Psychoterapia poznawczo-behawioralna: to, jak myślisz o sobie, ma wpływ na twoje życie
iStock

Psychoterapia poznawczo-behawioralna: to, jak myślisz o sobie, ma wpływ na twoje życie

Moc myślenia o sobie wykorzystuje terapia narracyjna i psychoterapia poznawczo-behawioralna. „Historia, którą ułożymy na swój temat, determinuje to, jakich wyborów będziemy w życiu dokonywać i jaką drogą pozwolimy sobie pójść, a jaką przed sobą zamkniemy” – mówi psycholog Anna Cierpka.
Karolina Rogalska
22.09.2020

Nie na wszystko mamy wpływ. Fakt. Ale z pewnością mamy wpływ na to, jak o sobie myślimy. „Historia, którą na swój temat ułożymy, determinuje to, jakich wyborów będziemy dokonywać i jaką drogą pozwolimy sobie pójść, a którą przed sobą zamkniemy”, mówi psycholog, dr hab. Anna Cierpka.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Psychoterapia poznawczo-behawioralna

Karolina Rogalska: „Życie, które mi dano, jest tylko opowieścią; ale jak ja ją opowiem, to już moja sprawa” – pisał Marek Hłasko w „Pięknych dwudziestoletnich”. W potocznej opinii tożsamość to coś, co należy odkryć, ale zdaniem psychologów narracyjnych jest to nasz autorski projekt. Opowieść, którą aktywnie konstruujemy w biegu życia. Okazuje się, że sposób, w jaki ją sobie opowiemy, przekłada się na naszą rzeczywistość. 

Anna Cierpka: Tożsamość może być rozumiana jako mit osobisty, historia o nas samych, którą w ciągu życia układamy. Z opowieści, z którymi się spotykamy – rodzinnych, kulturowych, zasłyszanych w miejscu pracy czy w szkole – wyjmujemy różne fragmenty. Z tych odłamków konstruujemy własną historię, która w jakiś sposób łączy przeszłość, teraźniejszość i przyszłość w spójną całość znaczeniową. Sposób, w jaki będziemy opowiadać o sobie, jaką rolę będziemy w tych narracjach odgrywać, może rzeczywiście wpływać na nasze życie. Historia, którą ułożymy na swój temat, determinuje to, co będziemy o sobie myśleć, jakich wyborów będziemy w życiu dokonywać i jaką drogą pozwolimy sobie pójść, a jaką przed sobą zamkniemy.

Mit, czyli historia w pewnym stopniu zmyślona?

Pytanie, co to znaczy prawdziwa historia? Większości faktów nadajemy subiektywne znaczenia. Dany ciąg zdarzeń możemy interpretować zupełnie inaczej w zależności od kontekstu, czyli tego, w jakim punkcie życia jesteśmy, od przeżytych doświadczeń, a nawet stanu emocjonalnego. Podam przykład. Proszę sobie wyobrazić, że idzie pani na rozmowę kwalifikacyjną do pracy, na której bardzo pani zależy. Jest pani zdenerwowana, ale odpowiada na wszystkie pytania rekrutera. Wraca pani do domu i czeka na odpowiedź, jednak nikt nie dzwoni. W końcu dochodzi pani do przekonania, że rozmowa poszła źle. Jest pani przygnębiona, te negatywne emocje powodują, że wyławia pani z pamięci głównie takie momenty, które potwierdzają, że jest pani beznadziejna i poniosła sromotną klęskę: machała pani ze zdenerwowania nogą, nie dość płynnie odpowiadała na pytania czy podała wilgotną od potu dłoń na przywitanie. Pojawia się poczucie kompletnej porażki. W końcu dzwoni telefon. Jest informacja, że rozmowa poszła bardzo dobrze i dostała pani pracę. Za parę tygodni prawdopodobnie będzie pani wspominała całe zajście w zupełnie inny sposób – w tej nowej narracji już nie będzie pani beznadzieja, tylko skuteczna i profesjonalna. Bo tak naprawdę kontekst decyduje o tym, które informacje będziemy wybierać i przez pryzmat czego będziemy je filtrować. 

Czyli nasza pamięć nie działa jak komputer, z którego w każdej chwili możemy wydobyć obiektywny zapis rzeczywistości?

Funkcjonowanie naszej pamięci jest zagadką, ale mamy wiele dowodów na to, że informacje zapamiętywane  z przeszłości bardzo przekształcamy. Wspomnienia autobiograficzne mają przede wszystkim podtrzymać integralność naszego „ja”, nawet kosztem wierności odtwarzania faktów. Co ciekawe, negatywne treści są silniejsze niż pozytywne: są mocniej przeżywane, dogłębniej analizowane i przetwarzane, mają też większe konsekwencje dla naszego odbioru rzeczywistości czy budowania relacji z ludźmi. Np. badania nad wspomnieniami z dzieciństwa pokazały, że z tego okresu znacznie więcej pamiętamy rzeczy niemiłych. Dotyczy to nawet tych osób, które uważają swoje dzieciństwo za szczęśliwe.

Wiele negatywnych przekonań, które mamy na swój temat, to pokłosie historii dotyczących naszego dzieciństwa, usłyszanych od bliskich nam osób. 

Dennis Merzel, mistrz zen, u którego praktykował m.in. Jacek Santorski, powiedział, że przez pół życia zmagał się z ogromnym poczuciem winy, bo kiedy się rodził, prawie zabił swoją matkę.

Myślę, że często jesteśmy nieświadomi tego, jak mocno różne historie zostają w naszych dzieciach. Przylegają do nich jak druga koszula. Te opowieści konstruują to, co one później o sobie myślą, jakich wyborów dokonują w życiu, jak sobie radzą w różnych sytuacjach.

Swojego czasu na oddziale porodowym prowadziłam badania nad tym, jak kobiety opowiadają o swoich nowo narodzonych dzieciach. Poród siłami natury, bez komplikacji; matki i dzieci za chwilę powinny wychodzić do domu. Kobiety miały w kilku zdaniach opowiedzieć o swoim dziecku, głównie o interakcjach podczas karmienia. Przypomnę, że te dzieci urodziły się cztery dni wcześniej, czyli nówki sztuki, zupełnie nieznane istoty. Z tych opowieści wyłoniły się dwa sposoby konstruowania narracji. Część mam mówiła mniej więcej tak: „Proszę zobaczyć, nie je. Nie chce, nie umie, wypluwa, histeryczka jakaś”. A druga grupa matek mówiła: „Nie je, pewnie źle podaję pierś, muszę zapytać położną, co mogę zrobić. Muszę się tego nauczyć”. „O, widzi pani, inaczej podałam i się uspokoiła”.

To są dwa zupełnie inne wzorce. Pierwszy to całkowite zrzucenie odpowiedzialności za interakcję na dziecko i stworzenie ramy interpretacyjnej: ono nie umie, ono nie wie, histeryk. Czyli może się zdarzyć, że już w dniu urodzenia powstaje pewna rama interpretacyjna historii o dziecku. Etykieta tożsamościowa naklejona na jego czoło.

Etykiet, które w dzieciństwie dostaliśmy od ważnych osób, trudno jest się pozbyć. 

Z całą pewnością. Tym bardziej że one działają jak samospełniająca się przepowiednia. Jeżeli rodzic wchodzi w relację z dzieckiem z konkretnym przekonaniem, np.: mój syn jest leniwy, to okazuje się, że będzie z jego zachowania wydobywał takie zdarzenia, które tę tezę potwierdzą. Przy jednoczesnym ignorowaniu wszystkich faktów, które jej zaprzeczają. I takie dziecko już będzie musiało stanąć na rzęsach, żeby udowodnić, że tak nie jest. A często wcale nie podejmie takiego wyzwania, ponieważ może sobie pomyśleć: skoro ciągle to słyszę, to pewnie tak jest. Nasze przekonania na temat dzieci mają ogromną moc sprawczą, dlatego zawsze apelujemy do rodziców, żeby nie mówili do dziecka: „Ty głupku”, „Ty kłamczuchu”, „Ty ofiaro”. Bo to jest zaproszenie dziecka do stania się taką osobą.

Dziecko dorasta, wyprowadza się z domu, idzie w świat i niesie ze sobą ten przekaz?

Proszę wyobrazić sobie dorosłą kobietę, której matka zawsze mówiła: „Nie poradzisz sobie z tym, przecież jesteś kobietą”. Rośnie taka dziewczyna i ma z tyłu głowy historię o kobietach, które sobie nie radzą. Idzie przez życie z tą myślą, w różnych sytuacjach radzi sobie gorzej bądź lepiej, aż dociera do miejsca, w którym mając swoje zdolności i zasoby, dostaje propozycję fajnej pracy. 

Przychodzi na rozmowę, a tam sami mężczyźni. Pojawia się myśl: „Jak ja, kobieta, sobie tu poradzę?”. Przywołanie tego przekazu z dzieciństwa może sprawić, że ona w tej sytuacji zacznie się zachowywać inaczej niż zwykle przez pryzmat tej historii. Zacznie się jąkać, będzie spięta, nie zdoła wydobyć z pamięci różnych informacji, które przecież ma. Czyli rama interpretacyjna tej historii „Kobiety nie radzą sobie tak dobrze jak mężczyźni” może sprawić, że ta osoba zacznie się inaczej zachowywać i nie będzie w stanie uruchomić tych zasobów, które naturalnie posiada. 

Zwłaszcza że ten przekaz jest wzmacniany przez naszą kulturę.

Każdy z nas jest zanurzony w różnych historiach. To są zarówno małe narracje, które się tworzą wokół nas, w naszej rodzinie pochodzenia, miejscu pracy czy szkole, jak i dominujące dyskursy, w których wszyscy jesteśmy zanurzeni kulturowo. Bo rodzina nie żyje w próżni. Te dominujące dyskursy obowiązują wszystkich i są niepodważalne, dopóki się ich nie zreflektuje. Np. w Polsce funkcjonuje etos matki Polki, w którym zawiera się przekonanie, że matki zawsze powinny mieć cierpliwość do swoich dzieci. W pierwszym odruchu trudno się z tym nie zgodzić. Jednak gdy się nad tym zastanowimy – czy rzeczywiście zawsze, w każdej sytuacji matka powinna mieć cierpliwość do swojego dziecka – dochodzimy do wniosku, że nie. Są przecież sytuacje, gdy trzeba jasno postawić granice i cierpliwa rozmowa nie będzie adekwatna. Teraz, kiedy z panią rozmawiam, uprzytomniłam sobie, że dziś rano sama podzieliłam się dominującym dyskursem z własnym dzieckiem. Moja 12-letnia córka kupiła sobie pierwsze w życiu buty na maleńkim obcasiku. Bardzo eleganckie. Dziś ma święto szkoły i myślę, że pójdzie w tych butach, choć kilka tygodni temu, na ślubie naszych znajomych, obtarły jej stopy. Powiedziałam do niej: „Tak, córeczko, kobieta jeśli chce być piękna, to musi trochę pocierpieć”. 

Czyli nawet pani nie jest wolna od przekazywania dominującego dyskursu swoim dzieciom?

Nikt nie jest, bo to się odbywa na bardzo głębokim, nieświadomym poziomie. Wszyscy to robimy, ponieważ wszyscy jesteśmy zanurzeni kulturowo w różnych opowieściach dotyczących ról społecznych, przekazów tego, co wolno, a czego nie wolno, co trzeba, co należy. Dyskutuje się o tym bez przerwy. Dobrze jest to sobie uświadomić. Ale jest to bardzo trudne, bo te opowieści są zinternalizowane, czyli wzięte do środka, i rozwinięte w historii życia. To nie są zasłyszane tak sobie historie. One są głęboko przyjęte, traktujemy je jako swoje. Bez refleksji z zewnątrz, bez zastanowienia się, czy na pewno są to nasze historie.

Te historie często utrudniają życie. Co możemy zrobić, żeby je przeformułować?

Terapia polega głównie na wzbogacaniu ubogiej historii. Bo niefunkcjonalne historie osobiste są zazwyczaj jednowątkowe. Na wstępie klient stawia jakąś tezę, po czym dostarcza kolejnych argumentów potwierdzających jej wartość. Można powiedzieć metaforycznie, że rozpościera czarną, monochromatyczną płachtę swojej opowieści. Siedzimy nad tą płachtą, klient opowiada o tym, jak rozumie historię, z którą przyszedł, a potem razem staramy się ją trochę zreflektować. Celem tych zabiegów jest doprowadzenie do wzbogacenia tej opowieści, czyli poszukiwanie wyjątków, sytuacji, które tej wyjściowej tezie przeczą. Można to porównać do wyciągania różnokolorowych węzełków, które gdzieś pod tą czarną płachtą na pewno są schowane. 

Na przykład?

Pewną kobietę zgłoszono do terapii. Była to dla niej ostatnia deska ratunku. Nadużywała alkoholu i opieka społeczna chciała jej odebrać dzieci. Praca zmierzała w kierunku poszerzania jej historii o opowieści, które by jej pokazały, że jest zdolna do zachowań wykraczających poza tę na wstępie postawioną tezę „Jesteś złą matką”. Kobieta znalazła w pamięci taką historię. Któregoś dnia dostała pieniądze i jak zwykle postanowiła je przepić. Poszła do sklepu monopolowego. Po drodze mijała jakiś bazarek i ostatkiem woli, zamiast wydać pieniądze na alkohol, kupiła dzieciom mięso i warzywa. Szybko stamtąd uciekła do domu i ugotowała zupę. Zadaniem terapeuty było podkreślić ogromną wagę tego jednego, wyjątkowego zdarzenia i jak najmocniej je rozwinąć pytaniami: „Jak pachniała ta zupa?”, „Co powiedziały twoje dzieci, kiedy wróciły do domu i zobaczyły, że zupa stoi na stole?”, „Co się działo później?”. 

Ponieważ każda opowieść musi znaleźć szersze umocowanie, zapytano ją jeszcze: „Kto z twoich najbliższych mógłby powiedzieć, że twoje zachowanie wcale go nie zdziwiło?”. Ta kobieta długo szukała odpowiedzi, siedziała w milczeniu i w pewnym momencie powiedziała: „Wiem, moja ciotka. Jak byłam młodą dziewczyną, spędzałam u niej całe dnie, bo rodzice zwykle byli pijani. Ciotka miała dużo dzieci i ja się z nimi bawiłam. Bo do domu nie miałam po co wracać. Kiedyś pomagałam jej w gotowaniu i wtedy powiedziała: »Będziesz dobrą matką, będziesz umiała gotować dobre zupy«”. To wielki przełom, ale też sam początek pracy nad umocowaniem tego kolorowego węzełka tak, żeby on się z powrotem nie schował pod czarną płachtą. 

Co nam daje taka praca?

Są historie, które nie sprzyjają rozwojowi. To te czarne, jednowątkowe, ubogie: czegoś nie umiem, w czymś jestem beznadziejny, jestem złą matką itd. Ale są takie historie, które powodują, że wzrastamy. Są to opowieści o kompetencjach, umiejętnościach i zasobach. Terapia narracyjna tak naprawdę skupia się na poszerzaniu takich historii. Im więcej tych kolorowych węzełków na różne tematy, tym szerszy dostęp zyskujemy do preferowanych opowieści na swój temat. Nasza historia staje się bogatsza i wielowątkowa, a wraz z nią zmienia się nasze życie. Istotą rzeczy jest namysł i zadawanie sobie pytań: „Czy zgadzam się z danym przekonaniem na swój temat?”, „Czy to prawda, że ze mną zawsze są problemy?”, „Czy naprawdę nigdy w życiu nic mi się nie udaje?”. 

Naszą powieść trzeba co jakiś czas uaktualniać?

Historię osobistą możemy konstruować wokół podstawowych pytań: „Kim jestem?” i „Dokąd zmierzam?”. Myślę, że fajnie jest raz na jakiś czas się nad nimi zastanowić. Gdy pracuję z paniami w terapii, to często zadaję im pytanie: „Jaką chciałaby pani być kobietą w tym miejscu w życiu?”. Jeśli dla kogoś to pytanie jest zbyt ogólne, proszę o podanie przykładu z szeroko rozumianej kultury: literatury, filmu czy sztuk pięknych. Jeśli ktoś już znajdzie bohaterkę, która jest odpowiedzią na jego potrzeby, to zastanawiamy się wspólnie nad tym wyborem.

Analizujemy, dlaczego akurat te cechy wydają się tej osobie atrakcyjne, które z nich chciałaby mieć i dlaczego? I to już jest wstęp do porzucenia swojej starej opowieści i skonstruowania nowej. Bądź też przeformułowania starej. Bo nie chodzi tylko o to, żeby w ogóle zostawić tę starą historię, tylko żeby do niej dodawać nowe elementy i żeby całość potem dobrze zintegrować.

Czyli?

Niski poziom wewnętrznej integracji może powodować, że nasza historia jest bardzo zmienna. W sytuacji sukcesu doświadczam siebie bardzo pozytywnie, ale wystarczy jedno zdarzenie, drobne potknięcie i następuje absolutny zjazd. W zintegrowanej historii osobistej doświadczamy siebie w sposób spójny.

Nasza opowieść nie jest zlepkiem przypadkowych fragmentów, tylko tworzy uporządkowaną historię, w której można znaleźć np. taki zapis: „Doświadczam czasami porażek, gdy coś mi nie wyjdzie, czuję się fatalnie”. Ale po jakimś czasie przychodzi refleksja: „Zaraz, chwileczkę, przecież w takiej sytuacji byłam już nieraz i dałam sobie radę. Teraz jest do bani, ale następnym razem będzie lepiej. Muszę tylko się zastanowić, co w przyszłości mogę zrobić, żeby mi się powiodło”. Proszę zobaczyć, jak dobrze zintegrowana jest ta opowieść. Są w niej wszystkie niezbędne elementy: umiejętność ustosunkowania się do przeszłości, łączenia jej z teraźniejszością, ale też antycypacja przyszłości. 

Można powiedzieć, że jeśli dobrze napiszemy swoją historię i dobrze ją zintegrujemy, to zyskamy poczucie wpływu na własne losy?

Tak, dotknęła pani esencji. W terapiach narracyjnych mówi się o byciu Autorem swojego życia. Autorem przez duże A. To jest absolutnie możliwe, żeby człowiek pisał swoją historię, żeby ją konstruował, rekonstruował, żeby się jej przyglądał i ją reflektował. I pozostał jej aktywnym bohaterem, a nie aktorem drugoplanowym, który podlega działaniu innych ludzi czy zdarzeń.

Są historie, które nie sprzyjają rozwojowi. Czarne, jednowątkowe: nie umiem, jestem złą matką… Ale są takie, które powodują, że wzrastamy. To na nich należy się zatrzymywać, skupiać uwagę

Anna Cierpka – wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego, psycholog, psychoterapeuta. Prowadzi terapię indywidualną, terapię par i rodzin.

Rozmowa z Anną Cierpką ukazała się w „Urodzie Życia” 10/2016

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
zdjęcia na ścianie
Adobe Stock

Jesteś taka, jakie są twoje wspomnienia! O pamięci rodzinnej i autobiograficznej mówi socjolog z SWPS

„Dla mnie niezwykle ciekawe jest to, że dziś znacznie bardziej docenia się rodzinne historie. Przestaliśmy szukać w opowieściach o przeszłości jedynie bohaterów” – mówi socjolog z SWPS.
Bartosz Janiszewski
20.02.2020

Zdjęcia, pamiątki, rodzinne opowieści. Coraz częściej niż losy superbohaterów, interesuje nas historia naszych przodków. Na niej budujemy własną tożsamość. Czym jest pamięć rodzinna i dlaczego mamy teraz dobre czasy dla przeszłości, wyjaśnia  prof. Piotr Tadeusz Kwiatkowski, socjolog ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. Bartosz Janiszewski „Uroda Życia”: Mamy dobrą pamięć? prof. Piotr Tadeusz Kwiatkowski:  Zacznijmy od tego, że pamięć prywatną można podzielić na dwa różne obszary. Jeden z nich to pamięć autobiograficzna, czyli pamięć człowieka, który przeżył swoje, ma własny pogląd na minioną rzeczywistość. Im jesteśmy starsi, tym głębiej sięgamy w przeszłość, chociaż nie zawsze chcemy się dzielić wspomnieniami. Druga płaszczyzna pamięci prywatnej to pamięć rodzinna. Ostatnie dekady jej sprzyjały. Po pierwsze, powstała taka moda. Po drugie, ludzie po prostu żyją dłużej. Nie mieliśmy przez ostatnie 70 lat wojny, która zniszczyłaby więź między pokoleniami. Dziś nie ma nic nadzwyczajnego w tym, że nastolatek ma kontakt ze swoją prababcią czy pradziadkiem i prowadzi z nimi rozmowy. Po trzecie, ogromną rolę odgrywają pamiątki. Zrobienie zdjęć w czasach młodości moich dziadków to była wielka trudność. Zostało po nich dosłownie kilka fotografii sprzed II wojny światowej. Kolejne pokolenia mają już zupełnie inną sytuację. Dlatego mamy dobre czasy dla przeszłości. Mój syn ma tysiące zdjęć swoich dziadków.   To pomaga zachować więź z przeszłością. Łatwiej nam sobie wtedy wyobrazić życie naszych przodków. O swoją pamięć, zwłaszcza w ostatnich latach, intensywnie dbają też różne zbiorowości – na przykład miasta czy regiony. Czyni się to w dużym stopniu po to, by podkreślać wyjątkowość tych...

Czytaj dalej
maja hand
Olga Majrowska

Marta Handschke, pisarka o sile polskich babek, matek i córek

„Dorastałam wśród silnych kobiet, z trudem budujących partnerskie związki z mężczyznami” – mówi pisarka Marta Handschke, autorka głośnej powieści „Brzuch Matki Boskiej”.
Marta Strzelecka
18.06.2020

Marta Handschke słuchała od dzieciństwa opowieści kobiet w swojej rodzinie. Z czasem zaczęła je nagrywać i spisywać, by upamiętnić świat swojego dzieciństwa i młodości. Chciała też stworzyć portret trzech pokoleń kobiet – babci, cioci i mamy. Kobiet władczych i ukrywających słabości. Zarządzająch codziennym życiem w domu, ale nie potrafiących budować zdrowych partnerskich relacji. Tak powstała jej głośna książka „Brzuch Matki Boskiej”. W Gdańsku, gdzie mieszka, znana jest też jako autorka tekstów piosenek, wokalistka zespołów „Oczi Cziorne” oraz „Kobiety”. Jest też fotograficzką, ilustratorką, projektuje okładki płyt, plakaty, zajmuje się grafiką. Mówi: „Odziedziczyłam po kobietach w swojej rodzinie jakąś podświadomą niechęć w stosunku do mężczyzn. Jakby był we mnie gen skrzywdzonych kobiet. Do dziś, a jestem po czterdziestce, uczę się, jak wchodzić w relacje”. Marta Strzelecka: Od jakiej rozmowy zaczęła pani pracę nad książką? Marta Handschke: Od niekończących się rozmów z jedną z sióstr mojej babci, ciocią Ziutą. Jej opowieści słuchałam od dzieciństwa, mama wysyłała mnie często do niej, do Ustki. Były w tych historiach obrazki niesamowite, sugerujące obecność duchów, istot nie z tego świata, ale też zupełnie zwyczajne, czasem tragiczne, pełne żalu do losu, bliskich, związane z codziennością kobiety w przeciętnej polskiej rodzinie po wojnie – brak partnerskiej relacji w małżeństwie, poczucie odrzucenia przez rodziców, tęsknota za zakorzenieniem. Kiedy zaczęłam pracować nad „Brzuchem Matki Boskiej”, ciocia, staruszka, mieszkała sama, miała jeszcze dobrą pamięć. Pomyślałam, że to ostatnie lata na spisanie jej wspomnień. Szybko zdałam sobie sprawę, że powinnam też porozmawiać z pozostałymi kobietami w mojej...

Czytaj dalej
Julia Roberts jako Erin Brokovich / fot. materiały prasowe

Najlepsze filmowe biografie kobiet. „Erin Brockovich”, „Frida”, „Sztuka kochania”…

Najlepsze filmowe biografie kobiet uczą, jak znaleźć w sobie pasję, siłę i determinację, by żyć w zgodzie z samą sobą. A przy tym życie innych uczynić lepszym, bogatszym, piękniejszym.
Anna Zaleska
01.11.2020

Lista kobiet, które nie tylko wpływają na życie innych kobiet, ale na zawsze zmieniają świat – jest naprawdę długa. Od Erin Brokovich po Michalinę Wisłocką. Od królowej Elżbiety I po Fridę Kahlo.  Ich historie bywają skomplikowane, często dramatyczne, ale wytrwałość, z jaką pokonują przeszkody, jest imponująca. To prawdziwie superbohaterskie kino bez superbohaterskiego sztafażu. „Erin Brokovich”, reż. Steven Soderberg (2000) Jeden z tych filmów, które pokazują, że kobieta może skutecznie przeciwstawić się złu, niesprawiedliwości i nieprzyzwoitości. Nawet samotnie, a co dopiero gdy ma wokół siebie setki tysięcy innych kobiet. Oparty na faktach film opowiada historię Erin Brockovich (genialna w tej roli Julia Roberts), dwukrotnej rozwódki samotnie wychowującej trójkę dzieci, kobiety bez pieniędzy, wykształcenia i szansy na pracę. Tylko dzięki swojej bezczelności i determinacji zostaje zatrudniona do pomocy w kancelarii wziętego adwokata. Porządkując akta, przypadkowo odkrywa, że potężny koncern, doprowadzając do zanieczyszczenia wody w małym miasteczku, może być odpowiedzialny za ciężkie choroby mieszkających tam ludzi. Z pomocą swojego szefa, przekonując do sprawy początkowo bardzo nieufne rodziny, kieruje sprawę do sądu. Odszkodowanie w wysokości 333 milionów dolarów, które wywalczyła, do dziś pozostaje największym w historii amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. „Elizabeth”, Shakhar Kapur (1998) Anglia, połowa XVI wieku. Gdy królowa Maria I, zagorzała katoliczka, umiera bezpotomnie, na tronie zasiada Elżbieta (Cate Blanchett). W przeciwieństwie do swojej poprzedniczki, to kobieta pełna energii i radości życia. Jako protestantka od początku ma jednak wielu wrogów. Kryzys związany z podziałami religijnymi, pustoszejący skarbiec, dworskie intrygi,...

Czytaj dalej
Olga Tokarczuk
łukasz Giza

„Czytanie to trening empatii”, mówi Olga Tokarczuk, laureatka Nagrody Nobla

Olga Tokarczuk laureatką Literackiej Nagrody Nobla!
Sylwia Niemczyk
10.10.2019

Czytając, mamy możliwość stać się innym człowiekiem, wypróbowujemy inne role życiowe, inne biografie, na czas lektury stajemy się kimś innym, a część tego innego zostaje w nas na zawsze” – mówiła  Olga Tokarczuk, wybitna pisarka i laureatka Literackiej Nagrody Nobla, autorka m.in. monumentalnych „Ksiąg Jakubowych”, „Biegunów” oraz powieści „Prowadź swój pług przez kości umarłych” – o której opowiadała w „Urodzie Życia”. Emil Marat, „Uroda Życia”: Janina Duszejko z powieści „Prowadź swój pług przez kości umarłych” jest bohaterką, jakiej jeszcze nie było w polskiej literaturze. Silnym głosem mówi o tym, co najważniejsze. Kim jest?  Olga Tokarczuk:  Duszejko częściowo została zbudowana na realnej postaci, ma cechy pożyczone od mojej sąsiadki, która będąc emerytowaną inżynierką architektką, porzuciła miasto i przeprowadziła się na wieś, żyła samotnie, bardzo blisko natury. Jej postać mnie zainspirowała. Jej historia walki z myśliwskim lobby była prawdziwa? Pomysł historii zrodził się na podstawie prawdziwych wydarzeń. Niestety. Jej psy, które giną, prawdopodobnie zostały zastrzelone przez myśliwych. Polowania, nieustanne utarczki z myśliwymi, którzy wchodzą na prywatny teren, w ogóle ich obecność i strzelanie do saren (z którymi ludzie się zaprzyjaźniają, bo te zwierzęta zimą podchodzą pod same domy), ambony strzelnicze porozstawiane na polach – cały ten pomysł i obrazy są bardzo zakorzenione w rzeczywistości. Lobby myśliwskie dzisiaj się rozpycha, liberalizuje się prawo do polowań, w gazetach widzimy zdjęcia „dywanu” z martwych lisów, czyli właśnie „pokot”… Książka powstała dobrych kilka lat temu,...

Czytaj dalej