziły się cztery dni wcześniej, czyli nówki sztuki, zupełnie nieznane istoty. Z tych opowieści wyłoniły się dwa sposoby konstruowania narracji. Część mam mówiła mniej więcej tak: „Proszę zobaczyć, nie je. Nie chce, nie umie, wypluwa, histeryczka jakaś”. A druga grupa matek mówiła: „Nie je, pewnie źle podaję pierś, muszę zapytać położną, co mogę zrobić. Muszę się tego nauczyć”. „O, widzi pani, inaczej podałam i się uspokoiła”.

To są dwa zupełnie inne wzorce. Pierwszy to całkowite zrzucenie odpowiedzialności za interakcję na dziecko i stworzenie ramy interpretacyjnej: ono nie umie, ono nie wie, histeryk. Czyli może się zdarzyć, że już w dniu urodzenia powstaje pewna rama interpretacyjna historii o dziecku. Etykieta tożsamościowa naklejona na jego czoło.

Etykiet, które w dzieciństwie dostaliśmy od ważnych osób, trudno jest się pozbyć. 

Z całą pewnością. Tym bardziej że one działają jak samospełniająca się przepowiednia. Jeżeli rodzic wchodzi w relację z dzieckiem z konkretnym przekonaniem, np.: mój syn jest leniwy, to okazuje się, że będzie z jego zachowania wydobywał takie zdarzenia, które tę tezę potwierdzą. Przy jednoczesnym ignorowaniu wszystkich faktów, które jej zaprzeczają. I takie dziecko już będzie musiało stanąć na rzęsach, żeby udowodnić, że tak nie jest. A często wcale nie podejmie takiego wyzwania, ponieważ może sobie pomyśleć: skoro ciągle to słyszę, to pewnie tak jest. Nasze przekonania na temat dzieci mają ogromną moc sprawczą, dlatego zawsze apelujemy do rodziców, żeby nie mówili do dziecka: „Ty głupku”, „Ty kłamczuchu”, „Ty ofiaro”. Bo to jest zaproszenie dziecka do stania się taką osobą.

Dziecko dorasta, wyprowadza się z domu, idzie w świat i niesie ze sobą ten przekaz?

Proszę wyobrazić sobie dorosłą kobietę, której matka zawsze mówiła: „Nie poradzisz sobie z tym, przecież jesteś kobietą”. Rośnie taka dziewczyna i ma z tyłu głowy historię o kobietach, które sobie nie radzą. Idzie przez życie z tą myślą, w różnych sytuacjach radzi sobie gorzej bądź lepiej, aż dociera do miejsca, w którym mając swoje zdolności i zasoby, dostaje propozycję fajnej pracy. 

Przychodzi na rozmowę, a tam sami mężczyźni. Pojawia się myśl: „Jak ja, kobieta, sobie tu poradzę?”. Przywołanie tego przekazu z dzieciństwa może sprawić, że ona w tej sytuacji zacznie się zachowywać inaczej niż zwykle przez pryzmat tej historii. Zacznie się jąkać, będzie spięta, nie zdoła wydobyć z pamięci różnych informacji, które przecież ma. Czyli rama interpretacyjna tej historii „Kobiety nie radzą sobie tak dobrze jak mężczyźni” może sprawić, że ta osoba zacznie się inaczej zachowywać i nie będzie w stanie uruchomić tych zasobów, które naturalnie posiada. 

Zwłaszcza że ten przekaz jest wzmacniany przez naszą kulturę.

Każdy z nas jest zanurzony w różnych historiach. To są zarówno małe narracje, które się tworzą wokół nas, w naszej rodzinie pochodzenia, miejscu pracy czy szkole, jak i dominujące dyskursy, w których wszyscy jesteśmy zanurzeni kulturowo. Bo rodzina nie żyje w próżni. Te dominujące dyskursy obowiązują wszystkich i są niepodważalne, dopóki się ich nie zreflektuje. Np. w Polsce funkcjonuje etos matki Polki, w którym zawiera się przekonanie, że matki zawsze powinny mieć cierpliwość do swoich dzieci. W pierwszym odruchu trudno się z tym nie zgodzić. Jednak gdy się nad tym zastanowimy – czy rzeczywiście zawsze, w każdej sytuacji matka powinna mieć cierpliwość do swojego dziecka – dochodzimy do wniosku, że nie. Są przecież sytuacje, gdy trzeba jasno postawić granice i cierpliwa rozmowa nie będzie adekwatna. Teraz, kiedy z panią rozmawiam, uprzytomniłam sobie, że dziś rano sama podzieliłam się dominującym dyskursem z własnym dzieckiem. Moja 12-letnia córka kupiła sobie pierwsze w życiu buty na maleńkim obcasiku. Bardzo eleganckie. Dziś ma święto szkoły i myślę, że pójdzie w tych butach, choć kilka tygodni temu, na ślubie naszych znajomych, obtarły jej stopy. Powiedziałam do niej: „Tak, córeczko, kobieta jeśli chce być piękna, to musi trochę pocierpieć”. 

Czyli nawet pani nie jest wolna od przekazywania dominującego dyskursu swoim dzieciom?

Nikt nie jest, bo to się odbywa na bardzo głębokim, nieświadomym poziomie. Wszyscy to robimy, ponieważ wszyscy jesteśmy zanurzeni kulturowo w różnych opowieściach dotyczących ról społecznych, przekazów tego, co wolno, a czego nie wolno, co trzeba, co należy. Dyskutuje się o tym bez przerwy. Dobrze jest to sobie uświadomić. Ale jest to bardzo trudne, bo te opowieści są zinternalizowane, czyli wzięte do środka, i rozwinięte w historii życia. To nie są zasłyszane tak sobie historie. One są głęboko przyjęte, traktujemy je jako swoje. Bez refleksji z zewnątrz, bez zastanowienia się, czy na pewno są to nasze historie.

Te historie często utrudniają życie. Co możemy zrobić, żeby je przeformułować?

Terapia polega głównie na wzbogacaniu ubogiej historii. Bo niefunkcjonalne historie osobiste są zazwyczaj jednowątkowe. Na wstępie klient stawia jakąś tezę, po czym dostarcza kolejnych argumentów potwierdzających jej wartość. Można powiedzieć metaforycznie, że rozpościera czarną, monochromatyczną płachtę swojej opowieści. Siedzimy nad tą płachtą, klient opowiada o tym, jak rozumie historię, z którą przyszedł, a potem razem staramy się ją trochę zreflektować. Celem tych zabiegów jest doprowadzenie do wzbogacenia tej opowieści, czyli poszukiwanie wyjątków, sytuacji, które tej wyjściowej tezie przeczą. Można to porównać do wyciągania różnokolorowych węzełków, które gdzieś pod tą czarną płachtą na pewno są schowane. 

Na przykład?

Pewną kobietę zgłoszono do terapii. Była to dla niej ostatnia deska ratunku. Nadużywała alkoholu i opieka społeczna chciała jej odebrać dzieci. Praca zmierzała w kierunku poszerzania jej historii o opowieści, które by jej pokazały, że jest zdolna do zachowań wykraczających poza tę na wstępie postawioną tezę „Jesteś złą matką”. Kobieta znalazła w pamięci taką historię. Któregoś dnia dostała pieniądze i jak zwykle postanowiła je przepić. Poszła do sklepu monopolowego. Po drodze mijała jakiś bazarek i ostatkiem woli, zamiast wydać pieniądze na alkohol, kupiła dzieciom mięso i warzywa. Szybko stamtąd uciekła do domu i ugotowała zupę. Zadaniem terapeuty było podkreślić ogromną wagę tego jednego, wyjątkowego zdarzenia i jak najmocniej je rozwinąć pytaniami: „Jak pachniała ta zupa?”, „Co powiedziały twoje dzieci, kiedy wróciły do domu i zobaczyły, że zupa stoi na stole?”, „Co się działo później?”. 

Ponieważ każda opowieść musi znaleźć szersze umocowanie, zapytano ją jeszcze: „Kto z twoich najbliższych mógłby powiedzieć, że twoje zachowanie wcale go nie zdziwiło?”. Ta kobieta długo szukała odpowiedzi, siedziała w milczeniu i w pewnym momencie powiedziała: „Wiem, moja ciotka. Jak byłam młodą dziewczyną, spędzałam u niej całe dnie, bo rodzice zwykle byli pijani. Ciotka miała dużo dzieci i ja się z nimi bawiłam. Bo do domu nie miałam po co wracać. Kiedyś pomagałam jej w gotowaniu i wtedy powiedziała: »Będziesz dobrą matką, będziesz umiała gotować dobre zupy«”. To wielki przełom, ale też sam początek pracy nad umocowaniem tego kolorowego węzełka tak, żeby on się z powrotem nie schował pod czarną płachtą. 

Co nam daje taka praca?

Są historie, które nie sprzyjają rozwojowi. To te czarne, jednowątkowe, ubogie: czegoś nie umiem, w czymś jestem beznadziejny, jestem złą matką itd. Ale są takie historie, które powodują, że wzrastamy. Są to opowieści o kompetencjach, umiejętnościach i zasobach. Terapia narracyjna tak naprawdę skupia się na poszerzaniu takich historii. Im więcej tych kolorowych węzełków na różne tematy, tym szerszy dostęp zyskujemy do preferowanych opowieści na swój temat. Nasza historia staje się bogatsza i wielowątkowa, a wraz z nią zmienia się nasze życie. Istotą rzeczy jest namysł i zadawanie sobie pytań: „Czy zgadzam się z danym przekonaniem na swój temat?”, „Czy to prawda, że ze mną zawsze są problemy?”, „Czy naprawdę nigdy w życiu nic mi się nie udaje?”. 

Naszą powieść trzeba co jakiś czas uaktualniać?

Historię osobistą możemy konstruować wokół podstawowych pytań: „Kim jestem?” i „Dokąd zmierzam?”. Myślę, że fajnie jest raz na jakiś czas się nad nimi zastanowić. Gdy pracuję z paniami w terapii, to często zadaję im pytanie: „Jaką chciałaby pani być kobietą w tym miejscu w życiu?”. Jeśli dla kogoś to pytanie jest zbyt ogólne, proszę o podanie przykładu z szeroko rozumianej kultury: literatury, filmu czy sztuk pięknych. Jeśli ktoś już znajdzie bohaterkę, która jest odpowiedzią na jego potrzeby, to zastanawiamy się wspólnie nad tym wyborem.

Analizujemy, dlaczego akurat te cechy wydają się tej osobie atrakcyjne, które z nich chciałaby mieć i dlaczego? I to już jest wstęp do porzucenia swojej starej opowieści i skonstruowania nowej. Bądź też przeformułowania starej. Bo nie chodzi tylko o to, żeby w ogóle zostawić tę starą historię, tylko żeby do niej dodawać nowe elementy i żeby całość potem dobrze zintegrować.

Czyli?

Niski poziom wewnętrznej integracji może powodować, że nasza historia jest bardzo zmienna. W sytuacji sukcesu doświadczam siebie bardzo pozytywnie, ale wystarczy jedno zdarzenie, drobne potknięcie i następuje absolutny zjazd. W zintegrowanej historii osobistej doświadczamy siebie w sposób spójny.

Nasza opowieść nie jest zlepkiem przypadkowych fragmentów, tylko tworzy uporządkowaną historię, w której można znaleźć np. taki zapis: „Doświadczam czasami porażek, gdy coś mi nie wyjdzie, czuję się fatalnie”. Ale po jakimś czasie przychodzi refleksja: „Zaraz, chwileczkę, przecież w takiej sytuacji byłam już nieraz i dałam sobie radę. Teraz jest do bani, ale następnym razem będzie lepiej. Muszę tylko się zastanowić, co w przyszłości mogę zrobić, żeby mi się powiodło”. Proszę zobaczyć, jak dobrze zintegrowana jest ta opowieść. Są w niej wszystkie niezbędne elementy: umiejętność ustosunkowania się do przeszłości, łączenia jej z teraźniejszością, ale też antycypacja przyszłości. 

Można powiedzieć, że jeśli dobrze napiszemy swoją historię i dobrze ją zintegrujemy, to zyskamy poczucie wpływu na własne losy?

Tak, dotknęła pani esencji. W terapiach narracyjnych mówi się o byciu Autorem swojego życia. Autorem przez duże A. To jest absolutnie możliwe, żeby człowiek pisał swoją historię, żeby ją konstruował, rekonstruował, żeby się jej przyglądał i ją reflektował. I pozostał jej aktywnym bohaterem, a nie aktorem drugoplanowym, który podlega działaniu innych ludzi czy zdarzeń.

Są historie, które nie sprzyjają rozwojowi. Czarne, jednowątkowe: nie umiem, jestem złą matką… Ale są takie, które powodują, że wzrastamy. To na nich należy się zatrzymywać, skupiać uwagę

Anna Cierpka – wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego, psycholog, psychoterapeuta. Prowadzi terapię indywidualną, terapię par i rodzin.

Rozmowa z Anną Cierpką ukazała się w „Urodzie Życia” 10/2016

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Katarzyna Miller o miłości
iStock

Niedokochane kobiety nie wiedzą, jak kochać, mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka

Brak bezpieczeństwa w dzieciństwie, brak poczucia pewności siebie w dorosłości… – nasze problemy w związkach często mają źródło nie w naszych partnerach, ale gdzieś zupełnie indziej.
Sylwia Niemczyk
10.09.2020

Kobiety mają problem z mężczyznami, ale przede wszystkim same ze sobą. Brakuje im poczucia własnej wartości, więc mają problem z partnerstwem. Kiedy wchodzą w związek, kontrolują i rządzą, bo to im daje namiastkę bezpieczeństwa – tłumaczy Katarzyna Miller, psychoterapeutka. Sylwia Niemczyk: Czemu nam nie wychodzi w związkach? Tak jest pięknie na początku… Katarzyna Miller: A po kilku latach budzimy się w piekle albo w czyśćcu. Ale jak ma się udać związek z drugim człowiekiem, skoro nie wychodzi nam relacja ze sobą? Oczekujemy, że wymarzony narzeczony nas zrozumie, tymczasem same się dobrze nie rozumiemy. W ogóle nie zajmujemy się sobą, nie zastanawiamy: „Czego ja tak naprawdę chcę, co ja naprawdę czuję”. Więc te wszystkie rozwody wynikają z naszych wewnętrznych problemów? Nie tylko naszych, także różnych wewnętrznych problemów partnera. Ale dziś mówimy o kobietach, wiec muszę powiedzieć, że w dużej mierze problemy w związkach wynikają z naszego wewnętrznego niedokochania. Jeśli kobieta wyszła z dobrego, serdecznego domu rodzinnego, to najpewniej będzie miała udanego partnera i udany związek. Będą sobie żyli spokojnie, oczywiście czasem z jakimiś kryzysami – to jest normalne, a wręcz niezbędne. Ale nie będzie walki, ciągłych podejrzeń, lęku przed odrzuceniem, samotności.  A jeśli dziewczyna jest z zimnego domu – i to wcale nie musi być przemocowy dom, wystarczy, że rodzice będą zaharowani, nieobecni, dyscyplinujący, a nie akceptujący – to wtedy w 9 przypadkach na 10 jej związki w dorosłym życiu nie będą się dobrze układały. Im dłużej pracuję z kobietami, tym wyraźniej widzę tę regułę. A niestety w Polsce jest dużo takich zimnych, pustych domów, z których dziewczyna wychodzi bardzo stęskniona bliskości i miłości.  Co złego jest w...

Czytaj dalej
Jaką terapię wybrać
Adobe Stock

Jaką psychoterapię wybrać: psychodynamiczną, Gestalt czy systemową? 

Zanim wybierzemy terapeutę, warto zastanowić się nad rodzajem psychoterapii, który będzie odpowiadał naszym potrzebom. Oto podpowiedź, przegląd trzech znanych metod psychoterapii: psychodynamicznej, Gestalt oraz systemowej.  
Karolina Morelowska-Siluk
09.09.2020

Wiemy już, że mamy problemy emocjonalne, z którymi sami nie damy sobie rady. Podejmujemy więc decyzję o pójściu na psychoterapię. Zaczynamy szukać odpowiedniego miejsca i okazuje się, że nim dokonamy wyboru psychoterapeuty musimy dokonać wyboru rodzaju psychoterapii, bo tych jest przynajmniej kilka. Zastanawiamy się, który wybrać, który będzie dla nas najbardziej odpowiedni. Oto podpowiedź, przegląd trzech znanych metod psychoterapii: psychodynamicznej, gestalt oraz systemowej.   Terapia psychodynamiczna  To metoda, która łączy w sobie elementy psychoanalizy oraz terapii poznawczo-behawioralnej. Pozwala zidentyfikować nasze świadome i nieświadome reakcje, zachowania i schematy myślenia.  Psychoterapia psychodynamiczna oparta jest na stwierdzeniu, że główną przyczyną problemów emocjonalnych są nieuświadomione popędy, tłumione przez naszego wewnętrznego krytyka, który nie pozwala im manifestować się w życiu człowieka w „zdrowej” formie. Dlatego tłumione potrzeby i popędy szukają alternatywnej drogi ujścia, wywołując objawy neurotyczne. Terapia ma więc na celu wydobycie ukrytych popędów i potrzeb. Jej zadaniem jest minimalizowanie wewnętrznej cenzury, tak by człowiek był w stanie realizować swoje potrzeby w „zdrowy”, nieszkodliwy dla niego sposób.  Terapia psychodynamiczna polega na rozmowie pacjenta z terapeutą. Pacjent sugeruje, o jakim problemie chciałby rozmawiać, terapeuta zgodnie z sugestią dopasowuje do tego sposób prowadzenia rozmowy. Czyli, zadaniem pacjenta jest opowiadanie o swoich problemach, a zadaniem terapeuty jest dokonywanie interpretacji tych wypowiedzi i „prowadzenie” pacjenta w taki sposób, aby ten mógł zrozumieć mechanizmy, które wywołują jego określone zachowania, szczególnie te niechciane i będące...

Czytaj dalej
Adobe Stock

Terapia systemowa, Gestalt czy CTB – czym różnią się najpopularniejsze nurty psychoterapii?

Różne nurty psychoterapii: systemowa, behawioralno-poznawcza, Gestalt, skoncentrowana na rozwiązaniu proponują inny system pracy z pacjentem. Jaką psychoterapię wybrać dla siebie? Zobacz podobieństwa i różnice.
Aleksandra Nowakowska
30.04.2020

Celem każdej terapii jest wyjście z cierpienia czy dyskomfortu, rozwiązanie problemu, z którym przychodzimy do gabinetu oraz rozwój osobisty. W efekcie mamy wieść lepsze życie, zgodne z własnym potencjałem. Droga do tego miejsca może być różna. Terapie Gestalt i systemowa sięgają do przeszłości. To nurty, które zakładają, że nieuświadomione przeżycia z dzieciństwa oraz powiązania rodzinne uniemożliwiają nam kontakt ze sobą i hamują życiową sprawczość. Przeszłość jest źródłem obecnych problemów, więc trzeba rzucić na nią światło świadomości.  Natomiast terapia skoncentrowana na rozwiązaniach  oraz terapia behawioralno-poznawcza koncentrują się na przyszłości i szybkich skutecznych sposobach, żeby znaleźć się w okolicznościach, których pragniemy. Służą temu wszelkie zasoby (zarówno wewnętrzne, jaki i zewnętrzne), które już posiadamy, a także dość prosta zmiana myślenia. Terapia Gestalt – teraźniejszość to echo przeszłości Jest nurtem terapii humanistycznej, egzystencjalnej. Twórcą tej metody był Frederick Perls, niemiecki lekarz, psychiatra i psychoanalityk, który twierdził, że w teraźniejszości odczuwamy zarówno przeszłość, jak i przyszłość, a w pracy terapeutycznej najważniejsze jest poszerzanie świadomości poprzez odkrywanie, co leży u źródła kryzysów. Przyczyn kryzysu terapeuta Gestalt często szuka w dzieciństwie, ponieważ według Perlsa niezaspokojenie  w pierwszych latach naszego życia takich potrzeb jak miłość, akceptacja czy autonomia, hamuje pełne doświadczenie siebie – kontakt z własnymi uczuciami i samopoznanie. W efekcie doświadczeń z dzieciństwa wykształcają się w nas nawykowe reakcje. A to prowadzi do dezintegracji osobowości. Terapeuci Gestalt uważają, że to, co sobie uświadamiamy,...

Czytaj dalej